Bug Trophy – odsłona wrześniowa

Chyba trzeba pomału kończyć sezon rowerowy. Próbowałem to zrobić tydzień wcześniej, ale zbyt dużo zajęć spowodowało, że odłożyłem wyprawę. Pogoda na szczęście okazała się przychylna i zaczekała kolejne siedem dni.
Szybka pobudka o siódmej, rower do bagażnika i za pół godziny jestem w Kodniu. Plan dość ambitny, bo chcę przejechać odcinek Okczyn – Szostaki, który domknie lukę w nieobejrzanych odcinkach Bugu.

Kilka minut po ósmej ruszam nadbużanką do Okczyna. Jest chłodno, albo jak kto woli – rześko 🙂 Kilka kilometrów asfaltem mija błyskawicznie i już skręcam do wsi. Mijam kilka domów i znajduję zjazd nad Bug.

Zmierzam ponownie w stronę Kodnia, ale tym razem znowu po ścieżkach idących nad samą rzeką. Na tym odcinku są one dość dobrze przetarte przez pograniczników, ale też mocno piaszczyste i wiele fragmentów trzeba będzie ciągnąć rower, bo grzęźnie tak, że nawet najmocniejsza przerzutka nie daje rady (a raczej rowerzysta) 🙂

dsc_1986koden-panorama

Dojeżdżam do pierwszych zabudowań i tu skręcam w dół, na ogromny łęg. Główna ścieżka idzie prosto, no ale przecież plan zakłada jazdę po linii Bugu. Droga na szczęście nie jest najgorsza, tylko mocno wyboista. I mogę podziwiać wysokie skarpy po białoruskiej stronie. Chwilami osiągają one kilkanaście metrów, podczas gdy ja jadę metr nad lustrem wody.

DSC_1975koden

Której zresztą jest w tym roku znowu bardzo mało i podejrzewam, że przy wyższych stanach tak łatwo by mi nie poszło. Co więcej widać co chwila ogromne płycizny, które ciągną się na całej szerokości rzeki i kończą nagłym uskokiem. Za tydzień może ich nie być, albo utworzy się wyspa. Dzika rzeka.

DSC_1981koden

Na jednym z zakrętów natykam się na miejscówkę wędkarzy. Samotny stołek i kilka podpórek 🙂

DSC_1996koden

Po zrobieniu ogromnego łuku docieram znowu do Kodnia.

DSC_2003koden

Tu muszę na chwilę wjechać na asffalt, bo drogę przegradza mi park z pałacem. Pałacyk zwany Placencją został wybudowany w latach 70. z XVIII w. przez Sapiehów jako letnia rezydencja rodu. Jest to klasycystyczny piętrowy budynek z położonym na osi wysokim, dwukondygnacyjnym portykiem wspartym na czterech smukłych kolumnach. W naczółku widoczny jest kartusz herbowy dawnych właścicieli. Obecnie w zabytku mieści się Dom Opieki im. Brata Alberta.

Kolejny raz też napotykam znaki czerwonego szlaku nadbużańskiego. Spotkałem się wiele razy z opisem problemów z szukaniem tego szlaku i ktoś chyba sobie wziął te narzekania do serca, bo oznakowanie jest teraz wyraźnie odnowione i bardzo dokładne – czasem widać jednocześnie nawet 2-3 znaki 🙂

zrzut-ekranu-2016-09-18-o-12-43-20

Mijam klasztor w Kodniu i ruszam na łąkę. Przecinam przy okazji ogrody klasztorne i znowu trafiam na wąską ścieżkę ponad rzeką. Zza drzew widzę wieże kodeńskiej bazyliki, na polu wokół znaku granicznego traktor pracowicie obrabia pole.

DSC_2013koden

Ponownie docieram do miejsca, gdzie z głównej drogi muszę zjechać na tzw. łęg kodeński. Oznacza to piaski, nierówności, korzenie, ale też dalej trzymam się rzeki. No i widoki wynagradzają niedogodności w jeździe 🙂

DSC_2015koden

Robi się ciepło 🙂 Droga wiedzie czasem lasem, czasem pojawia się pole. Na drogę wychodzi sarna. A niedługo potem widzę hotel klasy turystycznej 🙂

DSC_2029koden

Chwilę później w krzakach czają się dwaj pogranicznicy. Nie zaczepiają – w końcu jestem na znakowanym szlaku turystycznym 🙂

Zbliżam się do miejsca, które wypatrzyłem na zdjęciach satelitarnych i które wyglądało na najciekawsze na dzisiejszej trasie. Nie rozczarowałem się. Ogromne piaszczyste zbocze stromo wpada prosto do Bugu. Piasek jest biały i w słońcu aż razi w oczy. Do
tego na górze rozległa plaża. Miejsce jest piękne.

dsc_2045koden-panorama

Pozwalam sobie na chwilę relaksu. I oczywiście czas na zdjęcia.

DSC_2040koden

Z mapy wynika, że do końca dzisiejszej trasy zostało już niewiele.Znowu leśna ścieżka, czasem kolejne łęgi, piasek i tak dojeżdżam do pola kukurydzy. Droga robi się jakaś nieoczywista, ale jadę na do przodu przez dzikie łąki w nadziei, że gdzieś znowu się pojawi. Nie zawiodłem się. Pół kilometra dalej znowu pojawia się ścieżka i rzeka.

DSC_2065koden

Tu Bug zbliża się do głównej drogi, którą mam zamiar wracać. Słyszę już przejeżdżające samochody, jeszcze kilkaset metrów i jestem na asfalcie.

Został tylko powrót do Kodnia. Kilometry lecą szybko i jestem w punkcie startu. Wyszło 38 kilometrów, czas 5 godzin.

zrzut-ekranu-2016-09-18-o-12-45-41

16 Letni Zlot Ircowników czyli „Gdzie jest moja podeszwa”

Formuła zlotów zdaje się być niewyczerpana. Kolejny znowu okazał się jedyny i niepowtarzalny. Czym nas zaskoczył? Na początek pogodą! W zasadzie chyba tak dobrych warunków jeszcze nie mieliśmy. Może aż za dobrych. Wbrew swoim zwyczajom nie sprawdzałem w tym roku prognozy pogody aż do ostatniego dnia przed wyjazdem. W końcu się złamałem i zajrzałem. Zaskoczenie! Cztery dni bez jednej chmurki…  niedowierzanie! I co najważniejsze – prognoza się sprawdziła 🙂

Wypada też wspomnieć o tradycyjnych kłopotach ze skompletowaniem składu 🙂 Pierwszy stabilny pojawił się w lipcu, a że termin wybraliśmy już wcześniej i miał to być koniec sierpnia – zbytnio się nie śpieszyliśmy z szukaniem kwatery. Pierwsze maile z zapytaniami poszły dopiero na początku sierpnia i okazało się, że jest problem. Wszyscy chyba zakochali się w tym roku w Słowacji, bo znalezienie 14 miejsc w okolicy Strby graniczyło z cudem.

Potem było jeszcze gorzej 😉 Pierwszy ze składu wykruszył się Radek, a wkrótce też Amelia z przyjaciółką Donatą i jej córkami. I nagle zrobiło się 9 osób. Kilka rozmów z Kasią i podejmujemy decyzję, że wracamy na „stare śmieci” czyli do Novej Lesnej. Jeden telefon i już mamy swoje „podkrovi” 🙂 Nareszcie z górki!

Plan… był. Bystre Sedlo, zwane z polska Bystrym Przechodem. Patrzyliśmy jednak z niepokojem na mapę, bo czasy przejścia były dość poważne, co w poniektórych natychmiast budziło wspomnienia z Otargańców 🙂 A tak naprawdę to postanowiliśmy improwizować.

Prolog

Zjeżdżamy się naszym zwyczajem w środę wieczór. Pierwsza jest na miejscu Kasia z Koziołkiem i Elą. Mojej ekipie idzie gorzej, bo wybrana trasa okazuje się dość powolna, w efekcie spóźniamy się na zbiórkę w Tarnowie i ruszamy prosto do Novej Lesnej. Około 23 kompletny skład jest na miejscu 🙂

Chwilkę pogadaliśmy i do łóżek. Ustalamy, że po całodziennej podróży trzeba nieco odpocząć i pobudkę zarządzamy na ósmą.

W nocy śniło mi się, że zapomnieliśmy butów trekingowych. Wkrótce okaże się, że to proroczy sen 🙂

Dzień 1. Chata Teryho

Na pierwszy ogień uradziliśmy znamy nam już szlak do schroniska Teryho. Po śniadaniu sprawnie umieszczamy naszą grupkę w dwóch autach i jazda do Smokovca. Wojtek jako rasowy maratończyk wbiega na Hrebienok „z buta”, my – cepry – wjeżdżamy kolejką 🙂 Aaa, no przecież Baca też wszedł, czym wzbudził podziw u pozostałych wędrowców. Realizujemy plan Adasia, który polega na zbieraniu pieczątek do książeczki PTTK. A to oznacza, że musimy dziś zaliczyć wszystkie schroniska na szlaku 🙂

DSC_1527_z16d1

Tak więc zaczynamy od Bilikowej Chaty, potem oczywiście wodospady Białej Wody, jest i Rainerowa Chata, a w końcu Chata Zamkovskiego. Zajmuje nam to… 3 godziny 🙂 Wojtek jest bliski załamania 🙂

DSC_1537_Panorama

Obowiązkowo wciągamy „cesnakovą”, kufelek Kofoli i czas na realizację drugiej części planu dnia. Rozdzielamy grupę, bo Dorotka nie najlepiej się czuje, a Adaś odkrywa plac zabaw. Zostaje nas piątka i w tym składzie ruszamy do Chaty Teryho. Jak zwykle zachwycam się Doliną Małej Zimnej Wody, chociaż jest końcówka sierpnia i wszystko już przekwitło. Jednak w pełnym słońcu nadal robi wrażenie swoim spokojem, ciszą, przestrzenią.  Dość szybko przebiegamy jej płaską część i oto widać w górze Chatę. Czas na godzinne podejście wśród skał, wodospadów i leżących wokół gigantycznych głazów. Jest chwila na wspominki i pogaduchy na temat naszych studentek. Taaaak, obaj z Wojtkiem dorobiliśmy się w tym roku studentek! Jak ten czas leci.

DSC_1550_z16d1

Basia jest tu pierwszy raz i wpada w dziki zachwyt. Bo Dolina Pięciu Stawów Spiskich rzeczywiście robi wrażenie. Jest tu już ponad 2000 metrów npm, klimat chłodny, skalny teren i piękne jeziora. Do tego fantastyczna pogoda – słońce rozświetla okolicę, po niebie snują się obłoki, wokół strzeliste turnie, słowem – sielanka.

DSC_1576_z16d1
DSC_1577_Panorama

Kręcimy się trochę po okolicy, robię zdjęcia, podziwiam i cieszę się naturą. Potem rozkładamy się nad jednym ze stawów, aby zjeść trochę zapasów z plecków. Oczywiście zdejmujemy buty, aby sprawdzić temperaturę wody 😉 Ziiimnaa…. Pieczareczki, kanapeczki, gdy nagle…

O [piii]! Gdzie jest moja podeszwa!„.

Dopisujemy kwestię Ryśka do listy kultowych powiedzeń zlotowych 🙂 Co się okazuje – nasz Baca stracił na podejściu podeszwę w bucie i nawet tego nie zauważył 🙂 Punkt dla mnie, a raczej dla mojego snu 🙂

DSC_1611_z16d1

DSC_1628_z16d1

Czas leci, robi się późno. Oceniamy możliwość zejścia na ostatnią kolejkę na Hrebionku. Powinno się udać. Pokonanie fragmentu drogi spod schroniska na dno doliny zajmuje nam pół godziny. Miłe zaskoczenie 🙂 No to nie musimy się dalej śpieszyć. Spokojnie schodzimy do Chaty Zamkovskiego, 5 minut odpoczynku i po kolejnych czterdziestu minutach jesteśmy na stacji. Zdążyliśmy – na przedostatnią 🙂 Tu czeka na nas Kasia z Adasiem, Elą i Dorotką. Wojtek z Bacą oczywiście zbiegają na dół na własnych nogach. 15 minut zajmuje nam powrót do naszego pensjonatu.

DSC_1635_z16d1

Za chwilę będzie kolejny punkt dla mnie. Opowiadamy historię z butem Ryśka, gdy Dorotka odkrywa, że w jej bucie również odpadła podeszwa. Już się bójcie moich kolejnych snów 😉

Mimo, że już ciemno, mobilizuję jeszcze ekipę na wyjście na „rezane” do naszych słowackich przyjaciół Pavla i Mariana. Niegdyś prowadzili oni kultowy „Gazdovski Dom”, teraz mają własny pensjonat, do którego zresztą co roku zaglądam z rodziną. Na nasz widok Pavel rzuca się na nas z radości 🙂  Pojawia się też na chwilę Marian, który od jakiegoś czasu chorował. Widać, że odżył, jest uśmiechnięty i przysiada się do nas na parę minut, aby porozmawiać.

„Rezane” zdecydowanie poprawia humory, po powrocie na kwaterę od razu widać wzrost chęci do kontynuowania tak mile rozpoczętego wieczoru 🙂 Posiedzimy prawie do północy. Na kolejny dzień chcemy wyskoczyć na zaplanowaną trasę na Bystry Przechód, więc pobudkę zarządzamy na siódmą.

Zrzut ekranu 2016-09-02 o 23.27.53

Zrzut ekranu 2016-08-30 o 22.59.39

Dzień 2. Solisko

To była dziwna noc 🙂 Około 4 obudziłem się i już nie zasnąłem. Tak zleciało do siódmej. Pozostali też kręcili się na łóżkach a rano stwierdzili, że mieli dokładnie tak samo jak ja…

W trakcie śniadania Wojtek obwieszcza – mamy problem i stoimy przed trudną decyzją. Problem jest poważny. Dorotka miała ciężką noc, ledwo dycha, kaszle aż się dusi i w związku z tym muszą się spakować i wracać do Polski – do szpitala. Już dzień wcześniej ledwo chodziła i ostatecznie choroba położyła ją na dobre. Rozjeżdżamy się – niestety – w dwie strony. Wojtek z Dorotką do Tarnowa, pozostali – nad Strbskie Pleso. To była jedyna słuszna decyzja.

DSC_1657_z16d2

Pogoda jest ponadprzeciętnie piękna, a my ruszamy czerwonym szlakiem w kierunku Jamskiego Plesa.

DSC_1661_z16d2

Z każdą minutą temperatura rośnie, wytapia z nas resztki wilgoci. Po skręcie na żółty szlak w Dolinę Furkotską zaczyna się podejście i morale siada. Z jednym wyjątkiem 🙂 Adaś, którego do tej pory nudziła szeroka i płaska droga, na widok kamieni dostaje zastrzyk energii i zaczyna dyktować tempo godne kozicy (nie darmo Kasia, mama Adasia, została kiedyś ochrzczona przez nas Kozicą). Widoki coraz piękniejsze, jednak tempo marszu oklapło i szansa ma przejście przełęczy coraz mniejsze. Rodzi się plan B. Pójdziemy łącznikiem do Chaty Pod Soliskiem. Bystry Przechód musi poczekać. Tym bardziej, że Ela ma dziś kryzys formy 🙂

DSC_1666_z16d2

Robimy więc dłuższą przerwę nad strumieniem. Buty z nóg i czas na krioterapię. Wczorajsza woda w Stawach Spiskich wydaje się gorąca z porównaniu z dzisiejszą z potoku. Po 5 sekundach każdy wyciąga stopy z krzykiem, czując, jak od temperatury ścina się białko 🙂 Po wyjęciu z wody stopy pieką dłuższą chwilę, schnąc na słońcu 🙂 Oj dobrze, że przygrzewa… a jest pewnie ze 30 stopni! Adaś niezmordowanie topi kamienie, by za chwilę je wyciągnąć. Ręce ma jak sopelki, ale szczęście na twarzy bezcenne 🙂

DSC_1687_z16d2

Dłuższa przerwa kończy się poderwaniem przeze mnie ekipy do dalszej walki. Dochodzimy do rozstaju szlaków. Kusi mnie ciągle jezioro w głębi doliny, ale czasy na tablicy szlakowej wskazują, że to ciągle daleko. Odpuszczamy.

Teraz czeka nas przyjemny – 15-minutowy spacer do schroniska zboczem Predniego Soliska.

DSC_1697_z16d2

Korzystamy z okazji, że jest coś normalnego do zjedzenia, bo żyjemy drugi dzień na zupkach w proszku 🙂 Zamawiam „kotlikowy gulasz”, a inni idą w moje ślady. Oj mocno pikantny jest 🙂 Wokół spory tłumek, koniec wakacji i piękna pogoda sprawiają, że góry przeżywają najazd. Mam wielką ochotę na szczyt, który znajduje się tuz nad nami – według mnie o około pół godziny marszu od schroniska. Jednak temperatura tak wszystkich rozleniwia, że nikogo nie udaje mi się poderwać do heroicznego boju. Już po zlocie usłyszałem jednak: „trzeba było wejść, szkoda”.

DSC_1701_z16d2

Podczas gdy pozostali pomału ruszają w dół, ja biegnę sam ponad schronisko, w ciągu kilku minut osiągając dość znaczna wysokość. No nic, trzeba zawracać. Robię to z żalem, ale grupa to grupa.

DSC_1702_z16d2 Panorama

Schodzimy najprostszym wariantem, czy prosto w dół w kierunku widocznego na horyzoncie Strbskiego Plesa. Dwójka prowadząca omija jednak odejście na niebieski szlak i pędzi dalej w dół nartostradą, co kończy wbiciem się do podnóża skoczni. No cóż, przynajmniej mam okazję obejrzeć ją z bliska. Wygląda marnie… skruszony beton, rdzewiejące blachy – pewnie świetność ma dawno za sobą i raczej już do niej nie wróci. Jest tez pewna trudność – kończy się przy niej droga. Obchodzimy podstawę skoczni i odnajdujemy wąską ścieżkę. Robi się ekstremalnie 😉 Przez zarośla, krzaki – zygzakami – schodzimy w dół po bardzo stromym zboczu. Udało się 🙂 Bez strat w ludziach meldujemy się ponownie z drugiej strony Strbskiego Plesa. Zostaje jeszcze spacer na parking i powrót na kwaterę.

DSC_1719_z16d2

Jako że propozycja wycieczki na Rysy padła na podatny grunt, postanawiamy skrócić wieczorną integrację do minimum i  kolejnego dnia poderwać się o szóstej 🙂 Udaje się  – przed północą wszyscy śpią.

Zrzut ekranu 2016-09-02 o 23.30.50

Zrzut ekranu 2016-08-30 o 23.00.06

Dzień 3. Rysy

Od rana upał. Niebo nieskazitelnie błękitne, na którego tle pięknie prezentują się Tatry. Kasia z żalem odpuszcza wyprawę, bo Adaś spał niespokojnie, jakby przeczuwając, że zostanie tylko z nianią. Po 20 minutach jazdy jesteśmy na parkingu przy Popradskim Plesie. Pierwszy szok – jesteśmy przed ósmą, a na parkingu już setki samochodów. Parkujemy w okolicy dawnego szlabanu – około 500 metrów od stacji kolejki. Pierwszy raz widzę tak nabity tutejszy parking.

Ludzie jednak już poszli, więc wydaje się że będzie spokojnie. Pierwszy czterokilometrowy odcinek pokonujemy w orzeźwiającym chłodzie poranka w dobrym tempie. Pierwszy sygnał, co się będzie działo, mamy po godzinie – po dotarciu do początku właściwego szlaku na Rysy.

DSC_1756_z16d3

Tu zaczyna się nieustający sznur ludzi. Idą wąską ścieżką długimi kolumnami po kilka-kilkanaście osób. Weekend, pogoda i zaczyna być ciasno. Póki co jednak pokonujemy sprawnie pierwszy odcinek do mostku, gdzie szlak rozdziela się na dwa: na Koprovy Stit i na Rysy. Miałem nadzieję, że tu tłum się rozdzieli, ale moje nadziej szybko zostały jednoznacznie zweryfikowane: wszyscy gnali na Rysy.

DSC_1762_z16d3

Cóż zostało… idziemy w tłumie. Słońce przypieka, z ulgą łapiemy każdy kawałek cienia. Wyprzedzamy strudzonych wędrowców, za chwilę oni nas. Dojście do Żabich Ples mocno nadwątla siły, bo trzeba pokonać zygzakiem wysoką morenę i wydrapać się na ponad 1900 metrów npm.

DSC_1780_z16d3

Wreszcie Żabie Plesa. I widok, który robi wrażenie… nie, nie szczyt, ale kolejka do jedynego tutaj łańcucha. Czas ucieka, my stoimy. Wreszcie udaje się złapać „swój kawałek żelaza” i już ruszamy dalej.

DSC_1791_z16d3

Przeżywam szok: Słowacy montują… schody. Chyba komuś tutaj mózg przegrzało. W dodatku zrobione z ażurowych kratek. Całkiem bez sensu – w otworkach utknie każdy turysta idący w szpilkach 😉 Na pewno będziemy mieli z Wojtkiem kolejny długi temat do dyskusji na temat instalowania żelaza w górach.

DSC_1773_z16d3 Panorama

Teraz czeka nas najbardziej wyczerpujący fragment – do schroniska. Krew, pot i łzy. Wokół skały, a my ciągle w górę… Mamy chwile zwątpienia – to ciężki i niewdzięczny odcinek szlaku – niby widać już schronisko, a tu ciągle stromo pod górkę. Oprócz Piotrka, który chyba coś brał, bo melduje, że on już na szczycie! Tym samym załatwił porachunki sprzed kilku lat, kiedy to „przyspawał się do skały” 200 metrów przed szczytem.

DSC_1801_z16d3

Pod schroniskiem znowu tłum. Nawet nie próbujemy wejść do środka. Że nie wspomnę o słynnym kibelku pod Rysami. Plotki głoszą, że trzeba stać koło godziny, aby podziwiać widoki 🙂

Mobilizuję naszą grupkę, by ruszać w górę, bo czas nadal mamy całkiem dobry. Na przełęcz Waha wchodzimy w kilkanaście minut. Teraz ostatnia prosta, czyli grań aż do szczytu. Tu ruch jak na Krupówkach. Góra-dół pędzą kolejne ekipy. Sprawnie przemieszczamy się aż do uskoku, nazwanego przeze mnie roboczo „uskokiem Hillary’ego” 😉 To tu kilka lat temu zakończyli atak nasi przyjaciele z ekipy 🙂 Czekam chwilę na Basię, żeby popatrzeć, jak sobie poradzi z ekspozycją. Ta przechodzi trudniejsze miejsce ekspresowo i za chwilę zostaje nam tylko 50 metrów stromego zbocza z „lufą” za plecami. Ostatnie minuty i jest szczyt! Tu wita nas Piotr. Cieszymy się wspólnie z sukcesu. A nad nami idealnie bezchmurne niebo. Baca nie może się nadziwić, bo tyle lat chodzi po górach, a jeszcze takiej pogody tu nie widział…

DSC_1807_z16d3

Już z daleka widać było, Rysy przeżywają dziś oblężenie. Teraz jednak możemy naocznie się przekonać co do skali zjawiska: są tu starzy, młodzi, psy, niemowlęta (dlaczego nie było żadnego kota? – chyba zabiorę kiedyś swojego) 😉

Czas na tradycję. Znajdujemy kawałek wolnej skały i sięgamy do plecaków. Na pierwszy ogień idą pieczarki. W trakcie posiłku staje nad nami tajemniczy osobnik w ciemnych okularach i przygląda się nam z szerokim uśmiechem. Otóż i Mirek we własnej osobie. Czyli solenizant z zimowego zlotu na Chochołowskiej. Serdecznie się witamy 🙂

DSC_1824_z16d3

Mirek prowadzi dziś ekipę z polskiej strony, o czym wiedzieliśmy już wcześniej i nieśmiało mieliśmy nadzieję, że uda nam się zgrać godzinę wejścia. Dowiadujemy się, że idąc z polskiej strony, złapali prawie 3 godziny opóźnienia, w efekcie czego weszliśmy niemal równocześnie. Poznajemy grupkę Mirka – sympatyczną i wesołą. Los połączy nas dziś aż do nocy 🙂 I pewnie na dłużej też.

Póki co jednak świętujemy spotkanie, robimy zdjęcia i sycimy się widokami na wszystkie strony świata. Tłumów nie ubywa. Około 15 zarządzamy odwrót.

DSC_1836_z16d3

Na uskoku pojawia się pierwsza krew… Basia zrobiła sobie w dramatycznych okolicznościach bąbla na palcu. Ma pewnie około milimetra średnicy i wygląda strasznie 😉 Bąbel będzie tematem analiz do późnej nocy.

Dalej już bez przeszkód sprawnie schodzimy do Chaty Pod Rysmi, gdzie obowiązkowo musimy odstać swoje do najsłynniejszego wychodka w Tatrach 🙂 Teraz czas w dół. Początkowy odcinek pokonujemy ekspresowo, pogadując sobie z ekipą Mirka.

Dochodzimy do łańcuchów. I tu szok. Kolejka 🙂 Dłuuga – na prawie godzinę stanie. Obok stoją jakieś młode panny i strasznie „gwiazdorzą”. Trochę pokory by się przydało – noszenie dupy wyżej jak głowa strasznie rzuca się w oczy 😉

DSC_1854_z16d3

Po odstaniu swego zostaje już tylko pokonanie długiej drogi w dół: Żabie Plesa, przy których robimy pmiątkowe foto grupowe, zejście na dno Doliny Mięguszowieckiej, krótki kawałek do Popradskiego Plesa i wreszcie ostatnia prosta na parking. W okolicy Żabich Ples zaczynamy malą akcję ratunkową: jedna polskich turystek ma problem z kolanem. Dostaje od nas kije, bandaże i eskortę 🙂 Szczęśliwie jakoś zeszła.

DSC_1872_z16d3

Pojwia się jednak inny problem. Na wariant zejścia na słowacką stronę zdecydowało się wielu Polaków. Po polskiej stronie jest korek na kilka godzin. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że parkują w Palenicy. Robi się ciemno i chłodno – w końcu jest koniec sierpnia. Na parkingu gęstnieje tłumek ludzi bez ciepłych ubrań, tylko z czołówkami i bez szansy na wydostanie się z pułapki. Chyba mało kto miał świadomość, że na Słowacji nie ma busów, jest tylko kolejka, która o tej porze już nie jeździ, a do najbliższej miejscowości jest kilkanaście kilometrów. Zaczynają się gorączkowe telefony, pomysły na ratowanie sytuacji. Do Palenicy jest stąd około 40 kilometrów. Jako szczęśliwi posiadacze auta po tej stronie gór, deklarujemy pomoc i robię dodatkowy kurs do Smokovca, przewożąc część ekipy Mirka na dworzec autobusowy, podczas gdy moja grupka drepcze w kierunku głównej drogi. Zgarniam ich pół godziny później i na 22 docieramy na kwaterę w Novej Lesnej.

Pula dobrych uczynków znacznie tego dnia urosła i mam nadzieję że kiedyś do mnie wrócą 🙂

Zmęczeni, dość szybko odpływamy w sen, a rano już o 7 zaczynamy pakowanie. Chwila na pożegnanie i w drogę. Szczęśliwie dojeżdżamy do domu po 12 godzinach jazdy, odwożąc po drodze Bacę i Basię.

Zrzut ekranu 2016-09-02 o 23.32.08

Zrzut ekranu 2016-08-30 o 23.00.31

Można już myśleć o zimie 🙂

Bug – Strefa 51

Zimny tydzień spowodował, że zaczynało mnie „nosić”. Pierwszy od dłuższego czasu dzień natychmiast poderwał mnie z rana i ruszam do Niemirowa. Już w drodze spotyka mnie pierwsza niespodzianka: przy drodze stoi tajemnicza ekipa, na drodze rozłożone jakieś maty i i wielka plansza: „UWAGA. TEREN SKAŻONY”. Zapowiada się ciekawie. Druga identyczna ekipa stoi w Gnojnie, tuż przed miejscem mojego dzisiejszego startu. Tu jest już informacja, że chodzi o afrykański pomór świń. Dojeżdżam wreszcie pod prom. Przeprawa nieczynna jest już od maja. O ile wcześniej mówiło się o niskim stanie wody, to teraz sytuacja jest klarowna – na środku przeprawy widać piaszczystą wyspę.

Rower złożony, ruszam w drogę. To nowy teren i jeszcze nie wiem co mnie dziś spotka. Plan zakłada dotarcie do Janowa w okolice stadniny. Ruszam ostro i po około 500 metrach wjeżdżam w pierwsze dziś zarośla. Droga jest dość dobra, choć chwilami pojawiają się na niej błotniste doły. Już po około kilometrze osiągam pierwszy punkt dzisiejszej trasy – początek zielonej granicy. W tym miejscu kończy się lub zaczyna – zależy z której strony patrzeć – granica na Bugu. Za rzeką widzę szeroki wyorany pas ziemi, trochę zasieków i dwa słupy graniczne.

DSC_1416bug6

Dalej leśna ścieżka omija kilka leśnych jezior – pozostałości starego koryta Bugu i wreszcie wyjeżdżam na łąkę.

Już z daleka widzę tajemnicze obiekty. Tak – to Strefa 51. Jestem tak daleko od cywilizacji, że jestem przekonany, że to idealne miejsce lądowania Obcych i właśnie tu zostawili po sobie szereg śladów. Już na początek rzuca się w oczy stanowisko obserwacyjne do kierowania ruchem Obcych. Najprawdopodobniej nadlatywali ze wschodu.

DSC_1427bug6

Teraz przejazd przez rozlewisko, ale na szczęście droga jest usypana z kamieni, między którymi słychać szum przeciskającej się wody. Tu z ziemi bije źródło wody. Miejscowe legendy mówią, że sięga ono 100 metrów w głąb i potrafi wciągać całe krowy 🙂 Podwodne gejzery zdają się potwierdzać tę teorię.

DSC_1430bug6

Za chwilę spotykam tajemniczą wydrążoną kolumnę – być może pod ziemią znajduje się jakiś zbiornik i widzę naziemną część służącą do tankowania pojazdów Obcych. Teraz czas na dziwną budowlę, która wygląda jak spychacz z desek, który utknął. Nie mam teorii, do czego mogła służyć. Za rozlewiskiem spostrzegam wielkie budowle stojące na palach przypominające szkielety ryb. Niestety, nie mam pewności czy to jakieś miejsce kultu, czy też Obcy chcieli pozostawić nam swoje wizerunki.

DSC_1437bug6

Za chwilę na drodze pojawia się system naprowadzania statków Obcych. System wiszących kamieni miał prawdopodobnie na celu precyzyjne ustalenie wpływu ruchu obrotowego ziemi na trajektorię.

DSC_1439bug6

Ruszam dalej. Natykam się w trawie na tajemnicze pale, być może początki osiedla obcych. Z jakiegoś jednak powodu porzucili oni budowę, bo wygląda ona na niedokończoną.

DSC_1445bug6 Panorama

Nie wiem czy Obcy planowali dłuższy pobyt, w niewielkim jeziorku odkrywam początki budowy parku wodnego.

DSC_1441bug6

Jadę dalej. Nagle na jednym z drzew spostrzegam konia. Jest to niewątpliwie koń. Czy jednak na pewno jest to ziemski egzemplarz? Jest to mój pierwszy w życiu koń na drzewie. Nie mam pomysłu, jak interpretować jego pojawienie się.

DSC_1459bug6

Oddalam się od miejsca działania obcej cywilizacji, gdy pojawia się jeszcze jeden dziwny obiekt. Być może tak właśnie wyglądają Obcy, gdy zmierzają całą grupę na kolonizację kolejnej planety.

DSC_1464bug6

Mocno poruszony znaleziskiem jadę dalej. Droga robi się bardziej wyraźna, jadę wzdłuż naturalnego obniżenia, które stanowi obszar zalewowy Bugu. W pewnym momencie droga zjeżdża w dół, kolejne metry zielska i nareszcie trochę lasku. W lasku zaskoczenie – odcinek do mierzenia prędkości chwilowej. Czyżby nie koniec obszaru działania Obcych?

DSC_1466bug6

Dokładnie. Tu lądowali znacznie później bo i obiekty wyglądają na nowsze. I wygląda to raczej na próbę osiedlenia się.

Najpierw widzę elektrownię.

DSC_1467bug6

Na horyzoncie pojawiają się początki budowy osiedla. I są nawet domki dla ptaków. Chyba mieli poważne zamiary.

DSC_1468bug6

Wreszcie coś odmiennego – jestem przekonany że to teleporter. Być może tylko z Polski na Białoruś i odwrotnie ale pewności nie mam.

DSC_1469bug6

Przekraczając wrota (w dziwnym języku pisało The Gate), natykam się na kolejny obiekt. No tak – służył na pewno rozrywce. Bo przecież wygląda jak huśtawka. Wiem już na pewno że Obcy mierzyli około 4 metrów wzrostu, z czego nogi miały około 50 cm…

Wracam przez wrota do roweru, by kontynuować podróż. W oddali pojawia się wieś. To Bubel. Po dłuższej jeździe jestem w miejscu, które już znam. Tu była Noc Kupały i tu straszyły czarownice. I tu też zanikają wszelkie ślady działalności Obcych.

Teraz czeka mnie dziewiczy i jak się okazuje trudny kawałek trasy. Z lewej strony mam Bug, z prawej zbliża się do mnie wysoka skarpa doliny Bugu, poprzecinana licznymi wąwozami. Ścieżka robi się ledwo widoczna, jadę praktycznie zboczem góry, co jakiś czas przekraczam kolejne strumienie wypływające ze zbocza – i tak około kilometra w górę i w dół. To chyba najbardziej widowiskowy z dotychczas przejechanych odcinków.

DSC_1478bug6

Nagle moja droga się kończy. Na wprost gąszcz, w prawo wydeptana ścieżka pod górę, w lewo zejście na zielony dywan. Chwila zastanowienia, idę w lewo. Po około 100 metrach jest znowu droga. Wracam po rower, przebijam się przez doły i dalej jazda.

DSC_1482bug6

Dłuższy czas jest spokój. Do czasu. Droga obniża się stopniowo i kończy się nagle zarośniętym rozlewiskiem. No to mamy problem.

DSC_1488bug6

Wycofuję się kawałek, ruszam przez łąkę. Jest skoszony pas, więc ktoś tu musiał przetrzeć dalej szlak 🙂 Niestety ten kończy się nagle kilkumetrowej szerokości zarośniętym rozlewiskiem. Widać, że ktoś się tu przedarł – obstawiam jakiegoś pogranicznika na quadzie. Skoro jemu się udało… to się przeprawiamy. Brrr, woda jest dziwnie lodowata. Po kilku minutach jestem z wszystkimi klamotami na drugim brzegu.

DSC_1489bug6

Drogi brak. Na horyzoncie widać wieże kościelne z Janowa Podlaskiego. Idę więc kilometr po ściernisku i nareszcie znowu jest droga. Teraz szybko dojeżdżam w okolice stadniny w Janowie Podlaskim. Tu już zgodnie z planem łapię dojazd do Pawłowa, zaraz asfalt i zostaje tylko powrót do Gnojna w celu zamknięcia pętli. Przed Bublem jest efektowny zjazd w dolinę Bugu, mijam senną i cichą wieś i po 3 godzinach jestem znowu przy samochodzie.

DSC_1501bug6

Galeria z wyprawy:

I trasa.

Zrzut ekranu 2016-08-19 o 14.26.12

Zapych.

Zrzut ekranu 2016-08-19 o 20.35.06

I jeszcze komentarz. Instalacje, które oglądałem pochodzą z dwóch edycji Land Art Festiwalu. Byłem, robiłem zdjęcia, pisałem 🙂

I drugi komentarz. Ktoś ukradł jedną z huśtawek, bo były dwie. Naród zaradny, uważa że wszystko niczyje – przyda się. Pewnie teraz cieszy się jaki to on sprytny. Nie, nie jesteś sprytny… jesteś pospolitym złodziejem.

 

Bugu odsłona piąta – Łęgi-Kuzawka

W piątkowy poranek mam plan na kolejne kilometry… od rana upał, więc zaczynam już przed ósmą –  dokładnie tam, gdzie ostatnio skończyłem – w Łęgach. Dojeźdźam na koniec nasypu przed jeziorem, rower znowu zmontowany i jazda. Ruszam łąką, bo po chwili wjechać na nadbużankę. Wysoki nasyp jest mocno zarośnięty, tylko wąska dróżka przede mną, pokrzywy i tak szybko zmierzam w stronę Bugu.

DSC_0977_bug

Nie dojeżdżam jednak do rzeki przy palach – skręcam z nasypu i docieram do niej w okolicach końca mojej ostatniej rowerowej przygody. Droga jest oczywista – nie ma tu przedzierania się przez chaszcze czy zarośnięte rozlewiska. Docieram szybko do Krzyczewa, tu przeciskam się wąską ścieżką ponad samą rzeką i już widzę drewniany kościółek. Obok wodowskaz pokazuje wyjątkowo niski stan wody – do alarmowego brakuje około 4 metrów wody.

DSC_0989_bug

Teraz czas na teren, którego nie znam. Schodzę z rowerem z wysokiej skarpy i ruszam w gąszcz. Jakoś się przebijam, ale fragmenty trasy są mocno piaszczyste, opony grzęzną i trzeba pokonać je „z buta”.

DSC_0997_bug

Piaski się kończą i zaczyna się leśna droga, wiodąca początkowo ponad samą wodą a potem stopniowo się wznosząca. Las się przerzedza i pojawiam się w Neplach. Podziwiam piękny widok na kanion (no prawie) i jazda dalej.

DSC_1010_bug

Mijam wąwozy i czołg. Jestem na asfalcie. Tylko kawałek i zaraz skręcam w stronę Krzny. Szukam przeprawy… niestety – będzie objazd. Wracam na asfalt i przez most wracam na polne drogi. Jadę wstecz by dotrzeć nad połączenie rzek… i tu odkrycie –  można się było tutaj przeprawić, bo wody po kolana. Zabrakło 100 metrów 🙂 Prąd jest dość bystry, a całe ujście Krzny to wielka piaszczysta łacha.

DSC_1032_bug Panorama

DSC_1051_bugRobię krótką przerwę, bo jest dość wcześnie, a do końca zaplanowanej trasy zostało już niewiele. Teraz ruszam wzdłuż rzeki aż do Kuzawki, prawie do mostu przejścia granicznego w Kukurykach. Tereny zupełnie dzikie, ale droga jest bardzo wyraźna. Do tego niesamowicie widokowa. Przypomina trochę trasy krosowe w górach 🙂

DSC_1055_bug

Wreszcie Kuzawka. Odwrót – wystarczy 🙂 Przejeżdżam wieś – cichą i senną. Polna droga prowadzi znowu do Nepli. W Neplach czeka mnie lotna premia z podjazdem, potem w dół, GPS pokazuje na zjeździe około 32 km/h 🙂 Demon prędkości 😉

Wracam asfaltem do Krzyczewa i tu skręcam znowu w boczne drogi, bu dotrzeć skrótami do Łęgów. Zahaczam jeszcze nad jezioro, które jakoś zawsze omijałem. Krótka przerwa na kanapkę i za 15 minut jestem przy samochodzie.

DSC_1060_bug Panorama

Podsumowanie – czas 4 godziny, dystans około 34 kilometry.

Trasa:

Zrzut ekranu 2016-08-08 o 22.23.05