W ramach podtrzymania tradycji i szukania spokoju wśród kolorowych wzgórz kolejny raz zabieram się w Bieszczady. 

Termin został ustalony dużo wcześniej, urlopy zgrane, ale okazuje się że ta strategia tym razem nieco zawiodła. Patrzę na prognozy, oglądam cały tydzień poprzedający wyjazd, co tam widać w kamerach internetowych… dużo widać. Wygląda to tak cudnie, że zostaje tylko modły czynić by wytrzymało. Ku rozpaczy wszystkich – nie wytrzymało. 

Nasza pierwsza wycieczka odbywa się pod znakiem zaciągającego się chmurami horyzontu, wyblakłych kolorów i tylko na pocieszenie nie pada cały dzień. 

Ambitny plan zakładał atak na Worek Bieszczadzki. Zdyscyplinowana grupa, pamiętająca jeszcze poprzedni nocny powrót, tudzież opowieści o biegających po zmierzchu niedźwiedziach – szybko i sprawnie zrywa się o siódmej rano, sprawnie połyka śniadanie i wyrusza w w drogę. Nawet wieczorek powitalny, który przeciągnął się poprzedniego dnia do pory dość późnej, nie był w stanie zmóc ducha walki. 

Wielokrotnie przejechaną już drogą ruszamy na Wołkowyję i …pierwsza zmiana planu. Droga przez Terkę jest zamknięta 🙁 Tego nie przewidzieliśmy… trzeba jechać dokoła przez Czarną. To oznacza że dzień nam się skurczy. Szkoda czasu na zastanawianie się – ruszamy i po godzinie jesteśmy w Ustrzykach Górnych. Stąd już tylko kilka kilometrów do Wołosatego, gdzie znowu bardzo szybko jesteśmy gotowi do wymarszu.

Jest nawet dość spokojnie, bo jak się potem dowiedzieliśmy, kilka dni wcześniej z powodu rewelacyjnej pogody szły tu tabuny ludzi. 

Pierwszy odcinek pokonujemy jak zwykle szybciutko, bo też chodzenie po łące nie dość że nudne, to nadzwyczajnym wyczynem nie jest 🙂

Potem jednak zaczynają się schody. Dosłownie i w przenośni. Ścieżka robi się dość stroma, co powoduje, że tracimy jednego „ludzia”. Nasz dzielny wędrowiec postanawia założyć obóz szturmowy, co oznacza, że przyda nam się, bo szykuje się kolejna zmiana planu. 

A co do schodów… trudno to komentować. Z jednej strony BPN zapewne chciał ratować przyrodę, ale z drugiej… wyglądają nijak i tak samo się po nich chodzi, albo jeszcze gorzej. I podobno jest plan, żeby całe Bieszczady ustroić tymi schodami. Pewnie wtedy ruszę na ich ukraińską część, żeby się nie denerwować.

Póki co zdobywamy wysokość dobrym tempem i pojawiamy się pod Tarnicą. Zerkamy na zegarek, chwila narady i jest nowy plan. Tym razem zostawimy Worek w spokoju i decydujemy się wejść w komplecie na szczyt. Ludzi trochę jest, ale znajdujemy kawałek wolnego miejsca dla siebie. Szczyt został dokładnie wygrodzony i pozostało niewielkie „pastwisko”, by turyści nie deptali trawników wokół. Cena rozwoju cywilizacji 😉

Schodzimy na przelęcz, by zacząć realizować nasz nowy plan. Szybki przegląd mapy zasugerował możliwość przejścia innego worka – tym bardziej, że nikt łącznie ze mną tym szlakiem nie szedł. Ruszamy czerwonym szlakiem do Ustrzyk. Co tu dużo pisać – nikt nie jest zawiedziony. Szeroki Wierch ma charakter typowej połoniny, idzie się dość długim grzbietem, jest kilka kulminacji i w końcu zejście do lasu.

Pogoda trzyma, widoki są, wycieczka zdecydowanie jest udana.

Po wejściu w las kolejna niespodzianka. Wspominam wiele leśnych zejść w doliny i zawsze były one dość strome i męczące. A tu miła odmiana. Szlak wiedzie przez piękny, jesienny las i łagodnie schodzi w dolinę aż do Ustrzyk Górnych.

Ani się obejrzeliśmy i jesteśmy w Ustrzykach. Gdzie oczywiście czeka na nas zgubiony pod Tarnicę Mirek, który zgarnia kierowców i zawozi do Wołosatego po resztę aut. Wracamy na zasłużone pierogi do Berezki, gdzie jak co roku jest nasza baza.

Wypada jeszcze tylko wspomnieć o pewnym wyjątkowym spotkaniu w drodze powrotnej. Z pewnym miejscowym. Słynne są opowieści o bieszczadzkich niedźwiedziach, ale tym razem stanął na naszej drodze… ryś. Piękne dostojne zwierzę przedefilowało nam przed autem, każąc zwolnić i się podziwiać. Na odchodne jeszcze się obejrzał, czy na pewno widać w naszych oczach wyrazy szacunku 🙂

 

Trasa:

Kolejny dzień… no cóż – jak mawia zaprzyjaźniony wędrowiec górski „pogoda klękła”. Wieczorem w trakcie dyskusji wymyśliliśmy przejazd drezynami w Uhercach, jednak zgodnie uznajemy, że nikt nie przeżyje dwugodzinnej jazdy w temperaturze około zera stopni i padającej mżawce. Brak widoczności, wilgoć, mgła – w tej sytuacji wymyślamy plan alternatywny. Sine Wiry odpadają, bo droga przez Terkę zamknięta. Jak nam później wyjaśni nasz gospodarz – przyczyną jest budowa nowego mostu.

Więc…Solina zawsze niezawodnie czeka 🙂 Odbywamy spacerek po tamie, przejeżdżamy przez Myczkowce. Drezyny w Uhercach stoją we mgle…

A my trafiamy do Leska. Słodki Domek czeka! Najpierw jednak wymyślam zwiedzanie Leska. Jakoś zawsze je omijaliśmy (poza bankomatem i Słodkim Domkiem). 

Pewien dobry znajomy wywodzący się z Leska wspominał mi kiedyś o kirkucie. No to szukamy go. Kirkutu oczywiście. Mijamy synagogę – niestety jest zamknięta. Lesko jest malutkie i za chwilę jest też kirkut. No i zaliczam przysłowiowy „opad szczęki”. Drugi będzie po dostaniu się na teren kirkutu. Miejsce jest zamknięte, ale jest telefon do klucznika. Pan pojawia się dość szybko, negocjujemy cenę za wejście i kłódka opada. 

Widziałem już kilka kirkutów, ale ten zdecydowanie zrobił na mnie największe wrażenie. Mieści się na szczycie całkiem dużego wzgórza, na które trzeba się wspiąć, porastają go stuletnie dęby, ogromna ilość macew, a do tego przebłyskuje słońce, podkreślające kolory jesieni. No to jest zdecydowanie główne danie dnia. Spacerujemy dobre pół godziny, patrząc na przemijanie, zapomnienie, oczarowanie i zamyśleni.

Cmentarz żydowski w Lesku ze względu na wiek zachowanych nagrobków uważany jest za jedną z najcenniejszych nekropolii w Polsce. Na powierzchni około 3,2 ha przetrwało ponad dwa tysiące kamieni nagrobnych. W materiałach archiwalnych cmentarz po raz pierwszy jest wzmiankowany w 1611 r., kiedy to dwaj chłopi sprzedali leskim Żydom „cztery zagony roli (…) na okopisko żydowskie od wiertchu do sadzawki jako okopisko długie za złotych czterdzieści polskich”, jednak daty zgonów na macewach świadczą, że pochówków dokonywano tu już w pierwszej połowie szesnastego wieku. Legenda głosi, że jest to miejsce spoczynku sefardyjskich rabinów wypędzonych z Hiszpanii i Portugalii w XVI wieku, jednak historycy nie potwierdzają tej tezy.

Cmentarz położony jest za synagogą, przy ul. Słowackiego. Wąskie schody wiodą stromo pod górę. Właśnie w tym miejscu, na zboczu zalesionego wzgórza znajduje się najstarsza część nekropolii, z nagrobkami pochodzącymi z pierwszej połowy XVI wieku. Są to płyty wykonane z miejscowego piaskowca, pozbawione zdobień, z inskrypcjami o prostej, archaicznej w swym kroju czcionce. Czas i oddziaływanie czynników atmosferycznych sprawiły, że nagrobki w zdecydowanej większości nie znajdują się na swych właściwych miejscach. Po lewej stronie ścieżki widoczny jest stojący nieco skosem blok piaskowca, rozszerzający się ku górze. Jest to najstarsza zachowana macewa na cmentarzu w Lesku. Wykuty w niej hebrajski napis głosi: „Tu pochowany mąż, bojący się Boga, Eliezer syn Meszulama (pamięć sprawiedliwego niech będzie błogosławiona), we wtorek 9 dnia miesiąca tiszri 309 roku według krótkiej rachuby” (źródło tłumaczenia: A. Trzciński, M. Wodziński „Cmentarz żydowski w Lesku” ).
Na szczycie wzgórza odnajdziemy młodszą część nekropolii, wykorzystywaną jako miejsce grzebalne od XVIII w. do XX wieku. Największą grupę – około tysiąca czterystu – zachowanych nagrobków tworzą macewy z XIX wieku. Mimo zniszczeń z okresu II wojny światowej, wyraźnie widoczny jest rzędowy układ grobów. W zwieńczeniach macew wyrzeźbiono charakterystyczne dla żydowskiej sztuki sepulkralnej zdobienia, przedstawiające między innymi: korony, świeczniki, ptaki, jelenie, lwy, dzbany i misy. Uwagę zwraca zadaszony nagrobek z dwiema płytami. Jest to grób zmarłego w dniu 9 października 1803 r. Menachema Mendla Horowica, rabina i cadyka z Rozwadowa i Leska, ojca znanego cadyka Naftalego Cwi Horowica z Ropczyc. Napis na jego macewie głosi: „Tu spoczywa święty rabin Menachem Mendel (oby jego zasługi były dla nas ochroną), ojciec świętego rabina Naftalego Cwi z Ropczyc (oby jego zasługi były dla nas ochroną), powołany do niebiańskiej jesziwy w dniu święta Simchat Tora 23 Tiszri 5564. Niech jego dusza związana będzie w węźle życia wiecznego. W otoczeniu jego grobu pochowani są jego ojciec, r. Jaakow i jego syn r. Szmuel Szmelka, i jego wnukowie r. Menachem Mendel syn r. Szmuela Szmelki i r. Menachem Mendel syn r. Abrahama Chaima” (tłum. Wojciech Tworek).

Podczas II wojny światowej cmentarz był miejscem egzekucji wielu Żydów. Tu rozstrzelano grupę około stu osób, starców i chorych, pozostałych w mieście po likwidacji getta w Lesku. Później dokonywano tu doraźnych egzekucji Żydów, ukrywających się w okolicach Leska. Wspomnieniem tych tragicznych wydarzeń są symboliczne groby ofiar Holocaustu.

W 1969 roku nekropolia została wpisana do rejestru zabytków. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych minionego stulecia, cmentarz w Lesku był przedmiotem badań Andrzeja Trzcińskiego i Pawła Synowskiego z Uniwersytetu Marii-Curie Skłodowskiej i Marcina Wodzińskiego z Uniwersytetu Wrocławskiego. W wyniku ich zaangażowania wydana została książka zatytułowana „Cmentarz żydowski w Lesku”, zawierająca inwentaryzację nagrobków pochodzących z XVI i XVII w. W 2010 r. opublikowana została druga część, obejmująca macewy z XVIII w. [źródło: Kirkuty]

 

Klucznik zamyka za nami bramę i ruszamy wreszcie na zasłużony deser. Kawę i ciacho w Słodkim Domku. Wpadamy tuż przed autokarem pełnym wycieczkowiczów. No cóż, miejsce cieszy się sławą w okolicy 🙂 Nic dziwnego, że trochę czasu nam tu zeszło 😉

Ale w Berezce czeka nas wieczór w altanie u Artura, więc długo się nie ociągamy. Wieczór na powietrzu przerywa deszcz, przenosimy się więc do kwatery, gdzie kontynuujemy w miłej atmosferze naszą integrację. Nawet nocna akcja „zaginiony harcerz” będzie następnego dnia mile wspominana 😉

I to by było na tyle… za rok zmieniamy strategię i ruszamy za pogodą 🙂

Brzmi prawie jak kolorowe jarmarki 🙂

Jak wysiedzieć, gdy na zewnątrz złota jesień. Ruszam… przed siebie. Koszyk w ręku chociaż nadzieja na cokolwiek nikła, ale jak zawsze aparat na ramieniu. Spontanicznie w trakcie jazdy wybieram cel. Najpierw krótki spacer po lesie, by przekonać się, że nadal nic nie rośnie.

Żółte alejki wciągają.

Za to w Borsukach witają mnie wszystkie możliwe barwy.

I tak powstają obrazy.

Po zimnym wrześniu październik totalnie zaskoczył. Zrobiło się niemal lato i tylko zimne poranki przypominały, że jest środek jesieni.

W sobotni poranek zerkam przez okno i od razu się uśmiecham. Gdzie to ja dawno nie byłem?

Aparat rzucony na siedzenie i ruszam w drogę. Jeszcze tylko chwila zawahania na rozjeździe i nie ma odwrotu – czas na Derło. Nie byłem tam od wiosny, więc czas zajrzeć w stare kąty, zobaczyć, co sie zmieniło. Mijam Janów Podlaski,  kawałek nadbużanki mija błyskawicznie i już skręcam do wsi. Tu jak zwykle cicho, sennie. Drzewa przybrały już jesienne barwy.

Na końcu wsi jak zwykle zajeżdżam pod lipy, parkuję w cieniu i czas na dłuższy spacer.

Schodzę w dół, robiąc prze okazji nie wiem który już raz zdjęcie pokręconej drodze w dolinie. Szybko docieram nad Bug i już mogę podziwiać swoją ulubioną rzekę w jesiennej odsłonie. Jest na tyle ciepło, że można chodzić w koszulce z krótkim rękawem. Intensywny błękit nieba od razu sugeruje użycie filtra polaryzacyjnego. Efekty przechodzą moje oczekiwania.

Staram się pójść jak najbliżej rzeki i całkiem dobrze mi się to udaje, bo Straż Graniczna wytyczyła sporo nowych ścieżek. Przy okazji miejsce straciło trochę na swojej dzikości, ale dla równowago stare drogi pomału zarastają zielenią i krzakami. Zrobił się z tego istny labirynt. Ja jednak znam już tutejsze ścieżki na tyle dobrze, że szybko trafiam do celu dzisiejszej wyprawy. Po drodze mijam kilku wędkarzy i ich terenówki ukryte w krzakach 🙂

Mijam znowu dół pełen uschniętych drzew.

Kolejne punkty widokowe na białoruską plażę.

Wreszcie poznaję znajome pochyłe drzewo, jeszcze tylko zostaje przejść przez niedużą wydmę i … zaskoczenie! Wiosną wydawało mi się, że wszystko tu zarośnie i skończy się czas pięknej plaży. A tu proszę – bielutki drobny piasek ciągnie się kilkaset metrów na całym łuku Bugu. Woda jest bardzo niska więc i plaża ma słuszne rozmiary. Miejsce oznaczam w głowie jako odzyskane 🙂

Aparat idzie w ruch, bo takiej okazji nie można odpuścić 🙂 Poprawę nastroju w skali 1 do 100 określam na trzysta 🙂 Aż żal opuszczać to miejsce. Zaglądam w kilka kątów, przechodzę całą plażę wzdłuż i w poprzek, zostawiam trochę śladów dla pograniczników.

Dziwne ślady na piasku to działalność bobrów, które bardzo rozmnożyły się nad Bugiem i „żrą co popadnie”. Śladów ich działalności jest sporo. Krążą też legendy, że atakują ludzi i połykają w całości, ale jakoś do tej pory tego nie doświadczyłem 🙂 I niech tak zostanie.

Słońce przyjemnie grzeje, ale kończy się mój limit czasu, więc zarządzam odwrót. Ruszam starą ścieżką, która już mocno zdziczała i docieram w okolice drogi do Woroblina. Tu skręcam w starą drogę ponad rozlewiskami i docieram znowu do Bugu.

Stąd mam już blisko do swojego „parkingu” 🙂

Galeria:

Trasa spaceru:

W zasadzie pojechałem na grzyby.

Aparat na ramieniu to był „plan B”. Poszukiwania jakichkolwiek oznak, że coś w lesie rośnie zacząłem tydzień wcześniej. Nic, nawet śladu muchomora 😉 Bez wielkiej nadziei, że cokolwiek znajdę, ruszam w kierunku Kodnia. Las jest tam piękny, ale szybko się przekonuję, że pusty.

No ale pretekst był… żeby zajrzeć na Sugry.

Sugry (Suhre, Suchry) koło Kodnia – tej wsi już nie ma

Dzisiaj z wszystkich domów,  w których przed II wojną światową żyło 13 rodzin, została tylko jedna bardzo stara drewniana chałupa bez drzwi i okien.  Dach już w połowie opadł. Ściany także nie wytrzymały próby czasu.

Została też studnia z betonowych kręgów – jedyny trwały świadek historii tej wsi. [źródło: Sugry]

Chałupy już nie ma, został tylko fundament.

Byłem tu przejazdem rowerem i duże wrażenie zrobiła na mnie piaszczysta skarpa wpadająca do Bugu. Chyba jedna z ładniejszych. I dla niej tu wpadłem. 

Długie światło zachodzącego słońca kładzie głębokie cienie, ale epicko przystrojone w chmury niebieskie niebo podsuwa mi pomysł na zrobienie HDR. To do dzieła.

Jest chłodno, pewnie z 5 stopni, więc długo się nie kręcę. Zdjęcia zrobione, czas ruszać w drogę powrotną.

Wracając, zatrzymuję się jeszcze w okolicy wsi Żuki. Kilka wzniesień zaintrygowało mnie w czasie rowerowych letnich wypraw. Krótkie śledztwo wykazało, że to rozpoczęta i niedokończona budowa jednego z fortów Twierdzy Brzeskiej.

 

Fort „I” znajduje się obok wsi Żuki. Pierwotnie zakładano jednak inną lokalizację tego fortu, który miał zostać wybudowany na północ od obecnego miejsca tj. obok wsi Murawiec. Nieodpowiednie warunki gruntowe w miejscu planowanej budowy uniemożliwiły jednak wzniesienie fortu stałego, w związku z czym podjęto decyzję o zmianie lokalizacji fortu, który przesunięto 1,5 km w przód tj. w kierunku południowym w pobliże wsi Żuki. Jak się później okazało nie była to jedyna tak znaczna zmiana w planach budowy tego fortu.

Fort lit. I (ros. И) w Żukach należał do grupy dzieł tworzących główną linię obrony twierdzy brzeskiej tj. do drugiego pierścienia fortów zewnętrznych. Plan, którego decyzję o realizacji podjęto już w 1912 roku, zakładał budowę w ciągu 10 lat nowej pozycji fortecznej (II linii fortów) oddalonej o ok. 7 km od centrum twierdzy i 2,5-3 km od poprzedniej linii fortów.Nowa pozycja docelowo miała się składać z 14 fortów, 21 punktów oporu międzypola, 5 koszar obronnych i kilkudziesięciu baterii artyleryjskich. Planowanym 12 stałym fortom nadano oznaczenia literowe (rosyjskie): А, В, Г, Е, Ж, 3, И, К, Л, М, N, О. Do głównej pozycji obronnej dołączono także zmodernizowane „stare” forty VIII i X, których nazwy zmieniono odpowiednio na „Б” oraz „D”. Z drugiego pierścienia fortyfikacji cztery znajdują się na terytorium Polski tj. forty (И-Żuki, К – Kobylany, Л-Lebiedziew, О-Koroszczyn). [źródło: twierdza.org]

Słońce zaszło, więc ani grzybów ani zdjęć już nie będzie 🙂 Czas do domu.