Zaczynamy!

Zaczęło się od liczenia zimowych zlotów. Dopiero jak wyjąłem zeszłoroczny znaczek, nabrałem pewności, że ten będzie 17 🙂
Zamówienie na nowe znaczki zrobione u niezawodnego Radka i zaczynamy odliczanie. Miejsca w Morskim Oku czekają już od listopada (dzięki Grasia!)

Tegoroczny skład ku mej wielkiej radości wyszedł całkiem liczny, jakkolwiek tuż przed finiszem zabrakło w nim Bacy i Lenki. Nowością tegorocznego zimowego zlotu było przedłużenie go do trzech dni akcji górskiej i był to strzał w dziesiątkę. Nareszcie można było się nacieszyć górami i nachodzić aż nogi wrastały w przysłowiową część ciała 😉

Mamy oczywiście zimę stulecia – jest koniec lutego, a w mojej rodzinnej miejscowości śnieg nie leżał nawet przez jeden dzień. Klątwa zimowych opon? W tym sezonie postanowiłem kupić nowe…

Ruszamy nietypowo, bo w niedzielę. Jazda idzie bardzo sprawnie, odcinek od Radomia aż pod Kraków to już w całości ekspresówka, zakopiankę też pokonujemy w dobrym tempie i po 7 godzinach meldujemy się na parkingu w Palenicy.

W połowie drogi odbieramy telefon od Radka, który zaskakuje nas wiadomością, że przejechał właśnie 300 kilometrów i sobie przypomniał że zapomniał o butach górskich… ma chłop fantazję 🙂

Ma za to to wypasione buty firmy Lasocki kupione w CCC i będziemy się nimi doktoryzować przez cały zlot 🙂

W trakcie jazdy ustalamy strategię dotarcia do schroniska, bo część ekipy dojechała już pociągami i busami do Zakopanego. Ponieważ tradycyjnie chcemy się zatrzymać w schronisku na Głodówce na posiłek, pozostali ruszają w górę nie czekając na nas.

Jesteśmy w Palenicy. Próbuję coś wytargować u parkingowego, ale tu zasady są twarde – „płacz i płać”. Samochód będzie stał cztery doby, ale zapłacić trzeba za pięć. Ot góralska logika.

Przepakowujemy się w górski strój, plecaki wędrują tam, gdzie ich miejsce, czyli na plecy 🙂

Za 15 minut dociera Radek, parkuje obok nas, chwilę szykuje siebie i Juniora do wymarszu i już jesteśmy gotowi do startu. Lasocki zadaje szyku.

Zaczyna się nasza droga przez mękę. W każdych innych warunkach bym tak nie powiedział, ale w sytuacji, gdy w lutym zaczyna padać deszcz i z każdą chwilą przybiera na sile, robi się po prostu mało komfortowo. A droga nie należy do najkrótszych. Do schroniska mamy ponad dziewięć kilometrów.

Początek do Wodogrzmotów jeszcze dajemy radę, potem zaczynają się podmuchy wiatru, które fundują nam bicze wodne. Mimo to dzielnie idziemy. Ściemnia się. Morale zaczyna siadać. Nasi poprzednicy w tym miejscu byli na granicy wezwania bryczek z dołu 😉

Decydujemy się pójść skrótami, ale te są bardzo śliskie. Trochę walki i się udaje. W okolicach Włosienicy mamy nadzieję że powinno być już blisko – a tu się okazuje, że ponad godzinę. Morale spada do zera. Dołącza do nas chłopak, który wyjął czołówkę, więc mamy trochę światła. Idzie szybko, ale ciągniemy za nim jak za promykiem nadziei 😉

I tym sposobem docieramy do celu. Ufff….

Chwila poszukiwania Gazdówki i można się wreszcie wypakować. Większość ma wszystko przemoczone, łącznie z rzeczami w plecaku. Mój miał pokrowiec i przetrzymał. Pokoje zamieniają się w wielkie suszarnie. Nadzieja, że coś tu zdziałamy przez kolejne kilka dni, odeszła w niebyt.

Około 21 dociera ostatni Ircownik czyli Olaf.

Przebrani w suche resztki tego co ocalało, siadamy do krótkiej wieczornej integracji. Z ciekawostek – Piotrek wpada na korytarzu na ziomka z pracy 🙂 Świat to jednak mały jest… Ziomek jest z ekipą łojantów, którzy przewiną się jeszcze w tej opowieści nie raz 🙂

W nocy wieje. I to mocno. Rano w recepcji dowiem się, że obsługa na szybko uprzątała wokół schroniska wszystko, co mogło fruwać.

Dzień 1

A rano… okazuje się że Olaf zniknął. No tak, on już na szlaku. Zerkam przez okno i ulgą stwierdzam, że deszcz nie pada. Upadłe morale zaczyna łapać oddech 😉

Zbieramy się niezbyt szybko – bo też nie ma gdzie się śpieszyć. Aura powoli nabiera zimowej postaci – lekko prószy, jest chyba nawet przymrozek. Jest dobrze.

Panorama 3D (kliknij 🙂 )

Kliknij mnie!

Zaczynamy od śniadania w schronisku.

Ubrania i buty przeschły, więc wyłazimy przed schronisko gotowi do wymarszu dobrze po dziesiątej. Widok gór poprawia od razu humory a świeżo spadły śnieg ułatwia nam zejście nad jezioro.

Dorotka jak zwykle lekko protestuje, gdy decydujemy, że idziemy przez środek Morskiego Oka. Radek zadaje szyku w swoich Lasockich.

Dość szybko jesteśmy przy drugim brzegu. A tu niespodzianka – pod lodową skorupą zebrała się woda z nocnej ulewy 🙂 Przeprawa zamienia się w naukę skakania pomiędzy dołkami pozostałymi po tych, którzy się zapadli 🙂 Waga ma znaczenie! Zaliczam tylko jedno chlupnięcie 😉 Lasocki też daje radę.

Pogoda co chwilę się zmienia: albo prószy lekki śnieżek, albo nagle widoczność siada, a za chwilę wszystko znowu się odsłania. Jest pięknie. Gęba sama zaczyna się śmiać 🙂

Widać pierwsze kawałki błękitnego nieba. Oczywiście natychmiast wyciągam filtr polaryzacyjny. Zdjęcia od razu nabierają „himalajskiego” charakteru 🙂

Idzie nam się tak dobrze, że natychmiast decydujemy się na atak na Czarny Staw. Część grupy dopada gorączka szczytowa 😉

Mijamy ćwiczący kurs lawinowy i dość sprawnie zdobywamy cel wyprawy. Po świeżym i lekko rozmiękłym śniegu idzie się dość dobrze, mimo sporej stromizny.

Nad Czarnym Stawem łapiemy nasze okienko pogodowe. Chwilo trwaj! Tylko szkoda, że jest tu wystawa północna i słoneczko schowane za granią rzuca głębokie cienie. Cieszę się okrutnie widokami i jednocześnie cierpię jako fotograf 😉

Panorama 3D (kliknij 🙂 )

Kliknij mnie!

Kończymy celebrację sukcesu. Zarządzam zakładanie raków i schodzenie w dół. Tomek chce zejść bez raków, ale wraca po minucie. Wystarczyło, że spojrzał na drogę zejściową…

Szybko się chłopak uczy 🙂 Jeszcze nie wie co go czeka następnego dnia!

Po zejściu na dół dzielimy się na grupki. Jedna podąża na skróty przez jezioro, a ja zabieram swoją młodzież na wycieczkę brzegiem Morskiego Oka. Ścieżka jest przedeptana, widoki przednie – nie ma się gdzie śpieszyć.

Przed nami po śladach Olafa poszli tą drogą Wojtek z Radkiem, mając pod opieką najmłodszych Ircowników.

Docieramy do schroniska, a tu oczywiście rewia mody ceperskiej 🙂 Fascynujące zjawisko.

Na szczęście koło szesnastej tłumek znika i można udać się do prawie pustego schroniska na zasłużony obiad. Obok przysiedli przy piwie poznani dzień wcześniej łojanci. Teraz łoją jakieś trunki z czerwonej gaśnicy i nawet wykazują inicjatywę postawienia kolejki piwa, ale dziwnie szybko okazuje się, że nie mają przy sobie portfeli 😉

Po obiedzie chwila drzemki i zarządzamy kolejny wieczór integracyjny. Tym razem w dużo lepszych humorach. Szukam chętnych na nocny spacer na zdjęcia. Towarzystwo podrywa się partiami 😉

Pierwsza podejmuje wyzwanie Kasia. Zaliczamy ekstremalne zejście w dół po wyślizganych schodach i obserwujemy szaleństwa innych ekip na tafli Morskiego Oka. Nocne fotki zrobione, czas w górę. Pojawia się jednak Piotrek i Karolina. Znowu czeka nas karkołomne zejście. Właściwie to zjazd 🙂 Trzymamy się grubego sznura, a każdy upadek kończy się jazdą na zadku po kamieniach na sam dół. Chwila na podziwienie gór i schroniska i znowu do góry. Na horyzoncie pojawia się Radek… Będzie kolejny zjazd. Trzeci. Czy tak już będzie do rana? 🙂

Robimy artystyczny performance na lodzie. Niestety, nie chciał się uwiecznić, bo Piotrka telefon nie zdążył nic zarejestrować. Będzie kiedyś do powtórki 🙂

Wracamy na imprezkę. Zdecydowanie morale wróciło i jest wesoło. A jutro ma być jeszcze weselej, bo Tomek wykrył możliwość wypożyczenia gitary.

Dzień 2

Kolejny ranek jest podobny do poprzedniego. Przymrozek, chmury, lekko prószy.

Teoretycznie dziś mamy „danie główne”, czyli Szpiglasową Przełęcz. Olaf od wczoraj nakręcał Tomka na Rysy, ostatecznie jednak po telefonie do TOPR zapał Tomka ostygł, co nie znaczy, że zrezygnował z czegoś ambitniejszego 🙂 Nim więc się zbierzemy, obaj znikają na szlaku i pędzą w kierunku Szpiglasowej. Idzie z nimi kolejna dwójka – Grasia i Wojtek, a trzecia dwójka to ja i Karolina. Pozostali mają ruszyć za nami, jednak długo się nie pojawiają. Obstawiam, że przeoczyli wejście na szlak…

Oczywiście, że przeoczyli 🙂 Zbiegli z 500 metrów w dół nim się zorientowali. Z drugiej strony żeby zobaczyć znak, trzeba się odwrócić…

Po przetrawersowaniu zbocza robimy z Karoliną ostry skręt i wreszcie widzimy dwójkę przed nami. Ostro napierają w górę. To oczywiście Wojtek z Grasią. Gdzieś w dali przed nimi mignie nam przez chwilę Olaf z Tomkiem, którzy ostro wyrwali do przodu.

Mijają nas łojanci, bardzo uradowani, że ktoś im szlak przeciera.

Panorama 3D (kliknij 🙂 )

Kliknij mnie!

Tu szlak letni idzie zakosami, jednak zimowy wariant to jak zawsze marsz na azymut 🙂

Pogoda trzyma…. do czasu. Wychodzimy w okolice rozstaju szlaków na Wrota Chałubińskiego i zasłona opada. Nagle nie ma nieba ani ziemi i jesteśmy otoczeni bielą z każdej strony. Jeszcze przed chwilą widziałem obie dwójki przed nami, teraz jednak sytuacja zmienia się radykalnie. Stoimy na stromym zboczu, wiatr błyskawicznie zawiewa nasze ślady, czekanów nie mamy. Nie ma innej opcji – odwrót. Po drodze mijaliśmy mocno zmrożone odcinki, więc najpierw zakładamy raki. Po zejściu kilkadziesiąt metrów w dół wraca widoczność. Jesteśmy uratowani 🙂

Teraz można pomału schodzić, co wykorzystuję fotograficznie, co chwila przystając. Karolina ucieka do przodu, więc idę samotnie w cieniu Mnicha, aby jak najdłużej móc cieszyć się niesamowitą panoramą.

I oczywiście najsłynniejszy okoliczny szczyt w całej okazałości.

Na trawersie, już w lesie, natykam się na zagubioną ekipę 🙂 W końcu odnaleźli szlak i założyli obóz niedaleko schroniska. Świetnie się bawią: zbudowali śnieżną jamę, młodzież cieszy się śniegiem i zjeżdża co chwilę po zboczu. Starszyzna sączy piwko. Te szybko się kończy, ale niezawodny Piotrek robi szybki kurs do schroniska po kolejne. W międzyczasie powstaje incjatywa upamiętnienia tego wyczynu poprzez ulepienie śnieżnego pomnika Piotra. Fantazja nas trochę ponosi, więc pomnik jest jedyny i niepowtarzalny…

Atakującej czołówki nie widać, a nas trochę głód przyciska, więc schodzimy na kwatery, obserwując przy okazji lot śmigłowca TOPR. Krąży chwilę nad Czarnym Stawem, ale chyba nie może wylądować, bo wraca w okolice schroniska, gdzie desantuje ekipę ratunkową. Ta szybko biegnie przez Morskie Oko na miejsce wypadku.

Dociera do nas informacja o powracających z wyprawy, więc podrywamy się, by wyjść bohaterom na spotkanie 🙂

Przechwytujemy ich na końcu trawersu, przy Mnichu. Oczywiście są gratulacje i opowieści o trudnościach. Okazuje się, że wyszli… ale niezupełnie na przełęcz, tylko wbili się gdzieś obok w grań Miedzianego. Z szybkiej opowieści wynika, że Olaf skakał po grani jak kozica, Tomek przeszedł praktyczny kurs hamowania czekanem, a poza tym cel został osiągnięty i cieszą się okrutnie 🙂 Dla Tomka jest te pierwsza tak ambitna wyrypa i opowiada z przejęciem, jak dostał w cztery litery 😉

Tuż przed schroniskiem dopada nas okazja obejrzenia Sokoła całkiem z bliska – przechodzimy akurat obok lądowiska, gdy ten wypada z nad lasu i siada 10 metrów od nas, desantując kolejną ekipę. Podmuch mało nas nie przewraca, ale foty mamy!

Ratownicy biegną do poprzedniej grupy w okolicy Czarnego Stawu, a my w jedynym słusznym kierunku – czyli na obiad. Wpada nam w oko wiszące nad nami zdjęcie – na co reagujemy spontanicznie, że motyw jest przedni i musimy go powtórzyć! Dzięki Grasia za pomysł.

Rozsiadamy się na płocie przed schroniskiem i po kilku ujęciach stwierdzamy – mamy to 🙂

Jeszcze pamiątkowe 🙂

Siedzimy jeszcze chwilę obserwując najpierw gromadę bosych Chińczyków a potem działania TOPR, który właśnie przyniósł do schroniska swoją podopieczną i przekazuje ją przybyłej karetce.

Czas na „Sanatorium Morskie Oko”. Tym razem przenosimy integrację do pokoju Kasi. Na stół wędrują kolejno: Nałęczowianka, Żywiec Zdrój i Tymbark.

To epokowy wynalazek. Od razu czujemy jak zdrowie wraca 🙂 Przelane do butelek po wodzie mineralnej nalewki powodują, że waga plecaka dramatycznie spada 🙂 Tradycyjnie też szperamy po pokojach i na stół wędrują różne specjały, które mają zostać spożyte na miejscu, a nie zniesione z powrotem na dół. Jest też gitara, którą z recepcji pożyczył Tomek. Atmosfera jak w najlepszych schroniskowych czasach 🙂 Tylko z repertuarem słabo, bo pamięć zawodzi. Siła technologii ratuje nam skórę, bo na szczęście jest zasięg i można odnaleźć teksty w internecie za pomocą smartfonów 🙂 Solennie obiecujemy sobie jednak, że na kolejny zlot robimy prawdziwy turystyczny śpiewnik zlotowy.

Naszą rozbawioną ekipę namierzają oczywiście łojanci. Wpadają jak zwykle z pustymi rękami 😉 Mają za to dla nas milion opowieści, gdzie to oni nie byli i czego nie dokonali… Dyskretnie wychodzimy „w odstępach pięciomintowych”, że niby późna pora. Za chwilę sanatorium przenosi się do pokoju Wojtka i Radka 🙂 No i Grasi, Dorotki i Juniora 😉 I tak od zdroju do zdroju zastaje nas północ 🙂

Dzień 3

Rankiem tradycyjnie pierwszy znika Olaf. Poleciał samotnie na Rysy, co już nikogo nie dziwi. Pozostali zbierają się na kolejna wyprawę, która ponownie się rozdzieli na podgrupy.

Na początek następuje próba mocowania raków do Lasockiego. Oczywiście trzymają się rewelacyjnie. Zaczynam się zastanawiać, po co wydawać majątek na górskie buty, skoro wystarczy pójść do CCC z minimalnym budżetem 😉 Radkowi proponujemy, by zaczął pobierać opłatę za testy zmęczeniowe obuwia firmy Lasocki 🙂

Jedna grupa postanawia po raz kolejny przejść środkiem Morskiego Oka, zakładając, że wszystko przymarzło. W grupie tej jest Dorotka, dla której będzie to trzecia próba chodzenia po górskich jeziorach. Jest szansa, że jak przejdzie, będzie nieśmiertelna 🙂

Panorama 3D (kliknij 🙂 )

Kliknij mnie!

Druga grupa decyduje się przejścia prawą stroną Morskiego Oka, co okaże się wcale niełatwym zadaniem. Przeciwna strona, nie dość że krótsza, to jest prawie płaska i dobrze przedeptana. My wbijamy się w świeży śnieg po ledwo widocznych śladach Olafa, która dwa dni temu bohatersko przedzierał się tędy świtem, co skwitował później, że więcej bluzgów poleciało, niż na sławetnym niedzielnym podejściu w deszczu. My nie odpuszczamy i napieramy do przodu, od czasu do czasu zapadając się mocno aż do kosówki. Robi się całkiem ciepło 🙂 Od wysiłku. Jest kilka podejść, trochę trawersów i wreszcie widać ławeczkę na końcu obejścia.

Ekipa biegnąca przez środek Morskiego Oka już dawno widoczna jest w okolicach Czarnego Stawu. My za to mamy niezły ubaw, bo okazuje się, że tam gdzie ostatnio stała woda, wcale nie przymarzło. Idący środkiem ludzie uprawiają dziwne tańce, skacząc z miejsca na miejsce i próbując nie zapaść się w śniegu. Na naszych oczach rozgrywa się kilka dramatów 😉 Jeden z nich szczególnie utkwił nam w pamięci, gdy chłopak puszcza przodem dziewczynę na zbadanie terenu, co kończy się filmową kłótnią 🙂

Ubaw mamy po pachy, ale czas nagli i trzeba gonić dalej, bo na górze marznie nam pozostała część grupy. Podejście idzie nam sprawnie i szybko. Musimy jedynie uważać na dziewczę, które pomyka na czworaka w górę bez raków, mając nadzieję, że za chwilę nie zwali nam się na głowę.

No i jesteśmy po raz kolejny nad Czarnym Stawem.

Tym razem niemal w komplecie. Czyżby Dorotka dalej krążyła po jeziorze? 😉

Pogoda… zmienną jest. Tuż po wejściu wszystko znika w śnieżycy. Na długo się nie rozsiadamy. Trochę zdjęć, herbatka, zapasy z plecaka i czas na dół. Zejście odbywa się całkiem sprawnie, Piotr skutecznie asekuruje naszą seniorkę Elę, która mogłaby przyprawić swoją postawą o ból głowy niejednego małolata. Gdy przychodzi do dupozjazdów, z jej ust pada tylko jedno pytanie: ale założycie mi znowu na dole raki?

Jak zwykle przy zabawach na śniegu jest wesoło,  mnóstwo śmiechu i oczywiście zagadnień poważnych – dla chętnych jest nauka hamowania czekanem na stoku.

Przed Morskim Okiem jeszcze raz się rozdzielamy – mam dziś plan obejścia go w koło. Próbujemy jeszcze namówić pana w białych trampkach na przejście szlakiem, ale ten twardziel jest i wraca ze swoją ekipą przez Morskie Oko. Kilka razy obserwujemy efektowne chlup 😉

Przed nami  łatwiejszy odcinek, którym już szedłem dwa dni wcześniej. Za mną oczywiście podążają niezawodni Tomek z Karoliną. Pytanie, kto się o kogo bardziej troszczy – ojciec o córkę czy na odwrót 😉 Najważniejsze jednak, że pasja górskich wędrówek została skutecznie przekazana i można szukać fotela bujanego i zacząć robić skarpety na drutach 😉 No… może jeszcze nie teraz 🙂

Jako ostatni docieramy do schroniska. Szybkie przebranie się i jazda do schroniska na obiad. Jest już Olaf, który znowu przeszedł samego siebie, bo wbiegł i zbiegł z Rysów tak, jakby to była wyprawa do kiosku po gazetę.

Na wieczór ponownie wypożyczamy gitarę, ale tym razem drzwi zostają zamknięte. Impreza zamknięta. Łojanci się nie pojawiają 🙂

Trwa czyszczenie resztek zapasów, łącznie z tym co przynieśliśmy do sanatorium w butelkach po mineralnej 😉 

Powrót do rzeczywistości

I cóż… czas minął tak błyskawicznie, że ani się obejrzeliśmy i pora pakować plecaki. O 9 ruszamy sprzed schroniska w dół. Sympatyczna pani opowiada, że chodzi po Tatrach 60 lat, a pierwszy raz ją wnieśli, bo jeszcze nie chodziła.

Może i my damy radę tyle lat 🙂

Zejście jest błyskawiczne, co mnie nieco zaskakuje, bo wydawało się że to taki długi dystans.

Rozchodziliśmy się na tyle, że 9 kilometrów do parkingu w ogóle nie robi na nas wrażenia, Ostatnie fotki, ostatnie uściski.

Okazuje się jednak, że busy z Palenicy jeżdżą dziwnie rzadko i Wojtek z Dorotką i Grasią, którzy zeszli jako pierwsi, maja około 1.5 godziny czekania na odjazd. W tej sytuacji fundujemy sobie drugą kolejkę uścisków i zmotoryzowani ruszają jako pierwsi.

Znowu zakopianka, a na niej dziwne zjawiska pogodowe. Kilka razy wpadamy w chmury śnieżne i tak aż do Krakowa. Potem jeszcze ekspresówka do Radomia i… już jesteśmy u siebie 🙂

Znowu wiosna, ciepło… tuż przed finiszem w ciemności pędzi przed nami samotna solarka i posypuje piaskiem drogę 🙂

Składam wielkie podziękowania dla wszystkich za towarzystwo, ale przede wszystkim dla Grasi, która ten zlot ogarnęła logistycznie.

Mapki:

Tą historię zacznę od cytatu.

11 września 1939 roku trzy samoloty z 53 Eskadry Obserwacyjnej przydzielonej do dyspozycji armii Modlin, w składzie dwa samoloty RWD-14 „Czapla” i jeden nieuzbrojony RWD-8 otrzymały polecenie przebazowania z lotniska Stara Wieś koło Węgrowa, do którego zbliżała się niemiecka kolumna pancerna, na lotnisko w Brześciu nad Bugiem. W trakcie przelotu polskie samoloty biorąc za charakterystyczny punkt orientacyjny tory linii kolejowej Warszawa – Brześć leciały wzdłuż nich.  Polscy piloci oczywiście nie mogli wiedzieć o tym, że niemieccy lotnicy również używają tej linii kolejowej jako punktu orientacyjnego. Tego dnia o godz.16.05 lecący niemiecki pilot hptm. Wolfgang Falck z 2/76ZG  na Messerschmitt Bf 110 C, około 8 km na południowy wschód od Białej Podlaskiej zauważył powolnego trzysilnikowego Fokera. Chociaż polska załoga również zauważyła niemieckiego dwusilnikowego myśliwca i usiłowała uciec lotem koszącym, to jednak Niemiec dogonił go i ostrzelał. Nieuzbrojony transportowy Fokker F-VII z 4. Eskadry Bombowej Lekkiej ze Lwowa pilotowany przez plut. Antoniego Krula usiłował lądować awaryjnie na zaoranym polu. Podczas tego lądowania samolot rozbił się, ale na szczęście załoga wyszła z tego bez szwanku. Pięć minut później gdy Wolfgang Falck już miał wracać na macierzyste lotnisko zauważył kolejny nieuzbrojony i powolny polski samolot RWD-8 na, którym lecieli p.por. pilot Tadeusz Oskar Sobol oraz por.obserwator Stanisław Hudowicz. W tym starciu załoga Polskiego RWD-8 nie miała najmniejszych szans. Messerschmitt Bf 110 hptm. Wolfganga Falcka z 2/76ZG  oddał zabójczą serie do RWD-8 który rozbił się w pobliżu torów kolejowych.Obaj piloci p.por. pilot Tadeusz Oskar Sobol i por.obserwator Stanisław Hudowicz zgineli [źródło: aloszak].

W miejsce to trafiłem pierwszy raz kilka lat temu, zwiedzając okolicę na rowerze. Oczywiście nie wiedząc o jego istnieniu ani nie znając powyższej historii.

Oczekiwanie na głębokie zaspy w tym roku raczej będzie bezskuteczne, więc na propozycję Galerników, by zorganizować zimowy marsz niezależnie od aury zareagowałem natychmiast i rzuciłem hasło: idziemy do lotników. Pomysł chwycił i tym sposobem w niedzielny poranek spotykamy się na dworcu PKP, by w ciągu 11 minut znaleźć się na stacji Sokule, gdzie zacznie się nasza przygoda. Przed nami około 15 kilometrów drogi powrotnej przez Puszczę Bialską do naszego miejsca zamieszkania.

Ze zdziwieniem odkrywam, że jest tu znakowany szlak turystyczny.

Nocny przymrozek skutecznie utwardził nam drogę, więc leśnymi szutrami idzie nam się całkiem dobrze.

Na początek odkrywamy tajemnicze, opuszczone siedlisko. Oczywiście nie wypada go nie spenetrować 🙂

Mimo snucia różnych śmiałych teorii nie udaje nam się ustalić jego przeznaczenia.

Ruszamy dalej. Przed nami ukryta w lesie wieś Sokule. Taka, gdzie zatrzymał się czas i prowadzą do niej jedynie polne drogi. Lubimy takie klimaty.

Wzdłuż drogi biegnącej przez wieś odkrywamy drogę krzyżową zbudowaną z brzozowych pni.

Są też inne ciekawe obiekty.

A na drodze witają nas spragnieni głaskania miejscowi.

Przy końcu wsi odkrywamy opuszczone domostwo. Z pewną nieśmiałością zaglądamy do środka. Nie ma tu życia, ale zostały ślady wiary. Pustka i tylko wiszące symbole robią na wszystkich ogromne wrażenie. Dom wygląda, jakby jego mieszkańcy wyszli dosłownie przed chwilą.

Jeszcze tylko stadion…

I znowu zmierzamy do lasu. Zima tęgo trzyma 😉

Tutejsze przydrożne kapliczki chronione są płotami z drutu…

Połowa trasy za nami, pora na leśny biwak. W ruch idą kanapki, gorąca herbata i inne dobra wyciągnięte z plecaków.

Mijamy dziwne przydrożne dzieła natury. I – niestety – całe połacie lasu, który zniknął. Jakkolwiek leśna autostrada, którą idziemy może cieszyć rowerzystów, to jej zbudowanie miało jeden zasadniczy cel – sprawny wywóz wyciętego lasu 🙁

Dochodzimy do kolejnej stacji i skręcamy w leśną przecinkę. Tu niedaleko będzie cel naszej wyprawy.

Na razie jednak robimy jeszcze jeden biwak.

Kilka minut i odkrywamy w leśnej głuszy to, czego szukaliśmy.

Od czasu jak tu byłem, troszkę wszystko zniszczało. Chyba wymyślę jakąś wyprawę odnawiającą 🙂 Na razie jednak sprawnie robimy porządki i za chwilę wszystko wygląda dużo lepiej.

Kilkaset metrów dalej jest druga mogiła. Tą łatwiej znaleźć, bo już z daleka widoczna jest czerwień flagi.

Chwilę rozmawiamy o historii i w drogę.

Marsz umilają nam popisy kaskaderskie leśnych mieszkańców 😉

Chwilę zastanawiam się czy nie było ich trzech…

Mijamy leśną kopalnię żwiru.

Kolejna wieś przed nami – Porosiuki. Jesteśmy już blisko miasta. Porywam jeszcze małą grupkę w leśną ścieżkę, aby przywitać się z drzewem, które chce na nas popatrzeć.

Popatrzyło, pomachało gałęzią na pożegnanie i możemy wracać. Przekraczamy tory i już jesteśmy we wsi.

Tu też straszą jakieś opuszczone budynki.

Idziemy…

Dopada nas cywilizacja.

Ten widok już znam, bo to moja rowerowa trasa. Komuś się chciało rozwlec wzdłuż leśnej drogi pół samochodu. Zgłaszałem to już do Urzędu Gminy, ale brak odzewu i reakcji. A może to taka lokalna atrakcja a ja się czepiam?

O, jest tu więcej atrakcji. Pomniki przyrody muszą mieć godne otoczenie.

Wychodzimy z lasu i już jesteśmy nad Krzną. Za nami 15 kilometrów, mnóstwo wrażeń i trochę zmęczenia.

Chwila na pożegnanie i każdy pędzi w swoją stronę. Do następnej wyprawy.

Kolejne miejsce ponurej kaźni… wracam z Roztocza przez Sobiborski Park Krajobrazowy. Nazwa pochodzi oczywiście od miejscowości Sobibór – tej, która zapisała się w wojennej historii krwawą kartą.

Niemiecki obóz zagłady w Sobiborze powstał na przełomie kwietnia i maja 1942 r., jako drugi, po Bełżcu, ośrodek eksterminacji Żydów w ramach „Aktion Reinhardt”. Decyzja o jego budowie zapadła prawdopodobnie pod koniec października 1941 r., w związku z planowaną zagładą Żydów na terenie Generalnego Gubernatorstwa oraz deportacją tysięcy Żydów ze Słowacji na teren dystryktu lubelskiego.

Przygotowania do budowy rozpoczęły się późną jesienią, ale zasadnicze prace budowlane przeprowadzono wiosną 1942 r. Obóz wybudowano przy stacji kolejowej Sobibór, w lesie, który gwarantował odizolowanie tego miejsca od ewentualnych świadków.

Bezpośrednie położenie obozu przy linii kolejowej Lublin-Chełm-Włodawa umożliwiało sprawne doprowadzanie transportów. Na jego terenie, podzielonym początkowo na trzy części, wybudowano baraki dla obsługi załogi SS-mańskiej, strażników z formacji SS-Wachmannschaften przeszkolonych w obozie w Trawnikach oraz dla więźniów żydowskich. Wybudowano także magazyny przeznaczone na mienie odbierane przywożonym tu Żydom. W obozie trzecim, całkowicie odseparowanym od pozostałej części kompleksu, stanęła komora gazowa, w której, podobnie jak w Bełżcu, uśmiercano ludzi za pomocą tlenku węgla produkowanego przez silnik.
Całością obozu zarządzał komendant, któremu podlegała załoga złożona z funkcjonariuszy SS. Ogółem przez cały okres funkcjonowania obozu służyło w nim 51 Niemców i Austriaków oraz kompania wartownicza złożona ze 120-150 strażników – byłych jeńców sowieckich. Obozem w Sobiborze zarządzało trzech komendantów. Za pierwszego z nich uważa się Richarda Thomallę, który nadzorował prace budowlane. Drugim, od kwietnia do sierpnia 1942 r., był Franz Stangl. Jego funkcję przejął Franz Reichleitner, który kierował obozem aż do jego likwidacji.

Pierwsze transporty do obozu zagłady w Sobiborze przybyły prawdopodobnie już pod koniec marca albo na początku kwietnia 1942 r. Od maja tego roku rozpoczął się systematyczny proces zagłady, który trwał do końca czerwca. Do obozu przywożono wówczas Żydów z części dystryktu lubelskiego. Jednocześnie zaczęto też kierować tutaj transporty z Żydami z Austrii, Niemiec, Czech i Słowacji.

Pierwsze komory gazowe wybudowane zostały na wzór tych funkcjonujących w obozie w Bełżcu. W drewnianym baraku z betonowym fundamentem zlokalizowano trzy pomieszczenia. Za komorami znajdowała się przybudówka, w której zainstalowano silnik produkujący gaz. Komory połączone były z silnikiem za pomocą rur. Między czerwcem a wrześniem 1942 r. komory gazowe w Sobiborze zostały całkowicie przebudowane. Postawiono murowany budynek, w którym ulokowano sześć pomieszczeń. Według zeznań jednego z byłych SS-manów do komór miały być podłączone aż dwa silniki pompujące gaz. Uśmiercanie trwało około 20-30 minut. Kobietom przed wpędzeniem do komór gazowych obcinano włosy w specjalnym baraku mieszczącym się przy drodze, którą prowadzono ludzi w kierunku komór. Przez SS-manów była ona nazwana „Himmelfahrtstrasse” [Droga do nieba].

Wyselekcjonowani więźniowie żydowscy (600-700 mężczyzn i kobiet) pracowali w obozie. Część z nich wykorzystywano przy grzebaniu ciał zamordowanych, inni segregowali mienie przywiezione przez ofiary, jeszcze inna grupa obsługiwała załogę SS-mańską i wartowniczą. Wśród więźniów tych regularnie przeprowadzano selekcje, a miejsce zamordowanych zajmowały osoby z przybywających transportów.

Ze względu na prace remontowe prowadzone na linii kolejowej Lublin-Chełm, latem 1942 r. do obozu przybywały nieliczne transporty. Wiele z nich przywieziono furmankami, innych pędzono pieszo z pobliskich miejscowości. Ponowna intensyfikacja transportów kolejowych nastąpiła we wrześniu. Przybywały one w tym czasie przeważnie z części dystryktu lubelskiego. Razem z polskimi Żydami przywożono wówczas Żydów austriackich, czeskich, niemieckich i słowackich, których wcześniej osadzano w gettach tranzytowych na Lubelszczyźnie. Od początku 1943 r., w związku z zamknięciem obozu zagłady w Bełżcu, do Sobiboru skierowano transporty z dystryktu Galicja i kilka z krakowskiego. W tym czasie deportowano także ostatnich Żydów z niektórych miejscowości w dystrykcie lubelskim. Między marcem a końcem lipca do obozu przybyło 19 transportów z Holandii, którymi przywieziono ponad 34 000 Żydów. W marcu do Sobiboru skierowano 4 transporty z Francji. Wczesną jesienią 1943 r. do obozu przybyły ostatnie pociągi z deportowanymi z Wilna i Lidy, które przed wojną znajdowały się w granicach Polski, oraz z Mińska na Białorusi.

Początkowo ciała zamordowanych składano w masowych grobach na terenie obozu trzeciego. Późną jesienią 1942 r. w Sobiborze rozpoczął się proces spalania ciał, który trwał do końca funkcjonowania obozu. Ciała palono na rusztach wybudowanych na bazie szyn kolejowych.
Przyjmuje się, że w obozie zagłady w Sobiborze zostało zamordowanych około 170 000 Żydów. Wśród ofiar znalazły się też niewielkie grupy Romów. Ponad połowę ofiar stanowili Żydzi polscy. Pozostali to obywatele różnych państw europejskich okupowanych przez III Rzeszę. Nazwiska ofiar z zachodniej Europy były rejestrowane na listach transportowych, nie prowadzono natomiast wykazu Żydów z terenu Polski czy Białorusi deportowanych do Sobiboru.

W lipcu 1943 r. Heinrich Himmler podjął decyzję o przekształceniu obozu zagłady w Sobiborze w obóz koncentracyjny. Do tego zadania skierowano część więźniów Sobiboru i rozpoczęto prace budowlane związane z powstaniem obozu czwartego.

14 października 1943 r. w obozie wybuchło powstanie. Po zabiciu kilku członków SS oraz strażników licznej grupie więźniów udało się uciec. Bunt nie objął jedynie obozu trzeciego. Do końca wojny przeżyło 46 osób z tej grupy rebeliantów oraz kilku uciekinierów, którzy zbiegli z Sobiboru w innych okolicznościach.

Po powstaniu Niemcy postanowili zlikwidować obóz. Więźniowie żydowscy sprowadzeni z obozu zagłady w Treblince rozbierali baraki oraz komory gazowe. Po zdemontowaniu urządzeń obozowych grupa ta została rozstrzelana [źródło: sobibor-memorial.eu].

Skręcam z drogi powiatowej w wąską i krętą leśną drogę. Niby park, a wszędzie zręby. Nie ma świętości. Serce boli.

Po około 7 kilometrach wyłania się kapliczka i parking. Cicho, spokojnie. Z kaplicy słychac śpiew – jest niedziela i te kilka samochodów to zapewne przybyli na mszę wierni. Nie ma turystów… o co chodzi?

Jakaś starsza para szuka informacji i trafia na miejscowego… zdziwiony słyszę, jak ten tłumaczy, że „zwiedzać nie można i strażnik gania”. Hm… strażnik? Z rozmowy wynika, że trwa remont, wsszystko jest zamknięte, zwiedzać nie można.

Trochę zdziwiony oddalam się na tyły kaplicy a tam… drogi zagrodzone taśmami i kartka. Remont. Od 2017 roku!

Podnosi mi się ciśnienie. Miejsce tak ważne w historii Polski, politycy wydają miliony na pierdoły, a tu impotencja państwa nie potrafi zadbać o to, by przybliżyć jego historię jego obywatelom.

Pora przypomnieć sobie harcerskie czasy i zabawić się w podchody. Znikam w lesie za kaplicą i po kilku minutach wychodzę na tyłach miejsca pamięci.

Robi ogromne wrażenie.

Monument jest oznaczony tablicami, by nie wchodzić na jego teren… zawiera prochy pomordowanych. Tę prośbę oczywiście uszanuję. Wystarczy, że spojrzę w zadumie z daleka.

Właściwy pomnik jest ogrodzny żelaznymi płotami i tam wypatruję tegoż strażnika ubranego na czarno, który gania jakichś ludzi. Przynajmniej mnie nie wypatrzy jak przemykam lasem.

Docieram do alei, która prowadzi na teren obozu z bocznicy kolejowej.

Nieduże świerki skutecznie maskują mnie przed strażniekiem. Wzdłuż alei ciągną się tabliczki z nazwiskami…

Wychodzę na ostatnią prostą do wyjścia na parking.

Żegna mnie kolejna tabliczka – niezbyt przyjazna.

Obok stoi stoi całkiem ładny budynek muzeum – tak samo ogrodzony żelaznym płotem. Cisza. Ciekawe ile jeszcze lat taki stan tu potrwa…

Po raz kolejny. Zaprzyjaźniona ekipa forumowa odezwała się do mnie po raz kolejny, czy nie zajrzałbym na Roztocze. Pewnie, że bym zajrzał. Termin pasuje, pora roku pasuje – tylko pogoda znowu nie pasuje… Ja się pytam gdzie jest śnieg??

Przed wyjazdem pilnie obserwuję pogodę z nadzieją, że spadnie… Owszem, zapowiada się nawet mroźnie i słonecznie (ewidentna anomalia pogodowa w lutym), ale za nic nie chce spaść nawet odrobina puchu. Jacek z Lidką meldują, że w Bieszczadach śnieg jest, co nasuwa mi pomysł, by załadowali go trochę do plecaków i przywieźli ze sobą 🙂 Padają też głosy, że dziwnie będzie bez mgły 😉

Co ma być to będzie. W piątek po pracy ładuję spakowany wcześniej plecak i w drogę. Najpierw podziwiam krwisty zachód słońca, a potem nie widzę już nic poza drogą. Do Chełma drogę znam na pamięć, dalej czuwa nawigacja… która decyduje, że mam zwiedzić wszystkie wioski po drodze i do tego odnaleźć wszystkie nieremontowane od lat odcinki. Migają mi dziwne nazwy na tablicach, z których zapada mi w pamięć Odletajka. Potem droga zamienia się w szutrówkę i jestem u celu.

Wita mnie komplet towarzyszy roztoczańskich wędrówek. Trwa w najlepsze wieczorny koncert, bo oczywiście są trzy gitary, duża ilość różnych przeszkadzajek i oczywiście chór śpiewaków 🙂

Koncert kończy się w okolicach pierwszej w nocy. Za to od rana ekipa sprawnie stawia się do wymarszu już w okolicach dziewiątej rano. Zdajemy się na plan przygotowany przez Falco. Pierwszy cel to wieś Turkowice.

Idziemy klasycznie na przełaj 🙂 Ułatwia to zamarznięta ziemia, więc sprawnie pokonujemy kolejne zagony, miedze i rowy.

Jest dużo klimatów które lubię: samotne drzewa, rozległe przestrzenie i falujące pola. Odkrywam, że tu przedrożne krzyże mają przed sobą dłuższy żywot, bo są zrobione ze stalowych szyn.

Jesteśmy w świecie drewnianych chałupek, gdzie czas płynie wolniej.

Docieramy do wsi, gdzie celem staje się oczywiście sklepik i jego zawartość. Jest to w ogóle bardzo uniwersalne miejsce, bo oprócz sklepu w budynku mieści się poczta, przychodnia, apteka, sołtys i agroturystyka 🙂

A żeby nikt nie miał wątpliwści, to w adresie najważniejszy jest kot pocztowy.

Jest też lokalny specjał.

Kolejny krzyż według obowiązującego standardu.

Zarośnięty cmentarz wzbudza mój entuzjazm, bo można pochaszczować i sfotografować trochę staroci.

Gdy ja buszuję w krzakach, wycieczka mi ucieka 🙂

Niedaleko. Zbliżamy się do Prawosławnego Żeńskiego Monasteru w Turkowicach.

Monaster Opieki Matki Bożej – żeński klasztor prawosławny w Turkowicach powstał w 1903 jako jeden z monasterów niekontemplacyjnych założonych w zachodnich eparchiach Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego przy wsparciu cara Mikołaja II i jego żony Aleksandry Fiodorowny. Na miejsce budowy monasteru wybrano Turkowice z uwagi na istniejący wśród miejscowej ludności ukraińskiej kult Turkowickiej Ikony Matki Bożej. Mniszki zajmowały się głównie pracą społeczną: prowadziły szkoły, szpital, aptekę oraz sierociniec. Klasztor został powołany również w celu wzmacniania wpływów prawosławia oraz kultury rosyjskiej na ziemiach wcielonych do Imperium Rosyjskiego na mocy rozbiorów Polski. Był również ważnym celem pielgrzymkowym. Działał do wyjazdu zakonnic na bieżeństwo, z którego większość nie wróciła.

W dwudziestoleciu międzywojennym Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny bezskutecznie starał się o restytucję klasztoru. Kilka mniszek, które powróciły z Rosji, zamieszkały najpierw we wsi, a następnie w pobliskim Sahryniu. W budynkach monasteru działały natomiast instytucje dobroczynne prowadzone przez siostry służebniczki, zaś po ich likwidacji w PRL − szkoła rolnicza. Sobór monasterski został rozebrany w latach 20. XX wieku, zaś drugą klasztorną świątynię zaadaptowano na cele świeckie.

Wykupienie dawnego domu, w którym przyjmowano pielgrzymów, przez prawosławną diecezję lubelsko-chełmską pozwoliło na reaktywację klasztoru, dokonaną w 2008 dekretem arcybiskupa Abla. Pozostałe obiekty pomonasterskie od 2013 są nieużytkowane. Monaster jest ośrodkiem kultu Turkowickiej Ikony Matki Bożej oraz mniszki Paraskiewy, która żyła w nim w latach 1912–1915 [źródło: wikipedia.org].

Zaglądamy na chwilę do środka, gdzie możemy wysłuchać historii Monasteru opowiedzianej w śpiewnej wschodniej mowie.

Mijamy cały zespół pustych zabudowań, gdzie mieściła się wspomniana wyżej szkoła rolnicza. Wszystko stoi puste i zapomniane, zabudowania i teren pochłania przyroda. Mam skojarzenia z Czernobylem 🙂

Byłem przekonany, że dalej się nie da… a my ruszamy przez krzaki i iądujemy na bagiennej łące nad rzeką Huczwą. To o niej wspominała Falco, że będziemy szukać przeprawy.

Przeprawy niestety nie ma. Idziemy znowu przez chaszcze około kilometr. W oddali pojawia się wieża obserwacyjna.

Cóż, zostaje podziwiać drugi dzisiejszy cel wyprawy z drugiej strony rzeki. Chętnych na morsowanie nie ma 🙂

Co my tu mamy? Grody Czerwieńskie!

Grodzisko stanowi pozostałość historycznego Czerwienia, prawdopodobnie centralnego grodu (stolicy) tzw. Grodów Czerwieńskich. Szacuje się, że cały zespół osadniczy Czermna liczył ok. 40 ha powierzchni. W jego skład wchodził gród właściwy, podgrodzie bliższe i dalsze oraz otwarte osady przygrodowe i cmentarzyska.
Usytuowanie i opis
Grodzisko usytuowane jest na poł.-wsch. od zwartej zabudowy wsi Czermno, na łąkach, w widłach rzek Huczwy i Sieniochy. Nazwa lokalna to „Zamczysko”. Obok dawnego grodu rozciąga się obwarowane podgrodzie, zwane przez mieszkańców „Wały” lub „Mały zamek”, drugie, dalsze podgrodzie nazywane jest „Podzamczem”, teren dawnych osad otwartych „Mieścisko”. Pozostałością zespołu osadniczego historycznego Czerwienia jest grodzisko i podgrodzia obejmujące teren o powierzchni ok. 3,5 ha, z osadami otwartymi i cmentarzyskami ok. 40 ha, rozlokowany na podmokłych, niegdyś zabagnionych i trudno dostępnych terenach w dolinie rzek Huczwy i Sieniochy, obecnie zmeliorowanych i osuszonych. Obiekt należy do typu grodzisk nizinnych, usypanych na płaskim terenie. Grodzisko posiada kształt pierścieniowaty o wymiarach 155 X 119 m, dobrze zachowane wały, których wysokość ponad dno doliny dochodzi do ok. 6 m. W jego otoczeniu zachowały się ślady podgrodzi, osad otwartych, funkcjonujących w ich obrębie lub na obrzeżach cmentarzysk, oraz podłużny wał o długości ok. 1,5 km, wyznaczający granice kompleksu od pd. Czytelne relikty grobli oraz zachowane w ziemi ślady drewnianych pomostów świadczą, że cały zespół osadniczy miał doskonałą komunikację z grodem. Obecnie teren grodziska zajmuje nieużytek porośnięty trawą, podgrodzia i osad – pola uprawne i łąki [źródło: zabytek.pl].

Szczegółowa panorama po kliknięciu w poniższe zdjęcie!

Uwieczniamy całą ekipę 🙂

Ruszamy na przełaj w kierunku wsi. Znowu rude trawy zamiast śniegu. Globalne ocieplenie.

I kolejne ciekawe klimaty przedrożne.

Roztocze…

Wiosna? Hm… jest 8 luty…

Wychodzi słoneczko, ziemia odmarza… teraz już nie pójdziemy przez pola, bo robi się grząsko. Ale za to mamy stare widoki w barwach nisko wiszącego słońca.

Zmierzamy do końca trasy.

Za rok znowu „Zimowe Roztocze”. Może zaskoczy nas śniegiem? Na razie jest plan na „Letnie Podlasie” 🙂

Tradycją stało się już w NGP organizowanie niedzielnych spacerów fotograficznych. Tym razem hasło padło na podatny grunt, bo nagle stawiła się wyjątkowo silna i dobrze zorganizowana ekipa obwieszona aparatami jak choinka 🙂

Cel: park. Dużo się w nim ostatnio dzieje, tym bardziej że w związku z trwającą rewitalizacją stoi wiele zakazów, a to oznacza, że ciekawość musi być zaspokojona 🙂

Obchodzimy dla formalności odnowioną już część parku, by przekonać się że inwestycja ma sens.

Teraz jednak zmierzamy w kierunku części remontowanej.

Na pierwszy ogień idzie nowe wejście do parku wraz z mostem i bramą.

Najciekawszy jest jednak amfiteatr. Remontowany od niepamiętnych czasów – chyba w końcu doczeka się otwarcia.

Pogoda marna to i NGP trochę niewyraźna 🙂

Budowa trwa…

A na koniec podziwianie sztuki 🙂