Jesienny rajd nadbużański

Jakiś czas temu moje ścieżki skrzyżowały się z sympatycznymi ludźmi z koła TKKF. Organizują oni szereg imprez związanych z różnymi formami aktywności fizycznej, a jedną z nich są rajdy piesze i rowerowe. Taka w właśnie impreza pojawiła się w kalendarzu już dość dawno, a że miała się odbyć nad Bugiem, mój udział w niej był oczywisty 🙂

Jako że dałem się poznać Marcie i Markowi jako miłośnik Bugu, zostałem przez nich poproszony o propozycję trasy, co też z przyjemnością uczyniłem. 

Start imprezy zaplanowano w okolicy promu z Gnojna do Niemirowa. Okolicę znam dość dobrze z racji wcześniejszych wyjazdów do Strefy 51 😉 A bardziej ludzkim językiem mówiąc – na tereny Landartów. Moje obawy budził trochę wyższy ostatnio stan Bugu i tygodniowe opady deszczu przed imprezą. Jak się okazało – całkiem słusznie 🙂

Październikowa sobota wbrew prognozom przywitała mnie całkowitym zachmurzeniem. Na szczęście z każdą chwilą robiło się coraz jaśniej i gdy koło dziesiątej pojawiłem się w Gnojnie, pogoda była już całkiem znośna. Na miejscu jest już sporo osób, wkrótce dojeżdżają też rowerzyści. Jest też grupa z pieskami, bo dla nich przewidziano osobną kategorię 🙂

Krótkie przywitanie ze znajomymi, bo po kilku wspólnych wypadach mogę już tak mówić o uczestnikach imprez TKKF i szykujemy się do wymarszu. Dostaję zaszczytną rolę przewodnika całkiem sporego tłumu około dwudziestu osób 🙂 

Trasę znam, więc na pewniaka zagłębiamy się w las. Za chwilę jesteśmy w punkcie, gdzie zaczyna się zielona granica. Tu czeka nas atrakcja w osobach dwóch pograniczników, którzy budzą wielkie emocje – szczególnie w uczestniczkach rajdu 🙂 Chwilkę rozmawiamy i ruszamy dalej w drogę.

Kolejna atrakcja na szlaku to zagubione w lesie bużysko. Oprócz mnie jest też kilka pań fotografów i widzę, że miejsca rozbudzają w nich twórczy zapał. Trudno je oderwać od nadbużańskich krajobrazów 🙂 

Droga… jest nieco błotnista. A nawet mocno. Szczególnie daje się to we znaki rowerzystom. Jechałem tędy w czasie suszy – teraz warunki są diametralnie różne. Dzielni rowerzyści co jakiś czas wpadają w wielkie kałuże, koła ślizgają się po gliniastej drodze, ale grupa posuwa się naprzód.

Docieramy na łąkę. Pieski ruszają w pogoń za sarną, a my za żyrafą 🙂 Oczywiście tą drewnianą, która pozostała po Landarcie. Docieramy znowu do Bugu. Na żyrafie siedzi pan z aparatem fotograficznym i uwiecznia naszą grupę z góry.

Teraz czeka nas przeprawa. Część rowerzystów po dotychczasowych przeżyciach decyduje się skręcić do wsi, a my ruszamy na ułożony z kamieni mostek ponad odnogą Bugu. Kilka chwil i jesteśmy po drugiej stronie. Tego miejsca trochę się obawiałem, ale na szczęście poszło bez problemów. Jeszcze tylko na szybko opowieść o źródełku wciągającym całe krowy i ruszamy dalej wzdłuż Bugu.

Idziemy wzdłuż kolejnych landartowych dzieł, a ja snuję dziwne opowieści, popuszczając wodze fantazji i tworząc różne alternatywne historie na temat spotykanych eksponatów 🙂 Słuchacze wdzięcznie słuchają 🙂

Mijamy ostatnie rzeźby i zagłębiamy się w las. Tu, jak pamiętam, droga wiodła w obniżenie terenu, za którym zaczynał się kolejny Landart. Po przejściu około 500 metrów droga faktycznie skręca, ale jest… zalana. Na przeprawę nie ma chętnych 🙂 Wąską ścieżką przez krzaki docieramy do głównej drogi do wsi, by po jakimś czasie skręcić znowu w boczną dróżkę. Ta niestety kończy się na podmokłej łące. Za łąką z kolei jest rów i bagienny las. Chyba mamy dość przygód bo zarządzamy odwrót 🙂 Widać już wieś Bubel, ale oddziela nas od niej podmokły teren. Na szczęście dość sprawnie pokonujemy kolejny rów a potem błotnistą drogą docieramy do cywilizacji 🙂

Teraz jeszcze zostaje tylko dotrzeć do punktu startu i domknięcie pętli. Idziemy dziarsko przez wieś, korzystam z okazji i fotografuję przydrożne historie, których w tej nieco zapomnianej wiosce nie brakuje. Moją uwagę przykuwają namalowane na przydrożnych drzewach numery… Raz, że brzydko to wygląda i odbiera im urok, a po drugie źle mi się kojarzy – ze skazaniem tych drzew na piły… Wyjaśnianie tego zjawiska trwa…

Jeszcze trochę kilometrów i wracam do punktu wyjścia. Tu organizatorzy przygotowali mały piknik. Są kiełbaski z grilla, a nawet znalezione po drodze rydze smażą się na ogniu. 

Około czternastej zbieram się w drogę powrotną i jadąc przez tereny ostatniego Landartu, stwierdzam, że pomysł wyjścia ze sztuką na dość uczęszczaną drogę był chyba zły – większość ekspozycji albo zniknęła, albo została zniszczona… Gdzieś w głowie kołacze mi przysłowie o rzucaniu pereł przed wieprze 😉

Historie przydrożne

Mapa

Nadbużańskie pejzaże – odsłona wrześniowa

Wakacje minęły nie wiadomo kiedy. Tegoroczne stały pod znakiem oczekiwania na w miarę pogodne weekendy, bo planów było całkiem sporo. Z realizacją niestety trochę gorzej. Narzekać jednak nie będę. Cierpliwie czekałem i oto nadeszła moja wrześniowa słoneczna sobota. Od rana pogoda jak marzenie – cieplutko, bezchmurnie, więc robię szybkie przygotowania: zakupy, pakowanie roweru i w drogę. 

Jeszcze tylko chwila wahania, czy pojechać na zaległą trasę koło Janowa, czy na kolejny odległy odcinek za Włodawą. Oczywiście wybieram Zbereże. Tam właśnie skończyłem swoją ostatnią trasę, więc w naturalny sposób wypadało ją kontynuować. Trochę ponad godzina jazdy i już jestem za Włodawą. Teraz zagłębiam się w lasy sobiborskie. Przy drogach mnóstwo samochodów – jest wysyp grzybów, więc kto żyw, jedzie do lasu. Mijam znajome już charakterystyczne punkty i miejscowości i w końcu docieram do Zbereża. Parkuję auto tuż za punktem dla rowerzystów, rozpakowuję i się w drogę 🙂 

Droga tysiąca zakrętów – tak chyba będzie nazywał się ten odcinek. Bug wyjątkowo mocno tutaj meandruje, sama droga natomiast jest w miarę oczywista i przejezdna.

Zaczynam od miejsca, gdzie w wakacje przez tydzień był most pontonowy dla turystów. Teraz cicho tu i spokojnie. Ruszam wzdłuż rzeki i dość szybko dojeżdżam do pierwszej dziś atrakcji – pięknej nadbużańskiej skarpy w Zbereżu.

Jak to Bug – zakręca w tym miejscu o 180 stopni, odbijając się od wysokiego, piaszczystego zbocza. Naprzeciw oczywiście jest plaża. Stoję chwilę, by nacieszyć się widokiem.

Ruszam dalej w dół. Stromy zjazd szybko się kończy i od tej chwili będę już jechał dolinami.

Przy kolejnym zakolu próbuję odnaleźć ścieżkę wiodąca na cypelek. Z mapy wynikało, że na końcu będzie plaża. Przebijam się przez krzaki ledwo widocznym śladem, by na końcu stwierdzić, że plaża zarosła i widoków nie będzie…

Wracam na główną drogę i ruszam dalej wzdłuż rzeki.

Jedzie się dobrze – do momentu, gdy droga schodzi w dół nad rzekę i przekracza niewielkie obniżenie. Właściwie to już nie droga, a ścieżka. Zsiadam z roweru i ciągnę go parędziesiąt metrów wąską ścieżką tuż nad wodą. Jest coraz gorzej, gęsta trawa, zarośla i wreszcie ślad całkiem znika w gąszczu. Nie ma rady – będzie odwrót. Zaglądam do przygotowanej wcześniej mapy – no tak – tu miałem mieć objazd 🙂 Trzeba było zajrzeć przed wbiciem się w krzaki 🙂 Wracam tą samą drogą, przy okazji trochę podrapany…

Na kolejne zakole nie prowadzi żadna ścieżka, więc pozostaje pojechać na wprost widoczną drogą. Pojęcie „droga” jest tu zresztą umowne – czasem jest to ślad po jakiejś terenówce pograniczników lub quadzie. Zawsze jest szansa, że gdzieś prowadzi 🙂

Dalej jednak jedzie się już znośnie. Droga raz gorsza, raz lepsza – ale jest. Pogoda dopisuje, widoki też. Ciągłe zakręty powodują, że rzekę mam oświetloną z wszystkich możliwych stron i te same fragmenty mogę fotografować w ciągle zmieniającym się świetle.

Jest kolejne zakole i wyraźna dróżka na jego koniec. Ruszam więc jak zwykle ku przygodzie. Najpierw znajduję jakieś stare rozpadające się ule. Zastanawiam się, czy są zamieszkałe i czy zaraz nie wkurzę ich mieszkańców niezapowiedzianą wizytą 😉

Dalej droga skręca i znika w gąszczu. Jakoś nie mam ochoty walczyć z krzakami i zawracam.

Teraz jedzie się bardzo przyjemnie odkrytym terenem, ponad samą rzeką. Pojawia się jakaś odnoga Bugu, która wygląda na lekko ucywilizowaną. Oddziela ją od rzeki wał ziemny. Wyczuwam w tym rękę Straży Granicznej 🙂

Kilkaset metrów dalej stoi… wychodek. W kolorach maskujących. Tajemnica jego nagłego pojawienia wyjaśni się po kilku dniach, gdy rozpozna go na zdjęciu jego właściciel z Bagien u Mańka 😉

Po około kilometrze docieram do tablicy informacyjnej szlaku kajakowego. Tuż za nią drogę przegradza mi głęboki rów. Bardzo głęboki i bardzo stromy. Przeprawa przez niego to dwie ułożone około metr od siebie rury. Nie widzę szans przejścia z rowerem – ani górą, ani dołem. Będzie kolejny odwrót. Tym razem zaglądam do mapy, co utwierdza mnie w przekonaniu, że dalej wpakowałbym się w teren nie nadający się do jazdy.

Przedzieram się przez łąkę, mając nadzieję, że skoro ktoś kosił tu trawę, to jakoś musiał dojechać 🙂 Na szczęście dokładnie tak było, wiec klucząc chwilę pomiędzy rozlewiskami trafiam na… wał przeciwpowodziowy. Chyba 🙂 Nie widzę innego powodu, by podwyższona, idealnie równa dróżka się tu znalazła. Jadąc nią, omijam gęste zarośla, wśród których czasem mignie jakieś oczko wodne. Dzicz taka, że palca nie wetkniesz 🙂 Po około kilometrze docieram do lasku, a mijając go, znajduję zjazd na łąkę w stronę rzeki. Oczywiście skręcam 🙂

Niestety, ominąłem przy okazji kolejne dwa zakola, ale chyba nie było szansy, by tam zajrzeć, będąc na rowerze.

Droga obniża się mocno, jest pełna kolein wypełnionych wodą, mijam sporo małych jeziorek i starych odnóg Bugu, by wreszcie znowu znaleźć się na rzeką.

Na kolejne zakola też nie ma dojazdu, więc „ścinam” je, trzymając się ledwo widocznych ścieżek. 

Na jednym z zakrętów, próbując różnych wariantów dojazdu do rzeki, stwierdzam, że jadę w przeciwna stronę niż zamierzałem 🙂 Ciągłe zmiany kierunku Bugu powodują małe zamieszanie w orientacji przestrzennej. Na chwilę 🙂

Znowu muszę oddalić się od rzeki, bo drogę przegradza mi odnoga rzeki. Jadąc wzdłuż niej, trafiam na umocniony nasyp, który pełni rolę przeprawy, ale też tamy, bo woda z prawej strony jest mocno spiętrzona. Z mapy wynika, że jest to tzw. Pompka w Woli Uhruskiej.

Przejeżdżam oczywiście na drugą stronę, by być bliżej rzeki. Tu zastaję … zawody wędkarskie. Chyba nawet całkiem spore, bo mijam dziesiątki aut i tłumy wędkarzy. Trochę zdziwieni są, że komuś chce się przeciskać przez tutejsze wertepy rowerem. Mijam stolik sędziowski z pucharami i docieram do końca twardej drogi.

Znowu zjazd w dół i po kilkuset metrach droga się kończy. Wracam więc w okolice słupka i zaczynam oddalać się od rzeki. Na szczęście niedaleko kolejna ścieżka ciągnie znowu nad Bug. Tu ponownie nagły zwrot rzeki powoduje, że jadę pod prąd.

Zawracam i po ujechaniu kilkuset metrów muszę definitywnie pożegnać się z rzeką. Dalej falują podmokłe łąki.

Ostatnia prosta ciągnie się długo i jest trochę męcząca – droga jest pełna poprzecznych garbów głęboko odciśniętych w gliniastej ziemi przez traktory. Trzęsie niemożliwie, ale jako jakoś się przebijam. Jeszcze zakręt, kilkaset metrów walki i wreszcie bita droga. Wyjeżdżam na asfalt w okolicy cerkwi w Uhrusku. 

Za wsią spotykam jeszcze samotnego konia na wzgórzu. 

W Woli Uhruskiej w towarzystwie pana „piwnego” na MOR dla rowerzystów wyciągam z plecaka małe co nieco. Bo oczywiście wracam Green Velo.

A potem już tylko godzinka spokojnej jazdy do Zbereża. Tym razem, mając cały chłodniejszy niż zwykle dzień dla siebie, mogłem sobie pozwolić na spokojną jazdę. Wyszło około 41 kilometrów, czas 6 godzin i jak zwykle sporo przystanków na fotografowanie 🙂

Plan vs trasa (niebieska):

Linia Mołotowa

Wiele razy, jeżdżąc na swoje nadbużańskie wycieczki, widziałem rozrzucone gdzieś po polach pozostałości wojenne. Wzdłuż Bugu biegł bowiem pas umocnień zbudowany przez Rosjan w latach 1940-41, który miał ich uchronić przed niemiecką agresją – zwany linią Mołotowa.

Zajęcie przez ZSRR wschodnich rubieży Polski we wrześniu 1939 r. oraz mające miejsce w marcu 1940 zajęcie fińskiej Karelii i Laponii, a w czerwcu 1940 również państw bałtyckich, Besarabii i Bukowiny spowodowało, że istniejące dotąd „rejony umocnione na zachodniej granicy państwowej” czyli tzw. „Linia Stalina”, przestały pełnić przewidzianą dla nich rolę. W stosunkowo krótkim czasie rozbudowywany od ponad 10 lat system umocnień granicznych, znalazł się na głębokich tyłach. W niektórych przypadkach granica uległa przesunięciu nawet o kilkaset kilometrów.

Już w styczniu 1940 r. przystąpiono do prac przygotowawczych poprzedzających budowę nowych umocnień stałych. Na przełomie 1939/ 1940 prowadzono pierwsze pomiary terenowe, powtórzone wiosną 1940 r. Niemal jednocześnie z pierwszymi pracami nad nowym systemem umocnień granicznych, wstrzymano wszelkie prace związane z rozbudową dotychczasowego systemu umocnień granicznych tzw. „Linii Stalina”. Nad gigantyczną inwestycją czuwało 5 zarządów fortyfikacji zlokalizowanych przy sztabach okręgów wojskowych, którym podlegało w sumie 1338 odcinków budowlanych. Przy budowie umocnień pracowało było ok. 140 tys. osób. Mimo zaangażowania ogromnych sił i środków, w chwili wybuchu wojny z Niemcami prace fortyfikacyjne były dalekie od ukończenia. Większość schronów znajdowała się na różnych etapach budowy lub wyposażania, a budowniczy borykali się z ciągłymi brakami w dostawach specjalistycznego wyposażenia i uzbrojenia schronów.

Łącznie do 22 VI 1941 w 13 rejonach umocnionych zrealizowano prawdopodobnie 1156 obiektów i kolejnych 800 było w trakcie realizacji. [źródło: Kriepost.org]

Jadąc na swoją wyprawę za Bugiem, miałem w pamięci fakt, że jeden z takich bunkrów znajduje się tuż przy drodze.

Przyszła więc pora na jego spenetrowanie. Wszystkie te obiekty są skatalogowane przez grupę pasjonatów skupioną w Grupie Badawczej „Kriepost”. Stąd dość szybko namierzyłem dane swojego bunkra. Jest to: dwukondygnacyjny schron do ognia czołowego (OPDOT). Uzbr. 2 x ckm (NPS-3), 1 x armata 45 mm (DOT-4).

Swoją wielkością robi wrażenie. Ma dwie kondygnacje, w tym jedną podziemną. Zdaje się, że został wysadzony od środka, ale widać, że konstrukcja solidna, bo całkiem nieźle zachował swoją bryłę.

Po tak dobrym początku nie pozostaje nic innego jak zrealizować nowy plan, który przyszedł mi do głowy: przyjadę tu z rowerem i będę szukał pozostałych 🙂

Ale to już w najbliższe wakacje.