Tą historię zacznę od cytatu.

11 września 1939 roku trzy samoloty z 53 Eskadry Obserwacyjnej przydzielonej do dyspozycji armii Modlin, w składzie dwa samoloty RWD-14 „Czapla” i jeden nieuzbrojony RWD-8 otrzymały polecenie przebazowania z lotniska Stara Wieś koło Węgrowa, do którego zbliżała się niemiecka kolumna pancerna, na lotnisko w Brześciu nad Bugiem. W trakcie przelotu polskie samoloty biorąc za charakterystyczny punkt orientacyjny tory linii kolejowej Warszawa – Brześć leciały wzdłuż nich.  Polscy piloci oczywiście nie mogli wiedzieć o tym, że niemieccy lotnicy również używają tej linii kolejowej jako punktu orientacyjnego. Tego dnia o godz.16.05 lecący niemiecki pilot hptm. Wolfgang Falck z 2/76ZG  na Messerschmitt Bf 110 C, około 8 km na południowy wschód od Białej Podlaskiej zauważył powolnego trzysilnikowego Fokera. Chociaż polska załoga również zauważyła niemieckiego dwusilnikowego myśliwca i usiłowała uciec lotem koszącym, to jednak Niemiec dogonił go i ostrzelał. Nieuzbrojony transportowy Fokker F-VII z 4. Eskadry Bombowej Lekkiej ze Lwowa pilotowany przez plut. Antoniego Krula usiłował lądować awaryjnie na zaoranym polu. Podczas tego lądowania samolot rozbił się, ale na szczęście załoga wyszła z tego bez szwanku. Pięć minut później gdy Wolfgang Falck już miał wracać na macierzyste lotnisko zauważył kolejny nieuzbrojony i powolny polski samolot RWD-8 na, którym lecieli p.por. pilot Tadeusz Oskar Sobol oraz por.obserwator Stanisław Hudowicz. W tym starciu załoga Polskiego RWD-8 nie miała najmniejszych szans. Messerschmitt Bf 110 hptm. Wolfganga Falcka z 2/76ZG  oddał zabójczą serie do RWD-8 który rozbił się w pobliżu torów kolejowych.Obaj piloci p.por. pilot Tadeusz Oskar Sobol i por.obserwator Stanisław Hudowicz zgineli [źródło: aloszak].

W miejsce to trafiłem pierwszy raz kilka lat temu, zwiedzając okolicę na rowerze. Oczywiście nie wiedząc o jego istnieniu ani nie znając powyższej historii.

Oczekiwanie na głębokie zaspy w tym roku raczej będzie bezskuteczne, więc na propozycję Galerników, by zorganizować zimowy marsz niezależnie od aury zareagowałem natychmiast i rzuciłem hasło: idziemy do lotników. Pomysł chwycił i tym sposobem w niedzielny poranek spotykamy się na dworcu PKP, by w ciągu 11 minut znaleźć się na stacji Sokule, gdzie zacznie się nasza przygoda. Przed nami około 15 kilometrów drogi powrotnej przez Puszczę Bialską do naszego miejsca zamieszkania.

Ze zdziwieniem odkrywam, że jest tu znakowany szlak turystyczny.

Nocny przymrozek skutecznie utwardził nam drogę, więc leśnymi szutrami idzie nam się całkiem dobrze.

Na początek odkrywamy tajemnicze, opuszczone siedlisko. Oczywiście nie wypada go nie spenetrować 🙂

Mimo snucia różnych śmiałych teorii nie udaje nam się ustalić jego przeznaczenia.

Ruszamy dalej. Przed nami ukryta w lesie wieś Sokule. Taka, gdzie zatrzymał się czas i prowadzą do niej jedynie polne drogi. Lubimy takie klimaty.

Wzdłuż drogi biegnącej przez wieś odkrywamy drogę krzyżową zbudowaną z brzozowych pni.

Są też inne ciekawe obiekty.

A na drodze witają nas spragnieni głaskania miejscowi.

Przy końcu wsi odkrywamy opuszczone domostwo. Z pewną nieśmiałością zaglądamy do środka. Nie ma tu życia, ale zostały ślady wiary. Pustka i tylko wiszące symbole robią na wszystkich ogromne wrażenie. Dom wygląda, jakby jego mieszkańcy wyszli dosłownie przed chwilą.

Jeszcze tylko stadion…

I znowu zmierzamy do lasu. Zima tęgo trzyma 😉

Tutejsze przydrożne kapliczki chronione są płotami z drutu…

Połowa trasy za nami, pora na leśny biwak. W ruch idą kanapki, gorąca herbata i inne dobra wyciągnięte z plecaków.

Mijamy dziwne przydrożne dzieła natury. I – niestety – całe połacie lasu, który zniknął. Jakkolwiek leśna autostrada, którą idziemy może cieszyć rowerzystów, to jej zbudowanie miało jeden zasadniczy cel – sprawny wywóz wyciętego lasu 🙁

Dochodzimy do kolejnej stacji i skręcamy w leśną przecinkę. Tu niedaleko będzie cel naszej wyprawy.

Na razie jednak robimy jeszcze jeden biwak.

Kilka minut i odkrywamy w leśnej głuszy to, czego szukaliśmy.

Od czasu jak tu byłem, troszkę wszystko zniszczało. Chyba wymyślę jakąś wyprawę odnawiającą 🙂 Na razie jednak sprawnie robimy porządki i za chwilę wszystko wygląda dużo lepiej.

Kilkaset metrów dalej jest druga mogiła. Tą łatwiej znaleźć, bo już z daleka widoczna jest czerwień flagi.

Chwilę rozmawiamy o historii i w drogę.

Marsz umilają nam popisy kaskaderskie leśnych mieszkańców 😉

Chwilę zastanawiam się czy nie było ich trzech…

Mijamy leśną kopalnię żwiru.

Kolejna wieś przed nami – Porosiuki. Jesteśmy już blisko miasta. Porywam jeszcze małą grupkę w leśną ścieżkę, aby przywitać się z drzewem, które chce na nas popatrzeć.

Popatrzyło, pomachało gałęzią na pożegnanie i możemy wracać. Przekraczamy tory i już jesteśmy we wsi.

Tu też straszą jakieś opuszczone budynki.

Idziemy…

Dopada nas cywilizacja.

Ten widok już znam, bo to moja rowerowa trasa. Komuś się chciało rozwlec wzdłuż leśnej drogi pół samochodu. Zgłaszałem to już do Urzędu Gminy, ale brak odzewu i reakcji. A może to taka lokalna atrakcja a ja się czepiam?

O, jest tu więcej atrakcji. Pomniki przyrody muszą mieć godne otoczenie.

Wychodzimy z lasu i już jesteśmy nad Krzną. Za nami 15 kilometrów, mnóstwo wrażeń i trochę zmęczenia.

Chwila na pożegnanie i każdy pędzi w swoją stronę. Do następnej wyprawy.

Końcówka października stała pod znakiem letnich temperatur (przynajmniej w dzień), toteż bez wahania wyciągnąłem rower i ruszyłem w szeleszczące opadłymi liśćmi lasy.

Chwilkę wybieram trasę i ruszam w sprawdzonym kierunku – do lasu za wsią Hrud. Dzień jest krótki, więc nie ma sensu jechać gdzieś dalej, bo oczywiście wiozę z sobą aparat, a po ciemku będzie mało użyteczny 🙂

Na początek zostaję otrąbiony przez TIR-a, którego kierowca chyba nie lubi rowerzystów 😉 Na szczęście kilometr dalej uciekam z asfaltu i mknę nasypem dawnej kolejki wąskotorowej w kierunku dworku w Roskoszy.

Przejeżdżam mostek i już jestem w parku. Kolory jesieni zachwycają.

Mijam zabudowania dawnej gorzelni, której puste zabudowania straszą od lat.

Teraz już pusta droga przede mną. Jest dobrze ponad 20 stopni, co jak na tą porę roku jest trochę niezwykłe 🙂

Ze smutkiem po raz kolejny stwierdzam, że nie ma litości dla lasów. Z tabliczki na drzewie wynika, że dostał 3 dni przerwy w wykonywaniu wyroku.

A przede mną… złota jesień. Kolory wręcz oszałamiają.

Tu spotka mnie mała katastrofa, której skutki odczuję dopiero za kilka dni…. Niewinne zderzenie z owadem powoduje, że zobaczyłem gwiazdy 🙂 Że też musiał trafić prosto w oko… Chwilę dochodzę do siebie i ruszam w dalszą drogę.

Teraz już spokojnie mknę do celu. Chcę dziś zobaczyć Święte Dęby w jesiennej odsłonie.

Są 🙂

Czas ucieka, więc ruszam w drogę powrotną. Nie tylko ja korzystam z uroków pogody.

Wracam na znajomy mostek.

Jeszcze tylko polny krzyż…

… i moja dwudziestokilometrowa wycieczka kończy się 🙂

Tradycją stały się w tym roku jednodniowe wypady Galerników nad Bug. Nie ukrywam że inicjatorem tej tradycji stałem się ja 🙂

Na szczęście trafiłem na podatny grunt i mam doborowe towarzystwo do przemierzania nadbużańskich ścieżek. W tym roku to już kolejna wyprawa tego typu – tym razem będzie to odsłona jesienna.

Zbiórkę mamy tam gdzie zawsze. Pod Galerią. Ruszamy do miejscowości Łęgi, gdzie pojawiamy się w ciągu pół godziny. Auta wędrują na nasyp nadbużanki, Ewa odczytuje przygotowany elaborat na temat historii traktu i ruszamy w drogę. Pogoda jest doskonała. I taka też będzie cały dzień.

Na początek podziwiamy pale pierwszego z mostów.

Zdobywamy nasyp i teraz będziemy się poruszać historycznym traktem, który przez kilkadziesiąt lat zdążył trochę zdziczeć, ale nadal wznosi się wyraźnie ponad okolicznymi rozlewiskami.

Drogę przegradza nam kolejne jezioro. Tu był drugi most. Nic po nim zostało… okrążamy zbiornik wodny i za chwilę możemy kontynuować drogę nasypem po jego drugiej stronie.

Podziwiamy pnącza oplatające drzewa – czujemy się jak w dżungli 🙂

W dole widać resztki kolejnej przeprawy… Właściwie to widzę te pale po raz pierwszy, bo jeszcze nigdy nie było tu tak niskiej wody.

Wreszcie trakt kończy się i jesteśmy nad Bugiem. Słońce rozświetla jesienny krajobraz, który nabiera niezwykłych kolorów. Aparaty idą w ruch.

Widać oczywiście pale głównego mostu na Bugu. Tu była główna przeprawa na Brześć. Teraz zostało kilka smętnych świadków historii..

Teraz wyprawa rusza ponad Bugiem na śniadanie na piasku 🙂 Do plaży, gdzie zaplanowałem postój, mamy około 20 minut.

Wreszcie jest!

Wychodzi znowu słońce, które na chwilę schowało się za chmurami i teraz mamy ucztę dla oczu 🙂

Czas na posiłek 🙂

A ja zawzięcie fotografuję 🙂

Jest pięknie, ale to jednak koniec października. Wieczór szybko się zbliża, więc czas na odwrót.

Jeszcze wspólne foto:

I w drogę. Podziwiamy leniwie płynącą jesienną rzekę.

Dzielni pogranicznicy czuwają nad nami 🙂

A my zmierzamy przez nadbużańskie łąki z powrotem do wsi.

Jesień…

Ta historia zaczęła się w lipcu na pewnym weselu…

Znalazłem się na nim nie całkiem przypadkiem, bo Kinga to jakby nie patrzeć bliska rodzina. Siedząc przy stoliku i gawędząc na różne tematy, zaczęliśmy snuć plany fotograficzne. Kinga od niedawna została artystą- fotografem i nie jest to bynajmniej żart. Na codzień jest radiowcem, ale całkiem mocno wkręciła się w fotografię i ekspresowo dołączyła do pasjonatów tego rodzaju sztuki 🙂

Nasz plan polegał na odwiedzeniu Podlasia – tego za Bugiem. Nie ukrywam, że zapewne wpływ na to miały moje opowieści o tym, co tam widziałem 🙂

W pewien jesienny weekend pogoda sprawia niespodziankę i postanawia stworzyć nam idealne warunki do fotografowania. Kinga z koleżanką Kasią docierają do mnie na poranną kawę i pada hasło: prowadź 🙂 Dołącza do nas jeszcze jedna Pani Fotograf – czyli niezawodna córcia.

Plan trasy miałem przygotowany wcześniej, ale dochodzę do wniosku że nie zaszkodzi trochę spontaniczności i będę go dziś dynamicznie dostosowywał do posiadanego zapasu czasu.

Pierwsza zmiana planu następuję tuż po wyjeździe z miasta. Postanawiamy zahaczyć o skarpę widokową w Gnojnie. Dla obu pań jest to dziewiczy teren, więc wszystko co dziś pokażę i tak będzie nowe, jakkolwiek mi się już czasem opatrzyło 😉

Wychodzimy na skarpę i oczywiście jest głośne: ooo!

Jest też moje ulubione drzewo, więc nie mogę sobie odmówić kolejnego ujęcia 😉

Tym razem jednak zamiast ciszy towarzyszy mi dźwięk stukających migawek 😉 Kinga z wielką radością buszuje w polu dyń.

Teraz czas na objazd po nadbużańskich wioskach. Mijamy Borsuki, Serpelice, Zabuże i zmierzamy do mostu w Kózkach. Jakkolwiek w planie mamy też Mielnik, to jednak nie korzystamy z promu, bo chcę zawieźć wycieczkę jeszcze w jedno miejsce, które włączyłem ostatnio do listy miejsc, które obowiązkowo trzeba odwiedzić. Chodzi oczywiście o Kasztelik Koronę Podlasia. Jest sobota, więc jest duża szansa spotkać gospodarza, czyli pana Jerzego. Dla dziennikarza będzie to na pewno duża atrakcja 🙂

Dojazd zajmuje nam przysłowiową chwilę, w czasie której opowiadam różne ciekawostki na temat mijanych miejsc. Zastanawiam się skąd ja to wszystko wiem 😉

Mijamy most i już jesteśmy w trzecim dziś województwie – podlaskim. Zgrabnie wskakujemy na parking i za chwilę jest kolejne: ooo! 🙂

Ja się chwilę kręcę po okolicy, a wycieczka ma czas zwiedzić obiekt i porozmawiać z gospodarzem, który oczywiście jest i pracowicie szykuje kamienny stół, ma którym zapewne niedługo odbędą się uczty 🙂

Czas mamy dobry, więc nie spiesząc się, ruszamy do Mielnika. W Mielniku mamy niespodziankę: część dróg jest nieprzejezdnych… odbywają się tu nadbużańskie maratony biegowe i organizatorzy pozamykali część dojazdów. Do wieży widokowej nie docieramy, więc od razu ruszamy pod Górę Zamkową. Chwila walki z dość karkołomnym wjazdem na parking i już maszerujemy nad rzekę.

Mijamy ruiny kościoła.

A z góry… roztacza się malowniczy widok na cywilizację 😉

Na szczęście nie we wszystkie strony 😉

Kolejny punkt wycieczki to kopalnia kredy. Co prawda wytyczono tędy część trasy biegu, ale pozostał wolny pas dla ruchu lokalnego i możemy dotrzeć na parking pod punktem widokowym.

Chwila na ooo! i rozkładamy się we wiacie na śniadanie 🙂

Teraz powinniśmy ruszyć na północ. Coś idzie jednak nie tak i szukając skrótu trafiam na ulicę… Białą. Wrażenie jest niesamowite. Tak jak gdyby nagle przeniesiono nas w środek zimy 🙂 Tędy wywożona jest kreda z kopalni.

Oczywiście robimy obowiązkowy przystanek na zdjęcia.

Nadbiegają zawodnicy. Machają do nas, a my oczywiście też „odmachujemy” 🙂 Robię pierwszą fotkę i rozbijam bank. W domu sprawdzę, że to Patrycja – zwyciężczyni najdłuższego dziś biegu – na dystansie około 92 km 🙂

Patrycja pobiegła a my z okrzykami zachwytu biegamy i fotografujemy zabielony krajobraz.

Nasze buty przybrały oczywiście piękny biały kolor a wraz z nimi wycieraczki w samochodzie Kingi 😉 Ulica Biała się kończy i udaje się wyjechać na drogę do Koterki, która jest naszym kolejnym celem. Dzieli nas od niej około 10 kilometrów.

Pojawiamy się na parkingu i zastajemy gospodarza obiektu. Wygląda na to, ze już się stąd zabierał, ale na nasz widok porzuca swoje auto i podchodzi na dłuższą pogawędkę. Jest uśmiechnięty, życzliwy i otwarty. Pewnie mógłby nas tu raczyć opowieściami do wieczora 🙂 I pewnie słuchalibyśmy jego pięknej śpiewnej mowy, przeplatanej rosyjskimi słowami. Ot, magia Podlasia.

Udajemy się na fotografowanie. Ja w zasadzie… wolę popatrzeć… Mam stąd już tyle zdjęć…

Zerkam na zegarek i nieśmiało sugeruję dalszą podróż. Dość krótką, pod kościół w Tokarach. Cerkiew w Koterce często zresztą jest lokalizowana właśnie w Tokarach.

Dojazd zajmuje nam kilka minut. Dorzucamy do kolekcji kolejne ooo!

Kościół jest otwarty, więc oczywiście korzystamy z okazji, by zwiedzić jego wnętrze.

A potem w dalszą drogę. Pośród pól i łąk zmierzamy do Telatycz. Tu mój plan ulega dynamicznej korekcie, bo czas nam się trochę skurczył. Postanawiam szukać skrótu do kolejnego obiektu i zamiast ponad granicą przez kolejne wsie – dotrzeć pod cerkiew w Anusinie od wsi Wilamowce. Mapa mówi, że się da 🙂

Droga rzeczywiście jest, drogowskaz też. No to skręcamy 🙂 Pierwsze kilkaset metrów jest nawet asfalt… a może jego resztki 🙂 Omijając wielkie dziury docieramy do szutrowego odcinka. To ten rodzaj drogi, przy którym omal plomby mi z zębów nie powypadały, gdy jechałem nią rowerem 🙂

Auto trzęsie się jak szalone a próby znalezienia techniki jazdy po czymś takim długo się nie udają. Dopiero mijający nas miejscowy bolid pokazał na czym sztuka polega. Gazu! Im szybciej tym lepiej 🙂 Auto Kingi przeżyło 🙂 Jesteśmy w Anusinie. Ooo! 😉

Znowu dopisuje nam szczęście. Cerkiew jest otwarta. Tylko kościelny trochę zdziwiony niespodziewaną wizytą nieco się krzywił 😉 Ale warto było zerknąć na wnętrze.

Oceniamy zapas czasu – jest jeszcze trochę. Podrzucam pomysł – tu obok jest Grabarka. Błysk w oku mówi mi, że jedziemy 🙂

Powrót sprawdzoną techniką zajmuje chwilę. Kinga pędzi jak rasowy mistrz szutru 😉 Docieramy do Wilamowców, gdzie oczywiście też robimy na chwilę przystanek na fotografowanie, a potem kierunek Radziwiłłówka. Po drodze mijamy jak zawsze robiące wrażenie zbiorniki ropy w Adamowie.

W Radziwiłówce skręcamy w drogę na Grabarkę. Jest świetnej jakości i wszystko byłoby by dobrze, gdyby nie drzewo… Atakuje nas niespodziewanie … swoją samotnością na wzgórzu. Nie ma siły, która by nas zatrzymała. Plener trwa dobre 20 minut.

Wreszcie drzewo puszcza nas ze swoich objęć i w parę minut jesteśmy pod wzgórzem na Grabarce.

O samej Grabarce trudno coś nowego napisać. Miejsce sławne, ale też wyjątkowe z racji spokoju i pozytywnej energii, która z niego bije. Święte miejsce prawosławia, taka” Częstochowa prawosławia”. Bez tłumów, cepelii…

Miejsce wciąga wycieczkę na dłuższy czas. Chodzą jak zaczarowani 🙂

Zachwyt wzbudza też strumień błyszczący w słońcu.

Pomału ruszamy w drogę powrotną. Docieramy w rejon ronda koło Siemiatycz i rzucam jeszcze nieśmiało propozycję zobaczenia Drohiczyna. Na odzew nie muszę czekać dugo. Oczywiście jedziemy. To tylko około 15 kilometrów.

Parkujemy w centrum i ruszamy na krótki obchód. Zdobywamy kolejną dziś Górę Zamkową.

Jeszcze krótki spacer pod siedzibę diecezji i czas na odwrót. Słońce już nisko, światło fotograficzne pomału się kończy. Wszyscy chyba są już trochę zmęczeni, bo dzień był wyjątkowo intensywny.

Został nam tylko powrót do domu, a Kindze dodatkowe 130 kilometrów do Lublina. Przejechaliśmy niemal 250 kilometrów podlaskich dróg.

Prądu nie przewodzę ale po Podlasiu już chyba mogę 😉

Czyli tego całkiem blisko, ale poza ubitymi drogami.

Tegoroczny nowy pomysł na aktywność fizyczną połączoną z fotografowaniem sprawdza się całkiem dobrze. Siadam na rower i jadę przed siebie, z dala od głównych dróg i tam, gdzie mnie jeszcze nie było.

Ta wycieczka wiedzie na wschód. Szybko przemieszczam się znanym już szlakiem do lasu w okolicy wsi Grabanów i obok gajówki skręcam w wąską leśną ścieżkę. Nigdy tu nie byłem, więc ciekawy jestem gdzie też dojadę 🙂 Na początek oczywiście do końca lasu 🙂

Na dobry początek wita mnie kępka samotnych brzóz na miedzy.

Jadę piaszczystą, polną drogą, pośród skoszonych pól. Wielka przestrzeń od czasu do czasu przetykana jest jakąś gruszą. Pod jedną z nich stoi metalowy krzyż i kilka lampek. Ktoś o tym miejscu pamięta. Świadectwo daje też stosowny kopczyk z puszek po piwie 😉

Mój kolejny cel to kościół w Horbowie. Wita mnie klasyczny podlaski rozstaj dróg z kapliczką. I drzewo typu „kulka” 🙂

Ruszam dalej i po kilkuset metrach jestem na miejscu.

Według tradycji w 1516 fundator nowego kościoła (parafia rzymskokatolicka wzmiankowana tu już w 1446), Jan Horbowski, sprowadził niewielki wizerunek Matki Bożej z Dzieciątkiem. Obraz zasłynął potem jako cudowny, o czci, jaką otaczała go miejscowa ludność, świadczyły liczne wota. Przetrwał pożary kolejnych kilku, drewnianych świątyń w tym miejscu. 

           W 1812 kościół w Horbowie został niemal kompletnie zdewastowany przez wojska rosyjskie. Ocalały obraz przeniesiono do pobliskiej cerkwi unickiej (parafia unicka powstała tu w 1678). Katolicy przez długie lata musieli obywać się bez własnej świątyni, jej funkcję spełniała niewielka kaplica św. Barbary, wybudowana w 1821 roku. Wprawdzie książę Adam Czartoryski, ówczesny właściciel Horbowa, w latach dwudziestych XIX wieku zobowiązał się do dofinansowania naprawy kościoła, ale po klęsce powstania listopadowego i utracie majątku wyjechał za granicę. W 1866 zniesiono parafię Horbów a wieś przyłączono do parafii Piszczac (następnie w 1892 do parafii św. Anny w Białej). W 1878 w związku z carskimi represjami rozebrano kaplicę, obraz zaginął.

Obecna świątynia została wzniesiona w 1905 przez rząd rosyjski jako cerkiew prawosławna, w takim charakterze służyła do 1915 roku. Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę przejęli ją katolicy, parafię rzymskokatolicką reaktywowano w 1924 roku. Mimo upływu wielu lat nie zaginęła pamięć o cudownym obrazie. Ustalono, że po rozebraniu kaplicy św. Barbary zaopiekował się nim ówczesny dziekan bialski, ks. Konstanty Szyszkowski, i umieścił u siebie na plebanii w Białej Podlaskiej. Kiedy wyjechał do Lublina, zabrał ze sobą również i obraz. Zmarł jednak kilka miesięcy przed tym, jak zaczęły się poszukiwania, jego mienie przekazano w depozyt Kurii Lubelskiej. Gdy okazało się, że obraz znajduje się w katedrze lubelskiej, została wydana decyzja o jego zwrocie. Po przewiezieniu do Białej Podlaskiej i odnowieniu wyruszył w uroczystej procesji do Horbowa.

Horbowski kościół jest orientowany, drewniany o konstrukcji zrębowej (zrąb z bali sosnowych), oszalowany, na kamiennej podmurówce. Z więźbą dachową wieszarową oraz krokwiowo-stolcową. Rzut ma rozczłonkowany, wydłużony. Składa się z małego, kwadratowego prezbiterium z dwiema małymi, kwadratowymi zakrystiami po bokach, kwadratowej nawy, babińca (węższy od nawy i niższy, wydłużony) i kruchty z dwiema lokalnościami. Nad kruchtą wznosi się dwukondygnacyjna wieża. Dolna kondygnacja, kwadratowa, wtopiona jest w fasadę, górna – ośmioboczna, zwieńczona wysokim, ośmiobocznym, ostrosłupowym hełmem z iglicą. Nawa, babiniec oraz prezbiterium z zakrystiami przykryte są niezależnymi dachami dwuspadowymi, pokrytymi blachą ocynkowaną i wspartymi na kroksztynach. 

W trójosiowej fasadzie znajduje się prostokątne wejście poprzedzone gankiem na dwóch słupach, bo jego bokach są prostokątne okna. W pozostałych elewacjach okna ujęto ozdobnymi obramieniami z desek, w nawie i babińcu są one zamknięte łukiem w ośli grzbiet, w prezbiterium prostokątne. Elewacje zdobią też gzymsy i zakończone półokrągło deski szalunku. 

Stropy we wnętrzu (płaskie) mają różne poziomy, w nawie i babińcu pokryte są szerokimi fasetami. Oszalowanie w nawie (ścięte narożniki) imituje trompy. Nawa otwiera się na prezbiterium trójbocznie zamkniętą arkadą. Do zachodniej ściany babińca przylega chór muzyczny, wsparty na czterech słupach. 

Malowidła ścienne wewnątrz kościoła pochodzą z lat 50/60-tych XX wieku. Ołtarz główny (2004) zestawiono z trzech fragmentów ikonostasu (XIX/XX wiek). W jego centrum znajduje się obraz Matki Bożej Łaskawej, w typie Hodegetrii (najpowszechniejszy typ ikonograficzny przedstawiania Matki Boskiej z Dzieciątkiem Jezus na ręku), namalowany na desce, ze złoconym, tłoczonym tłem. Sukienka Maryi (z tkaniny wyszywanej perłami i koralikami) pochodzi zapewne z XIX wieku. Pozostałe obrazy są pocerkiewne oraz namalowane już po przejęciu świątyni przez kościół rzymski. Spośród zabytkowego wyposażenia najstarszy jest barokowy kielich z początku XVIII wieku, z ośmiolistną stopą.

Kościół przeszedł liczne remonty w okresie międzywojennym, w tym przekształcenie wieży. W trakcie ostatniego (2003 – 2005) oszalowano wnętrze i dokonano rekonstrukcji ołtarzy bocznych. [źródło: lubelskie klimaty]

Krótki postój na zdjęcia i ruszam w poszukiwaniu kolejnego punktu wyjazdu. Jest to cmentarz z I wojny światowej, ukryty gdzieś tu na polu, z tyłu zabudowań.

Przedzieram się kilkanaście metrów polem i odnajduję go dość szybko. Jest to nieduży kurhan z kamiennym krzyżem na szczycie.

Więcej informacji i tym miejscu można znaleźć na trobal.pulawy.net

Plan wykonany, zostaje odwrót. Godzinę zajmuje mi jazda krajową „dwójką” pod dom. Nie należy ona do przyjemnych, bo ruch jest duży, jedzie mnóstwo TIR-ów – niestety to najszybszy dojazd i chcę zdążyć przed zmrokiem. Na szczęście przeżyłem 🙂