Znowu rok zleciał, znowu dyski pękają w szwach od gigabajtów zdjęć. Wystawa Doroczna to okazja do dokonania przeglądu, co też zostało uwiecznione w kadrach.

Pierwsze podejście i okazuje się, że całkiem dużo… a tu trzeba wybrać najlepsze fotografie by zmieścić się kilku planszach.

Zdecydowałem się na pary – obrazujące pewne motywy, miejsca, zjawiska, pory roku. Zapraszam do obejrzenia nie tylko wersji na ekranie, ale też do wizyty w Bialskim Centrum Kultury, gdzie obrazy wiszą na ścianie i można je obejrzeć na papierze i w większym formacie.

Cykl 1: przydrożne krzyże

Cykl 2: Neple – pory roku

Cykl 3: architektura

Cykl 4: Bug

Cykl 5: przydrożne kapliczki

Cykl 6: przyroda – pory roku

Cykl 7: Góry – pory roku

Cykl 8: Droga

A podsumowanie będzie w wersji filmowej 🙂

Dlaczego ekspres?

Ledwo zdążyłem zajechać i odbyć krótki spacer a już wracałem… Pokonało mnie oko z rowerowej wycieczki 😉

A spacer – byłby całkiem fajny, gdybym nie słabł z każdą chwilą… oko łzawiło, gorączka mnie trzęsła… słowem stan zapalny rozwijał się w najlepsze.

Warunki pogodowe były świetne i udało się dojść do Fereczatej. Tu niestety się poddałem. Pozostało wrócić do kwatery, spakować się i ruszyć w drogę powrotną prosto do szpitala 🙁

Z racji walki z przeciwnościami fotek mam niewiele… od czasu do czasu tylko sięgałem po aparat, a bardziej myślałem, jak tu szybko zejść ze szlaku… tym razem zostałem pokonany.

W drodze powrotnej nie mogłem sobie jednak odmówić, by zajrzeć jeszcze w pewne magiczne miejsce – w samo serce Bieszczadów.

Łopienka…. na końcu świata.

A po drodze kolejny kawałek historii… gdy tu ostatnio byłem jeszcze dymiły. Corz bardziej sobie uświadamiam, że pewnie rzeczy już nigdy nie wrócą.

Krótko wyszło… mam nauczkę, żeby na rower brać okulary 🙂

Końcówka października stała pod znakiem letnich temperatur (przynajmniej w dzień), toteż bez wahania wyciągnąłem rower i ruszyłem w szeleszczące opadłymi liśćmi lasy.

Chwilkę wybieram trasę i ruszam w sprawdzonym kierunku – do lasu za wsią Hrud. Dzień jest krótki, więc nie ma sensu jechać gdzieś dalej, bo oczywiście wiozę z sobą aparat, a po ciemku będzie mało użyteczny 🙂

Na początek zostaję otrąbiony przez TIR-a, którego kierowca chyba nie lubi rowerzystów 😉 Na szczęście kilometr dalej uciekam z asfaltu i mknę nasypem dawnej kolejki wąskotorowej w kierunku dworku w Roskoszy.

Przejeżdżam mostek i już jestem w parku. Kolory jesieni zachwycają.

Mijam zabudowania dawnej gorzelni, której puste zabudowania straszą od lat.

Teraz już pusta droga przede mną. Jest dobrze ponad 20 stopni, co jak na tą porę roku jest trochę niezwykłe 🙂

Ze smutkiem po raz kolejny stwierdzam, że nie ma litości dla lasów. Z tabliczki na drzewie wynika, że dostał 3 dni przerwy w wykonywaniu wyroku.

A przede mną… złota jesień. Kolory wręcz oszałamiają.

Tu spotka mnie mała katastrofa, której skutki odczuję dopiero za kilka dni…. Niewinne zderzenie z owadem powoduje, że zobaczyłem gwiazdy 🙂 Że też musiał trafić prosto w oko… Chwilę dochodzę do siebie i ruszam w dalszą drogę.

Teraz już spokojnie mknę do celu. Chcę dziś zobaczyć Święte Dęby w jesiennej odsłonie.

Są 🙂

Czas ucieka, więc ruszam w drogę powrotną. Nie tylko ja korzystam z uroków pogody.

Wracam na znajomy mostek.

Jeszcze tylko polny krzyż…

… i moja dwudziestokilometrowa wycieczka kończy się 🙂

Tradycją stały się w tym roku jednodniowe wypady Galerników nad Bug. Nie ukrywam że inicjatorem tej tradycji stałem się ja 🙂

Na szczęście trafiłem na podatny grunt i mam doborowe towarzystwo do przemierzania nadbużańskich ścieżek. W tym roku to już kolejna wyprawa tego typu – tym razem będzie to odsłona jesienna.

Zbiórkę mamy tam gdzie zawsze. Pod Galerią. Ruszamy do miejscowości Łęgi, gdzie pojawiamy się w ciągu pół godziny. Auta wędrują na nasyp nadbużanki, Ewa odczytuje przygotowany elaborat na temat historii traktu i ruszamy w drogę. Pogoda jest doskonała. I taka też będzie cały dzień.

Na początek podziwiamy pale pierwszego z mostów.

Zdobywamy nasyp i teraz będziemy się poruszać historycznym traktem, który przez kilkadziesiąt lat zdążył trochę zdziczeć, ale nadal wznosi się wyraźnie ponad okolicznymi rozlewiskami.

Drogę przegradza nam kolejne jezioro. Tu był drugi most. Nic po nim zostało… okrążamy zbiornik wodny i za chwilę możemy kontynuować drogę nasypem po jego drugiej stronie.

Podziwiamy pnącza oplatające drzewa – czujemy się jak w dżungli 🙂

W dole widać resztki kolejnej przeprawy… Właściwie to widzę te pale po raz pierwszy, bo jeszcze nigdy nie było tu tak niskiej wody.

Wreszcie trakt kończy się i jesteśmy nad Bugiem. Słońce rozświetla jesienny krajobraz, który nabiera niezwykłych kolorów. Aparaty idą w ruch.

Widać oczywiście pale głównego mostu na Bugu. Tu była główna przeprawa na Brześć. Teraz zostało kilka smętnych świadków historii..

Teraz wyprawa rusza ponad Bugiem na śniadanie na piasku 🙂 Do plaży, gdzie zaplanowałem postój, mamy około 20 minut.

Wreszcie jest!

Wychodzi znowu słońce, które na chwilę schowało się za chmurami i teraz mamy ucztę dla oczu 🙂

Czas na posiłek 🙂

A ja zawzięcie fotografuję 🙂

Jest pięknie, ale to jednak koniec października. Wieczór szybko się zbliża, więc czas na odwrót.

Jeszcze wspólne foto:

I w drogę. Podziwiamy leniwie płynącą jesienną rzekę.

Dzielni pogranicznicy czuwają nad nami 🙂

A my zmierzamy przez nadbużańskie łąki z powrotem do wsi.

Jesień…