W dniu 19 sierpnia 1942 r. Niemcy przystąpili do likwidacji skupiska żydowskiego w Łomazach. W akcji brali udział członkowie oddziału Hilfswillige – tak zwani Hiwis – oraz 101 Batalionu Policyjnego. Niemcy wypędzali Żydów z ich domów i gromadzili na placu przed szkołą i na szkolnym boisku. Podczas przeszukiwań budynków zabito wiele osób. Po dwóch godzinach zebrano około 1600-1700 osób. Z tej grupy Niemcy wybrali kilkudziesięciu mężczyzn i zawieźli ich do lasu Hały, gdzie nakazano im kopać grób.[źródło: https://sztetl.org.pl/

O Czarnym Lesie usłyszałem już jakiś czas temu. O Czarnolesie też słyszałem, ale tym razem nie chodziło o podążanie tropem Kochanowskiego 🙂

Jest to rezerwat z ulubionymi przeze mnie klepkami, z których ułożono ścieżkę przeznaczoną  do zwiedzania. 

Wiosna w tym roku zbliża się bardzo opornie i w kolejne weekendowe poranki wita mnie przymrozkami. W tej sytuacji nie ma na co czekać.

Wbijam w nawigację „Czarny Las” i dojeżdżam bezbłędnie do rezerwatu. Inna sprawa, że oprócz tabliczek z nazwą nie ma tu śladu ścieżek, parkingu, oznaczeń – czegokolwiek. Las się kończy, dojeżdżam do wsi i robię nawrót.

I oto znowu stoję w środku lasu, więc uruchamiam przeglądarkę z nadzieją, że złapię jakiś zasięg. Jest! O ile rezerwat znajduje się przy samej drodze i nie jest przeznaczony do zwiedzania, to wyszukanie ścieżki wskazuje, że znajduje się ona kilometr dalej w głębi lasu. A tu drogę przegradza szlaban. Kolejny nawrót i wracam do wsi Kostry, którą chwilę wcześniej odwiedziłem, potem skręcam do oddalonego o kilometr Milanowa i stąd już bezbłędnie ląduję z drugiej strony rezerwatu, gdzie wita mnie drewniana brama i tablica informacyjne, że jestem u celu. 

Aparat na szyję i ruszam wzdłuż tablic, które niewątpliwie wskazuję kierunek marszu. Jak to w rezerwacie, wita mnie… dźwięk pił spalinowych 😉

Przechodzę wzdłuż kolejnych wyrębów i wreszcie zagłębiam się w las. Ten kończy się wkrótce i oto jest moja „zagubiona autostrada”. 

Chodzenie po bagnach „wciąga” 🙂 Trasa ścieżki ułożona jest w niezwykłym miejscu – przecina ona w poprzek ogromne bagno. Najpierw jest długa prosta, potem kilka zygzaków i wreszcie wieża obserwacyjna. Czekam z niecierpliwością, aż się przyroda zazieleni, by wrócić tu na kolejny spacer. Na razie krajobraz jest zdominowany przez wyschnięte po zimie trawy. Robię trochę zdjęć i aż szkoda opuszczać tak „gościnne” miejsce 🙂

Bagno się kończy i wychodzę z drugiej strony lasu. Wita mnie mała wiatka z przygotowanym na ognisko stosem drewna, potem zagłębiam się w stary, piękny las. Widać pierwsze zawilce, kwitną też fioletowe przylaszczki. Między drzewami wypatruję wielki, pomnikowy dąb. Oczywiście nie odmawiam sobie przyjemności obejrzenia go z bliska i przedzieram się przez krzaki. Jest całkiem spory 🙂

Ruszam dalej. Oznakowania ścieżki się kończą, więc próbuję na azymut określić swoje położenie i trasę powrotną. Wspomagam się na chwilę niezawodna aplikacją do nawigacji i po długiej prostej wychodzę na leśne skrzyżowanie, gdzie skręcam w kierunku głównej drogi. Tu niestety mijam ogromne wyręby. Widać co prawda ślady gospodarki leśnej, ale ja pewnie tego lasu już nie zobaczę.

Końcówkę trasy postanawiam nieco skrócić i wchodzę w leśną odnogę, która niestety kończy się podmokłym zagłębieniem. Zostaje klasyczne haszczowanie, które po kilkuset metrach kończy się na asfaltówce do wsi Zieleniec. Gdzieś tam między drzewami kicaja spłoszone sarny.

Stąd mam już tylko 10 minut do swego parkingu.

Jest ciepła niedziela, zima się skończyła – czas ruszyć w teren. Korzystam z okazji i zabieram córki na wyprawę w okolice Romanowa. To właśnie tam po zakończeniu wojny zostali przesiedleni moi Dziadkowie.  Nie mówię dziewczynom gdzie jedziemy – to będzie niespodzianka. 

Pół godziny jazdy i zatrzymujemy się na rozstaju dróg. Stoi tu kapliczka. Stoi od 1946 roku – jest dziełem Dziadka. Widać po niej upływ czasu, ale miewa się całkiem dobrze. Za to siedlisko opustoszało – nie ma już ogrodów, nie ma domu, budynków gospodarczych.

Tak się nostalgicznie zrobiło. Robimy trochę pamiątkowych fotografii.

Po drodze jest jeszcze Romanów. Jako że tutejszy lokator jest patronem Liceum moich córek, robimy postój na krótki spacer wokół dworku. Lokatora oczywiście od dawna tu nie ma, ale jest jego Muzeum. To Józef Ignacy Kraszewski.

Tym razem skromnie, bo wybrałem jedną fotografię. Jest to budynek znajdujący się na terenie ODR Grabanów.

Od końca XVI wieku Grabanów był własnością Radziwiłłów – jako część majątku Roskosz wchodzącego w skład ich hrabstwa bialskiego. W 1714 rozbudowano tu folwark i założono bażantarnię. Nadano im zwarte, barokowe założenie kompozycyjne. Przed połową XIX wieku (?) majątek został własnością Grabowskich, od końca XIX wieku należał do Szulców (w latach 1939 – 1944 do Wacława Szulca). W XIX wieku folwark znany był z wysokiej kultury rolnej.

        Znajduje się tu klasycystyczny dwór wzniesiony po 1860 (w miejsce dawnego, drewnianego), dla Grabowskich, być może według projektu Franciszka Jaszczołda. W latach 1974 – 1975 i 1986 – 1988 przeprowadzono remonty, wnętrza zostały przebudowane na Dom Opieki Społecznej. Od 2002 do 2015 mieścił się tu hotel Lubelskiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego. 

Budynek jest murowany z cegły i otynkowany. Ma rzut wydłużonego prostokąta frontem zwróconego na wschód, z pięciobocznym, parterowym ryzalitem w elewacji ogrodowej. Jest parterowy, z czteroosiową, piętrową częścią środkową, podpiwniczony. 

Elewacje, posadowione na wysokim cokole, są boniowane (z wyjątkiem piętra), zwieńczone gzymsem. Elewacja frontowa jest dziewięcioosiowa, elewacja ogrodowa jedenastoosiowa i zwieńczona żeliwną balustradą (wieńczącą daszek ryzalitu), elewacje boczne są trójosiowe. Na parterze osie skrajne oraz portal elewacji frontowej ujęte są pilastrami w typie toskańskich. Elewacja ogrodowa ujęta jest analogicznie lizenami, elewacje boczne dzielone pilastrami. Piętro ma podziały ramowe, ujęte jest toskańskimi pilastrami dźwigającymi belkowanie. 

Wejście w elewacji frontowej zamknięte jest półkoliście, ujęte w opaskowe obramienie i poprzedzone stopniami z pełną balustradą. Okna są prostokątne, na parterze zamknięte odcinkowo, ujęte w profilowane opaski z kluczem i płycinami podokiennymi. Te w osiach skrajnych są większe, zamknięte półkoliście. Na piętrze są po dwa okna typu porte-fenetre (pośrodku) i dwa prostokątne (po bokach). Budynek nakryty jest blaszanym dachem dwuspadowym, część piętrowa czterospadowym. Układ wnętrz jest dwutraktowy, przekształcony.[źródło: Dwór Grabanów]

„Polami, polami, po miedzach po miedzach”… tak było w „Nucie z Ponidzia”, a na moim Podlasiu jest podobnie. „Nie za szybko, kroki drobiąc, idzie wiosna”. 

Kolejne marcowe weekendy stoją pod znakiem niskich temperatur, przewalających się chmur i ogólnie jest „marcowo”. Mimo to w niedzielne popołudnie podrywam swoja następczynię do boju i ruszamy na fotograficzne łowy. 

Nasz cel to Kołczyn – stoi tam w niedużym lasku w otoczeniu pomnikowych drzew mała kaplica. A obok klasyki krajobrazu: polna droga z wierzbami, krzyż na rozstaju. Jakoś chętnie tu wracam, bo temat fotograficzny należy do moich ulubionych. 

Kręcimy się chwilę wokół kaplicy, potem ruszamy przez wichrowe pola ku wierzbom. Jeszcze stoją. W szale cięcia wszystkiego co popadnie obawiam się, że ktoś je kiedyś też zgładzi 🙁

Dochodzimy do rozstaju. Nie ma słońca, kolory raczej pesymistyczne, więc ostatecznie zdecyduję się na obróbkę dzisiejszych zdjęć w szarościach. Na razie jednak walczymy z zimnem i wiatrem i po kilku minutach zarządzamy odwrót. Gdzieś tam na chwilę prześwituje niebieskie niebo.

Półgodzinny spacer uznajemy za udany i wracamy do auta. Bo w domu czeka na nas ciepła kawa 🙂