Ta historia zaczęła się w lipcu na pewnym weselu…

Znalazłem się na nim nie całkiem przypadkiem, bo Kinga to jakby nie patrzeć bliska rodzina. Siedząc przy stoliku i gawędząc na różne tematy, zaczęliśmy snuć plany fotograficzne. Kinga od niedawna została artystą- fotografem i nie jest to bynajmniej żart. Na codzień jest radiowcem, ale całkiem mocno wkręciła się w fotografię i ekspresowo dołączyła do pasjonatów tego rodzaju sztuki 🙂

Nasz plan polegał na odwiedzeniu Podlasia – tego za Bugiem. Nie ukrywam, że zapewne wpływ na to miały moje opowieści o tym, co tam widziałem 🙂

W pewien jesienny weekend pogoda sprawia niespodziankę i postanawia stworzyć nam idealne warunki do fotografowania. Kinga z koleżanką Kasią docierają do mnie na poranną kawę i pada hasło: prowadź 🙂 Dołącza do nas jeszcze jedna Pani Fotograf – czyli niezawodna córcia.

Plan trasy miałem przygotowany wcześniej, ale dochodzę do wniosku że nie zaszkodzi trochę spontaniczności i będę go dziś dynamicznie dostosowywał do posiadanego zapasu czasu.

Pierwsza zmiana planu następuję tuż po wyjeździe z miasta. Postanawiamy zahaczyć o skarpę widokową w Gnojnie. Dla obu pań jest to dziewiczy teren, więc wszystko co dziś pokażę i tak będzie nowe, jakkolwiek mi się już czasem opatrzyło 😉

Wychodzimy na skarpę i oczywiście jest głośne: ooo!

Jest też moje ulubione drzewo, więc nie mogę sobie odmówić kolejnego ujęcia 😉

Tym razem jednak zamiast ciszy towarzyszy mi dźwięk stukających migawek 😉 Kinga z wielką radością buszuje w polu dyń.

Teraz czas na objazd po nadbużańskich wioskach. Mijamy Borsuki, Serpelice, Zabuże i zmierzamy do mostu w Kózkach. Jakkolwiek w planie mamy też Mielnik, to jednak nie korzystamy z promu, bo chcę zawieźć wycieczkę jeszcze w jedno miejsce, które włączyłem ostatnio do listy miejsc, które obowiązkowo trzeba odwiedzić. Chodzi oczywiście o Kasztelik Koronę Podlasia. Jest sobota, więc jest duża szansa spotkać gospodarza, czyli pana Jerzego. Dla dziennikarza będzie to na pewno duża atrakcja 🙂

Dojazd zajmuje nam przysłowiową chwilę, w czasie której opowiadam różne ciekawostki na temat mijanych miejsc. Zastanawiam się skąd ja to wszystko wiem 😉

Mijamy most i już jesteśmy w trzecim dziś województwie – podlaskim. Zgrabnie wskakujemy na parking i za chwilę jest kolejne: ooo! 🙂

Ja się chwilę kręcę po okolicy, a wycieczka ma czas zwiedzić obiekt i porozmawiać z gospodarzem, który oczywiście jest i pracowicie szykuje kamienny stół, ma którym zapewne niedługo odbędą się uczty 🙂

Czas mamy dobry, więc nie spiesząc się, ruszamy do Mielnika. W Mielniku mamy niespodziankę: część dróg jest nieprzejezdnych… odbywają się tu nadbużańskie maratony biegowe i organizatorzy pozamykali część dojazdów. Do wieży widokowej nie docieramy, więc od razu ruszamy pod Górę Zamkową. Chwila walki z dość karkołomnym wjazdem na parking i już maszerujemy nad rzekę.

Mijamy ruiny kościoła.

A z góry… roztacza się malowniczy widok na cywilizację 😉

Na szczęście nie we wszystkie strony 😉

Kolejny punkt wycieczki to kopalnia kredy. Co prawda wytyczono tędy część trasy biegu, ale pozostał wolny pas dla ruchu lokalnego i możemy dotrzeć na parking pod punktem widokowym.

Chwila na ooo! i rozkładamy się we wiacie na śniadanie 🙂

Teraz powinniśmy ruszyć na północ. Coś idzie jednak nie tak i szukając skrótu trafiam na ulicę… Białą. Wrażenie jest niesamowite. Tak jak gdyby nagle przeniesiono nas w środek zimy 🙂 Tędy wywożona jest kreda z kopalni.

Oczywiście robimy obowiązkowy przystanek na zdjęcia.

Nadbiegają zawodnicy. Machają do nas, a my oczywiście też „odmachujemy” 🙂 Robię pierwszą fotkę i rozbijam bank. W domu sprawdzę, że to Patrycja – zwyciężczyni najdłuższego dziś biegu – na dystansie około 92 km 🙂

Patrycja pobiegła a my z okrzykami zachwytu biegamy i fotografujemy zabielony krajobraz.

Nasze buty przybrały oczywiście piękny biały kolor a wraz z nimi wycieraczki w samochodzie Kingi 😉 Ulica Biała się kończy i udaje się wyjechać na drogę do Koterki, która jest naszym kolejnym celem. Dzieli nas od niej około 10 kilometrów.

Pojawiamy się na parkingu i zastajemy gospodarza obiektu. Wygląda na to, ze już się stąd zabierał, ale na nasz widok porzuca swoje auto i podchodzi na dłuższą pogawędkę. Jest uśmiechnięty, życzliwy i otwarty. Pewnie mógłby nas tu raczyć opowieściami do wieczora 🙂 I pewnie słuchalibyśmy jego pięknej śpiewnej mowy, przeplatanej rosyjskimi słowami. Ot, magia Podlasia.

Udajemy się na fotografowanie. Ja w zasadzie… wolę popatrzeć… Mam stąd już tyle zdjęć…

Zerkam na zegarek i nieśmiało sugeruję dalszą podróż. Dość krótką, pod kościół w Tokarach. Cerkiew w Koterce często zresztą jest lokalizowana właśnie w Tokarach.

Dojazd zajmuje nam kilka minut. Dorzucamy do kolekcji kolejne ooo!

Kościół jest otwarty, więc oczywiście korzystamy z okazji, by zwiedzić jego wnętrze.

A potem w dalszą drogę. Pośród pól i łąk zmierzamy do Telatycz. Tu mój plan ulega dynamicznej korekcie, bo czas nam się trochę skurczył. Postanawiam szukać skrótu do kolejnego obiektu i zamiast ponad granicą przez kolejne wsie – dotrzeć pod cerkiew w Anusinie od wsi Wilamowce. Mapa mówi, że się da 🙂

Droga rzeczywiście jest, drogowskaz też. No to skręcamy 🙂 Pierwsze kilkaset metrów jest nawet asfalt… a może jego resztki 🙂 Omijając wielkie dziury docieramy do szutrowego odcinka. To ten rodzaj drogi, przy którym omal plomby mi z zębów nie powypadały, gdy jechałem nią rowerem 🙂

Auto trzęsie się jak szalone a próby znalezienia techniki jazdy po czymś takim długo się nie udają. Dopiero mijający nas miejscowy bolid pokazał na czym sztuka polega. Gazu! Im szybciej tym lepiej 🙂 Auto Kingi przeżyło 🙂 Jesteśmy w Anusinie. Ooo! 😉

Znowu dopisuje nam szczęście. Cerkiew jest otwarta. Tylko kościelny trochę zdziwiony niespodziewaną wizytą nieco się krzywił 😉 Ale warto było zerknąć na wnętrze.

Oceniamy zapas czasu – jest jeszcze trochę. Podrzucam pomysł – tu obok jest Grabarka. Błysk w oku mówi mi, że jedziemy 🙂

Powrót sprawdzoną techniką zajmuje chwilę. Kinga pędzi jak rasowy mistrz szutru 😉 Docieramy do Wilamowców, gdzie oczywiście też robimy na chwilę przystanek na fotografowanie, a potem kierunek Radziwiłłówka. Po drodze mijamy jak zawsze robiące wrażenie zbiorniki ropy w Adamowie.

W Radziwiłówce skręcamy w drogę na Grabarkę. Jest świetnej jakości i wszystko byłoby by dobrze, gdyby nie drzewo… Atakuje nas niespodziewanie … swoją samotnością na wzgórzu. Nie ma siły, która by nas zatrzymała. Plener trwa dobre 20 minut.

Wreszcie drzewo puszcza nas ze swoich objęć i w parę minut jesteśmy pod wzgórzem na Grabarce.

O samej Grabarce trudno coś nowego napisać. Miejsce sławne, ale też wyjątkowe z racji spokoju i pozytywnej energii, która z niego bije. Święte miejsce prawosławia, taka” Częstochowa prawosławia”. Bez tłumów, cepelii…

Miejsce wciąga wycieczkę na dłuższy czas. Chodzą jak zaczarowani 🙂

Zachwyt wzbudza też strumień błyszczący w słońcu.

Pomału ruszamy w drogę powrotną. Docieramy w rejon ronda koło Siemiatycz i rzucam jeszcze nieśmiało propozycję zobaczenia Drohiczyna. Na odzew nie muszę czekać dugo. Oczywiście jedziemy. To tylko około 15 kilometrów.

Parkujemy w centrum i ruszamy na krótki obchód. Zdobywamy kolejną dziś Górę Zamkową.

Jeszcze krótki spacer pod siedzibę diecezji i czas na odwrót. Słońce już nisko, światło fotograficzne pomału się kończy. Wszyscy chyba są już trochę zmęczeni, bo dzień był wyjątkowo intensywny.

Został nam tylko powrót do domu, a Kindze dodatkowe 130 kilometrów do Lublina. Przejechaliśmy niemal 250 kilometrów podlaskich dróg.

Prądu nie przewodzę ale po Podlasiu już chyba mogę 😉

Czyli tego całkiem blisko, ale poza ubitymi drogami.

Tegoroczny nowy pomysł na aktywność fizyczną połączoną z fotografowaniem sprawdza się całkiem dobrze. Siadam na rower i jadę przed siebie, z dala od głównych dróg i tam, gdzie mnie jeszcze nie było.

Ta wycieczka wiedzie na wschód. Szybko przemieszczam się znanym już szlakiem do lasu w okolicy wsi Grabanów i obok gajówki skręcam w wąską leśną ścieżkę. Nigdy tu nie byłem, więc ciekawy jestem gdzie też dojadę 🙂 Na początek oczywiście do końca lasu 🙂

Na dobry początek wita mnie kępka samotnych brzóz na miedzy.

Jadę piaszczystą, polną drogą, pośród skoszonych pól. Wielka przestrzeń od czasu do czasu przetykana jest jakąś gruszą. Pod jedną z nich stoi metalowy krzyż i kilka lampek. Ktoś o tym miejscu pamięta. Świadectwo daje też stosowny kopczyk z puszek po piwie 😉

Mój kolejny cel to kościół w Horbowie. Wita mnie klasyczny podlaski rozstaj dróg z kapliczką. I drzewo typu „kulka” 🙂

Ruszam dalej i po kilkuset metrach jestem na miejscu.

Według tradycji w 1516 fundator nowego kościoła (parafia rzymskokatolicka wzmiankowana tu już w 1446), Jan Horbowski, sprowadził niewielki wizerunek Matki Bożej z Dzieciątkiem. Obraz zasłynął potem jako cudowny, o czci, jaką otaczała go miejscowa ludność, świadczyły liczne wota. Przetrwał pożary kolejnych kilku, drewnianych świątyń w tym miejscu. 

           W 1812 kościół w Horbowie został niemal kompletnie zdewastowany przez wojska rosyjskie. Ocalały obraz przeniesiono do pobliskiej cerkwi unickiej (parafia unicka powstała tu w 1678). Katolicy przez długie lata musieli obywać się bez własnej świątyni, jej funkcję spełniała niewielka kaplica św. Barbary, wybudowana w 1821 roku. Wprawdzie książę Adam Czartoryski, ówczesny właściciel Horbowa, w latach dwudziestych XIX wieku zobowiązał się do dofinansowania naprawy kościoła, ale po klęsce powstania listopadowego i utracie majątku wyjechał za granicę. W 1866 zniesiono parafię Horbów a wieś przyłączono do parafii Piszczac (następnie w 1892 do parafii św. Anny w Białej). W 1878 w związku z carskimi represjami rozebrano kaplicę, obraz zaginął.

Obecna świątynia została wzniesiona w 1905 przez rząd rosyjski jako cerkiew prawosławna, w takim charakterze służyła do 1915 roku. Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę przejęli ją katolicy, parafię rzymskokatolicką reaktywowano w 1924 roku. Mimo upływu wielu lat nie zaginęła pamięć o cudownym obrazie. Ustalono, że po rozebraniu kaplicy św. Barbary zaopiekował się nim ówczesny dziekan bialski, ks. Konstanty Szyszkowski, i umieścił u siebie na plebanii w Białej Podlaskiej. Kiedy wyjechał do Lublina, zabrał ze sobą również i obraz. Zmarł jednak kilka miesięcy przed tym, jak zaczęły się poszukiwania, jego mienie przekazano w depozyt Kurii Lubelskiej. Gdy okazało się, że obraz znajduje się w katedrze lubelskiej, została wydana decyzja o jego zwrocie. Po przewiezieniu do Białej Podlaskiej i odnowieniu wyruszył w uroczystej procesji do Horbowa.

Horbowski kościół jest orientowany, drewniany o konstrukcji zrębowej (zrąb z bali sosnowych), oszalowany, na kamiennej podmurówce. Z więźbą dachową wieszarową oraz krokwiowo-stolcową. Rzut ma rozczłonkowany, wydłużony. Składa się z małego, kwadratowego prezbiterium z dwiema małymi, kwadratowymi zakrystiami po bokach, kwadratowej nawy, babińca (węższy od nawy i niższy, wydłużony) i kruchty z dwiema lokalnościami. Nad kruchtą wznosi się dwukondygnacyjna wieża. Dolna kondygnacja, kwadratowa, wtopiona jest w fasadę, górna – ośmioboczna, zwieńczona wysokim, ośmiobocznym, ostrosłupowym hełmem z iglicą. Nawa, babiniec oraz prezbiterium z zakrystiami przykryte są niezależnymi dachami dwuspadowymi, pokrytymi blachą ocynkowaną i wspartymi na kroksztynach. 

W trójosiowej fasadzie znajduje się prostokątne wejście poprzedzone gankiem na dwóch słupach, bo jego bokach są prostokątne okna. W pozostałych elewacjach okna ujęto ozdobnymi obramieniami z desek, w nawie i babińcu są one zamknięte łukiem w ośli grzbiet, w prezbiterium prostokątne. Elewacje zdobią też gzymsy i zakończone półokrągło deski szalunku. 

Stropy we wnętrzu (płaskie) mają różne poziomy, w nawie i babińcu pokryte są szerokimi fasetami. Oszalowanie w nawie (ścięte narożniki) imituje trompy. Nawa otwiera się na prezbiterium trójbocznie zamkniętą arkadą. Do zachodniej ściany babińca przylega chór muzyczny, wsparty na czterech słupach. 

Malowidła ścienne wewnątrz kościoła pochodzą z lat 50/60-tych XX wieku. Ołtarz główny (2004) zestawiono z trzech fragmentów ikonostasu (XIX/XX wiek). W jego centrum znajduje się obraz Matki Bożej Łaskawej, w typie Hodegetrii (najpowszechniejszy typ ikonograficzny przedstawiania Matki Boskiej z Dzieciątkiem Jezus na ręku), namalowany na desce, ze złoconym, tłoczonym tłem. Sukienka Maryi (z tkaniny wyszywanej perłami i koralikami) pochodzi zapewne z XIX wieku. Pozostałe obrazy są pocerkiewne oraz namalowane już po przejęciu świątyni przez kościół rzymski. Spośród zabytkowego wyposażenia najstarszy jest barokowy kielich z początku XVIII wieku, z ośmiolistną stopą.

Kościół przeszedł liczne remonty w okresie międzywojennym, w tym przekształcenie wieży. W trakcie ostatniego (2003 – 2005) oszalowano wnętrze i dokonano rekonstrukcji ołtarzy bocznych. [źródło: lubelskie klimaty]

Krótki postój na zdjęcia i ruszam w poszukiwaniu kolejnego punktu wyjazdu. Jest to cmentarz z I wojny światowej, ukryty gdzieś tu na polu, z tyłu zabudowań.

Przedzieram się kilkanaście metrów polem i odnajduję go dość szybko. Jest to nieduży kurhan z kamiennym krzyżem na szczycie.

Więcej informacji i tym miejscu można znaleźć na trobal.pulawy.net

Plan wykonany, zostaje odwrót. Godzinę zajmuje mi jazda krajową „dwójką” pod dom. Nie należy ona do przyjemnych, bo ruch jest duży, jedzie mnóstwo TIR-ów – niestety to najszybszy dojazd i chcę zdążyć przed zmrokiem. Na szczęście przeżyłem 🙂

Niedaleko i daleko – jakoś nigdy nie mogłem umiejscowić na mapie obozu w Treblince. Poszukując nowych tras rowerowych nad Bugiem odkrywam, że właściwie to obóz jest blisko rzeki i trzeba go ująć w najbliższych planach.

Wychodzi jednak zupełnie inaczej. Jestem autem w Siedlcach i myślę co by tu zobaczyć w okolicy. Mapa mówi, że do Treblinki jest tylko 60 kilometrów. Szybka decyzja – jadę. Co prawda oddalam się tym sposobem od domu, ale w końcu mam urlop, to gdzie mam się śpieszyć.

Mijam Sokołów Podlaski i pojawiają się tabliczki, które naprowadzają mnie na cel. Godzina jazdy i jestem na miejscu.

Treblinka to wieś (ok. 300 mieszkańców) położona nad Bugiem, przy drodze nr 627 Ostrów Mazowiecka-Sokołów Podlaski, o 4 km na południe od Małkini Górnej.

Na południe od wsi znajduje się teren, na którym od lata 1941 do końca lipca 1944 r., przy czynnej żwirowni istniał karny obóz pracy – Treblinka I oraz od połowy 1942 r. do listopada 1943 r. przy tym obozie – obóz zagłady – Treblinka II. W karnym obozie pracy Polacy i Żydzi osadzeni byli w barakach otoczonych drutem kolczastym. Jednorazowo w obozie przebywało ok. 1.200 więźniów, ogółem zaś przez obóz przeszło ponad 20.000 osób. Prawie 10.000 więźniów zmarło z wycieńczenia, głodu, chorób i ciężkich prac lub zostało rozstrzelanych. Więźniowie pracowali w kopalni żwiru, na stacji w Małkini przy ładowaniu wagonów, część zatrudniona była w warsztatach obozowych, zaś kobiety w prowadzonym przy obozie gospodarstwie rolnym. 

Niemiecki obóz zagłady Treblinka II powstał na powierzchni 17 ha, przy karnym obozie pracy. Zabezpieczony był wysokim na 3 m ogrodzeniem z drutu kolczastego. Na obóz zagłady składały się dwie części: budynki, w których mieszkali hitlerowcy oraz 13 komór gazowych ukrytych za wysokim żywopłotem. Przy rampie kolejowej stworzono fałszywy dworzec, na którym urządzono kasy biletowe, poczekalnię, bufet oraz liczne drzwi, lecz wyjście było tylko jedno – na „drogę śmierci”. Pierwszy transport Żydów trafił tu z getta warszawskiego w lipcu 1942 r., następnie zaczęły przybywać transporty m.in. z Austrii, Belgii, ZSRR, Niemiec, Grecji, Bułgarii, Jugosławii i Czechosłowacji. W Treblince II zginęło około 800 000 ofiar. 2 sierpnia 1943 r., w porozumieniu i z pomocą oddziału AK, w obozie wybuchło powstanie zbrojne zorganizowane przez więźniów, podpalono budynki. W trakcie walk poległo prawie 500 więźniów, 200 osób zbiegło w okoliczne lasy i w kierunku rzeki Bug. Trzy miesiące później hitlerowcy zlikwidowali obóz Treblinka II, zatarli ślady masowego ludobójstwa, komory gazowe zniszczono, baraki rozebrano, a teren zaorano i zasiano łubinem [źródło: PTTK Mazowsze].

800 tysięcy ofiar robi wrażenie. Słowa są tu zbędne. Trochę obrazów.

W wersji bez kolorów.

Kilka lat temu odwiedziłem Granne z Niezależną Grupą Plenerową. Wtedy była to romantyczna wyprawa odkrywająca nieznane. Teraz już znane, mimo to nie mogłem sobie odmówić okazji obejrzenia po raz kolejny tzw. „przeprawy napoleońskiej”. Wyłoniła się ponownie z nurtu Bugu, bo moja ulubiona rzeka z racji braku opadów znowu osiągnęła stany graniczące z wyschnięciem. A więc czas na zdjęcia.

Tym razem odkrywanie odbyło się w towarzystwie Bialskiej Grupy Rowerowej. Obserwuję ich wyczyny od dawna, ale widząc dystanse, jakie przejeżdżają na swoich wycieczkach – mój zapał do przyłączenia się jest skutecznie studzony 😉

Tym razem cel był jasno określony – nad Bug i z powrotem. To niedużo i postanawiam spróbować sił.

Spotykamy się na centralnym placu miasta, gdzie rządzi niepodzielnie koleżanka Halszka – kobieta która chyba śpi z rowerem 😉 Krótka narada nad trasą i przebijamy się poza miasto. Chwilę uczę się zasad jazdy w grupie 🙂 Do tej pory jeździłem wyłącznie solo…

Grupa jest bardziej szosowa niż terenowa, więc tempo jest niezłe. Na szczęcie wybór roweru z kołami 29 cali był dobry i tempo jazdy nie stanowi problemu dla mego „górala”.

Pierwszy przystanek robimy w pobliżu ODR w Grabanowie. Wycieczka na chwilę zsiada ze swoich rumaków i podziwia pałacyk. To ten sam, który fotografowałem przy okazji pleneru fotograficznego.

Dalej ruszamy przez wieś Wilczyn w kierunku Rokitna. Dojeżdżamy w okolice leśniczówki, gdzie decydujemy się skręcić w leśną żużlówkę. Droga jest dobrej jakości i nie sprawia problemów „szosowcom”.

Długa prosta kończy się w pobliżu leśnego cmentarza z pierwszej wojny światowej.

Tu robimy kolejny przystanek.

Kierujemy się dalej leśnym duktem w kierunku kolejnej wsi – Hołodnicy. Teraz ja robię za przewodnika, bo znam te okolice ze swoich rowerowych wypadów. Leśna droga kończy się na asfaltowym łączniku Rokitna z drogą do Janowa Podlaskiego. My jednak przecinamy ją i po około kilometrze jesteśmy w Hołodnicy.

Asfalt się kończy… i zaczynają się piaski. Tu niestety moi towarzysze grzęzną… i zaczynają chwilami prowadzić swoje rowery. Tylko mój „góral” sunie jak czołg 🙂 Ponieważ jednak jesteśmy grupą, dostosowuję się z tempem jazdy do idących.

Mijamy lokalne ciekawostki: tajemnicze muzeum przypominająće wysypisko śmieci, przydrożne krzyże i aleję z mirabelek. Kwaśne strasznie były 🙂

Po kilku kilometrach walka się kończy i wyjeżdżamy za Janowem Podlaskim na asfalt 🙂

Zmierzymy do centrum, gdzie Halszka zarządza kolejną przerwę – na lody 🙂 Upał daje się we znaki – więc chłodzenie odbywa się w samą porę!

Teraz ruszamy w kierunku celu wyprawy – na landartowe łąki.

Wcześniej jednak postanawiamy obejrzeć część ekspozycji wokół Pałacu Biskupiego.

Tam ulokowała się część tegorocznej ekipy Landartu i tych prac do tej pory nie miałem okazji obejrzeć. Zajeżdżamy na tyły Pałacu i oto są.

Z drzewa obserwuje mnie wielka krewetka. Brrrr…

A nieco dalej przyglądają mi się mieszkańcy tutejszej łąki. Na szczęście się uśmiechają 🙂

Szukałem tej flagi nad Bugiem a ona tu się schowała 🙂

Kręcimy się chwilę po starym parku, szukając Groty Naruszewica. Na szczęście jest tabliczka. Grota wygląda trochę jak bunkier. Na płotku wisi wielka kłódka, więc nie ma szans na penetrację wnętrza.

Ruszamy w kierunku Buczyc. Mijamy wieś, docieramy nad bagnistą rzeczkę i oto już widać znajomych wojowników. Nadal walczą 🙂 Do walki przyłącza się Halszka.

Objeżdżamy wszystkie prace. Dla mnie to kolejna już wizyta fotograficzna i trudno mi odnaleźć jakieś nowe punkty widzenia, więc ograniczam się do kilku zdjęć.

Japoński namiot:

Płonące drzewo:

Wrota czasu:

Szukanie przeprawy:

Tu była:

Pole golfowe:

Po obejrzeniu Landartu chwilę trwa narada. Ja zdecydowany jestem wracać, natomiast moi towarzysze jak to oni – czują niedosyt kilometrów 😉 Sugeruję, by gnali dalej, jednak godzina 14 jest dla nich argumentem, by też zawrócić.

Powrót na szczęście nie jest skomplikowany – czeka nas 20 kilometrów asfaltu 🙂 Z krótkim przystankiem na poszukiwania zaginionego w krzakach pomnika.

Do zobaczenia na następnej wycieczce, zacna grupo rowerowa.