Marcowo

Czyli ani zimno ani ciepło. Pogoda zmienna, ale wystarczyło, by słońce na chwilę wychyliło się zza chmur, a już poderwałem się na godzinny wypad nad Bug.

Parkuję za wsią w okolicy skarpy. Znowu wita mnie efektowne światło przebijające się przez chmury i oświetlające samotną sosnę nad drogą. To już prawie jak „sosna z Sokolicy” 🙂

Dwieście metrów dalej zaczyna się punkt widokowy. Woda nadal bardzo wysoka, więc obiecywałem sobie pięknie zalane łąki w Gnojnie. Okazało się jednak, że wody tak wysokiej, jak kilka lat temu, tym razem nie ma. Bug grzecznie płynnie swoim korytem, tylko Binduga rozlała się szeroko. Pod skarpą zastałem resztki tafli lodu, które mimo, że od początku ocieplenia minęły już ze 3 tygodnie, nadal robią wrażenie swoją grubością. Bezwietrzna pogoda spowodowała, że woda jest idealnie gładka, a w niej oczywiście odbicia, które od jakiegoś czasu są dominującym tematem moich zdjęć nad Bugiem.

Schodzę na dół, droga jest zalana, więc muszę przedzierać się zboczem. Docieram do źródełka, trochę zdjęć Bindugi i wracam do auta.

Trochę krótki ten spacer, więc ruszam kilka kilometrów dalej do Borsuk. Polną drogą docieram prawie nad samą rzekę. Zatrzymuję się dopiero przed ostatnim rozlewiskiem. Tu ani przejechać, ani przejść. Znajduję obejście lasem, skacząc przy okazji z kępy na kępę trawy 🙂

Jest rzeka. Płynie szeroko i majestatycznie. Ciemne chmury dodają nastroju, ale światła jest dość, by zrobić efektowne ujęcia. Kręcę się chwilę po wydmach, łapię w kadr poskręcaną wierzbę i czas wracać.

Tą samą drogą wśród rozlewisk docieram do auta, nawrót i jazda do domu na ciepłą kawę 🙂

I na koniec: oba miejsca miały ze sobą coś wspólnego. Wszędzie pełno śmieci, butelki, puszki, potłuczone szkło. Piękne niegdyś wydmy e Borsukach są zdewastowane i rozjeżdżone przez terenówki. Co zostanie dla przyszłych pokoleń?

 

Wiosna przyszła wcześniej

A z nią wiosenne roztopy. Kilka dni przed zimowym wyjazdem z w góry nagle zima puściła. Lekka panika, ale z doświadczenia wiem, że w Tatrach tak ławo nie puszcza.

Za to na Podlasiu – wystarczyły dwie wietrzne noce i śnieg zniknął. Oznaczało to tylko jedno – woda musi się gdzieś ujawnić 🙂 Oczywiście w rzekach. Bug od kilku dni był pod obserwacją i w końcu jego stan ustabilizował się w okolicy 400 cm, a więc powyżej stanu ostrzegawczego. Pozostało więc tylko zaczekać na pierwszy weekend, by ruszyć świtem na wielką wodę.

Jadę stałą, sprawdzoną trasą wzdłuż Krzny przez Kijowiec do Malowej Góry.

Woda jest już niższa, niż jeszcze 3 dni temu, więc swoim leśnym skrótem jadę do Nepli.

Po drodze zaglądam na leśną polanką tuż nad samą rzeką. Rozczarowanie to mało – Piła i Siekiera wycięła las nad rzeką. Zostały smętne kikuty. Czar prysł, kolejne ciekawe i ładne miejsce przeszło do historii…

Kierunek Neple. Poranny przymrozek skutecznie utwardził drogę, bo inaczej raczej bym tędy nie przejechał, patrząc na stan polnej drogi 🙂 Wyjeżdżam tuż za wsią i już przecinam most. Tu zawsze Krzna rozlewa się szeroko i tak jest tym razem.

Parkuję za mostem i ruszam do Szwajcarii. Podlaskiej 🙂 Delegacja dwóch kotów wita mnie po drodze. Jeden chyba z GROM-u, bo widać, że nikomu z drogi nie schodzi 😉 Biały jest lekko nieufny, nie chce dać się pogłaskać, ale biegnie za mną jeszcze przez kilka metrów.

Wchodzę w las. Ten póki co nie jest wycięty 🙂 Tu Krzna podchodzi pod skarpę, ale i tak trudno się zorientować, którędy płynie. Rozlewisko ma z kilometr szerokości. Rower nie wchodziłby w rachubę 🙂 Jak zwykle fotografuję kikuty suchych drzew wystające w z wody, potem idę jeszcze wąwozami na skarpę. Tyle razy tu byłem i zawsze się zachwycam tym miejscem.

Teraz powrót do mostu i kilometr dalej zatrzymuję się przy czołgu. Tu znowu obchodzę kilka ulubionych punktów i robię trochę ujęć do dalszej obróbki. Ścieżka przyrodnicza jest pod wodą i nie byłoby szans przejść przez Rezerwat w tych warunkach.

Ruszam do Krzyczewa. To tu znajduje się wodowskaz, który śledzę. Faktycznie wskazuje 400 cm. Widać potęgę żywiołu. Nurt jest bardzo szybki i szarpie zalanymi drzewami, słychać intensywny odgłos płynącej wody. Przechodzę w stronę zalanego łęgu. I kolejne zaskoczenie… faceci z piłami spalinowymi tną… stare wierzby na łęgu 🙁 Świat chyba zwariował.

Wycofuję się pod drewniany kościółek św.Jerzego. Postanawiam wracać przez wieś. Wsiadając do samochodu słyszę odgłosy radosnego trąbienia. Mam różne koncepcje, komu się tak nudzi z rana, ale za chwilę okazuje się, że to pędzi furgon z napisem „Piekarnia” i trąbi na całą wieś. Z domów wychodzą ludzie i odbierają świeżutki chleb prosto z paki. Fajne 🙂 I takie normalne, że aż się uśmiecham 🙂

Został mi jeszcze jeden punkt do objechania – Pratulin. Podjeżdżam na koniec wsi za ostatnie zabudowania. Koniec jazdy. Dalej drogę przegradza… rozlewisko Bugu 🙂 No tak, wieś leży kilkanaście metrów od rzeki. Woda podeszła pod domy, droga na łęg zniknęła pod wodą, to samo w kierunku rzeki. Podjeżdżają pogranicznicy na quadzie, ale chyba też rezygnują z dalszej jazdy. Robię obchód tam, gdzie da się dojść, robię kilka zdjęć.

W drodze powrotnej zaglądam jeszcze do Derła. Wieś kompletnie na uboczu nadbużanki, rzędy drewnianych domów, część opustoszałych i chylących się ku upadkowi, ale też sporo odszykowanych na letnie rezydencje przez „miastowych”.

Tradycyjnie jadę na koniec wsi, na wzgórze, by po raz kolejny uwiecznić „drogę fotografów”. Wygląda na nieprzejezdną 🙂

I panoramicznie:

Na dziś wystarczy. Kończę dzisiejszą wycieczkę. Jeszcze tylko 15 minut jazdy i w domu czeka ciepła kawa 🙂 

Galeria HDR:

 

 

 

14 Zimowy Górski Zlot Ircowników

Każda opowieść musi mieć swój tytuł. Tegoroczna może mieć tylko jeden.

Gdzie raki zimują.

Zeszłoroczna próba rezerwacji schroniska w Pięciu Stawach nie miała szans powodzenia, skoro zabraliśmy się za nią w styczniu. Tym razem poszło lepiej – w listopadzie udało mi się ustalić skład i „klepnąć” miejsca. W zasadzie nie było zaskoczeniem, że skład w międzyczasie trochę zubożał, bo wypadki chodzą po ludziach, a i życie bywa nieprzewidywalne. Ostatecznie zostało nas ośmioro, co nawet dobrze się składało, bo mieliśmy dwie „czwórki” w schronisku na wyłączność i nikomu nie przeszkadzały nasze nocne rozmowy.

Czwartek. Ruszamy jak zwykle z małym opóźnieniem, bo niespodziewanie poduszka zaatakowała Piotra o 3 rano, co skończyło się godzinną obsuwą 🙂 Po godzinnej jeździe przygarniamy jak zwykle Basię i ruszamy na południe. Przysypiam na chwilę i budzę się zdziwiony, że jedziemy na Wrocław 🙂 Hm, coś poszło nie tak 🙂 Piotrek przeoczył zjazd na Kraków i tym sposobem mamy wycieczkę krajoznawczą: zaliczamy Częstochowę, Katowice i wreszcie Kraków 🙂 Rekompensatą jest szybka jazda samymi ekspresówkami. Dalej poszło gładko – zakopianka jest w miarę luźna, kilometry lecą. Oczywiście, aby było śmieszniej, nie mam pojęcia w którym momencie – ale przegapiamy Nowy Targ i na Łysą Polanę musimy jechać przez Poronin 🙂 Uff…. po ośmiu godzinach jazdy z ulgą parkujemy przy schronisku na Głodówce. Grasia biegnie już od dwóch godzin do schroniska w Pięciu Stawach, a my w oczekiwaniu na Lenkę napełniamy żołądki tutejszym plackiem po zbójnicku 🙂 Pycha! Do tego taaaki widok za oknem…

DSC_4284

Wreszcie dociera Lenka i możemy zacząć przygodę. Na parking na Palenicy jest kilka kilometrów, więc w parę minut docieramy na miejsce. Tu niestety przykra niespodzianka. Spotyka nas klasyczne „dojenie ceprów”. Parkingowy w brzydki sposób obwieszcza, że kasuje nas nie za 3 doby a za 4 dni. Nie będę tego komentował…

Samochód ląduje za płotem, by go czasem misie nie odwiedziły, przebieramy się, plecaki w górę i czas w drogę. Zaczynamy!

Szlak do Pięciu Stawów początkowo wiedzie asfaltem prowadzącym do Morskiego Oka. Jest czwartek, więc ruch niewielki, ale wystarczający, by podziwiać rewię mody ceperskiej, osobników z wbitym w ziemię wzrokiem i z telefonem przy uchu – a nie – niektórzy robią zdjęcia tymże telefonem 🙂 Na szczęście to tylko 5 kilometrów i już jesteśmy przy Wodogrzmotach Mickiewicza. Nic nie grzmoci, bo są zamarznięte.

Skręcamy w Dolinę Roztoki. Kilkadziesiąt metrów stromego podejścia i dalej już spokojnie idziemy w kierunku schroniska. Na jednym z odcinków szlak na chwilę ma dwa warianty – pieszy i zaopatrzeniowy – i tam udaje mi się „przeskoczyć” wszystkich, bo poszedłem letnim skrótem. Idę więc w samotności, aż w końcu docieram pod platformę zaopatrzeniową.

DSC_4290

Zakładam raki. Niestety zasięgu sieci komórkowej już dawno nie mam, więc pozostaje mi czekać na resztę ekipy. Zaraz zjawia się Basia. Ruszamy pomału, bo zaczyna się strome podejście wariantem zimowym do Doliny Pięciu Stawów. Idę trochę szybciej, ale staram się cały czas widzieć resztę grupy. Podchodzi się w miarę dobrze, ale już czuję, że w drugą stronę będzie gorzej. Na dole pojawiają się Piotr z Lenką i również ruszają w górę. Ci sobie poradzą, ale na Basię co jakiś czas czekam. Idzie spokojnie swoim tempem, od czasu do czasu machamy do siebie 🙂 Wreszcie jest wypłaszczenie i zaczynają się tyczki szlakowe, więc tu już mogę swoich towarzyszy zostawić, bo do schroniska zostało z 10 minut. Wpadam do niego, zrzucam plecak, by powitać się z Grasią, która tu rządzi już od dłuższego czasu. Pokoje, które dostaliśmy, to pokoje z przepychem. Są tak wąskie, że trzeba się przepychać 🙂

Widziałem ostatnio w internecie zabawne obrazki z informacją, że na drodze do Morskiego Oka po zmroku będzie ciemno 🙂 Nie przypuszczałem, że i mnie to spotka… 20 minut po mnie dociera spanikowana Basia i mówi że drogi nie widziała, bo „ciemno się zrobiło”. „A czołówkę masz?” „Mam” „Włączyłaś?” „Nie”. Niezbadana jest kobieca logika 🙂

Chwilę czekamy na Piotra i Lenkę. Mija trochę czasu a ich nie widać, więc ubieram się i ruszam naprzeciw. Natykam się na nich tuż za schroniskiem. Też bez czołówek…. Z kim ja pracuję 😉

Zostaje już tylko zaczekać na ostatnią grupkę pod wodzą Wojtka. Są i oni – Wojtek, Dorotka i wchodzący resztką sił Baca 🙂 Trochę go podejście sponiewierało. Dostaje szybko porcję kalorii i odżywa. Oto jesteśmy w komplecie. Wieczór spędzamy w prawie pustej jadalni schroniska przy piwku, opowieściach i zgłębianiu polsko – słowackich niuansów językowych. Zmęczenie daje znać o sobie i chociaż czuję się trochę nieswojo, włażąc w śpiwór przed 22-ą, to szybko – podobnie jak pozostali – zasypiam.

Piątek. O szóstej rano zaczyna dzwonić jakiś szalony budzik. Nikt nie reaguje… Wyglądam przez okno. Poranek jest wietrzny, mroźny, ale pogoda jeszcze znośna. Pogodynka obiecała okno pogodowe w sobotę, ale już dziś widoczność jest dobra i przed nami skrzy się w śniegu cała Dolina Pięciu Stawów. 🙂 Postanawiamy się trochę rozchodzić, wiec ruszamy rozpoznać teren. Wzdłuż Stawu Przedniego docieramy do mostka na pierwszą sesję fotograficzną. Sesja kończy się tragicznie. No tak – „klątwa Siklawy”. Mieciona porywistym wiatrem leci w kierunku przepaści a potem znika… moja osłona obiektywu 🙂 Od wakacji gubiłem ją regularnie, bo wskutek zderzenia z rowerem pękło mocowanie i powstał luz – więc ledwo się trzymała… I tym sposobem coś tam po sobie pozostawiłem w górach 😉 

DSC_4322

Ruszamy dalej. Wieje całkiem mocno, żeby nie powiedzieć – dech zatyka. Dzielnie zdobywamy jednak kolejne metry. Docieramy to pierwszego dziś słupka szlakowego. A w zasadzie jego czubka 🙂 Na nowych ircownikach robi to wrażenie 🙂 Gorączka szczytowa powoduje, że są osobniki, które próbują dosiąść słupka 🙂

Tak, właśnie tu zimują raki. 

DSC_4331

Ruszamy dalej w głąb Doliny. Warunki niestety dalej wietrzne. Mija nas kilka ekip, zawiedzionych, że nikt przed nimi nie przeciera szlaku 😉 Część grup odbija na Kozi Wierch. Widać jednak gołym okiem, że dziś walka będzie skazana na niepowodzenie. My też w okolicy kolejnego słupka rezygnujemy z dalszej wędrówki i postanawiamy rozbić biwak. Chwilę szukamy odpowiedniego, osłoniętego miejsca. Jest… wiatka. No tak, ale jak do niej wejść? Spod śniegu wystaje jedynie czubek dachu 🙂

DSC_4360

Niestety – nie da się biwakować zbyt długo. Lodowaty wiatr wyciaga z nas ciepło i decydujemy się na powrót. Przeszliśmy zaledwie w okolice rozstaju szlaku na Kozi Wierch i Zawrat, co i tak jest sukcesem. Za chwilę spotykamy wracających z nieudanego podejścia na Kozi Wierch. Dziś wszyscy wracają.

DSC_4370

Docieramy do schroniska, zjadamy trochę zapasów i w większości wpadamy w drzemkę poobiednią 🙂 

DSC_4398

Teraz czas na realizację planu związanego z odkrytym po drodze igloo 🙂 Chociaż bardziej przypomina ono wulkan, bo jest u góry odkryte 🙂 Pomalutku się ściemnia, więc postanawiamy ruszyć czarnym szlakiem podejściowym na obadanie przyczyn wczorajszych problemów z orientacją 🙂 Opadu nie ma, ślady nie są zasypane, jednak w zapadającym zmroku ścieżka jest faktycznie słabo widoczna. Tyczki też. Jednak włączenie czołówek ukazuje autostradę prosto do schroniska 🙂 Robimy kilka prób hamowania czekanem na stoku i decydujemy się na powrót.

Zapadła noc, zaczyna lekko prószyć. Płatki śniegu wirują w świetle czołówki, więc wczuwam się w nastrój chwili i samotnie wyruszam ponownie w głąb Doliny. Wiatru prawie nie ma, wszędzie biel śniegu i ta cisza… Idzie się rewelacyjne.

Idealne miejsce i czas na wyciszenie. Siadam na dłuższą chwilę na mostku, gaszę światło.

Ciekawe czy niedźwiedzie śpią? 🙂

Szkoda wracać, ale w końcu podnoszę się i wracam do schroniska, by przyłączyć się do pozostałych, którzy już okupują stolik w jadalni. Trwają kolejne szkolenia językowe. Lenka dowiaduje się, że „persona non grata” to „facet bez mebli”, a srogość to taki gość co… hm 😉 Tematem rozważań staje się też burak inaczej carpacio 🙂 Rysiek dokonuje odkrycia: „ze wszystkich przyrządów do herbaty mam tylko gębę”.

Pogaduchy trwają do 22 i będzie to nasz ostatni wieczór w prawie pustej jadalni. Jutro wszystko się tu zmieni. Póki co szykujemy się na zapowiadane sobotnie „okno pogodowe”.

Sobota. O szóstej znowu dzwonią budziki. Złe budziki 🙂 Śmierć budzikom! Zerkam przez okno, a tu… zadymka! A gdzie okno pogodowe?? Pomału wszyscy złażą z łóżek i szykujemy się na wyprawę. Dziś ma paść Zawrat. W teorii, bo w praktyce….docieramy niewiele dalej niż wczoraj. Dziś do wietrznych warunków doszła śnieżyca, a świeży opad śniegu w połączeniu z wiatrem daje natychmiast znikające za nami ślady.

DSC_4432

Ubrani cieplutko nie poddajemy się. Już obok schroniska okazuje się, że wczorajsze ścieżki zniknęły. Nacieram pierwszy i przechodzę do historii – wytyczam nową drogę na mostek 🙂 Zamiast przez garbik robię mały łuk wokół, co i tak kończy się tam gdzie planowaliśmy… Margines błędu zachowałem 🙂 Może kiedyś na mapach pojawi się „obejście Wiesia”.

DSC_4441

Wbijamy się nieco wyżej. Wiatr jest dziś trochę lżejszy, ale wieje prosto w twarze. Docieramy do pierwszego słupka. Napis „Zawrat” został zasypany. Przecieranie idzie ciężko, bo przysłowiowe „3 centymetry” (wymyślone na szybko przysłowie mego autorstwa, by poderwać ludzi do boju) to w rzeczywistości nawet 15 centymetrów świeżo nawianego śniegu. Połowa ekipy twierdzi, że nie czują się na siłach i „wrócą po śladach”. Jakich śladach? Po tych już dawno zostało wspomnienie… No cóż, rozsądek mówi, że trzeba odpuścić, więc ruszamy w komplecie w drogę powrotną. Przez chwilę prowadzi Basia, ale jak to kobieta – zwodzi nas na manowce 😉

Po przejściu przez mostek pogoda zaczyna się klarować. Od razu wstępuję w nas duch bojowy i zdobywamy „niewybitny” szczyt obok mostka, czyli kilkunastometrowe na oko wzgórze 🙂 Miał być szczyt i jest szczyt! Z uczuciem triumfu wyciągam pieczarki. No i wtopa – pieczarki okazują się w sosie własnym a nie w occie. Co za niedopatrzenie…

DSC_4457

Jest oczywiście zdjęcie szczytowe, a pogoda coraz lepsza…

Przed dwunastą wpadamy przed schronisko.

DSC_4468

Tu ci, co najbardziej zmarzli, decydują się pozostać w schronisku. Pozostali się dopiero rozkręcają. Ruszamy – trochę bez celu – na drogę zejściową. Pogoda wyklarowała się już zupełnie, widoki piękne. Wpada nam w oko kolejne wzgórze. Wystarczyło jedno spojrzenie i już wiemy co robić. Bez zbędnego oblężenia, w stylu alpejskim zdobywamy kolejny szczyt. Nawet poręczować nie musieliśmy 🙂 A tu odsłania się przed nami cała Dolina Pięciu Stawów. Latem zapewne nie wolno tu wchodzić, więc mamy – można rzec – widok jedyny w swoim rodzaju. W dole schronisko, dalej zasypane śniegiem tafle jezior a dookoła skalne ściany: z jednej strony Orla Perć, z drugiej Miedziane. Uznajemy, że jest to pierwsze wejście na szczyt i mamy prawo go nazwać. Jednogłośnie zostaje ochrzczony jako Pik Ircowników. Rysio zwykł w takich wypadkach mieć różne alternatywy, więc dodaje, że gdybyśmy tu zginęli, to szczyt zapewne nazwano by „Pościel Ircowników”.

DSC_4500

Kolejne pół godziny urwane, ale mamy jeszcze pół tak pięknego dnia. Z Piku Ircowników rzuca nam się w oczy dopiero co wydeptana ścieżka na Szpiglasową Przełącz. Strzał adrenaliny, świecące oczy i już mamy cel. Wpadam na chwilę do schroniska uzupełnić plecak w jadalne drobiazgi, bo szkoda czasu na dłuższe siedzenie.

O trzynastej rusza nasza czteroosobowa wyprawa. Pozostali zostają w schronisku, które zaczyna się zapełniać w zaskakującym stopniu.

Ze pewną nieśmiałością wchodzimy na jezioro. Pomni wydarzeń z poprzedniego zlotu w „piątce”, kroczymy najkrótszą drogą w kierunku ćwiczących poszukiwania ludzi pod śniegiem. Na tafli leży z pół metra śniegu, którego zlodowaciała powierzchnia pęka co jakiś czas pod naszym ciężarem, więc idzie się ciężko. Tym razem jednak bez niespodzianek w postaci zebranej pod śniegiem wody docieramy na drugi brzeg.

Grasia niesie tylko aparat, Wojtek termos i czekoladki 🙂 I dwa czekany, bo mu się nie chciało odpinać jednego od plecaka. Dodatkowy czekan przyda się na zejściu, o czym się wkrótce przekonamy.

DSC_4554

Nasze okno pogodowe rozkwita w pełne krasie!

Zdobywamy kolejne moreny, robiąc krótkie przerwy, wychodzimy nad kosówkę, wkraczamy w skały. Oto nasza nagroda. Błękitne niebo, jakieś obłoczki, prawie nie wieje, dobrze trzymający, związany śnieg i wyraźny, przetarty szlak. Pomysł obejrzenia przełęczy z dołu zaczyna przekształcać się w myśl o jej zdobyciu. Schodzący z góry przekazują informację, że w żlebie są wyraźne stopnie, brak luźnego śniegu i wejście i zejście będzie w miarę łatwe.

DSC_4574

Ani się obejrzeliśmy i jesteśmy pod przełęczą. Teraz czeka nas 50-metrowe podejście śnieżnym polem. Ślad wiedzie na wprost bez żadnych zakosów, idziemy zrobionymi przez poprzedników stopniami, obok widać wyślizgane przez schodzących, a raczej zjeżdżających na swoim czterech literach – rynny lodowe. Stok stopniowo nabiera stromości i pod skałami ma pewnie z 60 stopni.

DSC_4586

Docieramy tam bezpiecznie i w komplecie. Teraz czeka nas lodowo-śnieżna rynna. Łańcuchy leżą głęboko pod śniegiem, a my wyraźnymi stopniami, pomału wychodzimy kolejne 30 metrów w górę na skalną ścieżkę. Tu łańcuch wisi na ścianie, ale tak naprawdę nie jest potrzebny, o ile kogoś nie przeraża widok 100 metrowej dziury tuż obok 🙂

Jeszcze jeden zakręt i jest! Stajemy na przełęczy!

DSC_4599

Widok oczarowuje. Stoimy na wysokości prawie równej Zawratowi. Z jednej strony u stóp cała Dolina Pięciu Stawów Polskich, z drugiej Dolina Rybiego Potoku. Na wprost gdzieś pod śniegiem najsłynniejsze górskie jezioro – Morskie Oko. Poniżej widać niedużą skałę – to Mnich. Zupełnie inaczej wygląda z perspektywy Morskiego Oka. Widać Rysy, całe pasmo Mięguszowieckich. Wieje lekki wiaterek, jest też trochę ludzi. Mamy dobry czas, ale nie rozsiadamy się na dłużej, bo weszliśmy trochę późno i nie chcemy schodzić po ciemku. 

DSC_4607

Po 15 minutach ruszamy ostrożnie w dół. Pierwsze metry do żlebu to spacerek, dalej jednak trzeba maksymalnie się skupić. Kije lądują w plecaku, teraz czekan w dłoń, sprawdzenie raków i zaczynamy zejście. 

„Shrek nie patrz w dół”. Schodzimy tyłem. Czekan w lód, sprawdzenie czy trzyma, szukanie stopnia poniżej i krok w dół. Piętnaście minut i problem z głowy 🙂

Teraz kolejny odcinek – śnieżne pole. Jest w cieniu, więc przymarzło. Tą samą metodą, pojedynczo, w dużych odstępach tracimy kolejne 50 metrów. Na dupozjazd nikt jakoś nie ma ochoty. Raz, że jesteśmy w rakach, dwa – a co jak się nie zatrzymamy 🙂

Kluczowe trudności za nami. Znowu kije w dłoń i bez pośpiechu idziemy w dół, podziwiając przedstawienie, jakie zgotowała nam natura. Wieczór ogarnia dolinę, pojawiają się długie cienie, część stoków błyszczy bielą, w oddali niebo zmienia barwy na bardziej kolorowe.

DSC_4666

Do schroniska docieramy przed zmrokiem. Już z daleka widzimy spacerującą Dorotkę, z drugiej strony nadciąga Baca. Pozostałe niewiasty zarzucają sieć wdzięków na bywalców schroniska i siedzą w jadalni wśród tłumu, który się tam pojawił podczas naszej nieobecności. Rządzi tam niepodzielnie „Krzysztof z telewizji”, jednak nasze dzielne koleżanki są odporne na próby poderwania 🙂

Tego wieczoru integrujemy się w pokoju, bo do jadalni – jak mówi stare powiedzenie – „gdyby nie kobiety, nie byłoby gdzie palca włożyć” 🙂 Jest weekend – przyszło sporo turystów, do tego kurs lawinowy. Ludzie śpią wszędzie – zajęte są podłogi, korytarze, parapety, ławy, a nawet podłoga w kuchni turystycznej.

Wyciągamy wszystkie smakowitości, których nie mamy ochoty nieść w dół. Jest smalczyk, suszona wołowina, kabanosy. Zapada też podjęta kolektywnie historyczna decyzja, że może czas zamienić szarlotkę inny trunek zlotowy… Zostaje przyjęta przez aklamację 🙂

Po tradycyjnym wieczorze integracyjnym my też padamy. Trochę nas ta dzisiejsza wycieczka zmęczyła.

 

Wersje trochę obrobione z zacięciem artystycznym:

Niedziela. Daleka droga przed nami. Nic dziwnego, że rano mocno się sprężamy. O siódmej wszyscy się zrywają i pakują. Śniadanie oczywiście zjadamy w pokoju, kawy nie będzie, bo automat do wrzątku nie działa, a kuchnia czynna jest od ósmej.

Pierwszy rusza w dół Wojtek, bo ma jeszcze na dziś plany biegowe w Zakopanem. Taki twardziel. My spokojnie wyruszamy przed ósmą.

Czeka nas trudne zejście po stromym stoku. Staram się wyszukać optymalną trasę, pracowicie dziobię rakami stopnie, wspierając się na kijach. Zejście trwa ponad godzinę. Szybciej się nie da. Za mną w sporych odstępach idą pozostali.

DSC_4676

Będąc już prawie na dole, natykam się na siedzącą w kosówce parę – to Krzysztof i Ania, poznani dzień wcześniej w schronisku. Hitem w ich wykonaniu były oświadczyny na środku stawu 🙂 Dziś jednak nastrój prysł – Krzysztof schodząc wykręcił nogę w kostce i niestety nie jest w stanie się poruszać. Mają jedną folię NRC na dwoje, więc szybko wyciągam swoją. Okazuje się że TOPR już wezwał… Wojtek 🙂 Czekam przy nich aż do przyjazdu ratowników.

DSC_4679

W międzyczasie z góry nadciągają moi towarzysze wędrówki. Puszczam ich przodem, a gdy ratownik fachowo zajmuje się nogą Krzyśka, dołączam do reszty czekającej przy platformie. Tam rozbijamy się na dwie grupy. Chwila pożegnania i ruszam z Piotrem, Lenką i Basią w kierunku parkingu. Za nami pozostaje Baca z Grasią i Dorotką. Oni wyjeżdżają po południu, więc nie muszą się śpieszyć.

DSC_4683

My zaś, szybkim tempem docieramy do Palenicy. Przepakowanie, zakupy i w drogę. W Krakowie opuszcza nas Lenka a pozostała trójka bez przeszkód dociera na 21 do domu 🙂

Latem sprawdzimy, gdzie raki pływają 🙂

Statystka:

 

 

 

 

 

 

 

Górskie klimaty na Roztoczu

Tak więc przede mną dawno nie odwiedzane Roztocze. W oczekiwaniu na słoneczne weekendy sprzyjające fotograficznym łowom na pejzaże mijały kolejne zimowe tygodnie. Niestety – pomimo mroźnej i śnieżnej zimy – aura nie sprzyjała. Słabe światło, pochmurno – i już był luty.

W lutym z kolei miałem od dawna zaplanowane dwie imprezy turystyczne, więc byłem już zdany na pogodę „zastaną” 🙂

Jak na złość, tuż przed wyjazdem na Roztocze przyszła odwilż. Trudno. W końcu jechałem też spotkać fajnych ludzi. O ile w dniu wyjazdu było mokro i deszczowo, to dzień przeznaczony na wędrówkę okazał się bardziej łaskawy. A nawet więcej – mgła, w której przyszlo nam spacerować, okazała się bardzo fotogeniczna i nastrojowa.

Przybywam w piątek do Soch, gdzie już w progu wita mnie komitet powitalny z naleweczką 🙂 Jestem pierwszy raz na zlocie forum, więc chwilę trwa zapoznawanie, kto jest kto w tłumie 25 osób 🙂 Intergracyjny wieczór w towarzystwie fantastycznych ludzi mija błyskawicznie. Są dwie gitary, są wspólne śpiewy i tysiąc tematów do przegadania z miłośnikami górskich wędrówek. Jest też kominek, w którym pieką się kiełbaski 🙂

Organizatorzy spotkania ustalają plan na kolejny dzień i idziemy spać po długiej podróży, która dla niektórych oznaczała przejechanie całej Polski.

Poranek wita nas mgłą. Na szczęście nie pada. Zdyscyplinowana grupa rusza punktualnie na szlak. Jestem pod wrażeniem 🙂

Przemierzamy leśne ścieżki z Soch do Florianki

Florianka to Ordynacka osada leśna, położona na skraju lasów zwierzynieckich przy dawnym gościńcu prowadzącym ze Zwierzyńca do Górecka Starego. Jej historia sięga prawdopodobnie pierwszej połowy XIX w. W 1830r. wybudowano tu pierwsze budynki na potrzeby leśnictwa, m.in. leśniczówkę oraz dwie gajówki. Do dziś zachowały się zagrody dawnych gajówek. W kilka lat po powstaniu siedziby leśnictwa, w odległości ok. 1 km na osi alei zwierzynieckiej został wybudowany folwark, na który składały się budynki gospodarcze oraz budynek dworu – rządcówki. Produkowane przez folwark płody rolne, służyły między innymi do dokarmiania zimą zwierząt, bytujących w ordynackim zwierzyńcu [źródło:  Roztoczański Park Narodowy].

Tam na chwilę biwakujemy i ruszamy w kierunku części osady, gdzie prowadzona jest hodowla konika polskiego. Koniki ufnie podchodzą „do płota” w nadziei na kostkę cukru. Niestety, zostaje im tylko obgryzać źerdzie 😉

Powstaje koncepcja zrobienia małej pętelki przez łąki, aby obejrzeć wypatrzone z daleka dziwne konstrukcje 🙂 Z radością odkrywam, że są to dzieła jednego z poprzednich Landartów, który od dwóch lat gości nad Bugiem w okolicy Bubla Starego. Wiedziałem, że gdzieś są… a tu taka niespodzianka. Do tego w okolicznościach, których mogą mi pozazdrościć poszukiwacze pejzaży z Fotoklubu 🙂 Wszystko spowija mgła, potęgując nastrój tajemniczości i nierealności. Widzę zresztą, że pozostałym wędrowcom klimat też się udziela. Mogę też chwilę uchodzić za „fachowca” objaśniając ideę Landartu 🙂

Pstrykam sporo ujęć, wiedząc, że ma mają potencjał 🙂

Ruszamy dalej w trasę. Teraz czeka nas przemarsz około 6 km w stronę Stawów Echo. Po drodzę mijam kolejne istalacje Landartu, mniej spektakularne, ale za każdym razem zakakujące swoim pojawieniem się.

Wreszcie Stawy i kolejny odpoczynek. Gorąca herbata i czekolada dodają energii.

Skręcamy na wydmę ciągnąc się wzdłuż Stawów i ścieżką przyrodniczą docieramy na tyły budynku Roztoczańskiego Parku Narodowego. Tu chwilę próbujemy się pozbierać, bo cześć grupy poszła krótszą drogą prosto do Zwierzyńca. Przejmuje ich we władanie knajpka, więc w niewielkiej podgrupce ruszamy po kolejną zdobycz, która ma zwieńczyć dzisiejszą wycieczkę.

Przed nami Bukowa Góra.

Ścieżka rozpoczyna się przy Ośrodku Edukacyjno – Muzealnym RPN w zabytkowej części Zwierzyńca. Ścieżka prowadzi na południe ukazując kolejno: „Głaz Papieski”, Pomnik Pamięci Poległych Leśników, następnie obszar ochrony ścisłej Bukowa Góra oraz punkt widokowy z panoramą na strefę krawędziową Roztocza Środkowego. Ścieżka kończy się w miejscowości Sochy przy cmentarzu upamiętniającym niemiecką pacyfikację wsi 1 czerwca 1943 r. Z Soch można wrócić do Zwierzyńca drogą asfaltową (około 3 km, 1 godz.) lub udać się w dalszą wędrówkę szlakiem krawędziowym. Ścieżka trudna ze względu na znaczącą różnicę wzniesień wynoszącą ok. 80m – wymaga pokonania stromego podejścia po schodach. Nie należy z niej korzystać w czasie porywistych silnych wiatrów, które czynią trasę niebezpieczną, ze względu na spadające gałęzie drzew, szczególnie na odcinku w obszarze ochrony ścisłej [źródło: Roztoczański Park Narodowy].

Dość długo idziemy płaską ścieżką, która dopiero pod koniec trasy „staje dęba” 🙂 Dotychczasowa wędrówka była pewnie mało górska, więc teraz wszyscy mają okazję się przekonać, że na Roztoczu Ziemia wcale nie jest płaska jak naleśnik 🙂

W pocie czoła zdobywamy Górę 🙂

Ścieżka kończy się punktem widokowym, skąd próbujemy podziwiać panoramę Roztocza. Mgła trochę zrzedła, w dole widać wieś, a tuż obok zaczyna się droga zejściowa. W 20 minut pokonujemy trasę w dół, jeszcze tylko zaglądamy na cmentarz upamiętniający ofiary pacyfikacji Zamojszczyzny w czasie II wojny światowej i za chwilę zamykamy pętlę.

Za nami prawie 17 kilometrów.

Teraz kolejny wieczór z pysznym żurkiem, pierogami i innymi przysmakami przywiezionymi przez zlotowiczów.

Na kolejny dzień zaplanowano jeszcze jedną wycieczkę, ja niestety muszę wracać. Rano przegadujemy jeszcze ze dwie godziny z tymi, którzy nie poszli na wędrówkę, jeszcze tylko wizyta na dworcu w Zamościu i dość szybko dojeżdżam do domu – w końcu mam najbliżej 🙂 

Sobotnia trasa:

A nad Zielawą mrozy trzymają

Styczniowa sobota ścisnęła tęgim mrozem, a drogi zamieniły się w błyszczące w słońcu lodowisko. W takiej aurze przyszło mi odwiedzić zimowe łąki na Zielawą 🙂

Czapka na uszy, grube rękawice i ruszam w drogę. Aparat się nie poddaje i dzielnie robi kolejne fotografie… -20 stopni mu nie straszne. 

Przemarznięte trawy rzucają długie cienie od nisko stojącego zimowego słońca.

Suszki, wszędzie suszki 🙂 Dolina Zielawy jest bardzo nisko położona, idę po podmokłych terenach zalewowych, na szczęście wszystko jest teraz zamarznięte na kość.

A rzeka dzielnie się broni przed zamarznięciem. Nad wodą unosi się delikatna mgiełka parującej wody, która natychmiast zamarza.

Sztuka wymaga poświęceń 😉 Jednak po pół godzinie się poddaję i wracam do ciepłego pomieszczenia.