Rowerem wokół Rokitna

W pewną słoneczną niedzielę miałem okazję pokręcić się wokół Rokitna, gdzie córcia realizowała swój fotograficzny projekt. Mając do dyspozycji dwie godziny, zaplanowałem trasę, która wydawała się realna do przejechania, zakładając że jak zwykle będę co chwilę zatrzymywał się na zdjęcia 🙂

Jest cieplutko, rower zostaje błyskawicznie złożony i ruszam w samo południe w kierunku lasu, gdzie zamierzam ponownie odnaleźć cmentarz wojenny. Udaje się się to nadzwyczaj szybko.

Dalsza trasa to już przysłowiowe „nieznane”. Leśne drogi są szerokie i wygodne, natrafiam na oznaczenia szlaku rowerowego.

Pogoda dopisuje, tempo dobre, ale nastrój psuje ilość wyciętego lasu. Niestety. Co chwilę trafiam na karczowiska, smętnie sterczące korzenie – zniknęły całe połacie starego, pięknego lasu. Nowy jest co prawda sadzony, ale nie dość że w brzydkich rządkach, to wszystko jest ogrodzone siatką.

Po pół godzinie wyjeżdżam na drogę z Rokitna do Klonownicy i skręcam w kierunku wsi Hołodnica. Urokliwa, cicha wioska, na uboczu świata żyje swoim nieśpiesznym tempem. Są jeszcze takie miejsca. 

Na końcu wsi trafiam na roboty drogowe 🙂

Jeszcze kilka zdjęć starej chałupki wśród kwiatów i zagłębiam się w las. Jadę dość długo krętą i skomplikowaną trasą, walcząc od czasu do czasu z piaskiem i wreszcie docieram do kolejnej wsi – do Kajetanki. Kilka domków porozrzucanych wśród zagajników i pól. Przed jednym z nich spotykam sympatycznego, starszego pana sprzątającego przydomową kapliczkę. Zamieniam kilka słów i w drogę.

Za wsią jest bardzo fotogeniczny rozstaj dróg. Chwila przerwy na łyk wody i ruszam dalej.

W lesie trafiam na kolejne roboty drogowe – wygląda że do tego zapomnianego zakątka ktoś zamierza zrobić asfaltową, szeroką drogę. Na razie jednak ilość piasku uniemożliwia jazdę, więc szukam jakichś leśnych objazdów.

Mijam leśniczówkę i docieram do Cieleśnicy. Tu łapie mnie telefon, że misja w Rokitnie zakończona i moja też powinna się kończyć 🙂 Dobrze się składa, bo akurat jestem blisko głównej drogi.

Jeszcze tylko kilka zdjęć pięknej kapliczki na rozdrożu. Ze zdziwieniem odkrywam że fundator nosił moje nazwisko. Zdaje się, że jednak nie mam w tej okolicy rodziny.

W kilka minut rower zapakowany i wracamy do domu.

 

Świat „zza Buga”

Pomału kończą się graniczne odcinki Bugu, których jeszcze nie fotografowalem, więc zacząłem zerkać na jego górny bieg, gdzie dostępne są oba brzegi, a moja ulubiona rzeka nie jest już rzeką graniczną. Począwszy od Niemirowa Bug wpływa na teren Polski. 

Na początek postanawiam zrobić mały rekonesans w okolicy mostu we Fronołowie. Dość późnym popołudniem ruszam w drogę i po 30 minutach jestem na miejscu. Rower złożony, butelka wody do plecaka i ruszam.

Na moście znowu trwa jakiś remont – tym razem chyba chodzi o wymianę mocowań szyn kolejowych. Ponadto prowadzone są jakieś tajemnicze prace na cokołach podpór mostu. Może montują tam kolejkę górską? 🙂 Albo podesty do base jumpingu…

Parę minut i jestem po drugiej stronie Bugu. Przyzwyczajony do ścieżek pograniczników z granicznego odcinka, ruszam ledwo widocznym śladem wzdłuż rzeki. Udaje się przejechać pewnie ze 200 metrów. I koniec.  Krzaki, gąszcz, koniec przygody. No tak, tu się jeździ zupełnie inaczej 🙂

Wycofuję się do mostu, jadę chwilę wzdłuż nasypu i za chwilę jest wąska dróżka do wsi Maćkowicze. Tu wpadam na drogę do Mielnika. Nie ma innej możliwości… jadę szeroką asfaltówką, wypatrując jakichkolwiek dojazdów do rzeki. Pierwszy napotkany kończy się tabliczkami „teren prywatny”, ale na szczęście jest też ścieżka, która kończy się efektowną wierzbą.

Samotny wędkarz „moczy kija”. A obok do Bugu wpada nieduża rzeczka Moszczanka. Miejsce jest pełne uroku, ale dalej jazdy nie będzie.

Nawrót i znowu wpadam na asfalt.

Chwilę jadę nad samą rzeką, którą odgradza ode mnie tylko barierka. Zbliżam się do  kolejnej wsi – Osłowa. Tam znajduję zjazd, który w pewnym momencie skręca nad rzekę. Jest nadzieja 🙂 Rzeki jednak nie widać, odkrywam za to ogromne rozlewiska Bugu. Widać jeszcze ślady po niedawnej dużej wodzie. Dziś miejsce wygląda trochę jak błotniste bagno, ale trzeba tu będzie wrócić, gdy wodna roślinność opanuje to miejsce. Na razie jednak kręcę kolejne kilometry, odkrywając przy okazji oznaczenia czerwonego szlaku rowerowego. 

Dojeżdżam do miejsca, gdzie według mapy po mojej stronie Bugu powinien być rezerwat Trojan i zakręt zwany Kolanem. Skręcam więc w pierwszą napotkaną ścieżkę w kierunku rzeki. Zaczynają się pojawiać ludzie i samochody i to w dużych ilościach. Jest w końcu Pierwszy Maja, naród świętuję… Wszędzie czuć zapach grilla 🙂

Mijam ostatnich wędkarzy i zaczynam się przedzierać wąską ścieżką tuż nad brzegiem rzeki. Zaczynają mnie gryźć komary i meszki, a ścieżka w końcu znika. Nie ma rady, trzeba się wycofać. Zabrakło może ze 100 metrów.

Wracam więc tą samą drogę i ruszam ponad rzeką w kierunku widocznego już Mielnika.

Docieram tam dość szybko. Przejeżdżam wzdłuż wsi „dołem”, czując, że grunt jest ciągle miękki  i niedawno moja ścieżka była pod wodą.

Mijam mielnicki stadion, jedyny w swoim rodzaju i na końcu osady wyjeżdżam na główną drogę. W planach miałem zajechać trochę dalej, ale jest dość późno, a czeka mnie jeszcze powrót. Ruszam więc przez Mielnik, wypatrując sklepu, gdzie można kupić oranżadę 😉 Wszystko nieczynne, no tak – Pierwszy Maja.

Zaglądam w boczną uliczkę by spojrzeć na kopalnię kredy, potem jeszcze szybko na Górę Zamkową i teraz długa prosta do mostu.

Zerkam na ruiny kościoła.

Przy moście jest małe zamieszanie, bo ktoś puścił plotkę, że z drugiej strony „strażnicy mostu łapią” 🙂 Grupka nieśmiało sunie pomostem, by na koniec stwierdzić, że to motocyklista w żółtej kamizelce przyjechał popatrzeć na most 🙂

Rower na pakę i czas do domu 🙂

Nadbużańskie pejzaże – odsłona wrześniowa

Wakacje minęły nie wiadomo kiedy. Tegoroczne stały pod znakiem oczekiwania na w miarę pogodne weekendy, bo planów było całkiem sporo. Z realizacją niestety trochę gorzej. Narzekać jednak nie będę. Cierpliwie czekałem i oto nadeszła moja wrześniowa słoneczna sobota. Od rana pogoda jak marzenie – cieplutko, bezchmurnie, więc robię szybkie przygotowania: zakupy, pakowanie roweru i w drogę. 

Jeszcze tylko chwila wahania, czy pojechać na zaległą trasę koło Janowa, czy na kolejny odległy odcinek za Włodawą. Oczywiście wybieram Zbereże. Tam właśnie skończyłem swoją ostatnią trasę, więc w naturalny sposób wypadało ją kontynuować. Trochę ponad godzina jazdy i już jestem za Włodawą. Teraz zagłębiam się w lasy sobiborskie. Przy drogach mnóstwo samochodów – jest wysyp grzybów, więc kto żyw, jedzie do lasu. Mijam znajome już charakterystyczne punkty i miejscowości i w końcu docieram do Zbereża. Parkuję auto tuż za punktem dla rowerzystów, rozpakowuję i się w drogę 🙂 

Droga tysiąca zakrętów – tak chyba będzie nazywał się ten odcinek. Bug wyjątkowo mocno tutaj meandruje, sama droga natomiast jest w miarę oczywista i przejezdna.

Zaczynam od miejsca, gdzie w wakacje przez tydzień był most pontonowy dla turystów. Teraz cicho tu i spokojnie. Ruszam wzdłuż rzeki i dość szybko dojeżdżam do pierwszej dziś atrakcji – pięknej nadbużańskiej skarpy w Zbereżu.

Jak to Bug – zakręca w tym miejscu o 180 stopni, odbijając się od wysokiego, piaszczystego zbocza. Naprzeciw oczywiście jest plaża. Stoję chwilę, by nacieszyć się widokiem.

Ruszam dalej w dół. Stromy zjazd szybko się kończy i od tej chwili będę już jechał dolinami.

Przy kolejnym zakolu próbuję odnaleźć ścieżkę wiodąca na cypelek. Z mapy wynikało, że na końcu będzie plaża. Przebijam się przez krzaki ledwo widocznym śladem, by na końcu stwierdzić, że plaża zarosła i widoków nie będzie…

Wracam na główną drogę i ruszam dalej wzdłuż rzeki.

Jedzie się dobrze – do momentu, gdy droga schodzi w dół nad rzekę i przekracza niewielkie obniżenie. Właściwie to już nie droga, a ścieżka. Zsiadam z roweru i ciągnę go parędziesiąt metrów wąską ścieżką tuż nad wodą. Jest coraz gorzej, gęsta trawa, zarośla i wreszcie ślad całkiem znika w gąszczu. Nie ma rady – będzie odwrót. Zaglądam do przygotowanej wcześniej mapy – no tak – tu miałem mieć objazd 🙂 Trzeba było zajrzeć przed wbiciem się w krzaki 🙂 Wracam tą samą drogą, przy okazji trochę podrapany…

Na kolejne zakole nie prowadzi żadna ścieżka, więc pozostaje pojechać na wprost widoczną drogą. Pojęcie „droga” jest tu zresztą umowne – czasem jest to ślad po jakiejś terenówce pograniczników lub quadzie. Zawsze jest szansa, że gdzieś prowadzi 🙂

Dalej jednak jedzie się już znośnie. Droga raz gorsza, raz lepsza – ale jest. Pogoda dopisuje, widoki też. Ciągłe zakręty powodują, że rzekę mam oświetloną z wszystkich możliwych stron i te same fragmenty mogę fotografować w ciągle zmieniającym się świetle.

Jest kolejne zakole i wyraźna dróżka na jego koniec. Ruszam więc jak zwykle ku przygodzie. Najpierw znajduję jakieś stare rozpadające się ule. Zastanawiam się, czy są zamieszkałe i czy zaraz nie wkurzę ich mieszkańców niezapowiedzianą wizytą 😉

Dalej droga skręca i znika w gąszczu. Jakoś nie mam ochoty walczyć z krzakami i zawracam.

Teraz jedzie się bardzo przyjemnie odkrytym terenem, ponad samą rzeką. Pojawia się jakaś odnoga Bugu, która wygląda na lekko ucywilizowaną. Oddziela ją od rzeki wał ziemny. Wyczuwam w tym rękę Straży Granicznej 🙂

Kilkaset metrów dalej stoi… wychodek. W kolorach maskujących. Tajemnica jego nagłego pojawienia wyjaśni się po kilku dniach, gdy rozpozna go na zdjęciu jego właściciel z Bagien u Mańka 😉

Po około kilometrze docieram do tablicy informacyjnej szlaku kajakowego. Tuż za nią drogę przegradza mi głęboki rów. Bardzo głęboki i bardzo stromy. Przeprawa przez niego to dwie ułożone około metr od siebie rury. Nie widzę szans przejścia z rowerem – ani górą, ani dołem. Będzie kolejny odwrót. Tym razem zaglądam do mapy, co utwierdza mnie w przekonaniu, że dalej wpakowałbym się w teren nie nadający się do jazdy.

Przedzieram się przez łąkę, mając nadzieję, że skoro ktoś kosił tu trawę, to jakoś musiał dojechać 🙂 Na szczęście dokładnie tak było, wiec klucząc chwilę pomiędzy rozlewiskami trafiam na… wał przeciwpowodziowy. Chyba 🙂 Nie widzę innego powodu, by podwyższona, idealnie równa dróżka się tu znalazła. Jadąc nią, omijam gęste zarośla, wśród których czasem mignie jakieś oczko wodne. Dzicz taka, że palca nie wetkniesz 🙂 Po około kilometrze docieram do lasku, a mijając go, znajduję zjazd na łąkę w stronę rzeki. Oczywiście skręcam 🙂

Niestety, ominąłem przy okazji kolejne dwa zakola, ale chyba nie było szansy, by tam zajrzeć, będąc na rowerze.

Droga obniża się mocno, jest pełna kolein wypełnionych wodą, mijam sporo małych jeziorek i starych odnóg Bugu, by wreszcie znowu znaleźć się na rzeką.

Na kolejne zakola też nie ma dojazdu, więc „ścinam” je, trzymając się ledwo widocznych ścieżek. 

Na jednym z zakrętów, próbując różnych wariantów dojazdu do rzeki, stwierdzam, że jadę w przeciwna stronę niż zamierzałem 🙂 Ciągłe zmiany kierunku Bugu powodują małe zamieszanie w orientacji przestrzennej. Na chwilę 🙂

Znowu muszę oddalić się od rzeki, bo drogę przegradza mi odnoga rzeki. Jadąc wzdłuż niej, trafiam na umocniony nasyp, który pełni rolę przeprawy, ale też tamy, bo woda z prawej strony jest mocno spiętrzona. Z mapy wynika, że jest to tzw. Pompka w Woli Uhruskiej.

Przejeżdżam oczywiście na drugą stronę, by być bliżej rzeki. Tu zastaję … zawody wędkarskie. Chyba nawet całkiem spore, bo mijam dziesiątki aut i tłumy wędkarzy. Trochę zdziwieni są, że komuś chce się przeciskać przez tutejsze wertepy rowerem. Mijam stolik sędziowski z pucharami i docieram do końca twardej drogi.

Znowu zjazd w dół i po kilkuset metrach droga się kończy. Wracam więc w okolice słupka i zaczynam oddalać się od rzeki. Na szczęście niedaleko kolejna ścieżka ciągnie znowu nad Bug. Tu ponownie nagły zwrot rzeki powoduje, że jadę pod prąd.

Zawracam i po ujechaniu kilkuset metrów muszę definitywnie pożegnać się z rzeką. Dalej falują podmokłe łąki.

Ostatnia prosta ciągnie się długo i jest trochę męcząca – droga jest pełna poprzecznych garbów głęboko odciśniętych w gliniastej ziemi przez traktory. Trzęsie niemożliwie, ale jako jakoś się przebijam. Jeszcze zakręt, kilkaset metrów walki i wreszcie bita droga. Wyjeżdżam na asfalt w okolicy cerkwi w Uhrusku. 

Za wsią spotykam jeszcze samotnego konia na wzgórzu. 

W Woli Uhruskiej w towarzystwie pana „piwnego” na MOR dla rowerzystów wyciągam z plecaka małe co nieco. Bo oczywiście wracam Green Velo.

A potem już tylko godzinka spokojnej jazdy do Zbereża. Tym razem, mając cały chłodniejszy niż zwykle dzień dla siebie, mogłem sobie pozwolić na spokojną jazdę. Wyszło około 41 kilometrów, czas 6 godzin i jak zwykle sporo przystanków na fotografowanie 🙂

Plan vs trasa (niebieska):

Linia Mołotowa

Wiele razy, jeżdżąc na swoje nadbużańskie wycieczki, widziałem rozrzucone gdzieś po polach pozostałości wojenne. Wzdłuż Bugu biegł bowiem pas umocnień zbudowany przez Rosjan w latach 1940-41, który miał ich uchronić przed niemiecką agresją – zwany linią Mołotowa.

Zajęcie przez ZSRR wschodnich rubieży Polski we wrześniu 1939 r. oraz mające miejsce w marcu 1940 zajęcie fińskiej Karelii i Laponii, a w czerwcu 1940 również państw bałtyckich, Besarabii i Bukowiny spowodowało, że istniejące dotąd „rejony umocnione na zachodniej granicy państwowej” czyli tzw. „Linia Stalina”, przestały pełnić przewidzianą dla nich rolę. W stosunkowo krótkim czasie rozbudowywany od ponad 10 lat system umocnień granicznych, znalazł się na głębokich tyłach. W niektórych przypadkach granica uległa przesunięciu nawet o kilkaset kilometrów.

Już w styczniu 1940 r. przystąpiono do prac przygotowawczych poprzedzających budowę nowych umocnień stałych. Na przełomie 1939/ 1940 prowadzono pierwsze pomiary terenowe, powtórzone wiosną 1940 r. Niemal jednocześnie z pierwszymi pracami nad nowym systemem umocnień granicznych, wstrzymano wszelkie prace związane z rozbudową dotychczasowego systemu umocnień granicznych tzw. „Linii Stalina”. Nad gigantyczną inwestycją czuwało 5 zarządów fortyfikacji zlokalizowanych przy sztabach okręgów wojskowych, którym podlegało w sumie 1338 odcinków budowlanych. Przy budowie umocnień pracowało było ok. 140 tys. osób. Mimo zaangażowania ogromnych sił i środków, w chwili wybuchu wojny z Niemcami prace fortyfikacyjne były dalekie od ukończenia. Większość schronów znajdowała się na różnych etapach budowy lub wyposażania, a budowniczy borykali się z ciągłymi brakami w dostawach specjalistycznego wyposażenia i uzbrojenia schronów.

Łącznie do 22 VI 1941 w 13 rejonach umocnionych zrealizowano prawdopodobnie 1156 obiektów i kolejnych 800 było w trakcie realizacji. [źródło: Kriepost.org]

Jadąc na swoją wyprawę za Bugiem, miałem w pamięci fakt, że jeden z takich bunkrów znajduje się tuż przy drodze.

Przyszła więc pora na jego spenetrowanie. Wszystkie te obiekty są skatalogowane przez grupę pasjonatów skupioną w Grupie Badawczej „Kriepost”. Stąd dość szybko namierzyłem dane swojego bunkra. Jest to: dwukondygnacyjny schron do ognia czołowego (OPDOT). Uzbr. 2 x ckm (NPS-3), 1 x armata 45 mm (DOT-4).

Swoją wielkością robi wrażenie. Ma dwie kondygnacje, w tym jedną podziemną. Zdaje się, że został wysadzony od środka, ale widać, że konstrukcja solidna, bo całkiem nieźle zachował swoją bryłę.

Po tak dobrym początku nie pozostaje nic innego jak zrealizować nowy plan, który przyszedł mi do głowy: przyjadę tu z rowerem i będę szukał pozostałych 🙂

Ale to już w najbliższe wakacje.

Na spotkanie z Tatarami

Każdy słoneczny dzień jest w tym roku na wagę złota. Tydzień wcześniej pogoda pokonała naszą grupę kolarską, ale ta niedziela była nasza 🙂

Tatarska Piątka – tak nazywał się bieg organizowany co roku w miejscowości Studzianka. Miejscowości słynnej z powodu nacji ją niegdyś zamieszkującej. Zresztą ma ona bardzo bogatą historię. Była to bowiem wieś tatarska. Pozostałością po dawnych mieszkańcach jest mizar. Ponieważ nie miałem jeszcze okazji go zwiedzić, powstał plan zrobienia wycieczki rowerowej, która połączy wszystkie atrakcje w jedno 🙂

Ruszamy około dwunastej. Jest cieplutko, pogoda wymarzona. Do pokonania jest około 18 kilometrów. Jedziemy wytyczonym przeze mnie szlakiem pośród łąk i pól, przez lasy, w większości polnymi drogami. Od czasu do czasu wspieramy się niezawodną mapą Maps.Me 🙂

Mijamy kolejne wsie, wyławiam aparatem kilka perełek.

Przekraczamy wysokim mostem w środku niczego rzekę Zielawę, potem jeszcze moją uwagę przykuwa Łysa Górą 🙂

Chcemy zdążyć na pierwszy punkt imprezy – oprowadzanie przez przewodnika po mizarze. Udaje nam się to idealnie – wjeżdżając do wsi napotykamy sądziwego Tatara w tradycyjnym stroju kierującego ruchem turystów. Przyłączamy się do grupy, gdzie wita nas niezawodny Dominik – w stroju tatarskim – a jakże. 

Cmentarz muzułmański w Studziance założony został prawdopodobnie po 1679 r. W tym czasie król Jan III Sobieski wydał zgodę Tatarom na osiedlanie się na terenie ekonomii brzeskiej, do której należała Studzianka. Na przestrzeni lat na cmentarzu pochowano przedstawicieli wielu zasłużonych rodów tatarskich (m. in. Bielaków, Azulewiczów, Lisowskich, Aleksandrowiczów). Pierwotnie cmentarz otoczony był rowem. W latach 1935-1936 został ogrodzony. Większość prac wykonano społecznie. Ostatni pochówek miał miejsce w 1938 r. Od czasów II wojny światowej jest nieczynny. Przez lata teren cmentarza był dewastowany i zaniedbany, a wiele nagrobków uszkodzono. Dewastacja cmentarza rozpoczęła się już po I wojnie światowej. Obecnie jego teren jest zabezpieczony i uporządkowany oraz oznaczony tablicą informacyjną. Cmentarz znajduje się pod opieką Urzędu Gminy Łomazy i służb konserwatorskich [źródło: zabytek.eu]. 

Przewodnikiem jest Łukasz Węda – człowiek, który żyje tym miejscem, dba o nie i o całą tatarską tradycję w Studziance. Oczywiście w odpowiednim stroju. W trakcie oprowadzania dołącza do nas cały bus… prawdziwych Tatarów! To zaproszeni goście ze wspólnot tatarskich, którzy zaszczycili swoją obecnością dzisiejszą imprezę.

Po zwiedzeniu mizaru jedziemy do centrum wsi, gdzie trwają przygotowania do biegów. My zaś zaszywamy się w pobliskim zagajniku na małe co nieco (jak mawiał pewien miś), leżymy chwilę wśród falujących łąk i zbóż i podziwiamy płynące obłoki. Słowem – sielanka. 

Wypoczęci ruszamy znowu do wsi. Tu startuje właśnie bieg najmłodszych uczestników imprezy. Chwila rozmowy ze spotkanymi znajomymi – a jest ich tu sporo – i czas na drogę powrotną,

Teraz już jedziemy drogami asfaltowymi, trochę dookoła, ale za to szybko i pewnie docieramy do Białej. Z obowiązkową przerwą na lody w wiejskim sklepiku 🙂