Na podbój Puszczy Bialskiej

Wypatrzyłem ostatnio lokalną grupę TKKF, która mocno się ożywiła i zaproponowała w mediach społecznościowych spacer. Nie byłe jaki – miał to być przemarsz do sąsiedniego Międzyrzeca wyłącznie lasami (tak, tak, na wschodzie Polski jeszcze trochę lasów zostało) – a cała trasa to 35 kilometrów.

Wkręciłem się w ten pomysł na tyle, że postanowiłem spróbować pokonać chociaż część tej trasy, bo jakoś od zawsze omijałem te lasy, jako że położone są z drugiej strony miasta.

Plecak wyszykowany, prognoza pogody znośna, ubieram się ciepło i o 10 stawiam się na miejscy zbiórki w Parku Radziwiłłowskim. Zastaję całkiem liczną ekipę: są Bialski Klub Rowerowy, Biała Biega i szef wyprawy Kuba – razem ze 30 osób. Krótka narada i w drogę. Pierwsze kilometry to przemarsz na skraj miasta, ale w końcu oto i Ona. Puszcza Bialska 🙂

DSC_3868

Zagłębiamy się w las, w którym zaskakuje mnie ilość dróżek, ścieżek, przecinek. Polany są niestety dziełem człowieka – co starsze drzewa są bezlitośnie cięte 🙁

DSC_3865

Aura sprzyja, las jest cały biały, a prószący śnieg pięknie bieli drzewa. Docieramy do pierwszej osady – Jaźwin. Taka wioska w środku puszczy, gdzie prowadzi jedna polna droga 🙂 Tu odłącza się podgrupa biegaczy, która rusza w kierunku odległej o 3 kilometry stacji kolejowej Porosiuki.

DSC_3875

Pozostali ruszają dalej. Znowu zagłębiamy się w las. Przecinamy tory kolejowe i po kilku kilometrach zarządzamy krótki biwak. Las na chwilę się kończy, bo przed nami kolejna osada w środku lasu – Surmacze. Kilka drewnianych domów i dalej las.

DSC_3879

Kilometry lecą, zaczyna się pomału ściemniać.

DSC_3894

Przed nami kolejna stacja – Sokule. Za mną 21 kilometrów. Tu decyduję się na powrót. Pozostała grupka dzielnie podąża dalej do Międzyrzeca!

Za 15 minut podjeżdża pociąg i po 10 minutach jestem w znowu w miejscu startu 🙂

Cała trasa zajęła mi około 6 godzin. Organizatorzy zakładali nieco szybsze tempo, ale moje zimowe doświadczenie mówiło mi, że trochę przecenili możliwości szybkiego zimowego marszu w tak licznej grupie 🙂 

A nad Bugiem piękna zima

No i mamy nowy 2017 rok. Po kilku szarych dniach przyszła Prawdziwa Zima. Najpierw świat pięknie się zabielił, a potem zaatakował mróz. Duży mróz. Temperatura zjechała poniżej -20 stopni. Wyglądałem co dzień przez okno w pracy, czekając weekendu i myśląc już o pierwszej fotograficznej wyprawie nad Bug. Sobotę poświęciłem domowym sprawom, ale niedziela od rana była moja 🙂

Ranek nie zapowiadał dobrych warunków do zdjęć, więc o 6 rano obróciłem się na drugi bok i spałem dalej 😉 Jednak już około 10 nagle chmury się rozstąpiły i nastąpił zapłon – w kilka minut byłem gotowy do drogi. Ubrany jak na wyprawę arktyczną, z ulgą słuchałem odpalonego przy -15 stopniach silnika 🙂 Plan był od kilku dni z grubsza ułożony – chciałem w jeden dzień objechać jak najwięcej z wielokrotnie odwiedzanych miejsc – od Gnojna do Nepli.

Droga jest dramatycznie oblodzona, jadę około 40km/h i niestety ucieka mi okienko pogodowe. Około 11 docieram do Gnojna. O ile jeszcze w lesie 10 minut wcześniej zimowy las cudownie lśnił w promieniach słońca, to pod skarpą dopada mnie zaciągnięte niebo. Ale nic – nie poddajemy się. 

Dobiegam na punkt widokowy i jak zwykle cieszę oko rozległą panoramą. Drzewa na skarpie coraz wyższe i coraz mniej widać rzekę.

Biegnę dalej, by stromym zejściem dojść do widocznej 30 metrów niżej rzeki. Jej część dopływająca do skarpy jest zamarznięta, ale dalej nurt jest na tyle silny, że nie pokryła się lodem i płynie wartko wzdłuż wysokiego zbocza doliny Bugu. Woda była chyba w czasie zamarzania wyższa i nieco opadła, bo brzegi pokryte są ukośnymi, spękanymi taflami lodu, na których utworzyły się fantazyjne motylki z szadzi.  

Robię panoramę, kilka ujęć spiętrzonych gór lodu i ruszam w górę – na skróty. Wbijam się w ostry żleb wiodący prosto na punkt widokowy. Lekko nie jest. W połowie drogi mam chęć zawrócić, ale widok za plecami mnie zniechęca, więc walczę dalej. Przydałyby się… łańcuchy lub raki 😉 Uff nawet nieźle się zgrzałem 🙂 Znowu stoję na szczycie.

Teraz biegiem do samochodu i pomału ruszam odhaczyć kolejny punkt wycieczki. A dystansu trochę jest – mijam Janów Podlaski i nadbużanką przemykam przez kolejne wioski.

Droga jest jak lusterko – oblodzona i błyszczy, więc dość powoli docieram do kolejnego punktu wycieczki – do Pratulina. Mijam zaprzyjaźnioną agroturystykę i parkuję na końcu wsi. Pierwsze co rzuca się w oczy, to tłum na lodzie 🙂 Oczywiście z samym szefem, czyli panem Pliszką 🙂 Siedzą, chodzą wiercą dziury w lodzie. Słowem łowy na „grubą rybę”. Wściekły mróz zupełnie im nie przeszkadza… 

Kręcę się chwilę po okolicy, wpadam też w okolice łęgu, który z racji wysokiej wody jest częściowo pod wodą – zamarzniętą zresztą – i pracowicie zapełniam kartę, bo pojawiło się trochę słońca 🙂 Spotykam też sympatycznych pograniczników w terenówce, którzy dopytują się jak idzie fotografowanie i czy mi nie zimno 🙂

Za chwilę zarządzam odwrót i jadę dalej. Teraz już blisko, bo do Krzyczewa.

Zaglądam za drewniany kościółek – tu podobnie jak w Gnojnie Bug częściowo zamarzł, ale tam, gdzie jest ostry zakręt i bystry nurt – broni się dzielnie przed mrozem.

Schodzę na chwilę na łęg uwiecznić zimową panoramę i przez chwilę się waham, czy nie zakończyć wycieczki. Ale do ostatniego planowego punktu jest już tak blisko… i do tego znowu pojawia się trochę światła.

Szybka decyzja i parkuję przy czołgu w Neplach 🙂

Warto było. Obiegam wąwóz, który całkiem wdarł się już w pole i przeciął dawną drogę nad rzekę. Teraz trzeba go obejść niedużym laskiem. Punkt widokowy robi niezmiennie wrażenie. Do tego dochodzi zimowa sceneria – zamarznięty nurt rzeki, ośnieżone drzewa, białe pola.

Porcja materiału ląduje na karcie do dalszej obróbki. Jest czternasta – czas wracać do domu. Trochę już czuję siłę mrozu a i żołądek domaga się małego co nieco 😉

Pomalutku przedzieram się zapomnianymi wioskami, bo wybrałem drogę na skróty: przez Mokrany, Malową Górę, Dereczankę, Kijowiec docieram do krajowej „dwójki”. Tu na szczęście nie ma lodu na jezdni i można spokojnie wrócić do domu 🙂

 

Noc Kupały

Za oknem śnieg, zimno, więc wspominam jak w w pewną letnią noc trafiłem nad Bug, a tam latały czarownice, biegały biesy (w raczej spały w sianie) i przygrywała Orkiestra św.Mikołaja.

dsc_9407

 Noc Kupały – znana na Mazowszu również pod nazwami Noc Kupalna, Kupalnocka, Kupała, a na Podlasiu, Śląsku i Podkarpaciu jako Sobótka. Jest to święto przypadające na najkrótszą noc w roku (okolice 21-22 czerwca) czyli przesilenie słoneczne. Pochodzenia nazwy tegoż święta badacze doszukują się na dwa sposoby. Może ona nawiązywać do bóstwa zwanego Kupałą, który był (lub była – nie ma zgodności co do płci) słowiańską wersją boga miłości (greckiego Kupidyna). Czasami uważa się go też za syna Swaroga, bądź jedną z jego personifikacji. Druga teoria dowodzi, że nazwa wywodzi się z indoeuropejskiego słowa „kup” (żarzyć się, jarzyć), lub „kump” (które oznacza jakąś grupę, wspólnotę, zbiorowość). Nazwa sobótka natomiast może oznaczać „mały sabat” – takie określenie jest prawdopodobnie efektem chrystianizacji słowiańszczyzny, w trakcie której starano się zdemonizować pogańskie święta i obrzędy.[źródło: https://slowianskibestiariusz.pl/]

dsc_9444

Widowisko przygotował niezawodny Jarosław Koziara, animator Landart Festiwalu wspólnie z teatrem Czeladońka z Lubenki. Pogoda trochę nie dopisała, bo wieczór był zimny i deszczowy. Nie przeszkadzało to jednak zgromadzonym licznie celebrować starej słowiańskiej tradycji 🙂

dsc_9464

Śmiech czarownic słyszę do dziś (pozdrawiam czarownice) 🙂

XII Jesienne Warsztaty Fotograficzne w Janowie Podlaskim

Kolejne Jesienne Warsztaty Fotograficzne niestrudzona szefowa Fotoklubu zorganizowała w nowej formule – wykorzystała dodatkowy dzień 11 listopada, dzięki czemu mogliśmy sie cieszyć swoim towarzystwem dzień dłużej.  Zmiany organizacyjne wymusiło też smutne wydarzenie – w tym roku spłonęła Stara Plebania, w której tradycyjnie janowskie Stowarzyszenie Turystyczno-Kulturalne w Janowie Podlaskim organizowało nam wystawę prac z poprzednich Warsztatów.

W czwartkowy wieczór spotykamy się w BCK, aby obejrzeć „Znaki wiary na Podlasiu” – bo taki tytuł nosi wystawa powarsztatowa. Stąd przenosimy się do Janowa Podlaskiego, gdzie po raz kolejny będziemy gościć w Stadninie Koni w hotelu Wygoda. Co roku słyszymy, że to ostatni raz, ale Wygoda trwa i pewnie przeżyje kolejnych decydentów…

Zaczynamy od spotkania z pierwszym zaproszonych gości. Jest to Paweł Figurski, który przestawia nam autorską prezentację o swoich podróżach do Izraela. Jeszcze tylko kolacja i spotykamy się na wieczorze integracyjnym. Dyskusje toczą się długo, a najwytrwalsi wracają do pokojów nad ranem 🙂

Jesienna rzeka” to temat przewodni tegorocznych Warsztatów. Nie mogłem trafić lepiej: nie dość że moje ulubione pejzaże będą na wystawie mile widziane, to jeszcze będą to pejzaże nadbużańskie. Po śniadaniu wielkie fotografowanie zaczynamy od zdjęcia grupowego, które jak zwykle przyozdobi pamiątkowy kubek.

dsc_2662

Czas na wyjazd w teren. Tłum fotografujących rozprasza się na odcinku kilkudziesięciu kilometrów. Moja grupka zamierza odnaleźć białego konia – pozostałości zeszłorocznego Landart Festiwalu, który jest tematem żartów od kilku godzin, odkąd zainteresował się nim nasz niestrudzony i dyżurny wesołek Jacek Z. 🙂

Do Bubla mamy zaledwie kilka kilometrów, więc nie tracimy wiele czasu na dojazd. Parkujemy w dole pod drzewkiem i ruszamy. Będę dziś robił za przewodnika, bo jako jedyny byłem latem gościem Landart Festiwalu.

dsc_2687

Odrębny temat to pogoda. „Jesienna rzeka” nabiera dziś nowego znaczenia… Od rana sypie… śnieg 🙂 Jesienne rudości przebijają spod świeżej, nieskazitelnej bieli, na drzewach przysypane białym puchem wiszą kolorowe jabłka. Mimo pierwszego wrażenia sugerującego złe warunki do fotografowania – zdjęcia wychodzą rewelacyjnie. Że miejsce ma potencjał, wiedziałem od dawna, ale dziś jest tu wyjątkowo. Omawiam każdą z instalacji, trochę wspierając się pamięcią, a trochę fantazjując, a grupka realizuje swe pomysły fotograficzne. A inwencję to oni mają 🙂

dsc_2673

Już na początku powstaje bałwanek. Stoi na szczycie pieca chlebowego i szerokim uśmiechem przyprawionym przez Angelikę zachęca nas do uwiecznienia, nim się roztopi. Potem wpadamy w odmienne stany świadomości, podziwiamy wiatrak a za chwilę grób z leżącymi na dnie zwłokami. Snuję opowieść z letniego wernisażu… a ekipa chłonie moje historie 🙂

Potem zmierzamy w kierunku rzeki. Gęsty śnieg przysłania horyzont, na jego krańcu widać jakieś postaci. Czyżby też szukali białego konia na drzewie? Rysujemy starym harcerskim sposobem oznaczenia dla dzielnych tropicieli i wyruszamy wzdłuż rzeki na łęg.  Kolejne krajobrazy, kolejne dzikie drzewa owocowe i groźna rzeka w tańczących płatkach śniegu.

dsc_2762

Konia nie widać, za to głód i brak czasu sugeruje odwrót. Wracamy tą samą trasą, zaglądamy jeszcze do Wrót na Białoruś, potem na przełaj mijamy Wulkan i docieramy do Żółwia, gdzie kończymy naszą wędrówkę.

Popołudnie to kolejny gość. Niesamowita osobowość, ciepły, uśmiechnięty, z każdym zamienia słowo. Przed nami Andrzej Dudek-Dürer. Dwugodzinny pokaz kończy się pytaniami i długą dyskusją. Jako że jest to artysta wszechstronny, nie ograniczający się jedynie do fotografii, z przyjemnością zamieniam kilka słów na temat dźwięków, które towarzyszyły pokazom. 

dsc_2796

Wieczór, to tradycyjnie pokazy autorskie. W tym roku miałem wyjątkowo bogaty materiał zdjęciowy i problem z wyborem, co pokazać. Postanowiłem w związku z tym zrobić dwie kompilacje: jedna z podróży nadbużańskich, których odbyłem w tym roku kilkanaście, zaś drugi to oczywiście góry 🙂 Cykle te ułożyłem w 4 pory roku, co w  jakiś sposób uporządkowało te pokazy. Nie odmówiłem też sobie przyjemności pokazania chyba najlepszego tegorocznego zestawu – zdjęć z Lubenki, gdzie wspólnie z Andrzejem fotografowałem widowisko „Wereja”.

 Kolejny dzień Warsztatów powitał nas poprawiającą się pogodą. Mirek odpalił swoją terenówkę i ruszyliśmy na coroczny szlak błotny, wiodący ponad Bugiem z Wygody do Derła. 

Ruszamy betonówką i przed łęgiem dębowym odbijamy na pole. Jest mokro, grząsko, ale Mirkowy bolid prowadzony fachowo przełazi przez największe doły i kałuże. Pojawiamy się na umocnionym faszyną zakręcie Bugu, który w tym miejscu próbował się przedrzeć na skróty i odkroić trochę ziemi dla sąsiadów z drugiej strony rzeki. 

dsc_2819-panorama

Nim skończę robić panoramę, pojawiają się pogranicznicy. Jest lodowato, opatuleni są w kilka warstw i wyglądają jak niedźwiedzie na swoim quadzie. Dobrze nas pilnują 🙂 Za chwilę okazuje się, że to pan pogranicznik i pani pogranicznik. Pani sugeruje, aby fotografować kolegę, bo jest przystojniejszy 🙂 Kolega przyzwalająco milczy i w ogóle jest mało rozmowny 🙂 Ale zdjęcie mam.

dsc_2831

Łęg dębowy dziś wygląda przeciętnie (był plan zajrzeć tu o świcie, ale było szaro, buro i ponuro i plan poległ), więc mijamy go dość szybko i zmierzamy w kierunku tzw. Pralni. Tu zawsze coś fajnego wychodzi. Tak jest i tym razem.

dsc_2866_7_8_tonemapped

Panorama z cypelka, pojawia się światło, odbicia i już mam kilka serii do dalszej obróbki w domu. 

dsc_2847-panorama

Ruszamy dalej. Znowu błoto, kałuże, doły i górki. Mirek czujnie lustruje teren, bo na tylnej kanapie słychać lekkie objawy paniki 😉 Docieramy szczęśliwie do Woroblina.

Kolejne fajne miejsce i tu szczęście się do nas uśmiecha. Wychodzi na chwilę słońce, co natychmiast zostaje wykorzystane. Kolejna porcja materiału ląduje na karcie 🙂

dsc_2888-panorama

Wpadamy jeszcze do czatowni Mirka, przejeżdżamy wieś i polnymi skrótami docieramy do Derła. Na końcu wsi robimy żelazny zestaw: lipy z krzyżem i wijącą się dróżkę widzianą z góry. Mirek mówi, że to nie jego teren i nie ryzykuje zjazdu w dół w celu dotarcia do rzeki. 

Kolejny cel na dziś to Pratulin. Polną drogą docieramy do Zaczopek i nareszcie widzimy asfalt. Dwa kilometry dalej jesteśmy w Pratulinie. Tym razem interesuje nas tylko rzeka, gdzie pojawiamy się za chwilę. Wody jest sporo, więc do łęgu raczej nie uda się dojść, ale mogę go sfotografować od strony wsi. Znowu efekty zaskakują mnie mile 🙂

dsc_2933_4_5_tonemapped

Teraz tylko powrót do Janowa. Mirek trzyma fason i w Werchlisiu zjeżdża z asfaltówki i sobie znanymi skrótami przez lasy, pola i kałuże dowozi nas na miejsce 🙂

Warunki wykorzystane maksymalnie, więc powstało całkiem sporo HDR. Jest na czym oko zawiesić 😉

Po kolacji prezentację ma kolejny z gości – Andrzej Rutyna. Autorski pokaz prezentuje różne typy fotografii, którymi zajmuje się twórca. Najwięcej emocji wzbudza niespodziewanie akt. Za sprawą Jacka. Wszystkie Jacki to fajne chłopaki 🙂 

Podsumowanie drugiego dnia – oczywiście zdjęcia zamiast tekstu 🙂