Noc Kupały

Za oknem śnieg, zimno, więc wspominam jak w w pewną letnią noc trafiłem nad Bug,a tam latały czarownice, biegały biesy (w raczej spały w sianie) i przygrywała Orkiestra św.Mikołaja.

dsc_9407

 Noc Kupały – znana na Mazowszu również pod nazwami Noc Kupalna, Kupalnocka, Kupała, a na Podlasiu, Śląsku i Podkarpaciu jako Sobótka. Jest to święto przypadające na najkrótszą noc w roku (okolice 21-22 czerwca) czyli przesilenie słoneczne. Pochodzenia nazwy tegoż święta badacze doszukują się na dwa sposoby. Może ona nawiązywać do bóstwa zwanego Kupałą, który był (lub była – nie ma zgodności co do płci) słowiańską wersją boga miłości (greckiego Kupidyna). Czasami uważa się go też za syna Swaroga, bądź jedną z jego personifikacji. Druga teoria dowodzi, że nazwa wywodzi się z indoeuropejskiego słowa „kup” (żarzyć się, jarzyć), lub „kump” (które oznacza jakąś grupę, wspólnotę, zbiorowość). Nazwa sobótka natomiast może oznaczać „mały sabat” – takie określenie jest prawdopodobnie efektem chrystianizacji słowiańszczyzny, w trakcie której starano się zdemonizować pogańskie święta i obrzędy.[źródło: https://slowianskibestiariusz.pl/]

dsc_9444

Widowisko przygotował niezawodny Andrzej Koziara, animator Landart Festiwalu wspólnie z teatrem Czeladońka z Lubenki. Pogoda trochę nie dopisała, bo wieczór był zimny i deszczowy. Nie przeszkadzało to jednak zgromadzonym licznie celebrować starej słowiańskiej tradycji 🙂

dsc_9464

Śmiech czarownic słyszę do dziś (pozdrawiam czarownice) 🙂

XII Jesienne Warsztaty Fotograficzne w Janowie Podlaskim

Kolejne Jesienne Warsztaty Fotograficzne niestrudzona szefowa Fotoklubu zorganizowała w nowej formule – wykorzystała dodatkowy dzień 11 listopada, dzięki czemu mogliśmy sie cieszyć swoim towarzystwem dzień dłużej.  Zmiany organizacyjne wymusiło też smutne wydarzenie – w tym roku spłonęła Stara Plebania, w której tradycyjnie janowskie Stowarzyszenie Turystyczno-Kulturalne w Janowie Podlaskim organizowało nam wystawę prac z poprzednich Warsztatów.

W czwartkowy wieczór spotykamy się w BCK, aby obejrzeć „Znaki wiary na Podlasiu” – bo taki tytuł nosi wystawa powarsztatowa. Stąd przenosimy się do Janowa Podlaskiego, gdzie po raz kolejny będziemy gościć w Stadninie Koni w hotelu Wygoda. Co roku słyszymy, że to ostatni raz, ale Wygoda trwa i pewnie przeżyje kolejnych decydentów…

Zaczynamy od spotkania z pierwszym zaproszonych gości. Jest to Paweł Figurski, który przestawia nam autorską prezentację o swoich podróżach do Izraela. Jeszcze tylko kolacja i spotykamy się na wieczorze integracyjnym. Dyskusje toczą się długo, a najwytrwalsi wracają do pokojów nad ranem 🙂

Jesienna rzeka” to temat przewodni tegorocznych Warsztatów. Nie mogłem trafić lepiej: nie dość że moje ulubione pejzaże będą na wystawie mile widziane, to jeszcze będą to pejzaże nadbużańskie. Po śniadaniu wielkie fotografowanie zaczynamy od zdjęcia grupowego, które jak zwykle przyozdobi pamiątkowy kubek.

dsc_2662

Czas na wyjazd w teren. Tłum fotografujących rozprasza się na odcinku kilkudziesięciu kilometrów. Moja grupka zamierza odnaleźć białego konia – pozostałości zeszłorocznego Landart Festiwalu, który jest tematem żartów od kilku godzin, odkąd zainteresował się nim nasz niestrudzony i dyżurny wesołek Jacek Z. 🙂

Do Bubla mamy zaledwie kilka kilometrów, więc nie tracimy wiele czasu na dojazd. Parkujemy w dole pod drzewkiem i ruszamy. Będę dziś robił za przewodnika, bo jako jedyny byłem latem gościem Landart Festiwalu.

dsc_2687

Odrębny temat to pogoda. „Jesienna rzeka” nabiera dziś nowego znaczenia… Od rana sypie… śnieg 🙂 Jesienne rudości przebijają spod świeżej, nieskazitelnej bieli, na drzewach przysypane białym puchem wiszą kolorowe jabłka. Mimo pierwszego wrażenia sugerującego złe warunki do fotografowania – zdjęcia wychodzą rewelacyjnie. Że miejsce ma potencjał, wiedziałem od dawna, ale dziś jest tu wyjątkowo. Omawiam każdą z instalacji, trochę wspierając się pamięcią, a trochę fantazjując, a grupka realizuje swe pomysły fotograficzne. A inwencję to oni mają 🙂

dsc_2673

Już na początku powstaje bałwanek. Stoi na szczycie pieca chlebowego i szerokim uśmiechem przyprawionym przez Angelikę zachęca nas do uwiecznienia, nim się roztopi. Potem wpadamy w odmienne stany świadomości, podziwiamy wiatrak a za chwilę grób z leżącymi na dnie zwłokami. Snuję opowieść z letniego wernisażu… a ekipa chłonie moje historie 🙂

Potem zmierzamy w kierunku rzeki. Gęsty śnieg przysłania horyzont, na jego krańcu widać jakieś postaci. Czyżby też szukali białego konia na drzewie? Rysujemy starym harcerskim sposobem oznaczenia dla dzielnych tropicieli i wyruszamy wzdłuż rzeki na łęg.  Kolejne krajobrazy, kolejne dzikie drzewa owocowe i groźna rzeka w tańczących płatkach śniegu.

dsc_2762

Konia nie widać, za to głód i brak czasu sugeruje odwrót. Wracamy tą samą trasą, zaglądamy jeszcze do Wrót na Białoruś, potem na przełaj mijamy Wulkan i docieramy do Żółwia, gdzie kończymy naszą wędrówkę.

Popołudnie to kolejny gość. Niesamowita osobowość, ciepły, uśmiechnięty, z każdym zamienia słowo. Przed nami Andrzej Dudek-Dürer. Dwugodzinny pokaz kończy się pytaniami i długą dyskusją. Jako że jest to artysta wszechstronny, nie ograniczający się jedynie do fotografii, z przyjemnością zamieniam kilka słów na temat dźwięków, które towarzyszyły pokazom. 

dsc_2796

Wieczór, to tradycyjnie pokazy autorskie. W tym roku miałem wyjątkowo bogaty materiał zdjęciowy i problem z wyborem, co pokazać. Postanowiłem w związku z tym zrobić dwie kompilacje: jedna z podróży nadbużańskich, których odbyłem w tym roku kilkanaście, zaś drugi to oczywiście góry 🙂 Cykle te ułożyłem w 4 pory roku, co w  jakiś sposób uporządkowało te pokazy. Nie odmówiłem też sobie przyjemności pokazania chyba najlepszego tegorocznego zestawu – zdjęć z Lubenki, gdzie wspólnie z Andrzejem fotografowałem widowisko „Wereja”.

 Kolejny dzień Warsztatów powitał nas poprawiającą się pogodą. Mirek odpalił swoją terenówkę i ruszyliśmy na coroczny szlak błotny, wiodący ponad Bugiem z Wygody do Derła. 

Ruszamy betonówką i przed łęgiem dębowym odbijamy na pole. Jest mokro, grząsko, ale Mirkowy bolid prowadzony fachowo przełazi przez największe doły i kałuże. Pojawiamy się na umocnionym faszyną zakręcie Bugu, który w tym miejscu próbował się przedrzeć na skróty i odkroić trochę ziemi dla sąsiadów z drugiej strony rzeki. 

dsc_2819-panorama

Nim skończę robić panoramę, pojawiają się pogranicznicy. Jest lodowato, opatuleni są w kilka warstw i wyglądają jak niedźwiedzie na swoim quadzie. Dobrze nas pilnują 🙂 Za chwilę okazuje się, że to pan pogranicznik i pani pogranicznik. Pani sugeruje, aby fotografować kolegę, bo jest przystojniejszy 🙂 Kolega przyzwalająco milczy i w ogóle jest mało rozmowny 🙂 Ale zdjęcie mam.

dsc_2831

Łęg dębowy dziś wygląda przeciętnie (był plan zajrzeć tu o świcie, ale było szaro, buro i ponuro i plan poległ), więc mijamy go dość szybko i zmierzamy w kierunku tzw. Pralni. Tu zawsze coś fajnego wychodzi. Tak jest i tym razem.

dsc_2866_7_8_tonemapped

Panorama z cypelka, pojawia się światło, odbicia i już mam kilka serii do dalszej obróbki w domu. 

dsc_2847-panorama

Ruszamy dalej. Znowu błoto, kałuże, doły i górki. Mirek czujnie lustruje teren, bo na tylnej kanapie słychać lekkie objawy paniki 😉 Docieramy szczęśliwie do Woroblina.

Kolejne fajne miejsce i tu szczęście się do nas uśmiecha. Wychodzi na chwilę słońce, co natychmiast zostaje wykorzystane. Kolejna porcja materiału ląduje na karcie 🙂

dsc_2888-panorama

Wpadamy jeszcze do czatowni Mirka, przejeżdżamy wieś i polnymi skrótami docieramy do Derła. Na końcu wsi robimy żelazny zestaw: lipy z krzyżem i wijącą się dróżkę widzianą z góry. Mirek mówi, że to nie jego teren i nie ryzykuje zjazdu w dół w celu dotarcia do rzeki. 

Kolejny cel na dziś to Pratulin. Polną drogą docieramy do Zaczopek i nareszcie widzimy asfalt. Dwa kilometry dalej jesteśmy w Pratulinie. Tym razem interesuje nas tylko rzeka, gdzie pojawiamy się za chwilę. Wody jest sporo, więc do łęgu raczej nie uda się dojść, ale mogę go sfotografować od strony wsi. Znowu efekty zaskakują mnie mile 🙂

dsc_2933_4_5_tonemapped

Teraz tylko powrót do Janowa. Mirek trzyma fason i w Werchlisiu zjeżdża z asfaltówki i sobie znanymi skrótami przez lasy, pola i kałuże dowozi nas na miejsce 🙂

Warunki wykorzystane maksymalnie, więc powstało całkiem sporo HDR. Jest na czym oko zawiesić 😉

Po kolacji prezentację ma kolejny z gości – Andrzej Rutyna. Autorski pokaz prezentuje różne typy fotografii, którymi zajmuje się twórca. Najwięcej emocji wzbudza niespodziewanie akt. Za sprawą Jacka. Wszystkie Jacki to fajne chłopaki 🙂 

Podsumowanie drugiego dnia – oczywiście zdjęcia zamiast tekstu 🙂

 

 

 

 

 

Jesienne wędrówki w Bieszczadach

Znowu jesień. Szybko minął kolejny rok. I znowu czekają kolorowe Bieszczady. W tym roku jednak bardziej mokre niż słoneczne.

Poszukiwania ciekawej trasy kończą się decyzją, że idziemy na Okrąglik i przez Jasło schodzimy do Cisnej. Ilość kilometrów wydaje się rozsądna, zważywszy, że do tegorocznej  wyprawy dołączyło trochę nowicjuszy. Ponownie udaje się wymyślić rozwiązanie logistycznej, dzięki któremu zaoszczędzamy sporo zbędnego dystansu po asfalcie.

Tegoroczna pogoda to osobny temat… Tydzień wcześniej Bieszczady pokryły się śniegiem. Teraz jednak nie ma  po nim śladu, jest za to legendarne bieszczadzkie błoto. Zrobiło się względnie ciepło, na górami wiszą gęste i mokre chmury. Zgodnie z prognozą – niestety. Mam jednak nadzieję, że zapowiadany brak opadu wytrzyma. I na szczęście wytrzymał 🙂

Ruszamy na Ruską Przełęcz (inna nazwa to Przełęcz nad Roztokami). Jedno auto tradycyjnie w ramach logistyki zostaje w Cisnej, bo tam planujemy zakończyć naszą dzisiejszą wyprawę. Posłuży nam ono później do szybkiego przemieszczenia kierowców w celu przejęcia pozostałych aut i zaoszczędzenia około 10 kilometrów asfaltingu 🙂

DSC_2323b1

Mijamy Majdan i nieczynną już kolejkę bieszczadzką i ruszamy w stronę przełęczy. Jesień wokół jest piękna, nawet mimo chmur, które stopniowo spowijają okolicę. We wszelkich możliwych odcieniach żółtego i czerwieni zdobywamy wysokość. Jeszcze tylko mostek i już granica. Droga się kończy a my stoimy w chmurze. Chwila na przepakowanie i już ruszamy granicznym szlakiem w stronę Okrąglika. Mgła sprawia, że jest niezwykle nastrojowo. Do szczytu mamy około dwóch kilometrów. Część odcinków pozwala zdobyć wysokość, ale od czasu do czasu dla równowagi idziemy całkiem płaskimi fragmentami szlaku. Grupka tradycyjnie co jakiś czas zadaje pytanie „czy daleko jeszcze”, a ja niezmiennie odpowiadam, że „15 minut” 🙂

DSC_2347b1

Wreszcie szczyt. Rozległy widok zapewne gdzieś tam jest – nasz obejmuje krąg o promieniu 20 metrów 🙂 Chwila na herbatkę i kanapki i ruszamy czerwonym szlakiem w stronę Cisnej. Jest to fragment Głównego Szlaku Beskidzkiego, którego sporą część przy okazji różnych wyjazdów udało mi się już przejść.

DSC_2357b1

Idziemy przez nastrojowy las, wokół poskręcane buki majaczące we mgle. Kolejny cel na dziś to Jasło. Las się kończy i wychodzimy na łąkę.

Tu nareszcie wiatr trochę rozgania mgłę i pojawia się rozległa panorama. I w końcu mogę zrobić użytek z aparatu fotograficznego, który do tej pory wisiał bezużyteczny na szyi.

dsc_2410b1-panorama

Tuż przed dojściem w okolice punktu widokowego zaczyna wiać i kropić, horyzont znowu zaciąga się chmurami. Uciekamy więc szybko w kierunku najbliższego lasu. I tak dziś będzie na całej trasie. Od czasu do czasu pojawi się okienko widokowe, ktore pozwoli się nacieszyć widokami i za chwilę znowu wszystko się schowa. Mijamy kolejne kulminacje szlaku, kilometry lecą. dsc_2477b1-panorama

Na tym odcinku powstaje większość tegorocznych zdjęć. To była „chwila dla fotoreportera” 🙂 Pracowicie zapełniam kartę materiałem do obróbki a potem ruszam za resztą wycieczki, która mi trochę uciekła 🙂

DSC_2385b1_6b1_7b1_tonemapped DSC_2404b1_5b1_6b1_tonemapped DSC_2424b1_5b1_6b1_tonemapped DSC_2496b1_7b1_8b1_tonemapped

Doganiam ich w pięknym jesiennym lesie. Mimo braku słońca, kolory są intensywne, bo powietrze jet bardzo przejrzyste. Sama przyjemność wędrować takim szlakiem.

DSC_2504b1

Zejście jest dość długie i mozolne, a młodszym uczestnikom wycieczki trochę się dłuży 🙂

DSC_2554b1_5b1_6b1_tonemapped

Mijamy jeszcze pamiątkową tablicę poświęconą poległym w katastrofie śmigłowca w 1991 roku.

Wkrótce zaczyna padać. Teraz jednak już nam to nie przeszkadza. Pogoda wytrzymała prawie do końca 🙂 Ostatni odcinek jest dość błotnisty, wiedzie głębokimi wąwozami i kończy się przy potoku, którego brzegiem docieramy do mostu kolejki bieszczadzkiej.

Za chwilę jesteśmy w Cisnej. Kilkanaście minut zajmuje nam ściągnięcie aut z przełęczy i zostaje tylko wpaść do regionalnej knajpki, bo ekipa mocno zgłodniała 🙂

Drugiego dnia niestety pada. Trzeba organizować plan B. Wpadamy bo Ustrzyk Dolnych na zwiedzanie wszystkiego co się da pod dachem 🙂 Po obejrzeniu ekspozycji w Muzeum Bieszczadzkiego Parku Narodowego, przeglądamy jeszcze wystawę zdjęć.

Najciekawszym jednak obiektem okazuje się młyn przerobiony na Muzeum Młynarstwa.

Muzeum zostało otworzone w lipcu 2010 r. i od tej pory służy turystom, którzy poznają nie tylko historię młynarstwa, ale także mogą prześledzić skomplikowany proces mielenia zboża. Mogą także prześledzić interesujące dzieje tego budynku wraz z najbliższym otoczeniem. Powstał on w 1925 r. i przeznaczony był przede wszystkim do produkcji wysokogatunkowej białej mąki, wówczas znacznie droższej niż powszechnie używana mąka razowa. W historii dzisiejszego Muzeum istotną rolę odegrało zakończenie II Wojny Światowej. Wtedy całkowicie zmienił się kształt granicy wschodniej, a Ustrzyki wraz z okolicznymi terenami znalazły się w granicach ZSRR. Dopiero w 1951 r. na mocy ustawy o wymianie terenów przygranicznych ta część Bieszczadów – 480 km kwadratowych – została zwrócona Polsce, w zamian za tzw. „Kolano Bugu”.

DSC_2579

Budynek młyna w dobrym stanie przetrwał wojnę i sześcioletnią przynależność do Związku Radzieckiego. Jednak, kiedy do Ustrzyk przybyli nowi osadnicy, nie zastali w młynie ani jednej maszyny. Z tego powodu zakład ten miał dwuletnią przerwę, podczas której kompletowano urządzenia niezbędne do wznowienia pracy. Przywieziono wówczas wyposażenie z jakiegoś niezidentyfikowanego młyna – najprawdopodobniej z Pomorza, o czym może świadczyć konstrukcja drewniana oparta na sośnie wejmutce rosnącej na północy Polski – i od roku 1953 wznowiono mielenie zboża. W porównaniu z okresem przedwojennym zmienił się system napędu, ponieważ wprowadzono silnik spalinowy, który po dziewięciu latach został zastąpiony dwoma silnikami elektrycznymi pracującymi do czasu zamknięcia młyna, co nastąpiło w roku 2007.

DSC_2588

Muzeum Młynarstwa i Wsi w Ustrzykach Dolnych jest jedynym muzeum w Polsce dającym możliwość poznania kompletnych linii służących do czyszczenia i mielenia zboża w młynach z nowoczesnym napędem. Zwiedzającym udostępniono 1100 m kwadratowych na czterech kondygnacjach. W ramach stałej ekspozycji prezentowane są maszyny pochodzące z XIX w. Stulecie to określono „wiekiem pary i elektryczności”, ze względu na olbrzymi postęp techniczny, który wówczas nastąpił. Chociaż o tym fakcie pamiętamy wszyscy, to jednak niewielu z nas zdaje sobie sprawę z tego, jak wielki krok uczyniło w tym czasie młynarstwo odchodząc od kamieni młyńskich oraz silników wiatrowych i wodnych. W pełni można to sobie uzmysłowić w Muzeum oglądając maszyny wymyślone w tym czasie na potrzeby młynarstwa parowego. Najbardziej znaczącym zabytkiem znajdującym się w zbiorach Muzeum jest gniotownik walcowy pochodzący z lat trzydziestych XIX w. Pierwsze takie urządzenie pojawiło się dopiero w 1815 r., a więc to znajdujące si w Ustrzykach Dolnych należy do najstarszych nie tylko w Polsce, ale także w Europie.

Uzupełnienie ekspozycji wewnętrznej stanowi wystawa plenerowa. Wokół budynku Muzeum można oglądać liczne urządzenia i maszyny służące do uprawy ziemi, czyszczenia i młócenia zboża oraz mielenia ziarna. Wszystkie te urządzenia były wykorzystywane w gospodarstwach wiejskich w XIX i XX wieku [źródło: Młyn w Ustrzykach].

Jak na złość w dzień powrotu powraca słońce. Budzę się świtem, by podziwiać zamglone obrazy poranka.

DSC_2597 DSC_2609

Kręcę się jeszcze chwilę po okolicy, fotografując poranną rosę.

DSC_2616

Zjadamy śniadanie, żegnamy się z gospodarzem Leśniczówki i w drogę. Jeszcze tylko trochę zdjęć kropelek rosy, potem obowiązkowe zdjęcie na tamie w Solinie. 

DSC_2627 DSC_2647

Mam nadzieję, że nie będę czekał roku na kolejną wizytę w tych pięknych górach – marzą mi się dla odmiany zimowe Bieszczady 🙂

Opuszczone siedlisko

Jakoś sentymentalny się robię z upływem lat, postanowiłem więc tego lata odwiedzić pewne ważne miejsce. Opuszczone od lat. Zarosło krzakami i trawą, w progu domu urosło drzewo, drewnianych budynków gospodarczych już nie ma… Stoi samotna chatka, wokół dziki sad. I wspomnienia wakacyjne…

Pędowi czasu opiera się jeszcze metal: stary kierat, jakieś maszyny…

Tak wygląda przemijanie i koniec pewnej epoki.

dsc_1371