Park Sztuki

Plejada artystów z całej Polski w jednym miejscu, czyli kolejna edycja Parku Sztuki. Park Radziwiłłowski na dwa dni zamienił się w prawdziwe artystyczne centrum miasta. Wśród instalacji jest też nasza fotoklubowa.

Postanowiliśmy pokazać trochę Podlasia. Wydaje nam się, że w bardzo efektownej formie – nakładem sił fotoklubowiczów skonstruowaliśmy wielką szpulę fotograficzną z klasycznym 36-klatkowym negatywem (czy ktoś jeszcze takie pamięta?)

Moje dwa wybrane zdjęcia a pod nimi krótki reportaż z wydarzenia. I kilka ujęć z wieczornego powrotu 🙂

Plener Fotoklubu Podlaskiego – Gmina Piszczac

Plener Fotoklubu czyli dzień z życia fotografa

Wiosenny okres to nasz tradycyjny plener fotograficzny Fotoklubu Podlaskiego. Przed nami kolejne wyzwanie – gmina Piszczac. Uzbrojeni w płaszcze (chcieliśmy się wtopić w miejscowych) zjeżdżamy się w piątkowe popołudnie w sympatycznym gospodarstwie agroturystycznym nad Krzną. Pierwszy wieczór jak zwykle służy integracji środowiska fotograficznego, niekończącym się dyskusjom natury sprzętowej i ideologicznej (oczywiście o fotografii) 🙂

Idziemy jeszcze na spacer nad Krznę, ale poza podmokłą łąką nie ma tu żadnych atrakcji godnych sfotografowania. Woda w Krznie nadal jest bardzo wysoka, miejsce gdzie opuszczane są kajaki – błotniste, a rowy pełne wody. Udaje nam się dojść do dwóch samotnych uschniętych pni i stwierdzamy, że nic tu po nas 🙂 Nawet aparatu nikt nie wyjął… Wracamy do naszej wiatki, na ruszcie pieką się kiełbaski, a Fotoklub bawi się w najlepsze.

„Punkt piąty” kończymy koło północy. Trafia mi się łóżko z centralnie umieszczonym nisko nad głową oknem dachowym. Rewelacja! Otwieram oczy i widzę … rozgwieżdżone niebo! Agroturystyka jest na zupełnym odludzi, wokół doskonała ciemność i gwiazdy! Tak to można spać 😀 Nawet nadciągający kolejni imprezowicze jak zwykle nie są w stanie mnie obudzić 🙂

O czwartej rano słyszę odgłosy walki z budzikiem. No tak – łowcy świtów. Pędzą nad rzekę łapać mgiełki i jakieś skostniałe robale – podobno rano mniej się ruszają 🙂

Ponieważ pamiętam jednak, że nad rzeką nie czeka na mnie żaden wybitny pejzaż, przykładam głowę do poduszki i odpływam. W sen. O siódmej jednak nie da się już spać, zresztą wszyscy pomału wyłażą na poranne łowy, ruszam się i ja. Ptaki śpiewają, a pogoda – zapowiada się genialna. Jeszcze tylko śniadanie i dzielimy się na trzy załogi.

Ruszamy koło 10. Przekraczamy rzekę, krajówkę i jesteśmy przed Chotyłowem. Pada propozycja zajrzeć na plażę obok cegielni. Jest to miejscowa atrakcja turystyczna. Powstały tu  na skutek zalania wyrobisk, w których wydobywano kiedyś glinę, zbiorniki wodne. Potocznie miejsce nazywane jest „Kubikami”. Cicho tu i sennie, raz że godzina wczesna, a ponadto w maju jeszcze nie sezon kąpielowy.

Łąkę pracowicie strzyże pan na kosiarce, piasek równiutko wygrabiony, słomiane parasolki jak na plaży na Hawajach 😉 Zakładam filtr polaryzacyjny i robię trochę zdjęć „folderkowych” 🙂

Załoga do wozu i ruszamy dalej na poszukiwanie przygód. Przed przejazdem kolejowym mijamy jedną z naszych ekip, która dobrała się do komina. My skręcamy na Zalutyń. Jest tu niedaleko leśniczówka, ale zostawiamy ją sobie na powrót. Wyjeżdżamy tuż przed Piszczacem. Czas na gwiazdę. Prawdziwą, czerwoną. Może ostatnią. Tablica zniknęła, bo niesłuszna (zapewne) – w końcu kto dziś się przejmuje wyzwoleńczą Armią Czerwoną 😉

Ruszamy dalej, Piotrek dzielnie prowadzi, chociaż nie zawsze  wie dokąd jedziemy i co jakiś czas rzuca „za mało danych” 😉 Udaje się dojechać do Dąbrowicy Dużej, ale stwierdzamy, że atrakcji brak. Skręcamy na Chroszczynkę. Byliśmy tu zimą i jakoś nie ma zapału, żeby się zatrzymać. Ruszamy na Zahorów. Jacek twierdzi że ma pewniaka – schowany w lesie stary cmentarz. Na wjeździe do wsi stoi przystrojony krzyż. No – będzie temat – majowe. Od miejscowych szybko wyciągamy informację, że o osiemnastej.

Zamieniamy kilka słów z panią, która ma 90 lat, a wygląda jakby miała 20 lat mniej 🙂 Starsi ludzie w takich wsiach zawsze chętnie rozmawiają, a Jacek ma szczególny dar zagadywania. Poznajemy historię życia pani, wiemy już, gdzie się dzieci rozjechały po świecie, kto się panią opiekuje i jak tu się żyje…

Szukając cmentarza trafiamy pod cerkiew. Tu według notatek mamy zjechać w polną drogę. Pod lasem droga ma kilka odjazdów. Co dalej? Google 🙂 Telefon w dłoń, rzut oka na okolicę z kosmosu i wszystko jasne 🙂 Słoneczko przypieka coraz bardziej. Snujemy teorie na temat znalezionego kamienia, dziwnych słupków w lesie, starego płotu i wychodzi nam że tu była cerkiew. Co z tego że nie było, jak nawet potem powie miejscowy pop. Była i już! 🙂 Każdy detal ląduje na karcie aparatu, czas na odwrót.

Zatrzymujemy się przy cerkwi. „Otworzyć?” – pyta gospodarz. Milo, sympatycznie. Odrywa się od swojej pracy, wprowadza do wnętrza, opowiada. Cerkiew jest pięknie odnowiona, bo właściwie postawiono ją od zera całkiem niedawno.

Cerkiew pod wezwaniem Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Zahorowie – prawosławna cerkiew parafialna. Należy do dekanatu Biała Podlaska diecezji lubelsko-chełmskiej Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego.

Kamień węgielny pod budowę świątyni został położony 28 kwietnia 1991, dwa lata po reaktywowaniu istniejącej w I poł. XX w. parafii prawosławnej. 1 sierpnia 1993 gotowy budynek poświęcił arcybiskup lubelski i chełmski Abel. Jednorzędowy ikonostas we wnętrzu świątyni wykonał mieszkaniec Zahorowa Aleksy Chwesiuk, zaś ikony napisał Eugeniusz Świniarczuk z Kowla. W 2008 w budynku pojawiła się tablica pamiątkowa przedstawiająca cerkiew w Zahorowie zniszczoną w czasie akcji rewindykacyjno-polonizacyjnej w 1938 [źródło: Dioblina.eu].

Żegnamy się z gospodarzem, dziękując za możliwość zwiedzenia obiektu.

Teraz się zacznie… Ruszamy pod sklep, bo upał i trzeba się zasilić w płyny. Jeszcze w Chotyłowie Jacek wyczaił tradycyjną oranżadę Bystrą. Ta jednak szybko się skończyła.

Dzwoni Mirek, żeby kupić mu zapas piwa. No a w sklepie – miejscowi 🙂 Rozmowni. Chętni do pomocy. Nawet jeśli maja problem z wysłowieniem się 😉 Nie wiem, ile piwa od rana poszło pod tym płotem 🙂 Starsza pani łapie pod rękę synka na oko dwa razy większego od niej i groźnie rzuca do sklepowej „jemu więcej piwa nie sprzedawaj” 😉

Pan potulnie idzie za panią matką 🙂

Załoga do wozu. Czas na Połoski. Najpierw są Połoski Stare. Kilka PGR-owskich bloków. Mijamy panów siedzących w bagażniku „audika w tedeiku”. Zgodnie oceniamy, że nie zaczepiamy 😉 Tabliczka do kolejnej wsi mobilizuje nas do skrętu w bok. „Panie tu koniec drogi zaraz, w drugą stronę też” – mówi pan koszący trawę przy drodze.

Nasz kolejny cel to teraz kościół w X. Drewniany, pięknie odnowiony. W środku… panie dekorują ławki kwiatami. Coś się kroi! Ślub będzie. Rzucam w eter: ślub to i brama by się przydała. Bożenka od kwiaciarek natychmiast łapie fazę 🙂 Rodzi się PLAN. Od słowa do słowa  i wiemy gdzie i której mamy się stawić – stolik i wstęga będą czekać!

Okazuje się że panna młoda to sąsiadka. Mirkowe piwo dawno zniknęło, więc humory wyśmienite i każdy PLAN nam niestraszny.

Fotografujemy wnętrze (za co Bożenka zebrała potem od księdza…)Więc kościół w X. pozostanie w X. Chyba wolę prawosławie. Ma jakieś bardziej ludzkie oblicze.

Chwila i znowu jesteśmy w Piszczacu. Oczywiście wszystkie drogi prowadzą do sklepu. Zapasy uzupełnione, chociaż ośmiopak, który wydawał się najbardziej ekonomiczny (jedno gratis) – nie chciał się dać nabić na kasę. Chyba nam dobrze z oczu patrzyło, bo miła pani orzekła, że na sztuki nam się nie opłaci i zaproponowała czteropaki 🙂

Rzut oka na mapę i znajdujemy Wyczółki. Tam nas jeszcze nie było. Wyczółki nas nie powalają, ale oto Dąbrowica Mała. Jarek przygotowywał tu reprodukcje obrazów miejscowego malarza Bazylego Albiczuka. Poleca nam zobaczyć Izbę Pamięci no i ogrody, które malował pan Bazyli.

 
Urodził się w 1909 r. w Dąbrowicy Małej. Ukończył tylko cztery klasy szkoły powszechnej. Nie uczył się nigdy nauk rysunku, a jednak jego obrazy trafiły do galerii. Został doceniony przez krytyków i koneserów sztuki nieprofesjonalnej, zwanej też naiwną. Bardzo cenione są jego obrazy z cyklu „Ogrody”, w których przedstawiał własny ogród kwiatowy otaczający domek-pracownię w rodzinnej Dąbrowicy Małej. Bywał porównywany z krynickim Nikiforem, jednak jego twórczość cechuje znacząco mniejszy stopień „naiwności”.

Kolorowy świat ogrodów Albiczuka zachwyca prostotą kompozycji, ale też niezwykłym bogactwem detalu. Obrazy pana Bazylego znajdują się w wielu prywatnych kolekcjach. Najpełniejszy ich zbiór znajduje się Muzeum Południowego Podlasia w Białej Podlaskiej.

Artysta z Dąbrowicy Małej zmarł w 1995 r. Pozostawione zeszyty z notatkami ujawniły nieznane artystyczne oblicze pana Bazylego. Wśród różnych zapisków zawierają one wiersze w większości napisane w języku ukraińskim! To odkrycie stanowiło zaskoczenie dla znających go osób. Na co dzień nie przyznawał się do ukraińskiego pochodzenia, nawet swoje obrazy sygnował po polsku.

Zgodnie z ostatnią wolą „artista-żywopisca” pochowano go na prawosławnym cmentarzyku położonym na wschód od rozstajów dróg w Dąbrowicy Małej. We wsi można zobaczyć tylko opuszczony dom i zdziczały ogród pana Bazylego, ulubiony plener uwieczniony na kolorowych płótnach [źródło: Polska Niezwykła].

Ogrodów nie ma ale i tak jest (jak w kultowym filmie) 🙂

Ogrody trochę zdziczały. Przebijając się przez krzaki docieramy do grządki, na które pracują dwie panie. Lepiej nie mogliśmy trafić  – to sąsiadka naszego malarza. Miła pani pozostawia koleżankę, idzie po klucze i oprowadza nas po Izbie Pamięci. Proponuje nam tez kawę, ale chyba jest zbyt gorąco. Dziękujemy za sympatyczne spotkanie i ruszamy po dalsze przygody.

Wracamy na krzyżówkę w Wyczółkach i każę kierowcy naszego wehikułu skręcić na Wólkę Kościeniewicką. Jest tu pewnie tajemnicze miejsce. Wjeżdżamy w sosnowy las, mijamy piękny jagodnik, kilometry lecą, a ja buduję nastrój grozy swoją opowieścią. Pojawiają się wysokie nasypy ziemne, siatki, wysokie płoty, szczelne bramy i kamery zerkające na przybywających. Legendy głoszą, że niegdyś urzędował tu pewien znany polityk. Atmosfera udziela się wszystkim, kierowca robi nawrót i wszyscy podejrzliwie oglądają się do tyłu, czy nikt nas nie goni 😉

Znowu Piszczac. Pościg zgubiony, można wbijać na naszą bramkę. Są dwie nasze załogi. Obstawiamy cały teren. Odgłosy luster zagłuszają marsza granego przez muzykanta 🙂 Wynajęty fotograf zbiera szczękę z ziemi, widząc krytyczne zagęszczenie aparatów na metr kwadratowy 🙂 Zdobywamy flaszkę i wielki kawał kiełbasy! A panna młoda ładna była…

No dobra, mamy jeszcze chwilę do majowego, więc jedziemy kupić Mirkowi zapas piwa (kolejny raz – gdzie ono znika??). Zatrzymujemy się w leśniczówce w Zalutyniu. Pierwszy raz siadamy w tym ogólnym szaleństwie. Spokojnie wyciągamy… Mirka piwo 🙂 Przyglądają nam się trzy niedźwiedzie. Drewniane.

Niezawodna Toyota wiezie nas znowu do Zahorowa. Mamy chwilę i zaglądamy jeszcze raz na cmentarz. Pierwszy dziś moment wyciszenia. Panie starsze i młodsze śpiewają około 40 minut, chętnie godząc się na obecność reporterskiej ekipy. Staramy się być zresztą dyskretni i nie włazimy ludziom na głowę. Słońce jest już nisko, daje piękne długie cienie i złotą barwę. Takie godne zakończenie tego szalonego dnia.

Już tylko pozostaje wrócić na spóźniony obiad, bo jest prawie dziewiętnasta 🙂

Wieczorem troszkę pokazów, wspominek z tego ciekawego dnia i znowu mam gwiazdy nad głową 🙂

Niedzielny poranek to już tylko śniadanie, pożegnania i 15 minut jazdy do domu 🙂

 

XII Jesienne Warsztaty Fotograficzne w Janowie Podlaskim

Kolejne Jesienne Warsztaty Fotograficzne niestrudzona szefowa Fotoklubu zorganizowała w nowej formule – wykorzystała dodatkowy dzień 11 listopada, dzięki czemu mogliśmy sie cieszyć swoim towarzystwem dzień dłużej.  Zmiany organizacyjne wymusiło też smutne wydarzenie – w tym roku spłonęła Stara Plebania, w której tradycyjnie janowskie Stowarzyszenie Turystyczno-Kulturalne w Janowie Podlaskim organizowało nam wystawę prac z poprzednich Warsztatów.

W czwartkowy wieczór spotykamy się w BCK, aby obejrzeć „Znaki wiary na Podlasiu” – bo taki tytuł nosi wystawa powarsztatowa. Stąd przenosimy się do Janowa Podlaskiego, gdzie po raz kolejny będziemy gościć w Stadninie Koni w hotelu Wygoda. Co roku słyszymy, że to ostatni raz, ale Wygoda trwa i pewnie przeżyje kolejnych decydentów…

Zaczynamy od spotkania z pierwszym zaproszonych gości. Jest to Paweł Figurski, który przestawia nam autorską prezentację o swoich podróżach do Izraela. Jeszcze tylko kolacja i spotykamy się na wieczorze integracyjnym. Dyskusje toczą się długo, a najwytrwalsi wracają do pokojów nad ranem 🙂

Jesienna rzeka” to temat przewodni tegorocznych Warsztatów. Nie mogłem trafić lepiej: nie dość że moje ulubione pejzaże będą na wystawie mile widziane, to jeszcze będą to pejzaże nadbużańskie. Po śniadaniu wielkie fotografowanie zaczynamy od zdjęcia grupowego, które jak zwykle przyozdobi pamiątkowy kubek.

dsc_2662

Czas na wyjazd w teren. Tłum fotografujących rozprasza się na odcinku kilkudziesięciu kilometrów. Moja grupka zamierza odnaleźć białego konia – pozostałości zeszłorocznego Landart Festiwalu, który jest tematem żartów od kilku godzin, odkąd zainteresował się nim nasz niestrudzony i dyżurny wesołek Jacek Z. 🙂

Do Bubla mamy zaledwie kilka kilometrów, więc nie tracimy wiele czasu na dojazd. Parkujemy w dole pod drzewkiem i ruszamy. Będę dziś robił za przewodnika, bo jako jedyny byłem latem gościem Landart Festiwalu.

dsc_2687

Odrębny temat to pogoda. „Jesienna rzeka” nabiera dziś nowego znaczenia… Od rana sypie… śnieg 🙂 Jesienne rudości przebijają spod świeżej, nieskazitelnej bieli, na drzewach przysypane białym puchem wiszą kolorowe jabłka. Mimo pierwszego wrażenia sugerującego złe warunki do fotografowania – zdjęcia wychodzą rewelacyjnie. Że miejsce ma potencjał, wiedziałem od dawna, ale dziś jest tu wyjątkowo. Omawiam każdą z instalacji, trochę wspierając się pamięcią, a trochę fantazjując, a grupka realizuje swe pomysły fotograficzne. A inwencję to oni mają 🙂

dsc_2673

Już na początku powstaje bałwanek. Stoi na szczycie pieca chlebowego i szerokim uśmiechem przyprawionym przez Angelikę zachęca nas do uwiecznienia, nim się roztopi. Potem wpadamy w odmienne stany świadomości, podziwiamy wiatrak a za chwilę grób z leżącymi na dnie zwłokami. Snuję opowieść z letniego wernisażu… a ekipa chłonie moje historie 🙂

Potem zmierzamy w kierunku rzeki. Gęsty śnieg przysłania horyzont, na jego krańcu widać jakieś postaci. Czyżby też szukali białego konia na drzewie? Rysujemy starym harcerskim sposobem oznaczenia dla dzielnych tropicieli i wyruszamy wzdłuż rzeki na łęg.  Kolejne krajobrazy, kolejne dzikie drzewa owocowe i groźna rzeka w tańczących płatkach śniegu.

dsc_2762

Konia nie widać, za to głód i brak czasu sugeruje odwrót. Wracamy tą samą trasą, zaglądamy jeszcze do Wrót na Białoruś, potem na przełaj mijamy Wulkan i docieramy do Żółwia, gdzie kończymy naszą wędrówkę.

Popołudnie to kolejny gość. Niesamowita osobowość, ciepły, uśmiechnięty, z każdym zamienia słowo. Przed nami Andrzej Dudek-Dürer. Dwugodzinny pokaz kończy się pytaniami i długą dyskusją. Jako że jest to artysta wszechstronny, nie ograniczający się jedynie do fotografii, z przyjemnością zamieniam kilka słów na temat dźwięków, które towarzyszyły pokazom. 

dsc_2796

Wieczór, to tradycyjnie pokazy autorskie. W tym roku miałem wyjątkowo bogaty materiał zdjęciowy i problem z wyborem, co pokazać. Postanowiłem w związku z tym zrobić dwie kompilacje: jedna z podróży nadbużańskich, których odbyłem w tym roku kilkanaście, zaś drugi to oczywiście góry 🙂 Cykle te ułożyłem w 4 pory roku, co w  jakiś sposób uporządkowało te pokazy. Nie odmówiłem też sobie przyjemności pokazania chyba najlepszego tegorocznego zestawu – zdjęć z Lubenki, gdzie wspólnie z Andrzejem fotografowałem widowisko „Wereja”.

 Kolejny dzień Warsztatów powitał nas poprawiającą się pogodą. Mirek odpalił swoją terenówkę i ruszyliśmy na coroczny szlak błotny, wiodący ponad Bugiem z Wygody do Derła. 

Ruszamy betonówką i przed łęgiem dębowym odbijamy na pole. Jest mokro, grząsko, ale Mirkowy bolid prowadzony fachowo przełazi przez największe doły i kałuże. Pojawiamy się na umocnionym faszyną zakręcie Bugu, który w tym miejscu próbował się przedrzeć na skróty i odkroić trochę ziemi dla sąsiadów z drugiej strony rzeki. 

dsc_2819-panorama

Nim skończę robić panoramę, pojawiają się pogranicznicy. Jest lodowato, opatuleni są w kilka warstw i wyglądają jak niedźwiedzie na swoim quadzie. Dobrze nas pilnują 🙂 Za chwilę okazuje się, że to pan pogranicznik i pani pogranicznik. Pani sugeruje, aby fotografować kolegę, bo jest przystojniejszy 🙂 Kolega przyzwalająco milczy i w ogóle jest mało rozmowny 🙂 Ale zdjęcie mam.

dsc_2831

Łęg dębowy dziś wygląda przeciętnie (był plan zajrzeć tu o świcie, ale było szaro, buro i ponuro i plan poległ), więc mijamy go dość szybko i zmierzamy w kierunku tzw. Pralni. Tu zawsze coś fajnego wychodzi. Tak jest i tym razem.

dsc_2866_7_8_tonemapped

Panorama z cypelka, pojawia się światło, odbicia i już mam kilka serii do dalszej obróbki w domu. 

dsc_2847-panorama

Ruszamy dalej. Znowu błoto, kałuże, doły i górki. Mirek czujnie lustruje teren, bo na tylnej kanapie słychać lekkie objawy paniki 😉 Docieramy szczęśliwie do Woroblina.

Kolejne fajne miejsce i tu szczęście się do nas uśmiecha. Wychodzi na chwilę słońce, co natychmiast zostaje wykorzystane. Kolejna porcja materiału ląduje na karcie 🙂

dsc_2888-panorama

Wpadamy jeszcze do czatowni Mirka, przejeżdżamy wieś i polnymi skrótami docieramy do Derła. Na końcu wsi robimy żelazny zestaw: lipy z krzyżem i wijącą się dróżkę widzianą z góry. Mirek mówi, że to nie jego teren i nie ryzykuje zjazdu w dół w celu dotarcia do rzeki. 

Kolejny cel na dziś to Pratulin. Polną drogą docieramy do Zaczopek i nareszcie widzimy asfalt. Dwa kilometry dalej jesteśmy w Pratulinie. Tym razem interesuje nas tylko rzeka, gdzie pojawiamy się za chwilę. Wody jest sporo, więc do łęgu raczej nie uda się dojść, ale mogę go sfotografować od strony wsi. Znowu efekty zaskakują mnie mile 🙂

dsc_2933_4_5_tonemapped

Teraz tylko powrót do Janowa. Mirek trzyma fason i w Werchlisiu zjeżdża z asfaltówki i sobie znanymi skrótami przez lasy, pola i kałuże dowozi nas na miejsce 🙂

Warunki wykorzystane maksymalnie, więc powstało całkiem sporo HDR. Jest na czym oko zawiesić 😉

Po kolacji prezentację ma kolejny z gości – Andrzej Rutyna. Autorski pokaz prezentuje różne typy fotografii, którymi zajmuje się twórca. Najwięcej emocji wzbudza niespodziewanie akt. Za sprawą Jacka. Wszystkie Jacki to fajne chłopaki 🙂 

Podsumowanie drugiego dnia – oczywiście zdjęcia zamiast tekstu 🙂