Osiem pancernych i pies zdobywają AKD

Pomysł na odszukanie pewnej tajnej kwatery chodził nam po głowach już od dawna. Bezpośrednie sąsiedztwo domu Kasi miało nam to zadanie ułatwić. I wreszcie w tym roku przeszliśmy do konkretów. Szybka wymiana maili i sprawnie zgraliśmy terminy i ludzi w pewien majowy weekend.Czego szukaliśmy? Jednej z pilniej strzeżonych tajemnic wojskowych PRL. Atomowa Kwatera Dowodzenia w Kampinosie jeszcze 10 lat temu była pilnie strzeżona, a o jej istnieniu wiedziało niewiele ludzi. Tu w razie wojny nuklearnej mieli schronić się rządzący, tu był sztab wojskowy, który miał łączność z całą Polską.

Teraz jednak są mapy Google, na których widać każdą ścieżkę i szczegół terenu… nic się nie ukryje.

Kasia przegotowuje nam nocleg w „klasie turystycznej” czyli „na podkrovi”. 🙂 Lubimy takie miejsca. Wspominamy schronisko w Dolinie Żarskiej, gdzie na stryszek trzeba było się wspinać po linie 🙂 Tu mamy wygodne, choć nieco przykurzone przez budowę schody. Czekaja na nas materace, rozkładamy karimaty, śpiwory  – może trochę twardo, ale nikt nie narzeka 🙂

Do północy zjeżdża większość zapowiedzianych gości. Pierwsza dociera Amelia, która wspólnie z gospodarzami, czyli Kasią i Michałem ogarniają wstępnego grilla w altance. Jesteśmy z  Piotrem chwilę po niej, potem dociera Radek ze swoją dwójką maluchów i ostatni Wojtek z Dorotą i Bacą – jest z nimi też Bartolini czyli Bartek, który w sobotę ma zawody wspinaczkowe, co trochę krzyżuje plany wycieczkowe jego rodzicielom. Następnego dnia dołączą do nas jeszcze Ela i Donata. No takiego składu to już dawno nie było! Wypada jeszcze wspomnieć o Koziołku, jako pełnoprawnym członku ekipy eksploracyjnej i psie Kasi – Lunie. Tłumy 🙂

Wojtek rusza z rodziną na zawody, a my bez wielkiego pośpiechu ruszamy około 10 na szlak. Wchodzimy w głąb Puszczy Kampinoskiej. Bliskość stolicy i weekend sprawia, że ruch jest ogromny – rowery, biegacze, spacerowicze – trochę jak na targu… Puszcza jednak dzielnie to znosi – dla mnie jest za gęsto 😉

DSC_7881_akd

Idziemy znakowanymi szlakami, obierając jedyny słuszny kierunek. Obchodzimy wielkie bagno, po około 6 kilometrach wychodzimy z drugiej strony lasu i ponownie wchodzimy w wąską, tajemniczą drogę, której strzeże szlaban. W kontekście tego co za chwilę zobaczę, dziwię się teraz, że on jeszcze tu jest 🙂

Po około 500 metrach z lasu wyłania się budynek. Nieduży, piętrowy – wygląda jak … szkoła. Tak – to jest szkoła „tysiąclatka”. Taki element maskujący, bo niby szkoła w środku puszczy to przecież coś najnormalniejszego w świecie 🙂

DSC_7986_akd

Drugi budynek obok jest malutki i wygląda jak budynek gospodarczy, ale to on jest tu najważniejszy. Jest jeszcze trzeci – ale pod ziemią. To gigantyczny betonowy garaż – ma podobno około 2000 metrów kwadratowych powierzchni.

Szybko obiegam parter i piętro budynku…

Zaczynamy od posiłku na boisku szkolnym – czyli na dachu garażu 🙂  Nic nie zapowiada atrakcji, które kryje ziemia.

Schodzimy od garażu. Czołówki na głowę i wchodzimy w podziemny świat. Jest tu tylko jeden poziom, ale ogrom miejsca budzi szacunek.

DSC_8005_akd

Z głównej hali odchodzą w obie strony korytarze do mniejszych pomieszczeń. Są one połączone jakimiś tajemniczymi krótkimi łącznikami, otworami, przejściami. Kilka z nich prowadzi na zewnątrz budowli. Wszystko niestety straszliwie zdewastowane. Ale to jeszcze nic…

Teraz czas na główny budynek. Obiegamy szybko poziom 0 i poziom +1. Salki pomalowane w grafiti, wszystko kompletnie zniszczone. Czas na miejsca położone niżej. Pierwsze zejście prowadzi nas do tradycyjnej piwnicy, gdzie zastajemy kilka pomieszczeń z wpadającym przez małe okienka słońcem. Wracamy na górę, odnajdujemy drugie zejście.

Poziom -1

Przed nami kawałek piwnicy i trafiamy na dłuższy tunel. Ten wyprowadza nas do drugiego budynku. Przed nami czeluść… schody w dół, gdzie panuje kompletna ciemność.

No to jazda, po to tu przyjechaliśmy.

Poziom -2.

Czołówki ledwo przebijają się przez mrok. Jest prawie jak w piekle. Czuć swąd spalenizny, w świetle latarek unosi się kurz. Czarne, osmalony ściany. Labirynt korytarzy. Trafiamy na długi tunel, który co parę metrów przedziela śluza. Podążamy nim kilkadziesiąt metrów. Zbudowany jest z okrągłych cembrowin. Nagle się kończy zaślepiony wielką płytą. Po drodze mijamy kilka odchodzących w bok podobnych tuneli.

DSC_8060_akd

Wracamy do głównego korytarza i za chwilę trafiamy na kolejne zejście w dół.

Poziom -3

Kolejny labirynt. Pokoje, pokoiki, czarne ściany, grafiti. Wrażenie jest niesamowite. Wpadam do pomieszczenia, gdzie na środku zieje wielki otwór w podłodze a niżej – kolejne pomieszczenie. To tu mieściło się główne pomieszczenie dowodzenia. Szukam chwilę drogi powrotnej i trafiam na zejście niżej.

DSC_8083_akd

Poziom -4

Tu już biega nasza ekipa, zaglądając do kolejnych pomieszczeń. Chwila poszukiwań i jestem znowu w pomieszczeniu, które przed chwilą oglądałem z poziomu wyżej. Tu to same – wszechobecne zniszczenie.

DSC_8092_akd

Michał mówi krótko – złomiarze. A ja mam refleksję – może niech lepiej ludzkość wyginie, skoro potrafi rozwalić to, co miało się oprzeć bombie atomowej… Mamy chyba z Michałem podobne przemyślenia, bo rozmyślamy głośno nad turystycznym potencjałem miejsca, gdyby tylko ktoś tego przypilnował… Teraz jest to chyba nie do odtworzenia.

Łazimy po kompleksie pewnie z godzinę. Zaglądamy do znacznej liczby pomieszczeń, w jednym z nich znajduję coś co przypomina piekarnię, w innym jest głęboka studnia. Były tu kiedyś dwa agregaty prądotwórcze… Były. W jednym ostał się jakiś wielki zbiornik. Wróżę mu krótki żywot.

Pora na odwrót. Odszukujemy kolejne schody na górę i po kilku minutach dostrzegamy światło. Prawie jak powrót z Mordoru 🙂

Odwrót

Teraz rozdzielamy grupę, jedna rusza drogą, którą przyszliśmy w poszukiwaniu kijka zgubionego przez Koziołka, druga zaś podąża w głąb puszczy. Trafia mi się zadanie nawigacyjne, bo muszę przeprowadzić swoją grupę w umówiony punkt przez tereny, których kompletnie nie znam. Wspomagając się jednak mapą szlaków z telefonie, docieram sprawnie na miejsce, zaliczając po drodze „grań z kilkoma szczytami”. A tak naprawdę nieduże wzgórze morenowe. Za to bardzo ładne 🙂

Docieramy do ciekawej sosny, zwanej kandelabrową, która w dzieciach wzbudza zachwyt i skaczą po niej jak małpy, zaś Amelia upatruje w niej wygodne łoże i leży jak księżna w pozie powabnej 😉

DSC_8152_akd

Po sesji fotograficznej wchodzimy w kontakt z druga grupą i ustalmy, że to jednak nie tu mieliśmy się spotkać i czeka nas 1,5 km marszu 🙂 Po tylu kilometrach morale trochę osłabło, ale obietnica lodów na końcu szlaku wzbudza aplauz w młodszej części grupy i dystans zostaje wzięty w bardzo dobrym czasie.

Ponownie jesteśmy w komplecie i teraz została nam już tylko ostatnia prosta, która mija nie wiadomo kiedy. Nareszcie cywilizacja 🙂 14 km za nami. Są obiecane lody, jeszcze tylko krótka akcja logistyczna z pomocą Wojtka, który miał wyjść nam naprzeciw ale nie trafił w szlak i jesteśmy znowu u Kasi. Ustalając ilość aut potrzebnych do przewiezienia wszystkich doliczamy się, ze jest „osiem pancernych i pies” 🙂

Wieczór poświęcamy na pogaduchy i planowanie zlotu letniego.

Rano też się specjalnie nie śpieszymy i po śniadaniu jeszcze chwilę siedzimy, podziwiając przy okazji efektowny skok Kasi do oczka wodnego za Koziołkiem, który zrobił to chwilę wcześniej 🙂

Jeszcze chwila na pogaduchy, pakujemy się do aut i zostaje czekanie na zlot tatrzański.

DSC_8212_laski

 

Na gorzelnianym szlaku

Wracamy z Pałacu Biskupiego, ale pora jeszcze wczesna. Mijamy Hrud, a po drodze jest jeszcze… no właśnie – co się znajdzie między nogami, jeśli dostatecznie duży człowiek stanie w rozkroku jedną nogą w Hrudzie a drugą w Ciciborze? Wiadomo – Roskosz. 🙂 Kto nie wierzy, niech sprawdzi na mapie…

Roskosz to dawna posiadłość Radziwiłłów. W pięknym starym parku do naszych czasów przetrwał dworek oraz stajnia cugowa – oba budynki mają obecnie przeznaczenie hotelowe, ale właśnie dzięki temu zostały odrestaurowane. Początkowo, w XVI-XVII w., tereny te miały jedynie charakter gospodarczy. Dopiero kiedy w II poł. XVII w. trafiły w ręce Katarzyny z Sobieskich Radziwiłłowej – siostry króla Jana III Sobieskiego budynki folwarczne zostały przebudowane w duchu barokowym i zmieniły swoje przeznaczenie. Obecny układ parku ma swoje korzenie w czasach, gdy właścicielką dóbr była Anna z Sanguszków Radziwiłłowa – miłośniczka i mecenas sztuki. To ona poleciła wybudowanie w tym miejscu pierwszego, jeszcze wówczas drewnianego dworku. Powstał on w latach 1730-1731, jednak popadł w ruinę pod rządami syna Anny, księcia Hieronima Floriana Radziwiłła. W czasach wojen napoleońskich dwór trafił w ręce Ludwiki z Kamińskich i jej męża Teodora Michałowskiego, którzy doprowadzili Roskosz do jej największego rozkwitu. W latach dwudziestych XIX w. założyli tu park w stylu angielskim. To z tego okresu pochodzi aleja lipowa prowadząca do kompleksu parkowo-dworskiego. Około roku 1840 wzniesiony został murowany dwór i stajnia cugowa. W tym czasie istniał tu także szereg drewnianych budynków gospodarczych. W 1842 roku dobra przeszły w ręce Łubieńskich za sprawą ślubu córki Michałowskich Izabelli z hrabią Janem Łubieńskim, zaś 30 lat później znalazły się w rękach rodziny Mielżyńskich i w tym czasie budynki ponownie przebudowano, zaś pod koniec XIX w. gospodarcza część dóbr została uprzemysłowiona. Powstała m.in. gorzelnia, której niszczejący budynek można do dziś zobaczyć w bezpośrednim sąsiedztwie kompleksu oraz murowane stajnie (do czasów współczesnych zachowały się tylko dwie). Córka Mielżyńskich Helena wniosła majątek jako wiano w 1914 r. wychodząc za mąż za Aleksandra Karskiego. Cześć parku i dworu uległa zniszczeniu podczas I wojny światowej, gdy stacjonowali tu niemieccy żołnierze. Po wojnie dwór po raz kolejny przeszedł remont, w czasie którego stracił swój dotychczasowy neogotycki wygląd. Rodzina Karskich straciła majątek pod koniec II wojny światowej, zaś po wojnie został on upaństwowiony i stał się siedzibą PGR-u (jak wiele innych dworów na terenie Polski). Gdy upadł PGR przez chwilę był tu Ośrodek Pracy Twórczej, potem całość przejęło miasto Biała Podlaska. Od 1999 r. park wraz z budynkami znajdują się we władaniu Ochotniczych Hufców Pracy i po generalnym remoncie mieści się tu Europejskie Centrum Kształcenia i Wychowania OHP [źródło: Obiektywnie].

Z pewną nieśmiałością krążymy chwilę wokół budynku. Pojawia się hałaśliwy pies, ale na szczęście zajął się Jackiem 😉 Wreszcie udaje się odnaleźć drogę do wnętrza. A tam – prawdziwe skarby 🙂 Wygasły piec, porzucone biura z rozrzuconymi papierami, na ścianach jakieś stare instrukcje pisane na maszynie, mnóstwo dziwnych i tajemniczych przedmiotów i samotna butelka po spirytusie….

Krążymy po budynku z góry na dół, zaglądamy w każdy zakątek. Kawał historii. Teraz tylko cisza.

Pałac Biskupi przed premierą

Niegdyś ruina, po prowadzonej z rozmachem odbudowie Pałac Biskupi w Janowie Podlaskim odzyskał swój blask. Skoro była możliwość obejrzenia zakamarków budowli, grzech byłoby nie skorzystać. Co też Tajna NGP wykorzystała 🙂

Zamek – rezydencję biskupów łuckich, wzniesioną w XV w. (1465-88) i usytuowaną na pn.-wsch. od ówczesnej wsi, zniszczyli 1657 Szwedzi. Odbudowano ją na nowym (obecnym) miejscu, na pn.-zach. obrzeżach miasta. Zamek wniesiono na sztucznie usypanej platformie z czterema bastionami, otoczonej szeroką fosą zasilaną z odnogi rzeczki Krzywuli; był drewniany, częściowo murowany, w formie czworoboku z ośmiobocznymi basztami na narożach i szyją dochodzącą do mostu nad fosą, poza którą znajdowały się zabudowania folwarczne oraz ogrody warzywne i owocowe. 1740 w związku z postępującą dewastacją rozebrano część drewnianych zabudowań. 1770-80 za bpa Feliksa Pawła Turskiego odbudowa poprzez wzniesienie nowych, zachowanych do dziś murowanych skrzydeł bocznych – ale… bez stawiania głównego korpusu (a więc „skrzydła” miały w istocie postać dwóch wolnostojących pawilonów); powstaje także oranżeria, budynek ogrodniczy i park (wg niektórych źródeł). Za bpa Adama Naruszewicza (1790-96) remont i budowa pawilonu ogrodowego, tzw. groty. 1817-1918 siedziba zarządu stadniny, wówczas stopniowa dewastacja zabudowań i parku. 1919 przekazany władzom diecezji, które oddały go Zgromadzeniu Córek Najświętszego Serca Marii; wówczas remont budynków i uporządkowanie ogrodu, wzniesienie zabudowań gospodarczych (stajnia, obora, chlewnia i kuźnia). 1939 teren zamku zdewastowany, budynek użytkowany jako niemiecki lazaret. 1950 ponownie przekazany stadninie. Skrzydło zach. wykorzystywane częściowo nadal jako mieszkanie sióstr oraz częściowo strażnica WOP, wsch. jako magazyn i budynek mieszkalny. 1975 rozpoczęto remont, następnie zaniechany. Skrzydło wsch. w ruinie, zach. do 2004 użytkowane jako budynek mieszkalny, 2005 zwrócone Kościołowi.

Zachowane do dziś pozostałości zespołu pałacowego usytuowane są w pn.-zach. części Janowa. Centrum zespołu stanowi niewielkie, otoczone dobrze zachowaną fosą wzniesienie (nad fosą od pn., na osi, murowany most na arkadach). Wewnątrz ograniczonego fosą obszaru dwa analogiczne skrzydła z lat 1770-80, ustawione równolegle do siebie po dwóch stronach dziedzińca (na osi pn.-pd.). Murowane z cegły, otynkowane. Na planie wydłużonego prostokąta. Piętnastoosiowe, o siedmioosiowych, parterowych częściach środkowych i dwukondygnacyjnych, czteroosiowych częściach skrajnych, podpiwniczone. Wnętrza dwutraktowe, przekształcone, zdewastowane. Elewacje na narożach opilastrowane, dzielone lizenami, pomiędzy którymi odcinkowo zamknięte płytkie wnęki. Okna zamknięte łukiem odcinkowym. Dachy na części parterowej dwuspadowe, na piętrowych czterospadowe, kryte blachą. Pośrodku dziedzińca figura Immaculaty, 1927.

Wokół wzniesienia (a głównie na pd. od niego), poza fosą, rozległy park na miejscu ogrodu włoskiego, ogrodów użytkowych i zwierzyńca z II poł. XVII w. Zaniedbany, o zatartym planie, częściowo wycięty w czasie II wojny światowej i w okresie powojennym. Nieliczne okazy starodrzewia, wśród nich pomnikowe lipy drobnolistne i monumentalna aleja lipowo-grabowa odchodząca prostopadle na osi skrzydła wsch., rozdzielająca niegdyś kwatery ogrodu włoskiego. Na zamknięciu tej alei (a więc po wschodniej stronie wzniesienia) pawilon ogrodowy, tzw. grota Naruszewicza, charakterystyczny dla XVIII-wiecznych ogrodów obiekt małej architektury, będący zapewne „świątynią dumania” biskupa-poety. Wzniesiona ok. 1790 lub 1796 (wg innych źródeł – 1790-92), odnowiona 1926-27; z kamienia polnego, kolista, nakryta betonową kopułą, z dwoma pasami muru krzyżującymi się na zewnątrz. W ścianach trzy okrągłe okienka i otwór wejściowy zamknięty łukiem odcinkowym, nad którym żeliwne inicjały AN, krzyż i pastorał oraz daty 1796 i 1926. Otoczona nowym żelaznym ogrodzeniem na rzucie regularnego wieloboku, na podmurówce.

Od pn., przed wzniesieniem, rozległy teren dawnej części folwarcznej, na którym zachowane nieliczne murowane zbudowania gospodarcze – zabytkowe, z pocz. XX w.? (trzy budynki – dwa duże przy majdanie, jeden mniejszy przy drodze od strony zespołu katedralnego). Na osi drogi dojazdowej, przed częścią folwarczną (przy drodze na Konstantynów) brama wjazdowa. Murowana z cegły, otynkowana, boniowana. Złożona z dwóch par czworobocznych słupów połączonych murkami parawanowymi, zwieńczonych gzymsami i murowanymi daszkami; wrota nowe.

W latach 1790-96 w Janowie mieszkał, pisał, zmarł i został pochowany poeta, tłumacz i wielki historyk epoki oświecenia – biskup łucki Adam Naruszewicz. [źródło: Zamek biskupów].

To już historia. Teraz stoi tu piękny obiekt, zrekonstruowany w niesamowitą dbałością o szczegóły. Jeszcze tylko czekam, ąż wszystko się zazieleni. Podobno szykuje się tu wielka majówka – będzie okazja znowu zajrzeć.

Największa zaskoczenie to część konferencyjna. Pod dziedzińcem ukryto wielką salę konferencyjną z zapleczem. Potężna przestrzeń, nowoczesna forma, rozmach. Do sali prowadzi z parkingu osobne wejście. Obok znajdują się cztery budynki części hotelowej i piąty – centrum spa. Wszystko połączone siecią podziemnych tuneli. Kręcimy się około godziny, potem udaje nam się złapać przewodnika w osobie dyrektora obiektu, który oprowadza nas po części hotelowej. Zastanawiamy się w kontekście ostatnich zmian w Stadninie, czy obiekt „zaskoczy”. Oby… będzie praca dla ludzi i może Janów znowu odżyje?

BezNazwy_Panorama2

A póki co kilka zdjęć ze spaceru po pałacu.

W drodze na Mont Blanc

Miał być dach Europy… nie udało się. Aura niespecjalnie sprzyjała, więc wyjazd na Aiguille di Midi miał swój finisz w chmurze. Widok marny, gdzieś tam nad głową majaczy antena. Przebiegam po wszystkich platformach w poszukiwaniu widoków… nic 🙁

Wyjeżdżam windą na górną stację – tu nie lepiej. Wychylam nos na lodowiec – mleko. No nic, przyjdzie to kiedyś powtórzyć… za całe 54 euro 🙁

DSC_3525

Małe zamieszanie w drodze powrotnej – na stacji przesiadkowej kilometr niżej mam swoje pół godziny! Nagle ląduje w idealnie przezroczystej warstwie między chmurami na górze a lekko zamgloną doliną poniżej.

DSC_3576_7_8_tonemapped

W dole Chamonix, a przede mną kamienista ścieżka. Wyrywam jak dziki w górę 🙂

DSC_3593 Panorama

Mam swoje fotki z Mont Blanc!

I tylko szkoda że za pół godziny muszę być na dole 🙁