Jesienne Warsztaty Fotograficzne w Janowie Podlaskim – 2017

Coroczne Warsztaty przypadły w tym roku na 2 weekend listopada. Jesienna ponura aura ciągnęła się już od dłuższego czasu i bardzo liczyliśmy chociaż na jeden dzień przejaśnienia. Słońce wyszło  – ale tylko na chwilę, bo generalnie aura nie sprzyjała fotografowaniu. 

Piątkowy wieczór rozpoczęliśmy od otwarcia wystawy powarsztatowej z roku 2016. Taka tradycja. Niestety, Stara Plebania w Janowie Podlaskim, gdzie zawsze prezentowaliśmy nasze prace, spłonęła jakiś czas temu, więc pozostała nam Galeria w Bialskim Centrum Kultury, skąd po wernisażu jedziemy do Janowa. Musimy się trochę śpieszyć, bo tam czeka nas dobra, albo raczej dziwna zmiana. W Stadninie pojawiła się brama, w dodatku zamknięta po godzinie osiemnastej. Nie dość, że zniszczono dwustuletnią reputację miejsca, to jeszcze odgrodzono je od świata. Dziwnie, nieodgadnione.

Na szczęście zdążyliśmy. Brama się za nami zatrzasnęła i pozostało nam tylko integrować się. Jak zwykle długo, jak zwykle wesoło i jak zwykle najlepsi dotrwali do rana 🙂

Poranek nie dał szans na fotografowanie wschodu słońca. Ciemno, mokro. Orkan Marcin szalał nad Polską, co mieliśmy za chwilę odczuć. Po śniadaniu tradycyjnie dzielimy się na mniejsze grupki i realizujemy swoje plany związane luźno z tematem Warsztatów – „Ludzie”.  Przysiadam się jak zwykle do terenówki Mirka, bo jest plan przejechać moją ulubioną trasą nadbużańskimi łąkami w stronę Woroblina. Dosiada się do nas Krzysztof, przedstawiciel Sony Alfa Team – gość specjalny Warsztatów. Krzysztof miał dzień wcześniej krótki pokaz związany z nowościami sprzętowymi Sony w dziedzinie fotografii, a dziś chce zobaczyć trochę nadbużańskich pejzaży. Zabieramy jeszcze dwie niewiasty, którym dostarczymy dziś sporo emocji 🙂

Zapakowani, ruszamy w drogę. Wyjazd z drugiej strony Stadniny na szczęście nie jest zamknięty żadnymi bramami 🙂 Jest pochmurno, mnóstwo kałuż, droga na początku ułożona jest aż do Łęgu Dębowego z betonowych płytek, więc nic nie zapowiada atrakcji. Te zaczynają się w momencie skrętu w stronę rzeki, gdzie zamierzamy na początek odwiedzić tzw. Pralnię.

Zaczyna się niezła jazda, błoto fruwa wyżej od samochodu, woda tryska na wszystkie strony, auto jednak dzielnie daje radę na czterokołowym napędzie z zablokowanym mechanizmem różnicowym. Mirek zna się na rzeczy 🙂 Docieramy nad rzekę. Wysiadamy, a Mirek drapiąc się po głowie z rozrzewnieniem wspomina dziewięć złotych wydanych dzień wcześniej na umycie samochodu 🙂 Zaczyna kropić. No dobra, tyle jesteśmy w stanie przetrwać. Wpadam na cypelek na panoramę i się zaczyna. Kropienie przechodzi w regularną i lodowatą ulewę. Istny szkwał. Uciekamy do samochodu. Za chwilę w dach bębni grad. Ślizgając się na pochyłej drodze, docieramy do małego przysiółka. Tu droga wygląda jeszcze gorzej. Jakoś się jednak przebijamy. Takich warunków to ja jeszcze tutaj nie widziałem. Zastanawiam się, co będzie dalej, bo pamiętam, że były tu gorsze miejsca.

Mirek objeżdża lasek i dociera w obniżenie wiodące na łąki w stronę rzeki. Wygląda to… fatalnie. Uśmiechamy się z Mirkiem, bo widzimy przerażenie w oczach pozostałej ekipy 🙂

Do tego te opowieści Mirka, ile razy i skąd był wyciągany 😉 Klucząc między dołami i ryjąc jak dzik w rozmiękłym błocie docieramy jednak szczęśliwie nad rzekę. Uff… najgorsze za nami. Tak mi się przynajmniej zdawało….

Teraz w miarę spokojnie zmierzamy w kierunku Woroblina i docieramy nad rozlewisko, gdzie rok temu podziwialiśmy rozległy krajobraz przyprószony śniegiem i świecący w jesiennym słońcu. Dziś znowu zaświeciło. Właśnie na moment przestało lać i i zabłysło niebieskim kawałkiem nieba. Rzucamy się z aparatami na łowy, by maksymalnie wykorzystać chwilę.

Koniec przerwy. Mirek coś tam mruczy pod nosem, że może być problem. Już za chwilę wiem o czym mówił. Droga… jest pod wodą. Do przejechania mamy rozległe obniżenie, które teraz skrywa 20 metrowa tafla wody. Pod nią jest droga, ale jej stan to niewiadoma. Mirek rzuca jakieś zaklęcie, po czym wciska gaz i za chwilę wpadamy w sam środek bajora. Do połowy idzie nieźle, potem zauważam, że woda przelewa się przez maskę i zalewa szybę 🙂 Auto jednak pędzi i po chwili jesteśmy na drugim brzegu. Dziś nie będą nas wyciągać 🙂

I tylko jest jeden problem… Na drugim brzegu zostały nasze dzielne koleżanki, które zajęły się wędkarzem, zamiast miejscem w aucie 🙂 W ferworze walki zapomnieliśmy o nich i teraz trzeba obmyśleć plan przeprawy.

Na szczęście Mirek, jak McGyver, dłubie chwilę w bagażniku i za chwilę z triumfem wyciąga  gumowce, które jednak trzeba jakoś dostarczyć na drugi brzeg. Na szczęście z odsieczą biegnie wędkarz, który nie dość że zna miejsce, gdzie można przejść i nie nabrać w nie wody, to jeszcze dwukrotnie przenosi je naszym rozbitkom 🙂

Już w komplecie, ruszamy dalej. Mirek rzuca hasło, że pokaże nam jeszcze „kibel”. Skręca więc ponownie w stronę rzeki. Tą drogę też znam i też spodziewałem się, że lekko nie będzie. Nie myliłem się… W pewnym momencie lewa strona auta łapie koleinę z boku drogi i w mocnym przechyle walczymy przez kilkaset metrów, by nie zatrzymać się w środku bajora i rozpaczliwie wzywać pomocy 🙂 Błoto fruwa kilka metrów w górę i przykrywa grubą warstwą każde wolny kawałek samochodu 🙂

Po raz kolejny kunszt mistrza kierownicy ratuje nam skórę i już jesteśmy nad rzeką. Pogoda znowu się zmieniła i tym razem mało sprzyja fotografowaniu. Uwieczniam „kibel” i wracamy. Tą samą drogą. Tym razem uważamy, by nie złapać znowu rowu i już bez większych przygód docieramy do Woroblina.

U Mirka robimy chwilę przerwy, bo goście są zainteresowani czatownią do fotografowania zwierząt i ptaków. Stąd już asfaltową drogą („oo, pierwszy dziś asfalt”) ruszamy jeszcze nadbużanką, by pokazać naszym gościom kilka miejscowych atrakcji.

Zaczynamy od Derła, gdzie dostajemy prezent w postaci okienka pogodowego. Na horyzoncie kłębi się orkan, a nad nami błękitne niebo i iskrzące się w słońcu kropelki wody na mokrych drzewach.

Zaglądamy jeszcze do Pratulina i do Nepli, ale że czas nas już goni, szybko wracamy do Janowa ma obiad.

Po południu odbywa się autorski wykład gościa Warsztatów, Andrzeja Zygmuntowicza.

Andrzej Zygmuntowicz – fotograf, członek Związku Polskich Artystów Fotografików, wykładowca fotografii w Zakładzie Fotografii Prasowej, Reklamowej i Wydawniczej UW oraz w Collegium Civitas, Studium Fotografii ZPAF i Studio Sztuki a także na warsztatach i innych, krótkich formach edukacyjnych, popularyzator fotografii i organizator działań fotograficznych, przewodniczący Rady Artystycznej ZPAF, wcześniej prezes Warszawskiego Towarzystwa Fotograficznego, Związku Polskich Artystów Fotografików i Fundacji Konkurs Polskiej Fotografii Prasowej.

Wystawia swoje prace od 1973 roku na wystawach indywidualnych, grupowych i zbiorowych. Równolegle publikuje zdjęcia komercyjne w prasie, książkach i wydawnictwach reklamowych. Wiele jego wystaw to zapisy dokumentalne (Plaża, Miejsca, Krajobrazy, Nowe krajobrazy, Miasteczko, Teraz Polska), ale chętnie sięga po kreację, z ciałem jako motywem przewodnim (Zwyczajna nagość, Piękne odpoczywające, Piękne ukrzywdzone, Ciało, Smakując) i pamięcią wizualizowaną w plastyczny sposób (Szumy, zlepy, ciągi, Podróże, Kwiat paproci) [źródło: DigitalCamera].

Wieczorem zaś, jak zwykle, pokazy. Każdy może się zaprezentować, poopowiadać, co robi, jakie ma pomysły. 

Moje wystąpienie związane jest z dwoma projektami. Mam okazję pokazać zbierane przez dwa lata zdjęcia Bugu, a drugi pokaz wyszedł trochę przy okazji, bo przez dwa kolejne lata byłem na tym samym bieszczadzkim szlaku, który pokazał dwa różne oblicza, które zestawiłem dla kontrastu.

Ostatni dzień Warsztatów to autorska prezentacji Jolanty Rycerskiej.

Jolanta Rycerska – urodzona w Lublinie, z wykształcenia filozof (Filozofia Teoretyczna na KUL) i fotograf (Studium Fotografii ZPAF, Europejska Akademia Fotografii, otwarty przewód doktorski na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie). Od kilkunastu lat aktywnie fotografuje – jest autorką kilkudziesięciu wystaw indywidualnych i zbiorowych oraz kuratorką kilkudziesięciu wystaw i projektów. Członek ZPAF od 2005 roku. Od 2009 roku pełni funkcję prezesa Okręgu Warszawskiego ZPAF, od 2011 roku – także Zarządu Głównego ZPAF.  W 2013 roku otrzymała Nagrodę Specjalną Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego za osiągnięcia twórcze i zasługi w popularyzacji fotografii. Od kilku lat jest wykładowcą Studium Fotografii ZPAF, jurorką licznych konkursów fotograficznych, dyrektorem trzech edycji festiwalu Warsaw Photo Days oraz Warszawskiego Festiwalu Fotografii Artystycznej 2015. W roku 2016 została stypendystką MKIDN  oraz członkinią Rady Kuratorów Galerii Kordegarda. Mieszka i pracuje w Warszawie [źródło: ck.art.pl].

Jeszcze tylko pyszny obiad i czekamy rok na kolejne Warsztaty.

 

Park Sztuki

Plejada artystów z całej Polski w jednym miejscu, czyli kolejna edycja Parku Sztuki. Park Radziwiłłowski na dwa dni zamienił się w prawdziwe artystyczne centrum miasta. Wśród instalacji jest też nasza fotoklubowa.

Postanowiliśmy pokazać trochę Podlasia. Wydaje nam się, że w bardzo efektownej formie – nakładem sił fotoklubowiczów skonstruowaliśmy wielką szpulę fotograficzną z klasycznym 36-klatkowym negatywem (czy ktoś jeszcze takie pamięta?)

Moje dwa wybrane zdjęcia a pod nimi krótki reportaż z wydarzenia. I kilka ujęć z wieczornego powrotu 🙂

Plener Fotoklubu Podlaskiego – Gmina Piszczac

Plener Fotoklubu czyli dzień z życia fotografa

Wiosenny okres to nasz tradycyjny plener fotograficzny Fotoklubu Podlaskiego. Przed nami kolejne wyzwanie – gmina Piszczac. Uzbrojeni w płaszcze (chcieliśmy się wtopić w miejscowych) zjeżdżamy się w piątkowe popołudnie w sympatycznym gospodarstwie agroturystycznym nad Krzną. Pierwszy wieczór jak zwykle służy integracji środowiska fotograficznego, niekończącym się dyskusjom natury sprzętowej i ideologicznej (oczywiście o fotografii) 🙂

Idziemy jeszcze na spacer nad Krznę, ale poza podmokłą łąką nie ma tu żadnych atrakcji godnych sfotografowania. Woda w Krznie nadal jest bardzo wysoka, miejsce gdzie opuszczane są kajaki – błotniste, a rowy pełne wody. Udaje nam się dojść do dwóch samotnych uschniętych pni i stwierdzamy, że nic tu po nas 🙂 Nawet aparatu nikt nie wyjął… Wracamy do naszej wiatki, na ruszcie pieką się kiełbaski, a Fotoklub bawi się w najlepsze.

„Punkt piąty” kończymy koło północy. Trafia mi się łóżko z centralnie umieszczonym nisko nad głową oknem dachowym. Rewelacja! Otwieram oczy i widzę … rozgwieżdżone niebo! Agroturystyka jest na zupełnym odludzi, wokół doskonała ciemność i gwiazdy! Tak to można spać 😀 Nawet nadciągający kolejni imprezowicze jak zwykle nie są w stanie mnie obudzić 🙂

O czwartej rano słyszę odgłosy walki z budzikiem. No tak – łowcy świtów. Pędzą nad rzekę łapać mgiełki i jakieś skostniałe robale – podobno rano mniej się ruszają 🙂

Ponieważ pamiętam jednak, że nad rzeką nie czeka na mnie żaden wybitny pejzaż, przykładam głowę do poduszki i odpływam. W sen. O siódmej jednak nie da się już spać, zresztą wszyscy pomału wyłażą na poranne łowy, ruszam się i ja. Ptaki śpiewają, a pogoda – zapowiada się genialna. Jeszcze tylko śniadanie i dzielimy się na trzy załogi.

Ruszamy koło 10. Przekraczamy rzekę, krajówkę i jesteśmy przed Chotyłowem. Pada propozycja zajrzeć na plażę obok cegielni. Jest to miejscowa atrakcja turystyczna. Powstały tu  na skutek zalania wyrobisk, w których wydobywano kiedyś glinę, zbiorniki wodne. Potocznie miejsce nazywane jest „Kubikami”. Cicho tu i sennie, raz że godzina wczesna, a ponadto w maju jeszcze nie sezon kąpielowy.

Łąkę pracowicie strzyże pan na kosiarce, piasek równiutko wygrabiony, słomiane parasolki jak na plaży na Hawajach 😉 Zakładam filtr polaryzacyjny i robię trochę zdjęć „folderkowych” 🙂

Załoga do wozu i ruszamy dalej na poszukiwanie przygód. Przed przejazdem kolejowym mijamy jedną z naszych ekip, która dobrała się do komina. My skręcamy na Zalutyń. Jest tu niedaleko leśniczówka, ale zostawiamy ją sobie na powrót. Wyjeżdżamy tuż przed Piszczacem. Czas na gwiazdę. Prawdziwą, czerwoną. Może ostatnią. Tablica zniknęła, bo niesłuszna (zapewne) – w końcu kto dziś się przejmuje wyzwoleńczą Armią Czerwoną 😉

Ruszamy dalej, Piotrek dzielnie prowadzi, chociaż nie zawsze  wie dokąd jedziemy i co jakiś czas rzuca „za mało danych” 😉 Udaje się dojechać do Dąbrowicy Dużej, ale stwierdzamy, że atrakcji brak. Skręcamy na Chroszczynkę. Byliśmy tu zimą i jakoś nie ma zapału, żeby się zatrzymać. Ruszamy na Zahorów. Jacek twierdzi że ma pewniaka – schowany w lesie stary cmentarz. Na wjeździe do wsi stoi przystrojony krzyż. No – będzie temat – majowe. Od miejscowych szybko wyciągamy informację, że o osiemnastej.

Zamieniamy kilka słów z panią, która ma 90 lat, a wygląda jakby miała 20 lat mniej 🙂 Starsi ludzie w takich wsiach zawsze chętnie rozmawiają, a Jacek ma szczególny dar zagadywania. Poznajemy historię życia pani, wiemy już, gdzie się dzieci rozjechały po świecie, kto się panią opiekuje i jak tu się żyje…

Szukając cmentarza trafiamy pod cerkiew. Tu według notatek mamy zjechać w polną drogę. Pod lasem droga ma kilka odjazdów. Co dalej? Google 🙂 Telefon w dłoń, rzut oka na okolicę z kosmosu i wszystko jasne 🙂 Słoneczko przypieka coraz bardziej. Snujemy teorie na temat znalezionego kamienia, dziwnych słupków w lesie, starego płotu i wychodzi nam że tu była cerkiew. Co z tego że nie było, jak nawet potem powie miejscowy pop. Była i już! 🙂 Każdy detal ląduje na karcie aparatu, czas na odwrót.

Zatrzymujemy się przy cerkwi. „Otworzyć?” – pyta gospodarz. Milo, sympatycznie. Odrywa się od swojej pracy, wprowadza do wnętrza, opowiada. Cerkiew jest pięknie odnowiona, bo właściwie postawiono ją od zera całkiem niedawno.

Cerkiew pod wezwaniem Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Zahorowie – prawosławna cerkiew parafialna. Należy do dekanatu Biała Podlaska diecezji lubelsko-chełmskiej Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego.

Kamień węgielny pod budowę świątyni został położony 28 kwietnia 1991, dwa lata po reaktywowaniu istniejącej w I poł. XX w. parafii prawosławnej. 1 sierpnia 1993 gotowy budynek poświęcił arcybiskup lubelski i chełmski Abel. Jednorzędowy ikonostas we wnętrzu świątyni wykonał mieszkaniec Zahorowa Aleksy Chwesiuk, zaś ikony napisał Eugeniusz Świniarczuk z Kowla. W 2008 w budynku pojawiła się tablica pamiątkowa przedstawiająca cerkiew w Zahorowie zniszczoną w czasie akcji rewindykacyjno-polonizacyjnej w 1938 [źródło: Dioblina.eu].

Żegnamy się z gospodarzem, dziękując za możliwość zwiedzenia obiektu.

Teraz się zacznie… Ruszamy pod sklep, bo upał i trzeba się zasilić w płyny. Jeszcze w Chotyłowie Jacek wyczaił tradycyjną oranżadę Bystrą. Ta jednak szybko się skończyła.

Dzwoni Mirek, żeby kupić mu zapas piwa. No a w sklepie – miejscowi 🙂 Rozmowni. Chętni do pomocy. Nawet jeśli maja problem z wysłowieniem się 😉 Nie wiem, ile piwa od rana poszło pod tym płotem 🙂 Starsza pani łapie pod rękę synka na oko dwa razy większego od niej i groźnie rzuca do sklepowej „jemu więcej piwa nie sprzedawaj” 😉

Pan potulnie idzie za panią matką 🙂

Załoga do wozu. Czas na Połoski. Najpierw są Połoski Stare. Kilka PGR-owskich bloków. Mijamy panów siedzących w bagażniku „audika w tedeiku”. Zgodnie oceniamy, że nie zaczepiamy 😉 Tabliczka do kolejnej wsi mobilizuje nas do skrętu w bok. „Panie tu koniec drogi zaraz, w drugą stronę też” – mówi pan koszący trawę przy drodze.

Nasz kolejny cel to teraz kościół w X. Drewniany, pięknie odnowiony. W środku… panie dekorują ławki kwiatami. Coś się kroi! Ślub będzie. Rzucam w eter: ślub to i brama by się przydała. Bożenka od kwiaciarek natychmiast łapie fazę 🙂 Rodzi się PLAN. Od słowa do słowa  i wiemy gdzie i której mamy się stawić – stolik i wstęga będą czekać!

Okazuje się że panna młoda to sąsiadka. Mirkowe piwo dawno zniknęło, więc humory wyśmienite i każdy PLAN nam niestraszny.

Fotografujemy wnętrze (za co Bożenka zebrała potem od księdza…)Więc kościół w X. pozostanie w X. Chyba wolę prawosławie. Ma jakieś bardziej ludzkie oblicze.

Chwila i znowu jesteśmy w Piszczacu. Oczywiście wszystkie drogi prowadzą do sklepu. Zapasy uzupełnione, chociaż ośmiopak, który wydawał się najbardziej ekonomiczny (jedno gratis) – nie chciał się dać nabić na kasę. Chyba nam dobrze z oczu patrzyło, bo miła pani orzekła, że na sztuki nam się nie opłaci i zaproponowała czteropaki 🙂

Rzut oka na mapę i znajdujemy Wyczółki. Tam nas jeszcze nie było. Wyczółki nas nie powalają, ale oto Dąbrowica Mała. Jarek przygotowywał tu reprodukcje obrazów miejscowego malarza Bazylego Albiczuka. Poleca nam zobaczyć Izbę Pamięci no i ogrody, które malował pan Bazyli.

 
Urodził się w 1909 r. w Dąbrowicy Małej. Ukończył tylko cztery klasy szkoły powszechnej. Nie uczył się nigdy nauk rysunku, a jednak jego obrazy trafiły do galerii. Został doceniony przez krytyków i koneserów sztuki nieprofesjonalnej, zwanej też naiwną. Bardzo cenione są jego obrazy z cyklu „Ogrody”, w których przedstawiał własny ogród kwiatowy otaczający domek-pracownię w rodzinnej Dąbrowicy Małej. Bywał porównywany z krynickim Nikiforem, jednak jego twórczość cechuje znacząco mniejszy stopień „naiwności”.

Kolorowy świat ogrodów Albiczuka zachwyca prostotą kompozycji, ale też niezwykłym bogactwem detalu. Obrazy pana Bazylego znajdują się w wielu prywatnych kolekcjach. Najpełniejszy ich zbiór znajduje się Muzeum Południowego Podlasia w Białej Podlaskiej.

Artysta z Dąbrowicy Małej zmarł w 1995 r. Pozostawione zeszyty z notatkami ujawniły nieznane artystyczne oblicze pana Bazylego. Wśród różnych zapisków zawierają one wiersze w większości napisane w języku ukraińskim! To odkrycie stanowiło zaskoczenie dla znających go osób. Na co dzień nie przyznawał się do ukraińskiego pochodzenia, nawet swoje obrazy sygnował po polsku.

Zgodnie z ostatnią wolą „artista-żywopisca” pochowano go na prawosławnym cmentarzyku położonym na wschód od rozstajów dróg w Dąbrowicy Małej. We wsi można zobaczyć tylko opuszczony dom i zdziczały ogród pana Bazylego, ulubiony plener uwieczniony na kolorowych płótnach [źródło: Polska Niezwykła].

Ogrodów nie ma ale i tak jest (jak w kultowym filmie) 🙂

Ogrody trochę zdziczały. Przebijając się przez krzaki docieramy do grządki, na które pracują dwie panie. Lepiej nie mogliśmy trafić  – to sąsiadka naszego malarza. Miła pani pozostawia koleżankę, idzie po klucze i oprowadza nas po Izbie Pamięci. Proponuje nam tez kawę, ale chyba jest zbyt gorąco. Dziękujemy za sympatyczne spotkanie i ruszamy po dalsze przygody.

Wracamy na krzyżówkę w Wyczółkach i każę kierowcy naszego wehikułu skręcić na Wólkę Kościeniewicką. Jest tu pewnie tajemnicze miejsce. Wjeżdżamy w sosnowy las, mijamy piękny jagodnik, kilometry lecą, a ja buduję nastrój grozy swoją opowieścią. Pojawiają się wysokie nasypy ziemne, siatki, wysokie płoty, szczelne bramy i kamery zerkające na przybywających. Legendy głoszą, że niegdyś urzędował tu pewien znany polityk. Atmosfera udziela się wszystkim, kierowca robi nawrót i wszyscy podejrzliwie oglądają się do tyłu, czy nikt nas nie goni 😉

Znowu Piszczac. Pościg zgubiony, można wbijać na naszą bramkę. Są dwie nasze załogi. Obstawiamy cały teren. Odgłosy luster zagłuszają marsza granego przez muzykanta 🙂 Wynajęty fotograf zbiera szczękę z ziemi, widząc krytyczne zagęszczenie aparatów na metr kwadratowy 🙂 Zdobywamy flaszkę i wielki kawał kiełbasy! A panna młoda ładna była…

No dobra, mamy jeszcze chwilę do majowego, więc jedziemy kupić Mirkowi zapas piwa (kolejny raz – gdzie ono znika??). Zatrzymujemy się w leśniczówce w Zalutyniu. Pierwszy raz siadamy w tym ogólnym szaleństwie. Spokojnie wyciągamy… Mirka piwo 🙂 Przyglądają nam się trzy niedźwiedzie. Drewniane.

Niezawodna Toyota wiezie nas znowu do Zahorowa. Mamy chwilę i zaglądamy jeszcze raz na cmentarz. Pierwszy dziś moment wyciszenia. Panie starsze i młodsze śpiewają około 40 minut, chętnie godząc się na obecność reporterskiej ekipy. Staramy się być zresztą dyskretni i nie włazimy ludziom na głowę. Słońce jest już nisko, daje piękne długie cienie i złotą barwę. Takie godne zakończenie tego szalonego dnia.

Już tylko pozostaje wrócić na spóźniony obiad, bo jest prawie dziewiętnasta 🙂

Wieczorem troszkę pokazów, wspominek z tego ciekawego dnia i znowu mam gwiazdy nad głową 🙂

Niedzielny poranek to już tylko śniadanie, pożegnania i 15 minut jazdy do domu 🙂