Jesienne Warsztaty Fotograficzne w Janowie Podlaskim – 2017

Coroczne Warsztaty przypadły w tym roku na 2 weekend listopada. Jesienna ponura aura ciągnęła się już od dłuższego czasu i bardzo liczyliśmy chociaż na jeden dzień przejaśnienia. Słońce wyszło  – ale tylko na chwilę, bo generalnie aura nie sprzyjała fotografowaniu. 

Piątkowy wieczór rozpoczęliśmy od otwarcia wystawy powarsztatowej z roku 2016. Taka tradycja. Niestety, Stara Plebania w Janowie Podlaskim, gdzie zawsze prezentowaliśmy nasze prace, spłonęła jakiś czas temu, więc pozostała nam Galeria w Bialskim Centrum Kultury, skąd po wernisażu jedziemy do Janowa. Musimy się trochę śpieszyć, bo tam czeka nas dobra, albo raczej dziwna zmiana. W Stadninie pojawiła się brama, w dodatku zamknięta po godzinie osiemnastej. Nie dość, że zniszczono dwustuletnią reputację miejsca, to jeszcze odgrodzono je od świata. Dziwnie, nieodgadnione.

Na szczęście zdążyliśmy. Brama się za nami zatrzasnęła i pozostało nam tylko integrować się. Jak zwykle długo, jak zwykle wesoło i jak zwykle najlepsi dotrwali do rana 🙂

Poranek nie dał szans na fotografowanie wschodu słońca. Ciemno, mokro. Orkan Marcin szalał nad Polską, co mieliśmy za chwilę odczuć. Po śniadaniu tradycyjnie dzielimy się na mniejsze grupki i realizujemy swoje plany związane luźno z tematem Warsztatów – „Ludzie”.  Przysiadam się jak zwykle do terenówki Mirka, bo jest plan przejechać moją ulubioną trasą nadbużańskimi łąkami w stronę Woroblina. Dosiada się do nas Krzysztof, przedstawiciel Sony Alfa Team – gość specjalny Warsztatów. Krzysztof miał dzień wcześniej krótki pokaz związany z nowościami sprzętowymi Sony w dziedzinie fotografii, a dziś chce zobaczyć trochę nadbużańskich pejzaży. Zabieramy jeszcze dwie niewiasty, którym dostarczymy dziś sporo emocji 🙂

Zapakowani, ruszamy w drogę. Wyjazd z drugiej strony Stadniny na szczęście nie jest zamknięty żadnymi bramami 🙂 Jest pochmurno, mnóstwo kałuż, droga na początku ułożona jest aż do Łęgu Dębowego z betonowych płytek, więc nic nie zapowiada atrakcji. Te zaczynają się w momencie skrętu w stronę rzeki, gdzie zamierzamy na początek odwiedzić tzw. Pralnię.

Zaczyna się niezła jazda, błoto fruwa wyżej od samochodu, woda tryska na wszystkie strony, auto jednak dzielnie daje radę na czterokołowym napędzie z zablokowanym mechanizmem różnicowym. Mirek zna się na rzeczy 🙂 Docieramy nad rzekę. Wysiadamy, a Mirek drapiąc się po głowie z rozrzewnieniem wspomina dziewięć złotych wydanych dzień wcześniej na umycie samochodu 🙂 Zaczyna kropić. No dobra, tyle jesteśmy w stanie przetrwać. Wpadam na cypelek na panoramę i się zaczyna. Kropienie przechodzi w regularną i lodowatą ulewę. Istny szkwał. Uciekamy do samochodu. Za chwilę w dach bębni grad. Ślizgając się na pochyłej drodze, docieramy do małego przysiółka. Tu droga wygląda jeszcze gorzej. Jakoś się jednak przebijamy. Takich warunków to ja jeszcze tutaj nie widziałem. Zastanawiam się, co będzie dalej, bo pamiętam, że były tu gorsze miejsca.

Mirek objeżdża lasek i dociera w obniżenie wiodące na łąki w stronę rzeki. Wygląda to… fatalnie. Uśmiechamy się z Mirkiem, bo widzimy przerażenie w oczach pozostałej ekipy 🙂

Do tego te opowieści Mirka, ile razy i skąd był wyciągany 😉 Klucząc między dołami i ryjąc jak dzik w rozmiękłym błocie docieramy jednak szczęśliwie nad rzekę. Uff… najgorsze za nami. Tak mi się przynajmniej zdawało….

Teraz w miarę spokojnie zmierzamy w kierunku Woroblina i docieramy nad rozlewisko, gdzie rok temu podziwialiśmy rozległy krajobraz przyprószony śniegiem i świecący w jesiennym słońcu. Dziś znowu zaświeciło. Właśnie na moment przestało lać i i zabłysło niebieskim kawałkiem nieba. Rzucamy się z aparatami na łowy, by maksymalnie wykorzystać chwilę.

Koniec przerwy. Mirek coś tam mruczy pod nosem, że może być problem. Już za chwilę wiem o czym mówił. Droga… jest pod wodą. Do przejechania mamy rozległe obniżenie, które teraz skrywa 20 metrowa tafla wody. Pod nią jest droga, ale jej stan to niewiadoma. Mirek rzuca jakieś zaklęcie, po czym wciska gaz i za chwilę wpadamy w sam środek bajora. Do połowy idzie nieźle, potem zauważam, że woda przelewa się przez maskę i zalewa szybę 🙂 Auto jednak pędzi i po chwili jesteśmy na drugim brzegu. Dziś nie będą nas wyciągać 🙂

I tylko jest jeden problem… Na drugim brzegu zostały nasze dzielne koleżanki, które zajęły się wędkarzem, zamiast miejscem w aucie 🙂 W ferworze walki zapomnieliśmy o nich i teraz trzeba obmyśleć plan przeprawy.

Na szczęście Mirek, jak McGyver, dłubie chwilę w bagażniku i za chwilę z triumfem wyciąga  gumowce, które jednak trzeba jakoś dostarczyć na drugi brzeg. Na szczęście z odsieczą biegnie wędkarz, który nie dość że zna miejsce, gdzie można przejść i nie nabrać w nie wody, to jeszcze dwukrotnie przenosi je naszym rozbitkom 🙂

Już w komplecie, ruszamy dalej. Mirek rzuca hasło, że pokaże nam jeszcze „kibel”. Skręca więc ponownie w stronę rzeki. Tą drogę też znam i też spodziewałem się, że lekko nie będzie. Nie myliłem się… W pewnym momencie lewa strona auta łapie koleinę z boku drogi i w mocnym przechyle walczymy przez kilkaset metrów, by nie zatrzymać się w środku bajora i rozpaczliwie wzywać pomocy 🙂 Błoto fruwa kilka metrów w górę i przykrywa grubą warstwą każde wolny kawałek samochodu 🙂

Po raz kolejny kunszt mistrza kierownicy ratuje nam skórę i już jesteśmy nad rzeką. Pogoda znowu się zmieniła i tym razem mało sprzyja fotografowaniu. Uwieczniam „kibel” i wracamy. Tą samą drogą. Tym razem uważamy, by nie złapać znowu rowu i już bez większych przygód docieramy do Woroblina.

U Mirka robimy chwilę przerwy, bo goście są zainteresowani czatownią do fotografowania zwierząt i ptaków. Stąd już asfaltową drogą („oo, pierwszy dziś asfalt”) ruszamy jeszcze nadbużanką, by pokazać naszym gościom kilka miejscowych atrakcji.

Zaczynamy od Derła, gdzie dostajemy prezent w postaci okienka pogodowego. Na horyzoncie kłębi się orkan, a nad nami błękitne niebo i iskrzące się w słońcu kropelki wody na mokrych drzewach.

Zaglądamy jeszcze do Pratulina i do Nepli, ale że czas nas już goni, szybko wracamy do Janowa ma obiad.

Po południu odbywa się autorski wykład gościa Warsztatów, Andrzeja Zygmuntowicza.

Andrzej Zygmuntowicz – fotograf, członek Związku Polskich Artystów Fotografików, wykładowca fotografii w Zakładzie Fotografii Prasowej, Reklamowej i Wydawniczej UW oraz w Collegium Civitas, Studium Fotografii ZPAF i Studio Sztuki a także na warsztatach i innych, krótkich formach edukacyjnych, popularyzator fotografii i organizator działań fotograficznych, przewodniczący Rady Artystycznej ZPAF, wcześniej prezes Warszawskiego Towarzystwa Fotograficznego, Związku Polskich Artystów Fotografików i Fundacji Konkurs Polskiej Fotografii Prasowej.

Wystawia swoje prace od 1973 roku na wystawach indywidualnych, grupowych i zbiorowych. Równolegle publikuje zdjęcia komercyjne w prasie, książkach i wydawnictwach reklamowych. Wiele jego wystaw to zapisy dokumentalne (Plaża, Miejsca, Krajobrazy, Nowe krajobrazy, Miasteczko, Teraz Polska), ale chętnie sięga po kreację, z ciałem jako motywem przewodnim (Zwyczajna nagość, Piękne odpoczywające, Piękne ukrzywdzone, Ciało, Smakując) i pamięcią wizualizowaną w plastyczny sposób (Szumy, zlepy, ciągi, Podróże, Kwiat paproci) [źródło: DigitalCamera].

Wieczorem zaś, jak zwykle, pokazy. Każdy może się zaprezentować, poopowiadać, co robi, jakie ma pomysły. 

Moje wystąpienie związane jest z dwoma projektami. Mam okazję pokazać zbierane przez dwa lata zdjęcia Bugu, a drugi pokaz wyszedł trochę przy okazji, bo przez dwa kolejne lata byłem na tym samym bieszczadzkim szlaku, który pokazał dwa różne oblicza, które zestawiłem dla kontrastu.

Ostatni dzień Warsztatów to autorska prezentacji Jolanty Rycerskiej.

Jolanta Rycerska – urodzona w Lublinie, z wykształcenia filozof (Filozofia Teoretyczna na KUL) i fotograf (Studium Fotografii ZPAF, Europejska Akademia Fotografii, otwarty przewód doktorski na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie). Od kilkunastu lat aktywnie fotografuje – jest autorką kilkudziesięciu wystaw indywidualnych i zbiorowych oraz kuratorką kilkudziesięciu wystaw i projektów. Członek ZPAF od 2005 roku. Od 2009 roku pełni funkcję prezesa Okręgu Warszawskiego ZPAF, od 2011 roku – także Zarządu Głównego ZPAF.  W 2013 roku otrzymała Nagrodę Specjalną Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego za osiągnięcia twórcze i zasługi w popularyzacji fotografii. Od kilku lat jest wykładowcą Studium Fotografii ZPAF, jurorką licznych konkursów fotograficznych, dyrektorem trzech edycji festiwalu Warsaw Photo Days oraz Warszawskiego Festiwalu Fotografii Artystycznej 2015. W roku 2016 została stypendystką MKIDN  oraz członkinią Rady Kuratorów Galerii Kordegarda. Mieszka i pracuje w Warszawie [źródło: ck.art.pl].

Jeszcze tylko pyszny obiad i czekamy rok na kolejne Warsztaty.

 

Bieszczadzkie szlaki

Za moich czasów szkolnych październik był „miesiącem oszczędzania”, ale od kilku lat stał się dla mnie miesiącem wydawania 😉 Wydawania na dojazd i pobyt w Bieszczadach. Odkąd odkryłem piękno jesiennych bieszczadzkich pejzaży, z nadejściem października trwa odliczanie dni do wyprawy na pokryte szeleszczącymi, suchymi liśćmi łagodne górskie ścieżki.

Tak jak lato było chłodne i mało pogodne, jesień wcale nie była w tym roku lepsza. Stąd miła niespodzianka, że prognoza na dni naszej wyprawy była całkiem pomyślna. 

Nadchodzi czwartek, wszystkie niezbędne przedmioty spakowane i ruszamy w 400-kilometrową trasę. Jedzie się całkiem spokojnie, po drodze jest kilka remontów – szczególnie jeden zapadł nam w pamięć: na moście odbywa się ruch wahadłowy, ale z jakiegoś powodu światła odmawiają posłuszeństwa. Budowa jest obstawiona przez… hm.. Bojowców Imperium 😉 Nowiutkie stroje, obwieszeni jak choinki sprzętem tylko… kompletnie nie ogarniają sytuacji i generują dodatkowy chaos, patrząc na zepsuty sygnalizator i próbując dokonać naprawy metodą szturchania butem 🙂 Dopiero kilku starej daty drogowców w tradycyjnych kufajkach po przejęciu inicjatywy sprawnie zaczyna kierować ruchem i po kilku minutach korek znika. Aha – mam przeczucie że widziałem nowo powołane Wojska Obrony Terytorialnej 🙂

Druga niespodzianka – tym razem miła, to nowo otwarty odcinek ekspresówki wokół Rzeszowa. Teraz już szybko i bezpiecznie docieramy do naszej Leśniczówki.

Rankiem okolicę spowija mgła, ale widać że prognoza się sprawdzi. Z każdą minutą widać coraz więcej błękitnego nieba i nim zjemy śniadanie, całkiem się wypogodzi. Nasz gospodarz musiał wyjechać, ale dzielnie zastępuje go gospodarz junior, czyli Mateusz 🙂 Wygląda trochę jak ksero zrobione z Artura 🙂 Zgodnie stwierdzamy, że tradycje rodzinne zostały przekazane, bo śniadanko niczym nie różni się od tych, jakie przygotowywał nam zawsze Artur 🙂

Przygotowałem jak zwykle kilka tras i dziś przez aklamację została przyjęta trasa zahaczająca o fragment zeszłorocznej. Coś mnie jednak tknęło, by dopytać o szczegóły Artura i ten po krótkich konsultacjach z miejscowymi przewodnikami radzi nam inny wariant, bo szlaku, o którym myślałem, podobno nie ma… A ten inny wariant, to dokładnie wariant zeszłoroczny. Chwila namysłu i pomysł chwyta – przecież przeszliśmy go w deszczu – więc nie zaszkodzi zobaczyć go teraz w słońcu 🙂

Tak jak ostatnio – zostawiamy jedno auto w Cisnej – a pozostałymi wjeżdżamy na Ruską Przełęcz. To wyjątkowo piękna trasa, a świecące w słońcu kolorowe liście dodatkowo pogłębiają to wrażenie.

Kilka minut i jesteśmy gotowi do wymarszu. Wspólne foto i już biegniemy pod górkę. Liści na drzewach jest w tym roku znacznie mniej, bo jakoś wcześniej opadły. Grabina szeleści pod stopami, a na bukach zostały rude resztki. 

Pierwszy odcinek wiedzie szlakiem granicznym i prowadzi na Okrąglik. Początkowe metry wytapiają trochę potu, ale za chwilę trasa pomalutku zaczyna piąć się łagodnym grzbietem. Idziemy piękną aleją, wokół otacza nas jesień w swojej najpiękniejszej odsłonie. 

Wychodzimy na polanę i nareszcie są jakieś widoki. I to nie byle jakie! Będąc tu ostatnio, mogliśmy podziwiać wszystko dookoła… w promieniu 50 metrów 🙂 Dziś jest uczta dla wzroku.

Przecinamy polankę i przed nami ostatnie podejście na Okrąglik. Szczyt osiągamy po około 20 minutach. Tu oczywiście zarządzamy dłuższy biwak. W ruch idą termosy, kanapki, dzieci robią sesje fotograficzne na słupku a starsi leżą… Sielanka 🙂

Po kilku minutach wjeżdża… rowerzysta. Można i tak. Oceniam na oko, że rower sporo kosztował 😉

A wokół góry…

Jest południe, czas poderwać ekipę. Teraz czeka nas zejście… raptem 10 kilometrów 🙂 Pogoda jednak sprawia, że najmłodsi uczestnicy wycieczki dostali dziś przysłowiowego „pałera” i przez chwilę widziałem ich plecy, a potem spotkaliśmy się dopiero na dole 🙂 Przynajmniej uniknąłem ciągłego odpowiadania na pytania „daleko jeszcze?” 🙂

My zaś dostojnie i niespiesznie maszerowaliśmy bukowymi alejami w kierunku Jasła. Wyjście z lasu przed szczytem znowu odsłoniło przed nami piękne panoramy na wszystkie strony świata. 

Odbijamy na chwilę na szczyt znajdujący się około 5 minut drogi od głównego szlaku. Przy drodze leży… rowerzysta 🙂 To ten z Okrąglika – położył się w falujących trawach i patrzy w niebo 🙂 A  na niebie oprócz obłoków – paralotnie.

Upewniwszy się, że rowerzysta żyje, ruszam dalej 🙂

Mijam kolejne kulminacje, laski i łąki, dochodzę do Małego Jasła.

Teraz droga zaczyna pomału opadać. Ostatni kilometr przed Cisną jest już całkiem stromo. Pomalutku sprowadzam całą wycieczkę w dół, udzielając bezcennych rad, jak najlepiej schodzić metodą zygzakowania. Narciarze natychmiast łapią tą technikę, pozostali kombinują po swojemu 🙂

Jeszcze tylko ostatnie przeszkody w postaci stromego gliniastego zejścia do rzeki, potem idziemy chwilę nad samą rzeką, znajdując przy okazji kilka rydzów i jesteśmy na nasypie kolejowym. Przekraczamy most i już Cisna. Nad rzeczką toczy się dyskusja kilku „zakapiorów”, których chyba kojarzę z Przystanku Bieszczady, oglądanego ostatnio na kanale Discovery. Oglądają jakąś … kropkę namalowaną na drodze 🙂 Niestety, nie dane mi było zgłębić jak ważna była ta kropka dla rozwoju cywilizacji 🙂

Jeszcze parę minut i jesteśmy w komplecie na parkingu. Szybki wybór knajpy, kierowcy pakują się do czekającego tu od paru godzin auta i w ciągu 20 minut ściągamy pozostałe stojące na przełęczy.

Zamawiam placek po bieszczadzku. Niestety – nie zmieścił się… Porcja mnie trochę przerosła 🙂 Najedzeni, wymieniamy się wrażeniami, a potem wracamy do Leśniczówki na wieczorne pogaduchy. I smażone rydze, których „nazbieraliśmy” od miejscowego pana z parkingu w Cisnej 😉

Kolejny dzień wita nas gęstą mgłą. Mateusz jak zwykle trzyma najwyższy poziom i zjadamy pyszne śniadanie przy kominku.

Ruszamy w drogę: Polańczyk, Wołkowyja i już jedziemy nad Zalewem Solińskim. Wrażenie jest niesamowite, bo wyjeżdżamy trochę wyżej i jedziemy ponad mgłą, która skrywa wody Zalewu, a podświetlona słońcem sama świeci niezwykłym blaskiem. Aż żałuję, że nie było jak się zatrzymać i sfotografować to piękne zjawisko. 

Znowu przejeżdżamy widokową trasą przez Terkę i Buk. Lubię tędy jeździć – droga pusta, dzikie Bieszczady w najlepszym wydaniu. W jesiennym barwach bardzo nastrojowe. W Dołżycy tym razem skręcamy w lewo i po 20 minutach jesteśmy na Przełęczy Wyżnej na parkingu. Cel na dziś – Połonina Wetlińska, a jak pogoda pozwoli – podejście do Roha.

Na początek zimny prysznic – parking kosztuje 20 zł. Bieszczady gonią Tatry 🙁

Początek trasy pozwala cieszyć się pogodą i niestety ogromnymi tłumami. Suną całe wycieczki – starzy młodzi, panie z pieskiem i inni, których lista zajęłaby kilka stron 😉 No cóż, Wetlińska to taki bieszczadzki samograj. Nasza grupka też niemała. Poruszamy się jednak dobrym tempem i udaje nam się oderwać od trzydziestoosobowej wycieczki, która startuje razem z nami.

Czekam kilka minut, żeby zrobić zdjęcie pustego szlaku 🙂

Idziemy praktycznie bez zatrzymania i pod Chatką jesteśmy w rekordowo krótkim czasie. Z każdym wejściem tutaj mam wrażenie, że trasa jest coraz krótsza 🙂

Niestety… kończy się nasze szczęście do pogody. Najpierw się zaciąga, za chwilę zaczyna wiać a potem padać. Czuć, że temperatura siadła i jest pewnie koło zera stopni. Przezbrajamy się w zapasy z plecaka… w ruch idą czapki, rękawice, kurtki. Chwilę się naradzamy i postanawiamy po krótkiej przerwie zrobić pamiątkowe foto i uciekać na dół. Tak też czynimy.

Grupa rusza w dół, a ja jeszcze zostaje na kilka fotek. Żal będzie schodzić, więc te parę minut mam dla siebie i widoków. Za chwilę deszcz też mnie zgania, więc ruszam za pozostałymi, których doganiam w okolicy lasu.

Dalej spokojnie schodzimy już całą grupą. A w drugą stronę wciąż idą tłumy.Ubrani na lekko, czasem w krótkie spodnie do kolan, letnie koszulki, że nie wspomnę o obuwiu, które bardziej nadawałoby się do grania w tenisa czy biegania. Chyba nie wiedzą, co ich czeka po wyjściu z lasu…

Taki też bardzo młody człowiek idzie na wprost nas – białe skarpetki, lekkie, krótkie buty co chwila zapadające się w rozmiękłym, gliniastym podłożu, a mamusia na to: synku, nie pobrudź skarpetek 😀 Odpadliśmy…

Resztę pominę milczeniem 😉

Wracamy na parking. Niestety leje, więc rezygnujemy z innych planów. Tu też muszę rozdzielić się z grupą, bo w przeciwieństwie do zeszłych lat nie będę nocował i wracał jak zwykle w niedzielny poranek. Muszę jeszcze dziś wsiąść w auto i przejechać te swoje 400 kilometrów na moje Podlasie. Czego się nie robi dla córek 😉

Pakowanie idzie szybko, jeszcze tylko kawka i ciastko w Lesku (taka tradycja) i w drogę. Za Rzeszowem łapie mnie mgła, która ciągnie się przez około 100 kilometrów. Jazda w ciemności w takich okolicznościach, w dodatku bez pasów na jezdni, bo trwa remont, trochę mnie sponiewierała 🙂 Ale było przynajmniej spokojnie, nikt nie szalał i po 6 godzinach z ulgą zawitałem w domu, gdzie jak zwykle przywitał mnie kot, patrząc wymownie na miskę.

Jesienny rajd nadbużański

Jakiś czas temu moje ścieżki skrzyżowały się z sympatycznymi ludźmi z koła TKKF. Organizują oni szereg imprez związanych z różnymi formami aktywności fizycznej, a jedną z nich są rajdy piesze i rowerowe. Taka w właśnie impreza pojawiła się w kalendarzu już dość dawno, a że miała się odbyć nad Bugiem, mój udział w niej był oczywisty 🙂

Jako że dałem się poznać Marcie i Markowi jako miłośnik Bugu, zostałem przez nich poproszony o propozycję trasy, co też z przyjemnością uczyniłem. 

Start imprezy zaplanowano w okolicy promu z Gnojna do Niemirowa. Okolicę znam dość dobrze z racji wcześniejszych wyjazdów do Strefy 51 😉 A bardziej ludzkim językiem mówiąc – na tereny Landartów. Moje obawy budził trochę wyższy ostatnio stan Bugu i tygodniowe opady deszczu przed imprezą. Jak się okazało – całkiem słusznie 🙂

Październikowa sobota wbrew prognozom przywitała mnie całkowitym zachmurzeniem. Na szczęście z każdą chwilą robiło się coraz jaśniej i gdy koło dziesiątej pojawiłem się w Gnojnie, pogoda była już całkiem znośna. Na miejscu jest już sporo osób, wkrótce dojeżdżają też rowerzyści. Jest też grupa z pieskami, bo dla nich przewidziano osobną kategorię 🙂

Krótkie przywitanie ze znajomymi, bo po kilku wspólnych wypadach mogę już tak mówić o uczestnikach imprez TKKF i szykujemy się do wymarszu. Dostaję zaszczytną rolę przewodnika całkiem sporego tłumu około dwudziestu osób 🙂 

Trasę znam, więc na pewniaka zagłębiamy się w las. Za chwilę jesteśmy w punkcie, gdzie zaczyna się zielona granica. Tu czeka nas atrakcja w osobach dwóch pograniczników, którzy budzą wielkie emocje – szczególnie w uczestniczkach rajdu 🙂 Chwilkę rozmawiamy i ruszamy dalej w drogę.

Kolejna atrakcja na szlaku to zagubione w lesie bużysko. Oprócz mnie jest też kilka pań fotografów i widzę, że miejsca rozbudzają w nich twórczy zapał. Trudno je oderwać od nadbużańskich krajobrazów 🙂 

Droga… jest nieco błotnista. A nawet mocno. Szczególnie daje się to we znaki rowerzystom. Jechałem tędy w czasie suszy – teraz warunki są diametralnie różne. Dzielni rowerzyści co jakiś czas wpadają w wielkie kałuże, koła ślizgają się po gliniastej drodze, ale grupa posuwa się naprzód.

Docieramy na łąkę. Pieski ruszają w pogoń za sarną, a my za żyrafą 🙂 Oczywiście tą drewnianą, która pozostała po Landarcie. Docieramy znowu do Bugu. Na żyrafie siedzi pan z aparatem fotograficznym i uwiecznia naszą grupę z góry.

Teraz czeka nas przeprawa. Część rowerzystów po dotychczasowych przeżyciach decyduje się skręcić do wsi, a my ruszamy na ułożony z kamieni mostek ponad odnogą Bugu. Kilka chwil i jesteśmy po drugiej stronie. Tego miejsca trochę się obawiałem, ale na szczęście poszło bez problemów. Jeszcze tylko na szybko opowieść o źródełku wciągającym całe krowy i ruszamy dalej wzdłuż Bugu.

Idziemy wzdłuż kolejnych landartowych dzieł, a ja snuję dziwne opowieści, popuszczając wodze fantazji i tworząc różne alternatywne historie na temat spotykanych eksponatów 🙂 Słuchacze wdzięcznie słuchają 🙂

Mijamy ostatnie rzeźby i zagłębiamy się w las. Tu, jak pamiętam, droga wiodła w obniżenie terenu, za którym zaczynał się kolejny Landart. Po przejściu około 500 metrów droga faktycznie skręca, ale jest… zalana. Na przeprawę nie ma chętnych 🙂 Wąską ścieżką przez krzaki docieramy do głównej drogi do wsi, by po jakimś czasie skręcić znowu w boczną dróżkę. Ta niestety kończy się na podmokłej łące. Za łąką z kolei jest rów i bagienny las. Chyba mamy dość przygód bo zarządzamy odwrót 🙂 Widać już wieś Bubel, ale oddziela nas od niej podmokły teren. Na szczęście dość sprawnie pokonujemy kolejny rów a potem błotnistą drogą docieramy do cywilizacji 🙂

Teraz jeszcze zostaje tylko dotrzeć do punktu startu i domknięcie pętli. Idziemy dziarsko przez wieś, korzystam z okazji i fotografuję przydrożne historie, których w tej nieco zapomnianej wiosce nie brakuje. Moją uwagę przykuwają namalowane na przydrożnych drzewach numery… Raz, że brzydko to wygląda i odbiera im urok, a po drugie źle mi się kojarzy – ze skazaniem tych drzew na piły… Wyjaśnianie tego zjawiska trwa…

Jeszcze trochę kilometrów i wracam do punktu wyjścia. Tu organizatorzy przygotowali mały piknik. Są kiełbaski z grilla, a nawet znalezione po drodze rydze smażą się na ogniu. 

Około czternastej zbieram się w drogę powrotną i jadąc przez tereny ostatniego Landartu, stwierdzam, że pomysł wyjścia ze sztuką na dość uczęszczaną drogę był chyba zły – większość ekspozycji albo zniknęła, albo została zniszczona… Gdzieś w głowie kołacze mi przysłowie o rzucaniu pereł przed wieprze 😉

Historie przydrożne

Mapa