Słupek numer zero

Pod tym dziwnym tytułem kryje się kolejna nadbużańska przygoda z cyklu Bug Trophy 🙂 Mamy koniec lipca i nareszcie pogodę przypominającą wakacje. Temperatura skoczyła dość gwałtownie w okolice 30 stopni, więc aby przeżyć, pozostaje wyjechać wcześnie rano. Zrywam się o szóstej, rower wędruje do bagażnika i w drogę. Chwila wahania, który odcinek wybrać – Janów Podlaski, czy znacznie odleglejszy zaczynający od Różanki. Wybieram szukanie Trójstyku.

Prawie godzina jazdy i jestem w Stawkach, w miejscu, gdzie zakończyła się moja zeszłoroczna wycieczka z Kuzawki. Parkuję przy znajomym płocie i tylko małe zdziwienie, bo google twierdziło, że w tym miejscu jest wieża widokowa, a po tej ani śladu.

Sprzęt rozłożony, plecak wrzucony i jazda. W dół, w dolinę Bugu. Poranek jest piękny, żadnych chmur, temperatura rośnie. Forma ostatnio niezła, więc i tempo jazdy dobre. Mijam Różankę, docierając do wiaty. Teraz skręcam w dół, podziwiając dwa efektowne zakręty Bugu, który w tym miejscu robi „znak Zorro” 😉 Widać stąd skarpę w Różance, gdzie ulokowała się wiatka turystyczna i przystań dla kajaków. Takich przystani minę dziś jeszcze kilka.

Mijam kolejnych kilka nadbużańskich plaż, które tak lubię. Woda w Bugu niska, więc łachy piasku są bardzo rozległe, Zostawiam na nich trochę śladów dla pograniczników, ale może się nie obrażą, bo zgłosiłem im jak zwykle, gdzie się plączę. Łapię kilka panoram do swojej kolekcji.

Potem droga się trochę wspina i jadę wysoką skarpą. Przez dłuższy czas wiedzie spokojnie ponad samą rzeką. Zbliżam się do jakichś zabudowań i przez chwilę towarzyszą mi dwa pieski, ale mnie nie zaczepiają, poza tym, że odprowadzają kilkadziesiąt metrów 🙂 

Ścieżka kończy się nagle stromym zjazdem w dół i rozległym krajobrazem przede mną. Jadę oczywiście w dół, w stronę rzeki. Mijam ogrodzony kanał, którym, jak potem sprawdziłem, spływa woda z miejscowej oczyszczalni ścieków. Prosto do Bugu.. Ufam, że oczyszczalnia spełnia swoja rolę.

Teraz robię mały skrócik i omijam wielkie zakole rzeki. Dojeżdżam w okolice „na Bugu we Włodawie” – czyli wodowskazu 🙂 Tu według planu miałem wjechać do miasta, aby ominąć dzikie krzaki ze zdjęć satelitarnych. Ale… tuż za cokołem mostu jest ścieżka w stronę rzeki 🙂 Wybór jest oczywisty. Po kilkuset metrach ścieżka kończy się, bo przegradza ją rzeczka Włodawka. Mostu nie widać, za to widać, że z drugiej strony ścieżka biegnie dalej. No to będzie przeprawa 🙂 Woda jest idealnie przezroczysta i w dodatku jest jej po kolana, więc wystarczy kilka minut i mogę kontynuować trasę 🙂 Bardzo efektownie wygląda styk obu rzek – Bug wygląda przy Włodawce jak mętne capuccino 😉

Ruszam dalej, mijając Orchówek. Tu jedzie się przez rozległe łąki, ładnymi polnymi dróżkami, ale to wkrótce się skończy. Zagłębiam się w lasy, walczę z piaszczystymi drogami. W dodatku okazuje się, że w większości jadę czerwonym szlakiem nadbużańskim. Bardzo efektownie został on tutaj poprowadzony niemal nad samą rzeką. 

Wpadam na małą polankę, gdzie rzuca mi się w oczy cokół starego mostu kolejowego. Dużo tych przepraw na Bugu po wojnie nie odbudowano… Zostały tylko pale w rzece.

Dobrze mi się jedzie, więc ruszam dalej na leśne ścieżki.  Po lewej stronie cały czas prześwituje między drzewami Bug. 

Wpadam na kolejną polankę. Stoi tu jakaś tajemnicza murowana rotunda i no wiatka dla turystów. W dole ułożony jest podjazd dla kajakrzy, których kilku akurat dopłynęło i robią sobie przerwę w spływie. Zawartość wiatki… lepiej omijać z daleka. Panuje w niej totalny bałagan spowodowany ilością nagromadzanego wszelkiego śmiecia. Bug rajem dla turysty 😉 Miejsce jest opisane jak Trójstyk, ale nie jest to ten właściwy punkt. Odnajduje go kilkaset metrów dalej, ruszając wąską leśną ścieżką ponad rzeką. 

Stoi tu tytułowy słupek numer zero. W przeciwieństwo do swoich plastikowych braci, ten jest marmurowy, ma grawerowany napis i godło, a teren wokół wyłożony jest kostką. Z drugiej strony widać odnowiony tzw. kanał Mościckiego, gdzie po jednej stronie znajduje się Białoruś, a z drugiej Ukraina. Widać sporo zasieków, płotów, pasy wyoranej ziemi.  A niedawno było to jedno państwo…

Został mi ostatnia prosta. Wkrótce wyjeżdżam z lasu i dalej już nie mogę jechać ponad rzeką, bo teren jest ogrodzony, w dodatku wiszą tabliczki, że płot jest pod napięciem… Przecinam łąkę, dojeżdżam do lasu, którym po około dwóch kilometrach docieram do drogi odwrotu. Po drodze mijam jeszcze sporo leśnych chatek i dacz. 

Teraz zostaje wrócić do auta. Dzieli mnie od niego około 20 kilometrów, które przemierzam w całkiem dobrym czasie i w pięknych okolicznościach przyrody 🙂

Jest moc 😉

Wracając odkrywam brakującą wieżę – stoi 500 metrów wcześniej przy remizie 🙂

Nie ufajcie mapom google 😉

Zrobiłem 43 kilometry w około 5 godzin 🙂 Trasa:

 

 

17 Letni Zlot Ircowników

Niechybnie zmierzamy ku pełnoletności… Tegoroczny zlot nosi numerek siedemnaście. I ciągle jest zapał i chęć do organizacji naszych corocznych letnich spotkań górskich. W niezmiennym składzie.

W tym roku postanowiliśmy zobaczyć coś nowego. Padło na Tatry Niżne. Wspólnie z Kasią dokonaliśmy przeglądu okolicy Doliny Demianowskiej i spośród dwóch wypatrzonych chałup wybraliśmy tą lepiej wyglądającą. Jak się okazało na miejscu – był to strzał w dziesiątkę.

Same przygotowania to już standard – ubezpieczenia, znaczki zlotowe, uzgodnienia godzin… i już jesteśmy w drodze. Pierwsza wyrusza Kasia bladym świtem i przeciera nam szlak. My ruszamy prawie punktualnie. Prawie. Piotrek jak zwykle zapomniał grzebienia 😉 Potem zgarniamy jeszcze po drodze ircowniczkę Basię i znanymi od lat skrótami zmierzamy do Puław, aby dalej złapać trasę S7. Kasia dzwoni, że przed Krakowem zwinęli asfalt, ale ryzykujemy jazdę przez miasto smoka wawelskiego, bo trasa jest jednak najkrótsza. Trzeba przyznać, że widok jest budujący – przybywa otwieranych odcinków, jedzie się coraz przyjemniej, a przede wszystkim szybciej. Postój na rozprostowanie kości i kawę w Radomiu i zaraz lecimy pięknym nowym kawałkiem dwupasmówki. Niektóre odcinki nie są jeszcze otwarte, ale nie przeszkadza to w płynnej jeździe. Bardzo szybko jesteśmy za Kielcami. Tu też budowa ruszyła. Wreszcie Kraków – faktycznie jest krótki odcinek, gdzie trwa remont i stoimy około 20 minut. Mijamy miasto i już Zakopianka. Tu też widać, że budowa ma się dobrze. Kasia zdecydowała się pojechać w stronę Łysej Polany, my zaś ruszamy na Chyżne. Już przed Krakowem dostajemy od niej sygnał, że jest na miejscu. Po niej dociera Wojtek z Dorotką i Bacą. Wysyłają nam prowokacyjne fotki z miejscowej knajpy… a my jeszcze 3 godziny… Do Chyżnego droga mija szybciutko i już Słowacja. Mijamy kolejne urokliwe miasteczka, mijamy Zuberec, wspominając nasz zlot sprzed 3 lat i znajomą knajpkę 🙂

Teraz czas na przełęcz. To jest właśnie powód, że Kasia nie chciała tędy pojechać i wolała narzucić trochę kilometrów. Kolejnymi serpentynami wspinamy się coraz wyżej a ich końca nie widać. Do tego dochodzi fantastyczny zachód słońca nad górami. Wreszcie szczyt. Przed sobą mamy całą Słowację, błyszczącą taflę Liptovskiej Mary i Liptowski Mikulasz u stóp. Zjazd jest jeszcze bardziej karkołomny od wjazdu. Przeżyliśmy 🙂

Do końca trasy już niedużo, ale Piotrowa nawigacja twierdzi, że jest krótsza trasa i nagle ściąga nas na wąziutką nitkę asfaltu, która ciągnie się gdzieś pośród wzgórz, łąk, owiec i krów 🙂 I ma dużo dziur… Jest prawie ciemno, więc robi się ciekawie, bo kompletnie nie wiemy, gdzie jedziemy. Na pewno do przodu. Wreszcie jakaś wioska, mostek, kawałek wąskiej żwirówki i wyjazd na główną trasę 🙂 Nie wiem ile zyskaliśmy, ale na pewno bezcenne wrażenia 🙂

Jeszcze tylko mijamy Mikulasz i już podążamy w kierunku Doliny Demianowskiej. Skręcamy do naszego przysiółka i jest nasza chałupka 🙂 Witają nas Kasia z Elą i Adasiem, bo reszta jeszcze się raczy w knajpie piwem rezanym 🙂 Zostaje tylko oczekiwać na Radka, który wyruszył dopiero po pracy, a miał dystans zbliżony do naszego. Ja niestety odpływam, bo 600 kilometrów jazdy trochę mnie sponiewierało. Zostaje jednak silna delegacja powitalna, która nie dość że przejęła Radka, to jeszcze zrobiła mały bal powitalny zakończony nad ranem 🙂

I dzień zlotu

Rano szybka narada nad mapą i plan mamy ułożony. Postanawiamy trochę wykorzystać infrastrukturę 🙂 Dziewczyny z Adasiem wjadą na Chopok kolejką, a chłopaki ruszą z buta. Dojazd w głąb Doliny Demianowskiej zajmuje kilka minut i już jesteś my w Jasnej. Tu niespodzianka – parking jest darmowy 🙂 Rozdzielamy grupę i zaczynamy pierwsze zlotowe podejście. Szybko znajdujemy początek szlaku, który pokrywa się tu ze ścieżką edukacyjną. Kilka minut i mamy nieduże jeziorko Vrbskie. Miejsce jest bardzo urokliwe. Mijamy kolejne hotele, bo okolica jest znanym słowackim ośrodkiem narciarskim. Wreszcie nasz szlak schodzi z wyasfaltowanych dróg na szutrowe. Na początek idziemy nartostradą. Pogoda jest idealna – nie za gorąco, ale słonecznie. Po chwili szlak odbija w las. Tu jest już bardzo przyjemnie, przeprawiamy się przez mostek z bali i nabieramy wysokości. Jakkolwiek Chopok ma około 2000 metrów, to podejście jest całkiem spore, bo zaczynamy w okolicach 1000 metrów npm.

Szlak wychodzi z lasu i zaczyna trawersować zakosami strome zbocze wśród kosówki. Tempo mamy chyba dobre, a przynajmniej zgodne z czasami podanymi na mapie. Docieramy do stacji przesiadkowej na Chopok. Pusto, cicho, knajpy pozamykane, nieliczni turyści – jesteśmy poza sezonem 😉 Robimy dziesięć minut odpoczynku i czas na kolejny odcinek. Dość stromy, kamienisty, prowadzący na kopułę szczytową, na której ulokował się wielki krążek górnej stacji kolejki. Ścieżka prowadzi zygzakiem i przecina co chwilę drogę zjazdową ze szczytu. Wreszcie jesteśmy! Czas całkiem niezły, trzy godziny. Zarządzamy chwilę przerwy. Tutaj tłum już całkiem spory, bo kolejka wwozi kolejnych turystów z dwóch stron góry. Lokujemy się za barierką z groźnym napisem „na własną odpowiedzialność” 🙂

Trochę się rozciągnęliśmy na podejściu, ale w ciągu kilku minut jest komplet. Dziewczyny tymczasem zmierzają gdzieś przed nami w stronę Dumbiera. Właściwy wierzchołek Chopoka znajduje się tuż obok. Wygląda nawet dość efektownie. Zerkamy na niego i rzucam hasło, że za 5 minut jesteśmy na wierzchołku… Byliśmy w 6 minut 🙂

Wpadamy zadowoleni na szczyt, wymieniamy „żółwiki”, chwilę się naradzamy, gdzie jest dalej szlak, aby gonić dziewczyny. Niestety – okazuje się, że szlak nie prowadzi granią, jak przypuszczałem, tylko trawersuje całe pasmo od południa. A tak ładnie wygląda ta grań z dołu…

Oznacza to konieczność zejścia ze szczytu pod stację kolejki i odnalezienie ścieżki poniżej. Schodząc, spotykamy na drodze pana w niebieskim sweterku, starych skórzanych butach i nienagannie uprasowanych spodniach. Prowadzi go za rękę ktoś na oko 50 lat młodszy od niego 🙂 Wymieniamy z Wojtkiem znaczące spojrzenia: Można? Można. Oby tylko dożyć takiego wieku…

Idziemy spokojnym tempem po ładnie ułożonej ścieżce. Jest czas pogadać, powspominać, porobić zdjęcia i przede wszystkim podziwiać fantastyczne widoki we wszystkie strony świata. Góry otaczają nas z każdej strony. Udaje nam się nawiązać kontakt z dziewczynami. Okazuje się, że idą na tyle wolno, że jesteśmy za nimi około pół godziny. Ze względu na porę robimy mała zmianę pierwotnego planu i zamiast do Chaty Stefanika, gdzie planowaliśmy zjeść posiłek, uzgadniamy wejście na Dumbier i stamtąd powrót na przełęcz, skąd mamy drogę odwrotu zielonym szlakiem.

Docieramy na przełęcz pod szczytem. Tu siedzi Ela, która założyła obóz szturmowy i pilnuje plecaków 🙂 Pozostali poszli na lekko na szczyt. Ruszamy za nimi i jesteśmy tam wszyscy niemal równocześnie. Co za idealne zgranie 🙂

Samo wejście jest łatwe i przyjemne, na pewno prostsze niż myślałem. Południowa strona jest łagodna, z ładnie poprowadzoną ścieżką na szczyt. 

Teraz mamy czas na tradycyjne świętowanie zwycięstwa 🙂 Na szczycie jak to na Słowacji – oprócz nas nie ma prawie nikogo. Wyciągamy zapasy z plecaków, my też się wyciągamy 🙂 Są i pieczarki – tym razem przy kupnie trzy razy sprawdziłem czy marynowane 🙂 Jest czas na zdjęcia pamiątkowe solo i w grupie. 

Pozostał powrót. Dość szybko wracamy do obozu szturmowego. Tu czeka na nas stęskniona Ela. Zerkamy na mapę. „O, zielony zygzak śmierci”. Tak mi się wyrwało 🙂

Zejście jest faktycznie karkołomne. Na szczęście poprowadzone klasycznymi trawersami. Błyskawicznie straciliśmy wysokość, ale wymagało to i wysiłku i uwagi. Zaczyna siadać morale, bo zaczynamy sobie uświadamiać, że to będzie długa trasa. Kierowcy wpadają na pomysł, by pobiec szybciej przodem i sprowadzić samochody z górnego parkingu, do którego od wylotu szlaku jest jeszcze ze trzy kilometry. Pomysł jest dobry, więc Wojtek, Piotrek i Radek błyskawicznie znikają nam z oczu. My zaś pomału człapiemy, bo wszyscy odczuwają już trudy wycieczki. Wychodzimy „ze ściany” i nareszcie nogi mogą trochę odpocząć. Obok świstaki urządzają nam koncert, a jeden nawet się ujawnia w pobliżu ścieżki, patrząc czy na pewno słuchamy 😉

Tempo siada, a kilometrów nie ubywa… Mimo, że się mocno rozciągamy na trasie, staramy się kontrolować wizualnie. Udaje się to długi czas, aż do wejścia w las. Od tej pory łapiemy się na telefon. Ułatwia to zniesiony roaming, dzięki czemu możemy bez dodatkowych kosztów prowadzić rozmowy. Regularnie ślę SMS z informacją, jak wygląda trasa i jakie są punkty charakterystyczne. Dowiaduję się że morale na końcu stawki jest równe zeru… Siadam więc na zwalonym pniu i czekam dość długo, dopóki między drzewami nie pojawia się moja grupka. Ostatnia prosta. Niby droga dobra, żwirowa, ale dłuży się niemiłosiernie. Wreszcie parking. Są chłopaki z samochodami. Piotrek rzuca hasło negocjacji z leśnikiem strzegącym drogi do lasu i dostajemy pozwolenie na wjazd na leśną drogę. Wojtek rusza pierwszy z prawdziwym rajdowym zacięciem i nim kurz opadł, ruszam za nim 🙂 Bardziej przydałyby się terenówki, ale pomalutku udaje się dotrzeć do naszych i zapakować ekipę do aut. Wszyscy zostają uratowani 🙂

Cała dzisiejsza trasa to prawie 20 kilometrów. Chyba każdy poczuł. Jest dwudziesta, więc wędrowaliśmy 10 godzin. Od razu przypominają nam się Otargańce. Wracamy do naszej chatki, auta wędrują na podwórko a my do knajpki. Zamawiamy tradycyjne słowackie danie czyli pizzę 🙂 Okazuje się, że w naszej wsi jest to jedyna knajpa i oferują jedno danie 🙂 Ale trzeba przyznać, że robią to dobrze, co stwierdzamy zgodnie po trzech dniach monotematycznej diety 😉 Nie możemy jednak narzekać, bo jest też słynne słowackie „rezane”, czyli piwo jasne z ciemnym wlane tak, by się nie mieszały 🙂

Brzuchy pełne, humory wracają 🙂 Ruszamy więc do chatki pointegrować się. Jak zwykle 🙂 Trwa to jednak niezbyt długo, bo trudy dnia większość zmogły a i najwytrwalsi padli koło północy.

II dzień zlotu

Rano wszyscy stękają ciężko po trudach poprzedniego dnia. No, nie wszyscy 🙂 Frakcja sportowa, czyli Wojtek z Radkiem już przed zlotem wspominali, że jeden dzień chcą zrobić na sportowo, czyli gdzieś pobiec. Dajemy im wolną rękę w tej kwestii i chłopaki ruszają znowu na Chopok, ale innym wariantem. Pozostali zaś postanawiają zostać jaskiniowcami. W Dolinie Demianowskiej są dwie jaskinie uznawane za najpiękniejsze na Słowacji i to one będą dziś naszym celem. Obie dzieli dystans około 3 kilometrów a nas od pierwszej z nich ledwie 5 kilometrów. Grzech nie skorzystać. I odpocząć.

Chłopaki pędzą znowu do Jasnej, a my do Demianowskiej Jaskini Svobody. Króciutkie podejście, kupujemy bilety i ruszamy z polską grupą. Jaskinia… jest niesamowita. Trasa we wnętrzu góry mam około 1200 metrów, pokonujemy ponad 900 stopni, a różnica wysokości osiąga 80 metrów. Jest chłodno, kolorowo, mnóstwo atrakcyjnych wizualnie elementów, ale nauczony doświadczeniem nawet nie próbuje robić zdjęć, tym bardziej, że ta przyjemność kosztuje 10 euro. Piotrek dzielnie zastępuję mnie z komórką 🙂 Ja wolę podziwiać. Robi wrażenie podziemna rzeka Demianowka, 70-metrowy wodospad naciekowy, podziemne jeziorka, długie korytarze i niesamowite formy naciekowe. Inny świat. Zadziwiające, co natura potrafi stworzyć.

Trochę faktów: Słowacki narodowy zabytek przyrody Jaskinie Demianowskie, leżący po północnej stronie Tatr Niskich, jest najdłuższym systemem jaskiń na Słowacji. Jedną z głównych jaskiń tego systemu jest Demianowska Jaskinia Wolności, która od wielu lat przyciąga wzrok zwiedzających bogatą sintrową ornamentyką w różnych kolorach, tajemniczym podziemnym korytem Demianowki i czarującymi jeziorkami. Jest najczęściej odwiedzaną udostępnioną jaskinią na Słowacji. 

Tradycyjna trasa okrężna ma długość 1150 m i różnicę wysokości 86 m. Na trasie jest do pokonania 913 schodów. Ekskluzywna (wielka) trasa okrężna ma długość 2150 m, taką samą różnicę wysokości i 1 118 schodów. Zwiedzania tradycyjnej trasy okrężnej zajmuje około 60 min, a wielkiej trasy okrężnej około 100 min. Temperatura powietrza w jaskini waha się od 6,1 do 7,0 °C. [źródło: SSJ].

Galeria Piotra:

Wracamy na powierzchnię. Siadamy na ławeczce, aby się pozbierać i zdziwieni stwierdzamy, że… zgubił nam się Baca. Człowiek który w górach nigdy się nie gubi, zrobił to w jaskini 🙂 Lekka panika, ale za chwilę nam się odnajduje… jest niżej 🙂 Ruszamy więc w dół na parking.

Czas na drugą jaskinię – Lodową. Parking, który rano był zabity, już trochę opustoszał, więc bez problemu znajdujemy na nim wolne miejsce. Rzucamy okiem na tablicę informacyjną  – do najbliższego wejścia jest 20 minut. Odruchowo zerkam w górę, szukając wejścia i ze dziwieniem odkrywam, że jest strasznie wysoko. Podrywamy się do boju i wbiegamy na górę… w 10 minut. Brawo my! Czoła przetarte z potu, bilety kupione, bluzy zapięte i znowu pochłania nas wnętrze góry. 

Jaskinia jest kompletnie inna. Zimniejsza. Zaskakują mnie ogromne przestrzenie i brak kolorów. Jest szara. Trasa jest nieco krótsza. Znowu setki schodków, korytarze, pionowe szczeliny. I na końcu największa atrakcja: schodzimy poziom niżej i już jesteśmy w lodowym królestwie. Jest wyraźnie chłodniej (a turyści oczywiście trzęsą się z zimna w letnich strojach , bo kto by czytał, jak się przygotować do wycieczki 😉 ) i niesamowite widoki. Są lodowe szable sterczące pionowo, jęzory lodu opadające ze stropu i wspinające się po ścianach, lodowe czapy i ślizgawki wzdłuż trasy zwiedzania. 

Fakty z SSJ: Okrężna trasa zwiedzania ma 650 m i przewyższenie 48 m. Wejście i wyjście jaskini są na tym samym poziomie, a odległość między nimi wynosi tylko 40 m. Zwiedzanie zajmuje około 45 min. Temperatura w jaskini podczas letnich miesięcy waha się od +0,4°C do +3°C.

Trasa zwiedzania przechodzi przez ogromne korytarze rzeczne, poprzeplatane stromymi odcinkami. Pierwsza część trasy prowadzi przez pomieszczenia ozdobione sintrową szatą naciekową, druga część przez korytarze i sale jaskiniowe z nagromadzonym lodem [źródło: SSJ].

I też galeria Piotra:

Wyjście z lodowego królestwa na rozgrzane powietrze jest jak skok do sauny 🙂 Tym razem nikt się nie zgubił, więc pomalutku schodzimy na parking.

Wycieczka udana, ale w okolicy nie ma nic do zjedzenia. A przecież spacery wyciągnęły z nas trochę sił i żołądki już domagają się napełnienia. Ruszamy na kwatery z myślą o knajpie. Bo tam znowu czeka pizza 🙂 Najedzony i zadowolony z życia wracam po aparat i namawiam ekipę na spacer gdzieś poza wieś. Nie jest jeszcze późno, widać pięknie Tatry, a tego dnia nie zrobiłem jeszcze żadnego zdjęcia.

Warto było wyjść. Idziemy kompletnie na przełaj przez łąki i pola. Odkrywamy wieżę widokową ze szczegółowo opisanymi panoramami na trzy strony świata. W oddali widać w zachodzącym słońcu całe Tatry Zachodnie, gdzieś na końcu odkrywamy Krywań. Cisza i spokój, miejsce na wyłączność. Spotykam znowu samotne drzewo, które jest ostatnio moim ulubionym motywem fotograficznym 🙂 Aż nie chce się wracać. No ale trzeba. Zaraz wrócą chłopaki z Chopoka.

Po powrocie ucinam drzemkę, a potem jest wieczór z gitarą i wspomnieniami tego dnia. I zacnym trunkiem, który w oczekiwaniu na wszystkich pokrył się grubą warstwą szronu 🙂 Jest to w pewnym sensie „powrót do korzeni”, albowiem właśnie śliwowica łącka zagościła na pierwszym naszym zlocie 17 lat temu. Mogliśmy znowu podelektować się i „poczuć tę moc” 🙂

III dzień zlotu

Dziwne zjawisko – budzę się po raz kolejny wyspany skoro świt. Fajny tutaj mają klimat 🙂 Jak zwykle zaczynamy od śniadania, rozkładamy przy okazji mapę i zachęceni utrzymującą się pogodę ustalamy kolejną wycieczkę. Postanawiamy po raz kolejny podejść na Chopok, ale zupełnie inną trasą, odwiedzając po drodze Sedlo Polany. To tędy poprzedniego dnia weszli nasi koledzy, więc postanawiają podejść „drogą normalną”, aby wyjść nam naprzeciw od strony Chopoka. 

W parę minut znowu parkujemy w Jasnej. Gratis, a jakże 🙂 Pogoda jest piękna, ruszamy więc ochoczo, za chwilkę mijamy znane już Vrbskie Pleso, plac zabaw i hotelik. Na rozstaju szlaków tym razem skręcamy w prawo – wzdłuż żółtych znaków. Asfaltowy początek wkrótce zamienia się w szutrową drogę, a po kilkuset metrach skręcamy w wąską leśną ścieżkę. Okolica jest wyjątkowo urokliwa, idzie sie bardzo przyjemnie. Pomalutku nabieramy wysokości.

Docieramy do rozstaju Tri Vody, gdzie w bok odchodzi ścieżka edukacyjna. My jednak ruszamy dalej w górę szlakiem żółtym.

Pojawiają się pierwsze chmury…. my jednak niestrudzenie zdobywamy kolejne metry, zachwycając się ścieżką, która wije się wzdłuż potoku. Gdzieś daleko coś mruczy… Niedźwiedź? Chcielibyśmy…. to mruczy burza, która nagle – jak to w górach – wyskakuje zza grani. Robi się ciemno, zaczyna błyskać i walić piorunami! Zmiana aury następuje w kilka minut. Lecą pierwsze krople – ledwo zdążyliśmy wyjąć stroje na deszcz, a już leją się na nas potoki wody. Z góry pędzą kompletnie zaskoczeni i przemoczeni do nitki turyści. A my spokojnie i systematycznie… wiejemy ile sił w nogach w dół 🙂

Odwrót można zaliczyć do udanych – przeżyliśmy 🙂 Nim dojdziemy do parkingu, całkiem się wypogodzi. Nie powiem, żebym nie żałował… skręca nas wszystkich. Co zrobić.

Łapiemy kontakt z grupą szturmową z góry. Przeczekali burzę w schronisku na Chopoku i kontynuują trasę. Wygląda, że wybrali lepszy wariant, a my mieliśmy po prostu pecha. Będą więc podążali dalej zgodnie z planem, a nam zostaje cos zrobić z popołudniem. 

Wracamy więc na kwatery. Robi się pełnia lata, słoneczko pali. W tej sytuacji wyciągamy Zlatego Bażanta kupionego chwilę wcześniej w potravinach i wygrzewamy się na ławkach przed naszą chatką. Błogość absolutna. Ekipa z góry przysyła nam obrazki – zdjęli koszulki i robią to samo tylko na grani między Chopokiem a Sedlem 🙂 No nie – musimy ich przebić. Zarządzamy plażę, obracamy ławki w stronę słońca, zmiana stroju i mamy plażowanie przed chatką 🙂 Odsyłamy chłopakom stosowne zdjęcie. Wiadomości przestają przychodzić, więc chyba przebiliśmy stawkę 😉

Wygrzani przez słoneczko nieco zgłodnieliśmy. Plażowanie zakończone i pędzimy do knajpy. Raczymy się chłodnym „rezanym”, z bogatego menu wybieramy znowu .. pizzę 🙂 W końcu tylko ona jedna króluje w karcie 😉 

W oczekiwaniu na grupę szturmową postanawiamy zrobić jeszcze jeden spacer na wieżę. Zabieram aparat i ciągnę ekipę na łąkę. Tu polegujemy na dłużej na trawie z Tatrami w tle. Potem ruszamy szukać tajemniczych ruin. Po bohaterskim przedarciu się z Kasią przez zarośla w końcu je znaleźliśmy, ale na miejscu okazało się, że to jest miejsce po ruinach a nie ruiny 🙂 Pozostali tymczasem podziwiają owieczki. Słychać je w promieniu kilometra, bo każda dzwoni swoim dzwonkiem, w efekcie czego po okolicy niesie się „owcza muzyka”.

Robi się ciemno, więc wracamy do chatki, gdzie wreszcie pojawia się druga grupka.

Czas na wieczór pożegnalny. Sączymy tradycyjną szarlotkę, wspominając dzień i snując plany na kolejny zlot. Pomysłów jest mnóstwo. Ale najważniejszy z  nich to Czerwone Wierchy na najbliższych zlocie zimowym. Oparły się już dwa razy, musi się w końcu udać!

I to już koniec? Tak, niestety… Wczesnym rankiem szybkie pakowanie, wyściskaliśmy się i w drogę. Ta przebiegła bez niespodzianek, no może poza jedną – na zakopiance złapała nas burza gradowa… Po 10 godzinach jazdy jestem w domu i już tęsknię do gór.

Landart Festiwal 2017

Artyści kochają Bug 🙂 Tak bardzo, że po raz trzeci przyjechali ze swoim Landartem nad tę piękną i dziką rzekę. Tym razem obrali sobie za cel drogę prowadzącą z Janowa do Bubla. Zresztą motywem przewodnim tegorocznych twórczych poszukiwań była właśnie „droga”.

Jak zwykle twórcy rozpoczęli swoją pracę dwa tygodnie wcześniej. Nie udało mi się co prawda zrobić rekonesansu przed ostateczną prezentacją prac, ale samego wernisażu nie zamierzałem odpuścić, choćby pogoda kompletnie nie dopisała.

Sobota, godzina czternasta. Tak jak od kilku ostatnich dni, jest zimno, leje, wieje, na niebie kłęby dzikich chmur. Wyglądają nawet artystycznie 🙂 Wrzucam aparat, kurtkę, pelerynę, ciepłe ciuchy i ruszam. Ilość ubrań przeciwdeszczowych sprawia, że następuje cud 🙂 Kilka kilometrów i nagle jadę suchą drogą. Kolejne kilometry – robi się słonecznie i ciepło… W Janowie jest już lato 🙂 

Szybko docieram na skrzyżowanie, gdzie ma się rozpocząć wernisaż. Tu już zastaję spory tłumek – i tyleż aut. Parkuję gdzieś na uboczu, zrzucam z siebie ochotą kurtkę i w całkiem letnim stroju dołączam do głównej grupy.

Ruszamy w stronę Janowa, gdzie szef imprezy, czyli niestrudzony Jarek Koziara, prowadzi całą grupę i opowiada w swoim specyficznym stylu o kolejnych dziełach. „To dzieło przedstawia dokładnie to o czym myślicie” 😉

Tłum jest całkiem spory i jak to artyści – kompletnie nie poddający się kontroli – każdy kroczy własną drogą 🙂 Organizatorzy próbują jakoś uformować kolumnę, ale widzowie mają swój charakter i nie poddają się ani instrukcjom policji ani kierującym ruchem. Jedni i drudzy w końcu rezygnują z walki 🙂

Jest trochę znajomych i to nie tylko wśród widzów. Jednym z autorów prezentacji na trasie jest gość naszych fotoklubowych Warsztatów – Roman Krawczenko.

O samych dziełach trudno coś napisać, trzeba je po prostu zobaczyć i zinterpretować po swojemu… Są różne, jak różni są ich autorzy i ich wizje drogi.

Stopa…

Dokąd zmierzasz żyrandolu?

Drugie życie pekaesu…

Długo nie można było odpędzić widzów od karawanu…

A niebo było całkiem blisko…

Przejście calej trasy zajmuje pond dwie godziny, a pokonany dystans to prawie 4 kilometry. Taka specyfika Landartu 🙂

Zapraszam do zobaczenia tego, co udało mi się uchwycić moim aparatem.

Na spotkanie z Tatarami

Każdy słoneczny dzień jest w tym roku na wagę złota. Tydzień wcześniej pogoda pokonała naszą grupę kolarską, ale ta niedziela była nasza 🙂

Tatarska Piątka – tak nazywał się bieg organizowany co roku w miejscowości Studzianka. Miejscowości słynnej z powodu nacji ją niegdyś zamieszkującej. Zresztą ma ona bardzo bogatą historię. Była to bowiem wieś tatarska. Pozostałością po dawnych mieszkańcach jest mizar. Ponieważ nie miałem jeszcze okazji go zwiedzić, powstał plan zrobienia wycieczki rowerowej, która połączy wszystkie atrakcje w jedno 🙂

Ruszamy około dwunastej. Jest cieplutko, pogoda wymarzona. Do pokonania jest około 18 kilometrów. Jedziemy wytyczonym przeze mnie szlakiem pośród łąk i pól, przez lasy, w większości polnymi drogami. Od czasu do czasu wspieramy się niezawodną mapą Maps.Me 🙂

Mijamy kolejne wsie, wyławiam aparatem kilka perełek.

Przekraczamy wysokim mostem w środku niczego rzekę Zielawę, potem jeszcze moją uwagę przykuwa Łysa Górą 🙂

Chcemy zdążyć na pierwszy punkt imprezy – oprowadzanie przez przewodnika po mizarze. Udaje nam się to idealnie – wjeżdżając do wsi napotykamy sądziwego Tatara w tradycyjnym stroju kierującego ruchem turystów. Przyłączamy się do grupy, gdzie wita nas niezawodny Dominik – w stroju tatarskim – a jakże. 

Cmentarz muzułmański w Studziance założony został prawdopodobnie po 1679 r. W tym czasie król Jan III Sobieski wydał zgodę Tatarom na osiedlanie się na terenie ekonomii brzeskiej, do której należała Studzianka. Na przestrzeni lat na cmentarzu pochowano przedstawicieli wielu zasłużonych rodów tatarskich (m. in. Bielaków, Azulewiczów, Lisowskich, Aleksandrowiczów). Pierwotnie cmentarz otoczony był rowem. W latach 1935-1936 został ogrodzony. Większość prac wykonano społecznie. Ostatni pochówek miał miejsce w 1938 r. Od czasów II wojny światowej jest nieczynny. Przez lata teren cmentarza był dewastowany i zaniedbany, a wiele nagrobków uszkodzono. Dewastacja cmentarza rozpoczęła się już po I wojnie światowej. Obecnie jego teren jest zabezpieczony i uporządkowany oraz oznaczony tablicą informacyjną. Cmentarz znajduje się pod opieką Urzędu Gminy Łomazy i służb konserwatorskich [źródło: zabytek.eu]. 

Przewodnikiem jest Łukasz Węda – człowiek, który żyje tym miejscem, dba o nie i o całą tatarską tradycję w Studziance. Oczywiście w odpowiednim stroju. W trakcie oprowadzania dołącza do nas cały bus… prawdziwych Tatarów! To zaproszeni goście ze wspólnot tatarskich, którzy zaszczycili swoją obecnością dzisiejszą imprezę.

Po zwiedzeniu mizaru jedziemy do centrum wsi, gdzie trwają przygotowania do biegów. My zaś zaszywamy się w pobliskim zagajniku na małe co nieco (jak mawiał pewien miś), leżymy chwilę wśród falujących łąk i zbóż i podziwiamy płynące obłoki. Słowem – sielanka. 

Wypoczęci ruszamy znowu do wsi. Tu startuje właśnie bieg najmłodszych uczestników imprezy. Chwila rozmowy ze spotkanymi znajomymi – a jest ich tu sporo – i czas na drogę powrotną,

Teraz już jedziemy drogami asfaltowymi, trochę dookoła, ale za to szybko i pewnie docieramy do Białej. Z obowiązkową przerwą na lody w wiejskim sklepiku 🙂

 

Łowca burz

Dziwne to lato… zimne, pogoda niestabilna. Kolejny weekend ucieka i nie ma jak pozwiedzać nadbużańskich krzaków. Nagle w sobotnie popołudnie wypogadza się. Płynące chmury kojarzą mi się z pięknymi fotografiami robionymi tuż przed burzą, które kiedyś widziałem. Chyba pora na małe szaleństwo.

Parę minut trwa wrzucenie roweru do bagażnika i jadę w okolice Bubla. Straż Graniczną w Janowie chyba poraził piorun, bo nijak nie mogę się do nich dodzwonić, że zamierzam im się pokręcić nad rzeką 🙂 Kolejna próba… i złapałem Sławatycze 🙂 Dalej już poszło gładko – przełączyli, pogadaliśmy i mogę spokojnie ruszać na łąki. Parkuję na końcu wsi obok zaprzyjaźnionego hodowcy pszczół, pana Józka. Pogoda jest taka jak sobie wymarzyłem – piękne, błękitne niebo, ciepło i pierzaste chmury wśród których jedna… nie za bardzo pierzasta 🙂

Ruszam dziarsko i już po kilometrze dostaję ostrzał w postaci pierwszych kropel wody 🙂 Zapowiadają się niezłe przygody. Chmura wygląda trochę jak z „Dnia Niepodległości”, jest ciemna i coś tam mruczy… a spod niej swymi promieniami próbuje się wydostać słońce. Czekam tylko, jak zza tej zasłony wyłonią się Obcy 😉

Dojeżdżam do jeziora. Krótka przerwa na fotki, oglądam się, a tu… nagle robi się czarno. Oj, będzie się działo.

Zamiast jechać prosto w stronę rzeki, skręcam przez łąkę nad pobliskie nieduże jeziorko, gdzie jest szansa schować się pod drzewami. Docieram w ostatniej chwili. Burza przelatuje mi nad głową gwałtownie z hukiem. Wszystko trwa 15 minut. Jak tylko przestaje padać, ruszam za nią 🙂

Dojeżdżam do rzeki. Otoczenie wygląda niesamowicie: sine niebo, jakieś dziwne formacje chmur, świeżo opłukana z kurzu zieleń o intensywnym kolorze.

Mijam żyrafę 🙂 Nie, nic nie brałem 😉

Przejeżdżam przez suche rozlewisko i mijam źródełko bijące z ziemi a potem landartowe dzieła sztuki. Zaczyna się kolejna zlewa. Na szczęście mam blisko do kilku olch, gdzie siedzę kolejne 10 minut. Trochę zmokłem, ale czego się nie robi dla sztuki 🙂

Mijam konia na drzewie. Siedzi tam już drugi rok. 

I wreszcie czas na finałowy spektakl. Do akcji wkracza kolejny aktor, czyli tęcza. 100 procent pozytywnej energii. Burza jeszcze gdzieś tam na wschodzie mruczy, a nade mną pojawia się błękitne niebo. 

Jadę spokojnie kolejne kilometry w kierunku wsi. Przyjemne ciepło i wiatr w plecy ułatwia zadanie. 

Po około 7 kilometrach jestem znowu przy samochodzie. 

Cała wyprawa trwała raptem 2 godziny, ale to już jest jedna z lepszych tegorocznych przygód 🙂