Kolejną nadbużańską przygodę rozpoczynam w Zabużu w pobliżu promu. Ten w Niemirowie niestety nadal nie pływa.

Rower złożony, chwilę czekam, aż prom przybije do mego brzegu. Oczekując, słucham przez chwilę rozmowy dwóch Rosjanek z dwoma Polkami po angielsku 😉 Zdaje się, że rosyjskiego nikt już w szkołach nie uczy. Konkluzja rozmowy jest taka, że prom jest „no pay” 😉  Ten za chwilę przybija do brzegu, więc pakuję się na pokład. Jeszcze tylko dwa auta i już płyniemy.

Napęd promu to sprytny mechanizm wykorzystujący prąd rzeki, wspomagany czasem ręcznie przez pomocnika kapitana 🙂 W dużym skrócie są to dwie linki pozwalające ustawić prom pod kątem w stosunku do osi rzeki i resztę robi szybko płynąca woda.

I już jestem w Mielniku. Ustalam jeszcze tylko godziny przerwy, by zdążyć na kurs w drugą stronę i ruszam w drogę. Dość szybko opuszczam Mielnik. Wielkiego wyboru dróg nie ma – jadę asfaltówką i spoglądam co chwila w las w poszukiwaniu jakiejś odnogi w stronę rzeki. Pierwsza próba jest nieudana – po kilkudziesięciu metrach owszem – jestem nad rzeką, ale leśna dróżka kończy się niedużą polaną i muszę wrócić na główną drogę. Tylko samotny wędkarz patrzy zdziwiony, że ktoś tu trafił oprócz niego. Nadzieja wstępuje dopiero w okolicy wsi Wajków. Leśna droga, w którą skręcam, jak nic zmierza w stronę rzeki. Napotykam jakieś leśne skrzyżowanie i intuicja podpowiada mi, żeby skręcić w lewo, Faktycznie – wyjeżdżam na tyłach wsi nad samą rzeką. Droga niestety robi się słabo widoczna i przedzieram się przez jakieś łąki pogrodzone płotami, pod którymi co rusz muszę przeciągnąć rower. Mijam jakaś wielką rezydencję krytą strzechą, potem jest jakiś zapomniany pomnik poświęcony AK i z ulgą odnajduję drogę wyprowadzającą do wsi.

Mijam Wajków, droga asfaltowa zamienia się w moją ulubiona polną. Co najważniejsze – ciągnie się ona ponad samym Bugiem. Sama przyjemność z jazdy. Z jednej strony rzeka, z drugiej dość wysoka skarpa ukryta w lesie.

Gdzieś w oddali mijam kolejną wieś – Sutno.

Droga wiedzie pomiędzy starymi bużyskami i zmierza ku kolejnej wsi – zbliżam się do Niemirowa. Wcześniej jednak czeka mnie jeden z celów tej wyprawy – skarpa widokowa w Gnojnie, ale widziana z zupełnie innej perspektywy. Okazuje się, że na cypelek wiedzie całkiem wyraźana ścieżka, którą dojeżdżam prawie do rzeki. Ostatnie parę metrów pokonuję pieszo i oto jest. Piękny widok! Na szczycie skarpy widzę kilka osób i skala porównania daje pojęcie o jej wielkości.

Krótka sesja zdjęciowa, mały posiłek w tych pięknych okolicznościach przyrody i wracam na główną drogę. Jest tu sporo wędkarzy, jakieś namioty, wiatka. Smutne w tym wszystkim jest jedynie to, że po drodze mijam stosy śmieci. Tutaj jest ich kumulacja.

Dalej droga wiedzie już prosto do Niemirowa. Wjeżdżam do wsi od strony rzeki. Mijam wysoką wydmę, jeszcze trochę i docieram do centrum. Cisza i spokój. Życie toczy się leniwie. Daleko tu do cywilizacji i bardzo mi to odpowiada.

Mijam leżący na brzegu prom. Znowu nie pływa w tym roku z powodu niskiego stanu wody.

Przed laty Niemirów był tętniącym życiem miastem z przywilejem na dwa targi w tygodniu i kilka jarmarków. Bogactwo czerpał wtedy z położenia nad Bugiem, ważnym traktem handlowym, którym ku morzu płynęły wszelkie dobra, choć głównie zboże i drewno. Istniejąca już w XV wieku osada Niwice, rozrastająca  się przy przeprawie przez rzekę, prawa miejskie uzyskała w 1616 roku za sprawą Stanisława Niemiry, kasztelana podlaskiego. On też nadał jej nowa nazwę.

Cóż się stało z miasteczkiem? Położenie, które służyło mu przez wieki, stało się wreszcie przyczyną jego upadku. W czasie I wojny dwukrotnie przechodził tędy front, walki toczyły się tu w czasie wojny polsko – bolszewickiej, a po 17 września 1939 roku na Bugu wyznaczono granicę między Generalną Gubernią a Białoruską Republiką Radziecką. Ta strona Bugu znalazła się w ZSRR, co gorsza na jego strategicznej granicy. Kazano ludziom wynosić się z nadgranicznej strefy, rozebrać własne domy. Na wzgórzach nad Bugiem umacniały się bunkry linii Mołotowa… Gdy Niemcy odepchnęli Rosjan na wschód część mieszkańców wróciła na stare siedliska, część szukała szczęścia w innym miejscu. Jedna piąta niemirowskiej społeczności, Żydzi, podzielili los współwyznawców. Po wojnie Niemirów utracił prawa miejskie i tak już zostało.

Kościół pod wezwaniem świętego Stanisława Biskupa i Męczennika prezentuje się na tle rynku okazale, choć nie jest wcale ogromny. To tylko kontrast wobec niskiej zabudowy. Białe, zadbane mury ostro kontrastują z zielenią drzew. Zbudowali go w latach 1780-1790 ówcześni właściciele miasteczka, Czartoryscy, po pożarze wcześniejszej drewnianej świątyni. Bryłę ma jeszcze barokową, wystrój już dąży do nowego stylu, klasycyzmu.

Kościół, jak miasteczko, przeżywał trudne chwile. W ramach szeroko zakrojonych na Podlasiu represji po powstaniu styczniowym, został zamknięty i taki pozostał przez 40 lat. Dopiero w 1905 roku, na fali odwilży, car pozwolił przywrócić go katolikom. Gdy Rosjanie wysiedlili mieszkańców, świątynia została pusta. Udało się jednak uratować część wyposażenia.

Na obrzeżach wsi, na wzgórku nad Bugiem znajdujemy cmentarz. Sporo tu starych nagrobków. Jeden ze starszych należy do niejakiego Rączki, który zmarł wioząc do cara petycję o przywrócenie kościoła wiernym. Uwagę zwraca jednak ceglany nagrobek w kształcie kapliczki, stojący niemal pośrodku nekropolii. Rzeźbę na pomniku Konstantego Pieńkowskiego, ziemianina z pobliskiego Sutna, wykonał  Xawery Dunikowski[źródło: krajoznawcy.info].

Czas mam całkiem dobry, więc ruszam polną drogą pod górkę, bo mam tu jeszcze jedną misję. Przejeżdżam mały zagajnik i docieram do końca Polski. Dosłownie. Drogę przegradza mi płot, a dwa słupki graniczne sugerują że dalej „nielzia”.

Podjeżdżam kawałek w stronę rzeki i oto przede mną miejsce, gdzie Bug przestaje być rzeką graniczną i wpływa do Polski. Stąd na północ zaczyna się „zielona granica”. Kilka fotek i zmykam, żeby mnie Straż Graniczna nie ganiała 😉

Wracam do Niemirowa. Stąd kieruję się na Mielnik nieco inną drogą – czeka mnie długa asfaltowa prosta z kilkoma podjazdami i zjazdami 🙂 Tempo jest tak dobre, że na promie jestem pół godziny przed planowanym czasem przerwy 🙂 Wracam na swój brzeg Bugu i można wracać do domu.

 

 

 

Szukałem i znalazłem 🙂 Schowane głęboko w lesie, wśród bagien. Szybko stały się ulubionym celem wyjazdów rowerowych, bo to raptem 10 kilometrów od domu. W trzecim podejściu pojechał ze mną aparat fotograficzny.

Informacje na temat dębów znalazłem u niezawodnego Jakuba.

Pora późna to i zdjęcia wychodziły trochę jak z bajek z mchu i paproci 🙂

A otoczenie dębów też lekko posępne 🙂

Święte dęby, to dwa pomniki przyrody, podlegające ochronie od 1988 r. Miejsce, gdzie drzewa rosną przypomina pradawne uroczysko. Niewielka wyniosłość, wysepka z prastarymi drzewami, otoczona przez bagna. Oba dęby rosną w niedalekiej odległości od siebie.

Wymiary dębów: pierwszy – obwód  315 cm wys. 28 m, drugi – obwód 348 cm wys. 28 m. Obecnie dęby ogrodzone są płotkami, dodatkowo w 2016 postawiono obok nich tablicę informacyjną – “Święte dęby”.

“Święte dęby” to nazwa nieprzypadkowa, uroczysko bowiem, związane jest z pewną opowieścią przekazywaną ustnie z pokolenia na pokolenie. Podanie mówi, że w czasie prześladowań Podlaskich Unitów przez carskie władze w kwietniu 1876 roku miało miejsce pewne zdarzenie, kiedy to kobiety z miejscowej parafii Hrud, przez okres sześciu tygodni chroniły swoje dzieci w tym uroczysku, aby zapobiec przymusowemu ochrzczeniu ich w obrządku prawosławnym. Wydarzenie te opisał Władysław St. Reymont w książce “Z Ziemi Chełmskiej” tymi słowami:

(…) w początkach kwietnia, któregoś dnia na samem świtaniu, zahuczał nagle dzwon na trwogę, i rozniosły się złowrogie krzyki:

— Wojsko idzie! Ratuj dzieci, kto w Boga wierzy!

…Wojsko zajęło wieś, i wyszedł rozkaz, aby wszystkie kobiety z dziećmi zebrały się pod cerkwią. Naturalnie nie zjawiła się ani jedna; były już w bezpiecznem schronieniu.

…Dopiero po śladach zrozumiano, gdzie się schroniły; otoczyli więc las patrolami, przecięto komunikacyę ze wsią i srogo pilnowano, żeby nikt nie wynosił im żywności.

…Przeszedł szósty tydzień — nie powróciły! Wreszcie i wojsko miało już dosyć tego oczekiwania i wymaszerowało z Hrud. 

Wtedy cała wieś, jak jeden człowiek, rzuciła się na przełaj do lasów, a jeszcze nie dobiegli, gdy z mrocznych głębin zaczęły się pokazywać jakieś mary; szły zgarbione, o kijach, prawie nagie, wynędzniałe, rozkudlone, sczerniałe, podobne do szkieletów, ale radosne, jak słońce, jak wiosna, tryumfujące, i, jak samo życie, niezwyciężone!…

Zwalczyły głód, strach, opuszczenie, zimno i choroby; zwalczyły samą śmierć, ocaliły dzieci, i oto wracały te wielkie, te bohaterskie, te święte dusze w domowe progi, do codziennego trudu i do codziennej walki”. [Źródło: radiobiper.info]

Do tego odcinka przybierałem się długo. Powód jest dość prozaiczny – jest tam ode mnie dość daleko. To w zasadzie chyba najodleglejszy odcinek z dotychczas przejechanych. Postanawiam więc wyjechać dość wcześnie i już o siódmej jestem w drodze. Poranek jest chłodny, ale nim dojadę, słoneczko zacznie przygrzewać i jazda ponad Bugiem nie będzie odbiegać od dotychczasowych wycieczek.

Rower wypakowany, auto zostaje pod opieką cerkwi w Uhrusku (która akurat jest w remoncie) i ruszam w ścieżkę, którą rok temu wróciłem z nadbużańskich łąk. Błądzenia tym razem nie ma – droga jest oczywista i szybko wyprowadza mnie nad Bug.

Łapię ślad pograniczników i ruszam ku przygodzie. Za jakiś czas – zgodnie zresztą z planem muszę oddalić się od rzeki, bo drogę przegradza mi mała rzeczka Uherka. Jadę wzdłuż niej jakiś czas aż do mostu, przeskakuję na drugą stronę i znowu jestem nad Bugiem.

Teraz przede mną długa i niezbyt skomplikowana trasa. Jadę prawie cały czas ponad rzeką. Wokół niesamowita pustka. Rozległe łąki, żywego ducha, nawet lasów brak i krzaków mało. Teren jest dość płaski, czasem przejeżdżam jakieś zagłębienia, w których roślinność jest wyższa ode mnie 🙂

Wyjeżdżając z jednego z dołów odkrywam samochód Straży Granicznej. Prawie zmuszam panów od uchylenia szyby i muszą wpuścić do swego klimatyzowanego auta gorące powietrze. Rozmowa jak zawsze jest sympatyczna, przedstawiam się jako nadworny fotograf Bugu 🙂 Po kilku minutach każdy rusza w swoją stronę.

Wszechobecną zieleń w pewnej chwili zdominował kolor żółty. Wielka jest moc pojedynczego słonecznika 🙂

Przemierzam rozległe łąki z dala od cywilizacji.

Bug co chwila zmienia kierunek, a z mapy wynika że odcinek jest wyjątkowo kręty. Szczególne wrażenie robi długi na około kilometr półwysep, na który oczywiście wjeżdżam i podziwiam Bug z lewej i prawej strony – tyle że płyną w przeciwnym kierunku 🙂

Zbliżam się do Świerża. Tu teren trochę się zmienia. Pojawia się nieduży lasek, jest i skarpa, którą chwilę jadę i która kończy się nagle obniżeniem. Dalej drogi nie ma, jest tylko leśne rondo 🙂

Zawracam i przejeżdżam kilkaset metrów, a po chwili wyjeżdżam na drogę asfaltową. Jadę nią około kilometra i znowu jestem nad Bugiem 🙂 Od drogi dzieli go tylko kilkadziesiąt metrów. Czas całkiem dobry, więc postawiam pociągnąć jeszcze trochę trasy. Skręcam w pierwszą polną drogę i dojeżdżam na tyły Świerża. Mijam kilka domów stojących tuż nad rzeką na wysokiej skarpie i wjeżdżam w pozostałości parku. Są jakieś zarośnięte aleje parkowe, gigantyczne okazy drzew, gęste zarośla. 

W Świerżach znajduje się zabytkowy park z przełomu XVIII i XIX w. zajmujący powierzchnię ok. 10 ha. Obejmuje pozostałości zespołu pałacowo-parkowego,założonego przez ówczesnego właściciela wsi – Rulikowskiego. Pałac podczas II wojny światowej został zniszczony, zachowały się tylko domy ogrodnika i dozorcy, fragment muru oraz budynek gospodarczy.

Park uznawany jest za jeden z najpiękniejszych w regionie. W 1992 roku został wpisany do rejestru zabytków województwa lubelskiego. Znajduje się tu największe na terenie powiatu chełmskiego skupisko pomnikowych drzew. Rośnie tu siedem dębów szypułkowych o obwodach pni od 320 do 420 cm oraz jesion wyniosły o obwodzie 280 cm. W parku występują też rzadkie gatunki drzew: iglicznia trójcierniowa i tulipanowiec amerykański. Uroku staremu parkowi dodaje piękna aleja grabowa oraz aleja kasztanowa. Wśród drzew znajdują się dwie sadzawki i mały ciek wodny z murowanym mostkiem. Naturalną granicę parku od wschodu stanowi malownicze zakole Bugu [źródło: roztocze-bug.pl].

Park się kończy się i wyjeżdżam w okolicy kościoła. Za chwilę znów jestem na drodze powiatowej. Stąd mogę już spokojnie wracać do auta, bo plan wykonałem. Ruszam więc dobrym tempem w kierunku Uhruska.

Po drodze czeka mnie jeszcze jedna atrakcja. W Hniszowie skręcam na chwilę do wsi, bo posiedzieć w cieniu dębu. Nie byle jakiego. Dąb Bolko, bo o nim mowa, według legend pamięta czasy Bolesława Chrobrego, który podobno również odpoczywał w jego cieniu. Nie mogę sobie odmówić chwili oddechu w takim towarzystwie.

Dąb Bolko – ok. 650-letni dąb szypułkowy, pomnik przyrody chroniony od 1959 roku, rosnący w pofolwarcznym parku w miejscowości Hniszów w gminie Ruda-Huta (województwo lubelskie). Jego obwód wynosi 870 cm, co stawia go w szeregu największych dębów w Polsce, a wysokość wynosi 29 m. W celu stabilizacji drzewa wykonywane są na nim zabiegi konserwatorskie – cięcia sanitarne, a korona stabilizowana jest przez wiązania dynamiczne. Dąb Bolko ma wyjątkowo okazałą koronę o wymiarach 34x30m.

Według legendy pod drzewem wypoczywać miał Bolesław I Chrobry w trakcie wyprawy na Kijów, jednakże jest to niemożliwe, gdyż wiek dębu obliczono na około 650 lat. W 2016 roku był jednym z kandydatów na Drzewo Roku w Europie, jako jedyne drzewo z Polski [źródło: Wikipedia].

Teraz została mi już tylko ostatnia prosta – 10 kilometrów do Uhruska i pętla zostaje zamknięta. W 3 godziny przejechałem około 35 kilometrów. I jak zwykle zostało mnóstwo bezcennych wrażeń i karta pełna zdjęć 🙂

Trasa:

 

W zasadzie jedna pozostałość. Odkąd jeżdżę ponad Bugiem w okolicach Sarnak, zawsze mi się przypomina historia z V2.

To była jedna z najbardziej brawurowych akcji Armii Krajowej. Polski wywiad zdobył niewybuch rakiety V2, jednej z największych tajemnic III Rzeszy. Podczas operacji „Most III” przetransportowano części pocisku z okupowanej Polski do Londynu. Pozwoliło to aliantom na przygotowanie się do obrony przed atakami tej broni. Wywiad AK ustalił, że próby z nową bronią Niemcy prowadzą m.in. na poligonie w rejonie Sarnak w pobliżu Białej Podlaskiej. 20 maja 1944 r. partyzantom udało się zdobyć niewybuch V2. Po rozebraniu pocisku na części system sterowania rozszyfrował radiotechnik inż. Janusz Groszkowski, a profesor chemii Politechniki Warszawskiej Marceli Struszyński przeanalizował napęd rakiety. Plany V2, mikrofilmy, wyniki analiz polskich naukowców i kluczowe części pocisku dostarczono do Londynu w ramach operacji „Most III” [źródło: Polska Zbrojna].

Czego tu szukałem? No rakiety raczej nie 🙂 Ale wiedziałem o istnieniu pozostałości po próbach – ogromnych lejów. Jeden z nich znajduje się w pobliżu wsi Drażniew i to on stał się moim celem.

Parkuję jak zwykle koło dworku w Mężeninie, Rower zmontowany i można jechać. Znaną mi już szutrówką przejeżdżam przez las i przy leśnym parkingu skręcam w stronę rozlewisk Bugu. Teren dla mnie całkiem nowy, więc z przyjemnością go odkrywam. Docieram do bużyska, gdzie miały być jakieś pomosty dla wędkarzy, ale oprócz wiatki nic tu nie ma. Trudno – ruszam dalej. Za chwilę jestem w pobliżu samotnych zabudowań, gdzie kiedyś przechodziłem przez podwórko pod czujnym okiem dwóch piesków, takich co to łykają w całości. Teraz jestem jednak z drugiej strony budynków i mam nadzieję ominąć groźne podwórko łąką. Ta jednak straszy mnie tabliczką że „teren prywatny”. Ale może droga przez środek łąki nie jest prywatna?

Przemykam szybko kilkanaście metrów. Nikt nie goni 🙂 Można jechać dalej. Docieram do ujścia Tocznej, chwilę podziwiam moją ulubioną rzeczkę.

Ujście znowu się zmieniło. Zniknęły wielki piaszczyste wyspy, Bug płynie szeroko i dostojnie.

Potem ruszam w kierunku Drażniewa. Oczywiście rozlewiska natychmiast mnie wzywają, by zrobić im kolejne zdjęcie 🙂

Jadąc przez las szukam bocznej odnogi, przy której powinna znajdować się szukana dziura w ziemi. Nie ma drogi, jest za to nieco starszy „luźny” lasek. Przemykam pomiędzy sosnami i po dwustu metrach… Jest! Duża dziura! Nieźle rąbnęło. Na oko ze 25 metrów średnicy, idealnie okrągła i głęboka pewnie na 5-6 metrów.

Okrążam lej kilka razy, robię zdjęcia z różnych stron.

Siadam na 10 minut – zasłużona chwila przerwy na wodę i kanapkę. Kalorie uzupełnione i można jechać dalej. Krążę ścieżkami ponad bużyskiem, w efekcie czego docieram znowu pod zabudowania, przy których dziś już bylem 🙂 Miałem nadzieję dotrzeć do ścieżki prowadzącej nad Bug, ale drogę przegradzają mi jakieś mokradła. No trudno – zawracam i tą samą drogą, którą przyjechałem – docieram do szutrówki. Tuż przed Mężenienm znajduję jeszcze jedną wąską dróżkę w las, więc skręcam i po kilkuset metrach ląduję na łące. 🙂 Na szczęście 100 metrów dalej trafiam na polną drogę i wkrótce jestem nad Bugiem. Jest znajoma wiatka, jest dziwny dom na tyłach dworku. Ostatni wysiłek na mocno piaszczystej drodze i jestem znowu przy aucie.  

Trasa:

Przyszła w końcu pora na realizację śmiałego planu rodzinnego, który chodził za nami już od kilku lat. Wspólne wejście na Rysy.

W maju zawiązujemy wspólnie ze znajomymi silną grupę atakującą, stosowną rezerwację poczyniłem oczywiście u Palo i Mariana i odliczamy dni do urlopu.

Wreszcie jest – wyczekiwany. Pakowanie, planowanie, sprawdzanie pogody i jedziemy. Poszło wyjątkowo szybko.  Wyjazd zaplanowany na szóstą rano – praktycznie bez obsuwy. Nowa trasa przez Rzeszów sprawdziła się. Nowa obwodnica Lublina pozwała gładko ominąć miasto, pod Rzeszowem też jest kawałek ekspresówki, potem A4 i już jesteśmy pod Nowym Sączem. Tuu jak zwykle wolniej, bo droga kręta, ale ruch niewielki i zaraz jesteśmy na Słowacji. Tutaj czuję się już jak u siebie. Z przyjemności pokonuję kolejne zakręty znanej na pamięć drogi i około czternastej meldujemy się u naszego gospodarza. Niedługo po nas dojeżdża druga grupka.

Oczywiście zasiadamy do „rezanego”, potem jeszcze obiad i kolejne „rezane”. Ustalamy plan pierwszego dnia – trzeba się rozruszać, więc coś „lajcikowego” 😉

Wyprawa pierwsza

Wybór pada na Chatę Teryho. W tej grupie próbowaliśmy już kiedyś podejść, ale wybraliśmy się jak pamiętam zbyt późno i morale upadło 😉 Tym razem idzie bardzo sprawnie. Wjeżdżamy na Hrebienok i zaraz ruszamy na szlak w kierunku Chaty Zamkovskiego. Most na Białej Wodzie tydzień wcześniej odpłynął wraz z ulewnymi deszczami, które nawiedziły Tatry, ale już stoi nowy – jeszcze pachnący świeżym drewnem. Mijamy wodospad, gdzie obowiązkowo po raz nie wiem który zatrzymuję się, by zrobić zdjęcie. Wspinamy się łagodną ścieżką, podziwiając przy okazji rozległą panoramę Słowacji. Pogoda jest doskonała na wędrówkę: nie za gorąco, słonecznie, trochę obłoków.

Wreszcie przed nami Chata Zamkovskiego. Robimy obowiązkowy przystanek na czesnakową i kufel kofoli 🙂 Siedzi się całkiem miło, ale plan „rozchodzenia” czeka. Podrywamy ekipę i już maszerujemy w głąb Malej Studenej Doliny. Dolina jest jak z bajki – zieleń, kwiaty, środkiem płynie kaskadami potok a po obu stronach wysokie ściany skalne. Po prawej mam Łomnicę, na szczycie której błyszczy w słońcu stacja.

Pokazuję schronisko – nasz cel. Reakcja: ooo reety, taam mamy wejść?

Ano tam. Dochodzimy do końca Doliny. Teraz czeka nas 400 metrów podejścia w skale. Nagle okazuje się, że nie jest tak strasznie. Skaczemy po kamieniach jak kozice, przeskakujemy wodospad, jeszcze trochę zygzaków i jesteśmy w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich – ponad 2000 metrów nad poziomem morza. Krajobraz surowy ale piękny. Głodomory wciągają „buchty na pare”, które po kilku dniach zgodnie zostają okrzyknięte jako najlepsze w całych Tatrach. Potem jeszcze spacerek pośród jeziorek, drzemki na kamieniach, podziwianie krajobrazów i czas na odwrót.

Spokojnie schodzimy bez strat w ludziach i sprzęcie do Zamkovskiego, zahaczamy jeszcze o Rainerową Chatę, by wypić pyszny „bylinowy czaj” i pogapić się na lisa, który usiadł obok schroniska i czeka, co by tu skubnąć turystom 😉

Zdążamy na ostatnią kolejkę w dół i w parę minut jesteśmy znowu w Novej Lesnej.

 

Wyprawa druga

Poczuliśmy trochę rozruch poprzedniego dnia, więc kolejny plan zakłada, że nie szalejemy. Pogoda dalej trzyma wbrew prognozom a my ruszamy w głąb Doliny Mięguszowieckiej z zamiarem wejścia na Przełęcz pod Ostervą. Lub odwrót, gdyby duch w ekipie siadł.

Spokojnie docieramy w okolice szlaku na Cmentarz Ofiar Gór i mając nadmiar czasu skręcamy oczywiście w bok, bo nasza ostatnia wizyta tutaj odbyła się w mało sprzyjających warunkach pogodowych.

Przechodzimy w zadumie cała trasę, zaglądamy na polską ścianę chwały, gdzie możemy chwilę pobyć w towarzystwie m.in. Kukuczki, Morawskiego i Rutkiewicz.

Okrążamy Popradskie Pleso i zasiadamy w schronisku. „Buchty na pare” idą na pierwszy ogień. Ale gdzie im tam do tych z Chaty Teryho 🙂

Trwa debata na temat zdobycia ściany pod Ostervę. Jej widok budzi na przemian trwogę i zachwyt 🙂 Tłumaczę, że to tylko godzina, ale dziś jestem mało przekonujący i nie cisnę towarzystwa 🙂

Rodzi się na szybko plan B.  Wyruszamy Magistralą w kierunku Strbskiego Plesa. To bardzo widokowy odcinek i pomimo, że krótki i mało wymagający, warto nim przejść. Biegnie on zboczem Grani Baszt, ścieżka jest chwilami przylepiona do zbocza, a tuż obok można podziwiać „przepaścistości”.

Niecałe dwie godzinki i jesteśmy nad Strbskim Plesem. Zaglądamy na chwilę nad jezioro na pamiątkowe foto i kanapki. Zostaje nam jeszcze przejść na stację kolejki elektrycznej i w 10 minut jesteśmy przy autach zaparkowanych u wylotu Doliny Mięguszowieckiej, gdzie zaczynaliśmy naszą wycieczkę.

 

Wyprawa trzecia

To w zasadzie miał być główny punkt naszego tygodniowego pobytu w Tatrach. Dwa poprzednie dni były traktowane jako przygotowania kondycyjne do wyprawy na Rysy.

Śniadanie zjadamy o siódmej i sprawnie przemieszczamy się do Doliny Mięguszowieckiej, gdzie dzień wcześniej zakończyliśmy wycieczkę. Jeszcze przed ósmą jesteśmy na szlaku. Przed nami cztery kilometry asfaltu i znowu jesteśmy nad Popradskim Plesem.

Tym razem postój jest krótki i wchodzimy na właściwy szlak. Podążamy najpierw dnem Doliny, mijamy pierwszy mostek, potem odejście szlaku na Koprowy Szczyt i zmierzamy do widocznego już kolejnego piętra Doliny. Forma dopisuje i jestem mile zaskoczony tempem zdobywania wysokości.

Wspominam swoje ostanie wejście w upalny dzień, gdy co chwila stawałem złapać oddech i wypić łyk wody. Dziś jest lekko pochmurnie, od czasu do czasu przebija się słońce a my pracowicie zdobywamy kolejne zakosy i już jesteśmy nad Żabimi Plesami. Jeszcze kilka minut i stajemy przed „kluczowymi trudnościami”. Bardzo jestem ciekaw, jak wyglądają słynne „schody na Rysy”, które montowano tu w czasie mego ostatniego pobytu. Dramatu nie ma. Podesty są zaskakująco wąskie i małe i mam wrażenie, że chyba łatwiej wchodzi się po starych łańcuchach, które biegną równolegle. Przejście po nowych podestach wymaga sporego zmysłu równowagi 🙂 

Krytyczne miejsce przechodzimy szybko i sprawnie, a największą frajdę ma najmłodsza część ekipy. Teraz została tylko wspinaczka skalnym terenem w kierunku schroniska. Niestety – sprzyjająca dotychczas aura postanowiła zrobić nam dowcip. Nagle słyszę w oddali pomruk. I niestety – nie jest to niedźwiedź. Docieramy do schroniska w całkiem dobrym czasie, ale trochę się zaciąga. Zasiadamy chwilę na naradę. Pomruki, jakkolwiek bardzo odlegle, powtarzają się. Nie wróży to nic dobrego. Słowacka strona wygląda jeszcze całkiem dobrze, ale nie wiemy co jest po polskiej, dopóki nie wyjdziemy na przełęcz Waga.

Podrywam grupke do boju, informując jednocześnie, że tam podejmiemy decyzję. Wyjście na przełęcz jest błyskawiczne.

Widok jak zwykle zapiera dech w piersiach. W zasadzie wszyscy poza mną są pierwszy raz w takim terenie, nic więc dziwnego, że szczęki im opadają. Strome, kilkusetmetrowe zerwy, Galeria Gankowa, ogromna przestrzeń, w dole Morskie Oko i Czarny Staw i no i same Rysy gdzieś na głowami. Te giną co jakiś czas w chmurze. No i niestety jest gorzej niż myślałem.

Decyzja będzie tylko jedna – odwrót. Jest sporo ludzi, więc wejście też nie będzie błyskawiczne. Gorączka szczytowa już niektórych dopadła, ale bezwzględnie zawracam grupę. Pomruki są coraz wyraźniejsze. Schodzimy z Wagi, jeszcze tylko odwiedziny słynnego kibelka i pędem w dół. Aby do lasu. Łańcuchy pokonujemy dość sprawnie, mijamy Żabie Plesa i dochodzimy do zejścia w dolinę.

Tu nareszcie widać, co tak mruczy. Co więcej – dość szybko zmierza ku nam na spotkanie. Burza jest już w okolicach Ostervy, więc tempo zejścia rośnie. Na szczęście jeszcze przed głównym uderzeniem udaje nam się zejść w okolice rozstaju szlaków. Przy mostku walą w nas pierwsze krople wody. A potem to już jest potop 🙂 Nad głowami huczą grzmoty, ale my już jesteśmy w lesie i bezpiecznie docieramy w pół godziny do schroniska. Ulewa jest na tyle skuteczna, że wszyscy są przemoczeni. Ale cali, zdrowi i zadowoleni z wycieczki.

Przeczekujemy około pół godziny i gdy deszcz słabnie, ruszamy w dół na parking. Wkrótce przestaje padać, wychodzi słońce, które – nim dotrzemy na parking – dość skutecznie nas podsuszy. Młodsza część ekipy przeżywa, że było tak blisko…. Tłumaczę cierpliwie, że Rysy będą stały i zaczekają.

 

Wyprawa czwarta

Poważna wyprawa na Rysy nieco nadwątliła siły, więc radzimy co by tu lżejszego znaleźć. Rzucam hasło: Słowacki Raj. Zaledwie 30 kilometrów jazdy od nas. Pomysł się podoba. Każdy gdzieś już słyszał o tej atrakcji, a ja jako jedyny widziałem 🙂

Wybór pada na najpopularniejszą Suchą Belę. Zaraz po śniadaniu i porannej kawie zbieramy się sprawnie,  pół godziny jazdy i jesteśmy na miejscu. Parking Podlesok znacznie się zmienił od czasu jak tu ostatnio byłem – przybyło kawiarenek, straganów, pojawiła się też budka z biletami 🙂 

Dzień wcześniej wieczorem pokazałem kilka zdjęć z tego rejonu i teraz padło sakramentalne pytanie: kto się czuje na siłach – idzie wąwozem, kto nie – szlakiem zejściowym. Spotkamy się na górze.  Samotnego wejścia nieznanym terenem postanawia dokonać moja piękniejsza połowa. Za czyn ten zostanie okrzyknięta bohaterem dnia 🙂

Podejście Suchą Belą to dwugodzinne zmaganie z wodą, kładkami, drabinami, łańcuchami, wąskimi szczelinami i dzika przyrodą. Widzę, jak duże wrażenie zrobiło przejście na mojej ekipie. Sporo fotografuję, by uwiecznić walkę z żywiołem 🙂 W wąwozie panuje półmrok, do tego ogromna wilgotność powietrza  – wszystko to powoduje, że czujemy się jak w tropikalnej dżungli. Każda kolejna kładka, każda drabina budzi w ekipie emocje. Ludzi jest sporo, czasem trzeba chwilę odstać w oczekiwaniu na swoją kolej.

Dwie godziny mijają błyskawicznie. To była piękna przygoda. Dzieci są bardzo zadowolone, dorośli nie mniej.

Docieramy do końca szlaku i spotykamy się w komplecie, bo niemal równocześnie dociera mój samotny wędrowiec 🙂 Zbierając zasłużone brawa. Robimy mały biwak i ruszamy w dół, słuchając opowieści o trudnościach szlaku zejściowego. Jakich trudnościach? Trudności to my mieliśmy 🙂

Nic bardziej mylnego. Większość trasy pokrywa się ze szlakiem rowerowym – jest szeroko i łagodnie, ale w końcówce okazuje się, że szlak pieszy idzie skrótami – nie dość że jest stromo, to jeszcze mnóstwo kamieni i korzeni. Wyrażamy słowa uznania dla mego bohatera, który tędy wszedł!

Zmęczeni i zadowoleni rozsiadamy się jeszcze na kufel kofoli w jednej z parkingowych kafejek.

 

Wyprawa piąta

Co tu dużo pisać… Po trudach poprzednich wypraw osiedliśmy na laurach i siedzieliśmy cały dzień w parku wodnym w Popradzie. Po tej wyprawie zeszła mi skóra z pleców 😉 W nagrodę nasz gospodarz zrobił nam na obiad „wyprażany syr” 🙂

W gratisie widok sprzed pensjonatu.