Plener Fotoklubu Podlaskiego – Gmina Piszczac

Plener Fotoklubu czyli dzień z życia fotografa

Wiosenny okres to nasz tradycyjny plener fotograficzny Fotoklubu Podlaskiego. Przed nami kolejne wyzwanie – gmina Piszczac. Uzbrojeni w płaszcze (chcieliśmy się wtopić w miejscowych) zjeżdżamy się w piątkowe popołudnie w sympatycznym gospodarstwie agroturystycznym nad Krzną. Pierwszy wieczór jak zwykle służy integracji środowiska fotograficznego, niekończącym się dyskusjom natury sprzętowej i ideologicznej (oczywiście o fotografii) 🙂

Idziemy jeszcze na spacer nad Krznę, ale poza podmokłą łąką nie ma tu żadnych atrakcji godnych sfotografowania. Woda w Krznie nadal jest bardzo wysoka, miejsce gdzie opuszczane są kajaki – błotniste, a rowy pełne wody. Udaje nam się dojść do dwóch samotnych uschniętych pni i stwierdzamy, że nic tu po nas 🙂 Nawet aparatu nikt nie wyjął… Wracamy do naszej wiatki, na ruszcie pieką się kiełbaski, a Fotoklub bawi się w najlepsze.

„Punkt piąty” kończymy koło północy. Trafia mi się łóżko z centralnie umieszczonym nisko nad głową oknem dachowym. Rewelacja! Otwieram oczy i widzę … rozgwieżdżone niebo! Agroturystyka jest na zupełnym odludzi, wokół doskonała ciemność i gwiazdy! Tak to można spać 😀 Nawet nadciągający kolejni imprezowicze jak zwykle nie są w stanie mnie obudzić 🙂

O czwartej rano słyszę odgłosy walki z budzikiem. No tak – łowcy świtów. Pędzą nad rzekę łapać mgiełki i jakieś skostniałe robale – podobno rano mniej się ruszają 🙂

Ponieważ pamiętam jednak, że nad rzeką nie czeka na mnie żaden wybitny pejzaż, przykładam głowę do poduszki i odpływam. W sen. O siódmej jednak nie da się już spać, zresztą wszyscy pomału wyłażą na poranne łowy, ruszam się i ja. Ptaki śpiewają, a pogoda – zapowiada się genialna. Jeszcze tylko śniadanie i dzielimy się na trzy załogi.

Ruszamy koło 10. Przekraczamy rzekę, krajówkę i jesteśmy przed Chotyłowem. Pada propozycja zajrzeć na plażę obok cegielni. Jest to miejscowa atrakcja turystyczna. Powstały tu  na skutek zalania wyrobisk, w których wydobywano kiedyś glinę, zbiorniki wodne. Potocznie miejsce nazywane jest „Kubikami”. Cicho tu i sennie, raz że godzina wczesna, a ponadto w maju jeszcze nie sezon kąpielowy.

Łąkę pracowicie strzyże pan na kosiarce, piasek równiutko wygrabiony, słomiane parasolki jak na plaży na Hawajach 😉 Zakładam filtr polaryzacyjny i robię trochę zdjęć „folderkowych” 🙂

Załoga do wozu i ruszamy dalej na poszukiwanie przygód. Przed przejazdem kolejowym mijamy jedną z naszych ekip, która dobrała się do komina. My skręcamy na Zalutyń. Jest tu niedaleko leśniczówka, ale zostawiamy ją sobie na powrót. Wyjeżdżamy tuż przed Piszczacem. Czas na gwiazdę. Prawdziwą, czerwoną. Może ostatnią. Tablica zniknęła, bo niesłuszna (zapewne) – w końcu kto dziś się przejmuje wyzwoleńczą Armią Czerwoną 😉

Ruszamy dalej, Piotrek dzielnie prowadzi, chociaż nie zawsze  wie dokąd jedziemy i co jakiś czas rzuca „za mało danych” 😉 Udaje się dojechać do Dąbrowicy Dużej, ale stwierdzamy, że atrakcji brak. Skręcamy na Chroszczynkę. Byliśmy tu zimą i jakoś nie ma zapału, żeby się zatrzymać. Ruszamy na Zahorów. Jacek twierdzi że ma pewniaka – schowany w lesie stary cmentarz. Na wjeździe do wsi stoi przystrojony krzyż. No – będzie temat – majowe. Od miejscowych szybko wyciągamy informację, że o osiemnastej.

Zamieniamy kilka słów z panią, która ma 90 lat, a wygląda jakby miała 20 lat mniej 🙂 Starsi ludzie w takich wsiach zawsze chętnie rozmawiają, a Jacek ma szczególny dar zagadywania. Poznajemy historię życia pani, wiemy już, gdzie się dzieci rozjechały po świecie, kto się panią opiekuje i jak tu się żyje…

Szukając cmentarza trafiamy pod cerkiew. Tu według notatek mamy zjechać w polną drogę. Pod lasem droga ma kilka odjazdów. Co dalej? Google 🙂 Telefon w dłoń, rzut oka na okolicę z kosmosu i wszystko jasne 🙂 Słoneczko przypieka coraz bardziej. Snujemy teorie na temat znalezionego kamienia, dziwnych słupków w lesie, starego płotu i wychodzi nam że tu była cerkiew. Co z tego że nie było, jak nawet potem powie miejscowy pop. Była i już! 🙂 Każdy detal ląduje na karcie aparatu, czas na odwrót.

Zatrzymujemy się przy cerkwi. „Otworzyć?” – pyta gospodarz. Milo, sympatycznie. Odrywa się od swojej pracy, wprowadza do wnętrza, opowiada. Cerkiew jest pięknie odnowiona, bo właściwie postawiono ją od zera całkiem niedawno.

Cerkiew pod wezwaniem Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Zahorowie – prawosławna cerkiew parafialna. Należy do dekanatu Biała Podlaska diecezji lubelsko-chełmskiej Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego.

Kamień węgielny pod budowę świątyni został położony 28 kwietnia 1991, dwa lata po reaktywowaniu istniejącej w I poł. XX w. parafii prawosławnej. 1 sierpnia 1993 gotowy budynek poświęcił arcybiskup lubelski i chełmski Abel. Jednorzędowy ikonostas we wnętrzu świątyni wykonał mieszkaniec Zahorowa Aleksy Chwesiuk, zaś ikony napisał Eugeniusz Świniarczuk z Kowla. W 2008 w budynku pojawiła się tablica pamiątkowa przedstawiająca cerkiew w Zahorowie zniszczoną w czasie akcji rewindykacyjno-polonizacyjnej w 1938 [źródło: Dioblina.eu].

Żegnamy się z gospodarzem, dziękując za możliwość zwiedzenia obiektu.

Teraz się zacznie… Ruszamy pod sklep, bo upał i trzeba się zasilić w płyny. Jeszcze w Chotyłowie Jacek wyczaił tradycyjną oranżadę Bystrą. Ta jednak szybko się skończyła.

Dzwoni Mirek, żeby kupić mu zapas piwa. No a w sklepie – miejscowi 🙂 Rozmowni. Chętni do pomocy. Nawet jeśli maja problem z wysłowieniem się 😉 Nie wiem, ile piwa od rana poszło pod tym płotem 🙂 Starsza pani łapie pod rękę synka na oko dwa razy większego od niej i groźnie rzuca do sklepowej „jemu więcej piwa nie sprzedawaj” 😉

Pan potulnie idzie za panią matką 🙂

Załoga do wozu. Czas na Połoski. Najpierw są Połoski Stare. Kilka PGR-owskich bloków. Mijamy panów siedzących w bagażniku „audika w tedeiku”. Zgodnie oceniamy, że nie zaczepiamy 😉 Tabliczka do kolejnej wsi mobilizuje nas do skrętu w bok. „Panie tu koniec drogi zaraz, w drugą stronę też” – mówi pan koszący trawę przy drodze.

Nasz kolejny cel to teraz kościół w X. Drewniany, pięknie odnowiony. W środku… panie dekorują ławki kwiatami. Coś się kroi! Ślub będzie. Rzucam w eter: ślub to i brama by się przydała. Bożenka od kwiaciarek natychmiast łapie fazę 🙂 Rodzi się PLAN. Od słowa do słowa  i wiemy gdzie i której mamy się stawić – stolik i wstęga będą czekać!

Okazuje się że panna młoda to sąsiadka. Mirkowe piwo dawno zniknęło, więc humory wyśmienite i każdy PLAN nam niestraszny.

Fotografujemy wnętrze (za co Bożenka zebrała potem od księdza…)Więc kościół w X. pozostanie w X. Chyba wolę prawosławie. Ma jakieś bardziej ludzkie oblicze.

Chwila i znowu jesteśmy w Piszczacu. Oczywiście wszystkie drogi prowadzą do sklepu. Zapasy uzupełnione, chociaż ośmiopak, który wydawał się najbardziej ekonomiczny (jedno gratis) – nie chciał się dać nabić na kasę. Chyba nam dobrze z oczu patrzyło, bo miła pani orzekła, że na sztuki nam się nie opłaci i zaproponowała czteropaki 🙂

Rzut oka na mapę i znajdujemy Wyczółki. Tam nas jeszcze nie było. Wyczółki nas nie powalają, ale oto Dąbrowica Mała. Jarek przygotowywał tu reprodukcje obrazów miejscowego malarza Bazylego Albiczuka. Poleca nam zobaczyć Izbę Pamięci no i ogrody, które malował pan Bazyli.

 
Urodził się w 1909 r. w Dąbrowicy Małej. Ukończył tylko cztery klasy szkoły powszechnej. Nie uczył się nigdy nauk rysunku, a jednak jego obrazy trafiły do galerii. Został doceniony przez krytyków i koneserów sztuki nieprofesjonalnej, zwanej też naiwną. Bardzo cenione są jego obrazy z cyklu „Ogrody”, w których przedstawiał własny ogród kwiatowy otaczający domek-pracownię w rodzinnej Dąbrowicy Małej. Bywał porównywany z krynickim Nikiforem, jednak jego twórczość cechuje znacząco mniejszy stopień „naiwności”.

Kolorowy świat ogrodów Albiczuka zachwyca prostotą kompozycji, ale też niezwykłym bogactwem detalu. Obrazy pana Bazylego znajdują się w wielu prywatnych kolekcjach. Najpełniejszy ich zbiór znajduje się Muzeum Południowego Podlasia w Białej Podlaskiej.

Artysta z Dąbrowicy Małej zmarł w 1995 r. Pozostawione zeszyty z notatkami ujawniły nieznane artystyczne oblicze pana Bazylego. Wśród różnych zapisków zawierają one wiersze w większości napisane w języku ukraińskim! To odkrycie stanowiło zaskoczenie dla znających go osób. Na co dzień nie przyznawał się do ukraińskiego pochodzenia, nawet swoje obrazy sygnował po polsku.

Zgodnie z ostatnią wolą „artista-żywopisca” pochowano go na prawosławnym cmentarzyku położonym na wschód od rozstajów dróg w Dąbrowicy Małej. We wsi można zobaczyć tylko opuszczony dom i zdziczały ogród pana Bazylego, ulubiony plener uwieczniony na kolorowych płótnach [źródło: Polska Niezwykła].

Ogrodów nie ma ale i tak jest (jak w kultowym filmie) 🙂

Ogrody trochę zdziczały. Przebijając się przez krzaki docieramy do grządki, na które pracują dwie panie. Lepiej nie mogliśmy trafić  – to sąsiadka naszego malarza. Miła pani pozostawia koleżankę, idzie po klucze i oprowadza nas po Izbie Pamięci. Proponuje nam tez kawę, ale chyba jest zbyt gorąco. Dziękujemy za sympatyczne spotkanie i ruszamy po dalsze przygody.

Wracamy na krzyżówkę w Wyczółkach i każę kierowcy naszego wehikułu skręcić na Wólkę Kościeniewicką. Jest tu pewnie tajemnicze miejsce. Wjeżdżamy w sosnowy las, mijamy piękny jagodnik, kilometry lecą, a ja buduję nastrój grozy swoją opowieścią. Pojawiają się wysokie nasypy ziemne, siatki, wysokie płoty, szczelne bramy i kamery zerkające na przybywających. Legendy głoszą, że niegdyś urzędował tu pewien znany polityk. Atmosfera udziela się wszystkim, kierowca robi nawrót i wszyscy podejrzliwie oglądają się do tyłu, czy nikt nas nie goni 😉

Znowu Piszczac. Pościg zgubiony, można wbijać na naszą bramkę. Są dwie nasze załogi. Obstawiamy cały teren. Odgłosy luster zagłuszają marsza granego przez muzykanta 🙂 Wynajęty fotograf zbiera szczękę z ziemi, widząc krytyczne zagęszczenie aparatów na metr kwadratowy 🙂 Zdobywamy flaszkę i wielki kawał kiełbasy! A panna młoda ładna była…

No dobra, mamy jeszcze chwilę do majowego, więc jedziemy kupić Mirkowi zapas piwa (kolejny raz – gdzie ono znika??). Zatrzymujemy się w leśniczówce w Zalutyniu. Pierwszy raz siadamy w tym ogólnym szaleństwie. Spokojnie wyciągamy… Mirka piwo 🙂 Przyglądają nam się trzy niedźwiedzie. Drewniane.

Niezawodna Toyota wiezie nas znowu do Zahorowa. Mamy chwilę i zaglądamy jeszcze raz na cmentarz. Pierwszy dziś moment wyciszenia. Panie starsze i młodsze śpiewają około 40 minut, chętnie godząc się na obecność reporterskiej ekipy. Staramy się być zresztą dyskretni i nie włazimy ludziom na głowę. Słońce jest już nisko, daje piękne długie cienie i złotą barwę. Takie godne zakończenie tego szalonego dnia.

Już tylko pozostaje wrócić na spóźniony obiad, bo jest prawie dziewiętnasta 🙂

Wieczorem troszkę pokazów, wspominek z tego ciekawego dnia i znowu mam gwiazdy nad głową 🙂

Niedzielny poranek to już tylko śniadanie, pożegnania i 15 minut jazdy do domu 🙂

 

Ciepły maj

Nareszcie ciepło! Wyczekiwane od dłuższego czasu temperatury dla ciepłolubnych w końcu nadciągnęły 🙂

W niedzielne popołudnie złapałem kilka wolnych godzin, więc plan wyjazdu na zdjęcia zrodził się natychmiast.

Dla porządku trochę informacji o moim celu:

Rezerwat „Wydma Mołożewska” to jeden z najciekawszych rezerwatów faunistycznych w Polsce. Powstał w 1987 roku na 63,80 ha rozległych nadbużańskich pastwisk, przechodzących w pobliżu rzeki w piaszczyste plaże. Położony jest w gminie Jabłonna Lacka (województwo mazowieckie), na wschód od miejscowości Mołożew-Wieś. Celem utworzenia rezerwatu była ochrona stanowisk lęgowych rzadkich gatunków ptaków oraz miejsc koncentracji ptaków w okresie jesiennym, zimowym i wiosennym, co decyduje o specyfice i niewątpliwych walorach przyrodniczych rezerwatu. Wydma Mołożewska stała się jedną z ostatnich ostoi kulona – ptaka będącego na granicy wymarcia. Niestety, ptaki te przestały gnieździć się w tym miejscu już pod koniec lat 80. XX wieku. Nadal gniazdują przedstawiciele rzadkich gatunków: sieweczka obrożna, rybitwa rzeczna i białoczelna, krwawodziób, rycyk, świergotek polny. Rezerwat spełnia także ważną rolę dla gatunków przelotnych, takich jak np. brodziec piskliwy, brodziec leśny i batalion. Wiosną i jesienią na nadbużańskich łąkach i rozlewiskach spotkać można liczne stada dzikich gęsi (gęgawa, zbożowa i białoczelna), kaczek (krzyżówka, cyranka) i łabędzi niemych (źródło: Nadleśnictwo Sokołów).

Znaczna odległość do celu mocno go jednak urealniła. Już w drodze zorientowałem się, że trzeba trasę zmodyfikować i odwiedzić coś bliższego 🙂 Wypadało chociaż na chwilę się zatrzymać, więc Wydma Mołożewska musi zaczekać. W Łosicach skręcam na Niemojki i lecę w kierunku znanego mi już Drażniewa. Mijam zapomniane przez cywilizację wioski: Hruszew, Tokary. Są bardzo urokliwe, a dodatkowa atrakcja to… najprawdziwszy bruk zamiast asfaltu 🙂 A myślałem że wyasfaltowano już wszystko…

Jest i Drażniew. Tu poczułem się jak u siebie 😉 Mijam młyn, wjeżdżam w las i jestem nad jeziorkiem 🙂 Tłumy! Wędkarz przy wędkarzu jak na zawodach 😉 Wcale się nie nie dziwię – jest piękna pogoda. Ja jednak mijam towarzystwo i biegnę prosto nad Bug. Łąki są pięknie ukwiecone a miejscami podmokłe 😉 No cóż, nie będę ryzykował nabierania wody do butów, więc z przyjemnością się ich pozbywam (nie, nie wyrzucam – więc nikt nic po mnie nie znajdzie) i nad Bug docieram boso 🙂

Zerkam po drodze na Toczną, ale ciężko ją poznać. To nie ta leniwa płytka rzeczka z zeszłych wakacji, tylko sine odmęty budzące respekt 🙂 Jak Bug ma 2 metry więcej to dopływy muszą się dostosować 😉 Zapewne za miesiąc wszystko wróci do normy.

Soczysta majowa zieleń, błękit nieba, przyjemne ciepło – taki maj lubimy 🙂 Zakładam „polar” (nie, nie bluza 🙂 ) i do roboty. Trochę pogaduch z wędkarzami, trochę kręcę się o okolicy i można wracać.

Wiosenne ładowanie akumulatorów zakończone sukcesem.

Brudni, mokrzy, uśmiechnięci

Najpierw podziwiałem motocykle, a po południu czekała na mnie II edycja Extreme Power Run – to aktualnie największy w regionie ekstremalny bieg z przeszkodami!
Około 200 osób walczyło z 26 szalonymi i trudnymi przeszkodami na dystansie 6 morderczych kilometrów 🙂

Było efektownie, mokro, ale uczestnicy wyglądali na wyjątkowo zadowolonych 🙂

Guma, chrom, czarne skóry…

Dawno nie byłem na otwarciu sezonu motocyklowego… za namową córki w słoneczne przedpołudnie znalazłem się na centralnym placu miasta, aby jak zwykle pozachwycać się klasycznymi cackami, wypucowanymi na wysoki połysk przez ich właścicieli 🙂

Nie ma się rozpisywać, trzeba pooglądać 🙂

Jeszcze w oko wpadł mi taki ładny czerwony samochodzik 🙂 Panowie z Hondy, może jakiś upust za reklamę 😉

A potem jeszcze spacerek po zaułkach miasta. 

 

Zimny maj

„Zimny maj” – śpiewał kiedyś Maanam… i wykrakał 🙂 Długi majowy weekend nie nadawał się na jakąkolwiek działalność fotograficzno – podróżniczą.

Na szczęście tydzień później słońce zaświeciło, a temperatura zaczęła przypominać wiosenną 🙂 Ruszam więc do Pratulina, gdzie umówiłem się z Andrzejem na mały zlot miłośników kotów 🙂 Odwiedzamy oczywiście panią Martę, gdzie wspominamy przy kawie i ciastku miłe chwile spędzone na plenerze w agroturystyce państwa Pliszków. 

Ruszamy na krótki spacerek nad Bug. Po drodze spotykamy dwóch radosnych panów, którzy mimo wczesnej pory znajdują się już w stanie euforii 🙂 Kontakt z panami jest nieco utrudniony, bo nasze odmienne stany świadomości jednak nie chcą ze sobą współpracować 😉

Robimy kilka fotek z klasycznymi widoczkami z Pratulina, na łęg wejść się nie da, bo woda w Bugu znowu jest bardzo wysoka. 

Andrzej ma plan pojechać na zdjęcia do Krzyczewa, by pokazać swojemu gościowi okolicę, ja natomiast ruszam w przeciwną stronę do Derła. 

Skrótem z Zaczopek przebijam się polną drogą prosto na górkę. Rozjeżdżona i podmokła dolina jest raczej nieprzejezdna i bez bez terenówki nie ma się w niej co pokazywać. Przypuszczam zresztą, że nawet Mirek swoim ciężkim sprzętem by się tu nie zapuścił.

Zbiegam na dół ze skarpy i ruszam szybkim tempem, bo przede mną około 5 kilometrów marszu do celu. Na rozległej łące spotykam samotnego wędrowca – sympatycznego pana Jacka, z którym zamieniam parę słów. Ma on w okolicy agroturystykę i dziś wybrał się na nadbużańskie łąki na wyciszenie. Lepszego miejsca nie mógł znaleźć 🙂 Życzymy sobie miłego dnia i pędzę dalej. 

W kluczowym momencie wybieram lepiej przedeptaną drogę i zamiast pójść najkrótszą drogą, trafiam na zalany łęg. W zasadzie to planowałem go obejrzeć i sfotografować, ale nie przewidziałem, że ścieżka może być trochę podmokła 🙂 Najpierw seria zdjęć, a potem buty z nóg i pierwszy tegoroczny kontakt z nadbużańską wodą 🙂 Źle nie jest – chyba mam zadatki na morsa 😉

Dalej już sucho – tempo mam niezłe i zaraz jestem na piaszczystej plaży. Okolica znowu się zmieniła – jak co roku. Piasku trochę mniej, wielka łacha na łuku rzeki częściowo zarosła, a większa jej część z racji wysokiej wody jest zalana, za to efektownie wygląda podmyty klif. 

Woda po stronie białoruskiej szumi i kłębi się, na łuku powstają dziwne prądy i wiry, w efekcie czego na moim brzegu rzeka płynie w przeciwnym kierunku 🙂 Dziki Bug.

Słoneczko przyjemnie grzeje, ale że mam jeszcze plany na popołudnie, nie rozsiadam się na długo. Ruszam ponad rzeką i rozpędzam się do całkiem niezłego tempa. Po godzinie marszu jestem przy samochodzie. 

Efekty wycieczki:

I trasa: