Wstaję skoro świt, bo prognoza na dziś sugerowała. że „dziś jest ten dzień”. Czas na wyprawę, która od dawna chodziła mi po głowie. Przeglądając mapy, wielokrotnie rysowałem kolejne warianty trasy – by zobaczyć jak najwięcej tego co „za Bugiem”. Tym na północ – nie na wschód 🙂

O 8 rano jestem przy promie w Mielniku. Nowością jest opłata za przewóz – symboliczne 2 złote, ale za to prom pływa teraz od świtu do nocy. Nie będę musiał się śpieszyć, bo zaplanowana ostatecznie trasa ma około 90 kilometrów.

Pełen energii ruszam z werwą w kierunku Niemirowa. Nawet podjazd mi nie straszny 🙂 Gdzieś w połowie drogi mam zaplanowany zjazd na leśne ścieżki. Z pomocą niezawodnej nawigacji szybko odnajduję tą właściwą i ruszam na północ. Trasa dość dobrze pokrywa się z rysowanym w domu śladem – ale nie zawsze 🙂 Pomaga mi jednak przysłowiowe „wyczucie” i po kilku kilometrach wyjeżdżam z Puszczy Mielnickiej tam gdzie planowałem – w okolicy cerkwi w Koterce. Dodam że jak wszędzie – puszcza jest cięta bez litości.

Przed cerkwią odkrywam niezwykłe uroczysko – bagienny, uschnięty las. Zapewne gdyby nie rowerowa włóczęga, nigdy bym tu nie trafił.

Jadę przy samej granicy i zastanawiam się czy znajdą mnie tu pogranicznicy 🙂 Tym bardziej że tu granica biegnie już lądem a nie Bugiem.

Mijam jakieś tajemnicze instalacje i plątaninę rur. Wyglądają na jakiś gazociąg. I zapewne nim są z racji dominującego żółtego koloru 🙂 Zdaje się to stacja pomp.

Za chwilę wypadam na asfalt i widzę znajomy szlaban, a za szlabanem Białoruś. A obok cerkiew. Wiele razy już odwiedzana i za każdym razem tak samo robiąca wrażenie.

Na parkingu stoi samochód Straży Granicznej. A w środku dwie piękne i miłe panie 🙂

Wygląda na to, że mnie tu pierwszy raz spiszą 😉 Tak też się stało. Dokumentów oczywiście nie mam, ale na szczęście w ramach ćwiczenia pamięci nauczyłem się swojego numeru PESEL. Wygląda na to że to wystarcza. Panie pytają skąd jadę, gdzie zmierzam, zapisują coś w kajeciku. Zdołałem jeszcze ustalić że są z Mielnika i ruszam na zwiedzanie okolicy cerkwi 😉

Mam świetne warunki fotograficzne, więc nie odmawiam sobie kilku zdjęć i ruszam w drogę. Macham paniom pograniczniczkom ręką na pożegnanie, w rewanżu życzą mi miłej wycieczki i jazda.

Przejeżdżam może z 500 metrów i niespodzianka. Musiałem zrobić na paniach ogromne wrażenie, bo doganiają mnie i pytają o drugie imię 🙂 Ma się ten urok osobisty 😉

Teraz skręcam w kierunku wsi Tokary. Byłem tu niedawno, fotografowałem piękny kościół, ale tym razem wieś ominę. Wybieram polną drogę ponad samą granicą. Wiedzie ona w bezpośrednim sąsiedztwie pasa granicznego, więc jadę przy samej granicy, mijając kolejne biało-czerwone słupki i ich białoruskie odpowiedniki. Nikt mnie tu nie zaczepia. W końcu na pas nie wjeżdżam, przed czym przestrzegały mnie panie ze Straży.

Jaka tu cisza i spokój, jadę polnymi drogami, wokół kwitną łąki, nade mną suną obłoczki, gdzieś w oddali widać pojedyncze zabudowania. Wymarzona rowerowa pogoda.

Przede mną kolejna wieś – Klukowicze.

Mijam drewniany dwór z dwoma ganeczkami i podcieniami wspartymi na trzech kolumnach. Jest on częścią pozostałości parku dworskiego z kasztanowcami, klonami, jesionami i lipami. WYczytałem, że znajdują się tam jeszcze kamienny spichlerz i obora oraz park podworski. Jednak płot i chaszcze zniechęcają mnie do próby spenetrowania okolicy. Zresztą – długa droga przede mną a czasu mało 🙂

Przejeżdżam więc przez wieś prawdziwą brukowaną drogą, zaglądam za płoty i podziwiam moje ulubione klimaty. Ciekawe kiedy rozegrano tu ostani mecz koszykówki?

Mój cel to granica na końcu wsi, ale okazuje się, że wieś kończy się nieco wcześniej, więc rezygnuję z przedzierania się przez łąkę i ruszam pierwszą napotkaną polną drogą dalej na północ.

Mijam kolejne stare domy, kapliczki, przydrożne krzyże.

Droga wśród rumianku.

A potem kolejna wieś – Zubacze. To właściwie główny cel mojego dzisiejszego wyjazdu – w bok odchodzi tu droga do niewielkiej osady nad samą granicą – Bobrówki. Miejsce o tyle niezwykłe, że wieś kończy się na pasie granicznym, na którym stoi mała ławeczka dla zmęczonych podróżnych.

Przysiadam na ławeczce na zasłużone śniadanie.

Sama wioska też jest klimatyczna – senna i spokojna. Jest w niej nawet jakaś bardzo zadbana agroturystyka – w sam raz dla szukających odosobnienia, ciszy i spokoju.

Wjeżdżam ponownie do Zubaczy. Tu oczywiście największe wrażenie robi piękna cerkiew i cmentarz ukryty w lesie.

Zarówno cerkiew jak i „wesoły cmentarz” pięknie został opisany na stronie internetowej Miszy. Tam też odsyłam zainteresowanych szczegółami.

Do tego momentu oddalałem się od miejsca startu, teraz czas na powrót. Ten będzie jednak bardziej kręty, bo zaplanowałem zajrzenie do jak największej liczby wiosek 🙂

Najpierw jednak czeka mnie długa piaskowa droga przez odludne okolice, lasy i bagna. Trudność polega też na tym, że droga została utwardzona przez tajemniczą maszynę, która pozostawiła po sobie poprzeczne karby i droga przypomina teraz tarkę. Jazda po czymś takim to niezapomniane wrażenia. Dobrze że mam w rowerze amortyzator i żelową wkładkę na siodło 😉 Chyba by mi wszystkie plomby wypadły po przejechaniu tego odcinka 🙂

Po kilku kilometrach wyłaniają się jakieś zabudowania i wita mnie kapliczka pod starą wierzbą. Jestem uratowany.

Wkrótce docieram na typowe tutejsze rondo 🙂 Mała wyspa pełna prawosławnych krzyży i kwiatów i rozchodzące się we wszystkie strony dróżki.

Są też stosowne znaki – zapewne by wracający z nocnych eskapad mieszkańcy wsi nie utknęli nad ranem na płotku 😉

Wypadałoby dodać że jestem w Wólce Nurzeckiej 🙂 Jest to kolejna wieś z cyklu „cisza, spokój, sielskie życie”. Podobnie jak Kolejna – Tymianka.

Za Tymianką gubię na chwilę szlak. Uświadamia mi to tablica z nazwą kolejnej wsi – Piszczatka.

Jakkolwiek jest to droga w słusznym kierunku, omija jednak kilka wsi, które zamierzałem jeszcze odwiedzić. Nie ma przeproś – zawracam do krzyżówki i skręcam w kierunku kolejnego celu wycieczki – wsi Siemichocze.

Wieś jest długa i nie różni się za bardzo od poprzednich. Są stare zabudowania, wiejskie sklepiki, ławeczki i jeden dom, który wygląda na remontowany, bo błyszczy nową farbą. Litera „W” zaczynająca rejestrację stojącego przed domem auta wiele tłumaczy 😉

Stąd ruszam w kierunku kolejnej wypatrzonej na mapie cerkwi – w Anusinie.

Po drodze jednak czeka mnie niespodzianka w postaci leśnej kapliczki. Wg informacji znalezionych w sieci to Kaplica św. Andrzeja Boboli.

W II połowie XIX wieku właścicielką dóbr Wysockich, a wraz z nimi Telatycz, została córka Ksawerego Sapiehy – hrabina Maria Potocka. To właśnie ona była fundatorką kaplicy. Hrabina wystawiła ją jako wotum, aby zahamować pomór bydła w swych majątkach. Obecnie znajdują się w niej zarówno prawosławne ikony, jak i katolickie krzyże. Od wielu lat kaplica jest miejscem modlitwy odwiedzanym przez wiernych obu wyznań.

Wreszcie jest Anusin. Oczywiście zaliczam przysłowiowy „opad szczęki”. Przede mną drewniana cerkiew pod wezwaniem św. Kosmy i Damiana.

Świątynia, będąca siedzibą parafii w pobliskich Telatyczach, została wzniesiona w latach 1902-1903 i konsekrowana 22 października 1903r. Jest to budowla o typowej konstrukcji zrębowej, trójdzielna, z trójkondygnacyjną wieżą wznoszącą się nad kruchtą. Ponad prezbiterium znajduje się ośmioboczny tzw. bęben, przekryty również ośmiospadowym dachem zwieńczonym cebulastym hełmem. Dachy świątyni pokryte są blachą.

Wewnątrz znajduje się eklektyczny ikonostas powstały w początkach XX wieku. Swoistą ciekawostką są wiszące na bocznych ścianach cerkwi stacje Drogi Krzyżowej, rzadko spotykane w wystroju świątyń prawosławnych.

Swego rodzaju ciekawostką jest znajdujący się naprzeciwko wejścia do cerkwi kamień płyty nagrobnej. Znajduje się na nim na wpół zatarty napis, będący dziwną kombinacją liter greckich i cyrylicy [źródło: Podlasie mniej znane].

Niestety, na teren okalający cerkiew nie udaje się wejść. Ruszam więc dalej.

Robię krótki przystanek nad niewielką rzeczką. Jest tu też mała kapliczka na wodzie. Miejsce zapewne ma związek z cerkwią.

Teraz zaczyna się małe błądzenie 🙂 Na mapach były widoczne jakieś ścieżki, ale w rzeczywistości nie jest tak dobrze. Każda kolejna droga, w którą skręcam, jest coraz węższa i coraz gorsza i zaczynam mieć obawy że w końcu utknę gdzieś w środku niczego.

I prawie tak się stało 🙂 Droga się kończy w zagrodzie Sołtysa 🙂 Na szczęście jadąc wzdłuż płotów odnajduję jej kontynuację z drugiej strony zagrody 🙂

Jestem uratowany. Jeszcze kilometr i trafiam na główną drogę do Wilamowa. Za plecami mam Piszczatkę… Kto drogę skraca, ten… świat odkrywa 🙂

Całkiem też przypadkiem trafiam w tym labiryncie na rezerwat Witanowszczyzna.

Teraz przede mną już prosta droga. Wyjeżdżam na asfalt i przejeżdżam długą wieś Wilamowice. Wyspa z krzyży też oczywiście jest.

I kilka bardzo kolorowych.

Zbliżam się do Adamowa. Zawsze fascynowały mnie odkryte na zdjęciach satelitarnych tajemnicze konstrukcje w środku Puszczy Mielnickiej. I oto wyłaniają się z lasu owe cuda. To zbiorniki na ropę na trasie rurociągu „Przyjaźń”. Imponująca pojemność 100.000 metrów sześciennych robi wrażenie. A jest ich tu 24.

Mijam Adamowo – do Mielnika coraz bliżej. Jadę strasznie dziurawą asfaltówką, kilometry lecą. Przy drodze jakiś nowy pomnik, robię zdjęcie z kronikarskiego zacięcia.

I już jestem przed Mielnikiem – najpierw czeka mnie długi zjazd w Dolinę Bugu. Drogi pod względem jakości niestety mają chyba ostatnią możliwą kategorię 😉

Tu stoi kolejna cerkiew.

Jedna z niewielu cerkwi w woj. podlaskim zbudowana w stylu klasycystycznym. Pomimo przebudów zachowała oryginalny wystrój wnętrza i podziały architektoniczne elewacji. Jest też materialnym świadectwem burzliwych dziejów religijnych tych ziem: zbudowana jako unicka, przejęta na cerkiew prawosławną i przebudowana w stylu rusko-bizantyńskim [źródło: Zabytek.pl].

Obok zaś ruiny kościoła.

Jeszcze tylko szybkie wejście na Górę Zamkową, by spojrzeć na Dolinę Bugu.

Czas na powrót na moją stronę Bugu. Na czterech kołach 🙂

Patrzę z podziwem na dzisiejszą trasę – 86 kilometrów.

Taki tytuł już się pojawił, bo to mój nowy pomysł na poznanie okolic mojego rodzinnego miasta z pokładu roweru.

Tym razem ruszam „za rzekę” i wkrótce docieram na bialskie lotnisko – jakkolwiek jedno z większych w Polsce – teraz właściwie martwe.

Jedynie kilka szybowców wprowadza nieco życia. Ja jednak mam plan odnalezienia pewnego ciekawego obiektu. Gdzieś tu w krzakach stoi ukryty bunkier. Objeżdżam jakieś leśne ścieżki, przecinam łąkę, krążę po krzakach i nic… Zadania nie ułatwiają letnie chaszcze – zbita zieleń skutecznie maskuje wszystko, co może skrywać się w jej wnętrzu. No cóż – odpuszczam. Wrócę tu zimą 🙂

Ruszam dalej i mijam rzekę Rudkę.

Teraz jadę leśnym duktem ułożonym z betonowych płyt. To niechybnie znak, że nie jest to zwykła droga. Prowadzi ona do kolejnego obiektu będącego celem wycieczki. Chociaż zdaję sobie sprawę, że już go nie ma. Rok temu poległ w zderzeniu z ludzką potrzebą niszczenia wszystkiego co wpadnie w ręce. To wieża radarowa zwana Avia.

W lasach zaledwie około 10 km od Białej Podlaskiej znajdował się obiekt wojskowy nazywany potocznie „AVIA”. Należał on do „61 Lotniczego Pułku Szkolno-Bojowego” w Białej Podlaskiej.
„AVIA W”, bo tak brzmiało jej pełne oznaczenie przy czym literka „W” oznaczała wojskowy była Stacją Kontroli Rejonu Lotniska inaczej mówiąc radarem opracowany na początku lat 80 dla wojska i będący uproszczoną wersją radaru Avia D. Antena radaru miała być zamontowana na stalowej kolumnie (rurze) o wysokości od 20 – 30 metrów w zależności od ukształtowania terenu osadzonej na solidnym fundamencie (źródło: http://aloszak-szerokitrakt.blogspot.com/…/stacja-radioloka…).

Tak wygląda teraz lotnicza tradycja Podlasia.

Czas ruszać dalej. Przecinam drogę powiatową i ruszam w kierunku wiosek skrytych między lasami.

Mijam ciekawą kapliczkę z boskim zegarem 🙂 Czegoś takiego jeszcze nie widziałem …

Teraz czeka mnie cała seria studni. Wyszedł z tego całkiem zgrabny cykl…

Pracowicie kręcę kolejne kilometry. Mijam skryte między polami i laskami wsie, samotne siedliska, przydrożne krzyże.

Pogoda jak marzenie, tylko jechać przed siebie. Droga jest przyjemna, twarda, rower szybko „łyka” dystans.

Kolejna kapliczka.

I niekończąca się droga.

Pod brzozą robię przystanek na posiłek.

Stąd już blisko do domu. Wjeżdżam w las i za chwilę mijam poznane już miejsca – najpierw Avia, potem strzelnica i już jestem na lotnisku, Zaglądam na chwilę pod wyciąg dla szybowców, gdzie spotykam sąsiada 🙂 Właściwie spodziewałem się go tu zastać – jest w końcu instruktorem szybownictwa 🙂 Chwilę rozmawiamy i w drogę.

Jeszcze tylko przejazd przez tory i już jestem w mieście. Znanymi sobie skrótami docieram do domu, kończąc 50-kilometrową trasę.

Chęć odkrywania świata pchnęła mnie w tym roku w kierunku poznawania terenów wokół miasta – i to najlepiej tam, gdzie trudno dojechać 🙂

Nie ukrywam, że w podjęciu tej decyzji pomógł nowy nabytek – rower – prawdziwa terenówka. Czerwiec jest ciepły, więc wypada wykorzystywać pogodę do oporu. Oglądam kilka przygotowanych tras i jak zwykle spontanicznie wybór zapada dopiero po przejechaniu kilku pierwszych metrów.

Kieruję się więc za rzekę, w kierunku niewyciętej jeszcze całkiem Puszczy Bialskiej. Trochę już znam tutejsze leśne ścieżki, ale obieram nowy wariant, by poczuć trochę emocji w szukaniu przejazdu w kierunku przysiółka Młyniec.

Dość szybko odnajduję znajomy budynek.

Gdzieś tu obok powinien być pomnik. Oczywiście jest!

Ruszam dalej polnymi drogami w nieznane. Pomaga mi wyraźny ślad w aplikacji, który pracowicie wyrysowałem przed wyjazdem i teraz prowadzi mnie jak po sznurku 🙂

Zieleń czerwcowa nie ma sobie równych – soczysta, świeża, jeszcze nie pokryta kurzem.

Jadę brzozową aleją, walcząc trochę z piaskiem, ale na szczęście szerokie opony dają radę. Wspominam zeszłoroczny wyjazd za Drohiczyn, gdzie piasek był na tyle skuteczny, że musiałem prowadzić rower.

Odkrywam moje ulubione klimaty – stare, zapomniane budynki. Ich czas świetności minął, ale cieszą nadal moje oko.

Docieram do kolejnego znanego mi już punktu. To pomnik poświęcony żołnierzom Armii Krajowej.

Leśna, zbiorowa mogiła  żołnierzy AK z oddziału „Zenona”, poległych w walce z Niemcami w dn. 22- 26 lipca 1944r,   znajduje się na   terenie Leśnictwa Leszczanka. Przed laty, w ramach akcji „Burza”,   w rozległym  kompleksie leśnym „smolne Piece”  rozegrała się  krwawa bitwa. Oddziały partyzanckie AK  „Zenona” – Stefana Wyrzykowskiego i „Lecha” – Stanisława Chmielarskiego  sparaliżowały wówczas odwrót cofającym się formacjom Wermachtu. Finał akcji „Burza” w Obwodzie AK Biała Podlaska zakończył się 26 lipca 1944r zajęciem miasta przez oddziały partyzanckie.

Mijam kolejne zabudowania i pomału zbliżam się znowu do Puszczy Bialskiej.

Odkrywam leśną polanę pokrytą paprociami. Wygląda magicznie.

Zbliżam się do miasta a informuje mnie o tym charakterystyczna kapliczka na drzewie.

Podliczam kilometry i ze zdziwieniem stwierdzam, że zrobiłem ponad 50 kilometrów.

Kolejny kawałek świat został odkryty 🙂

Jakiś czas temu zaproponowałem Galernikom niedzielny nadbużański wypad. Skoro pomysł został rzucony, wypadało się zabrać za jego realizację.

Oczekiwanie na dobrą pogodę zakończyło się pełnym sukcesem. Ustalona wcześniej data idealnie zgrała się ze słoneczną, czerwcową niedzielą.

Od rana ogarniam sprawy organizacyjne, zarządzam zbiórkę i wyjazd do miejsca startu. Jeszcze tylko zgłoszenie pogranicznikom, że oto rusza w teren dwunastodobowy patrol 🙂

Parkujemy pod lipami w Derle, gdzie za chwilę dołącza do nas sympatyczny, starszy pan. Lubię Derło. Tu bardzo szybko nawiązuje się kontakt z ludźmi. Żyjąc trochę na uboczu rozpędzonego świata, chętnie zagadują, opowiadają miejscowe historie, czy też tańczą z psami 🙂 Nasz gość przybliża nam historię lip, które niezmiennie mnie inspirują fotograficznie (i cały bialski Fotoklub 🙂 ).

Auta zaparkowane, czas w drogę. Kolejny raz przemierzam krętą „drogę fotografów”, zmierzając w stronę Bugu. Grupka się nieco rozciąga, są w niej „ścigacze” i „podziwiacze”, więc jest to nieuniknione. Najważniejsze jednak, że się pilnujemy i co jakiś czas będziemy meldować się w komplecie do grupowych fotek 🙂

Póki co wytyczoną przez pograniczników ścieżką kroczymy niemal nad samą rzeką.

Chyba nie doceniłem pasji odkrywania świata w swojej ekipie, bo w pewnym momencie ruszają oni wąską dróżką wiodącą w gęste krzaki, którą – jakkolwiek zdawało mi się, że znam każde tutejsze przejście – nigdy nie szedłem. W tej sytuacji nie mam wyjścia i ruszam za nimi. Tym sposobem mam okazję obejrzenia łęgu od strony rzeki 🙂 Na pamiątkę mam nieco podrapane łydki i zaliczam kilka skoków nad rowami przecinającymi ścieżkę.

Obawy okazały się niepotrzebne: mimo sporej wody odwrotu nie będzie i szczęśliwie docieram do głównej drogi po drugiej stronie łęgu. A razem ze mną komplet moich podopiecznych 🙂

Teraz ruszamy w kierunku celu wyprawy – plaży. To jedna z najchętniej odwiedzanych przeze mnie nadbużańskich plaż. O każdej porze roku czymś zaskakuje.

No i niezmiennie tyka tam zegar słoneczny 🙂

Widok piasku, rozległej płycizny i do tego wyśmienita pogoda powodują, że rozbijamy dłuższy biwak.

Niezawodny Leszek wyciąga tajemniczy wywar z 25 ziół i z miną czarnoksiężnika rozlewa wszystkim, powodując „nadbużański atak wesołości”. Kończy się to bieganiem po wodzie, wzajemnym ochlapywaniem i nawet najbardziej oporni lądują w Bugu na pamiątkową fotografię.

Siedzimy na gorącym piasku prawie godzinę.

Pogoda jest wyśmienita, podobnie jak humory. Jako nieoficjalny kierownik decyduję w końcu, by poderwać cztery litery i wszyscy pomału ruszają w kierunku kolejnej wsi Woroblin.

Nie jest łatwo opuścić tak piękne miejsce.

Teraz mamy w miarę proste zadanie – mamy trzymać się rzeki i dojść do miejsca zwanego „kibel”.

Tempo marszu mamy różne więc trochę się porozciągaliśmy na trasie. Poza tym nikt nas nie goni, więc jest czas na spokojne pogadanie i tak krok za krokiem jesteśmy przy kiblu.

Szybka kontrola ilościowa wykazuje brak strat w ludziach i oddalamy się od rzeki. Droga jest prosta, nikt nie powinien się zgubić, Tak mi się przynajmniej zdawało 🙂 Docierając do Woroblina, dowiadujemy się że zguba jednak była. Jakoś wszyscy przeoczyli brak Zosi… Mina Leszka nie wróżyła nic dobrego – może kiedyś odważę się zapytać go o szczegóły egzekucji 🙂

Została nam przysłowiowa „ostatnia prosta”. I tu ze zdziwieniem stwierdzamy, że będzie jeszcze jedna niespodzianka – tym razem od natury. Na horyzoncie robi się ciemno i to bynajmniej nie z powodu późnej pory 🙂

Burze czerwcowe są jak czołgi w stary dowcipie wojskowym – wyjeżdżąją znienacka. Nasza też wyskoczyła zza lasu i zaczęła nas szybko gonić. Z każdym metrem nasze szanse malały, na szczęście w połowie drogi do Derła znajduje się schron. Stara szopa na siano stała dokładnie tam, gdzie była potrzebna – wpadliśmy do niej, gdy spadały na nas pierwsze krople.

W tej sytuacji zostało wyciągnąć królika z kapelusza. Czyli niezawodną pelerynkę, która zawsze gdzieś tam leży na dnie plecaka. Fakt przygotowania się kierownika wycieczki na każde warunki wzbudził aplauz u zebranych 😉 Zdecydowanem, że lecę do aut oddalonych o około 3 kilometry i ściągnę auto Piotra, a reszta czeka. Chwilę wcześniej pod kawałkiem foliowej osłony uczynił to samo Leszek.

Marsz w ciepłym letnim deszczu to jednak radocha 🙂 Droga minęła błyskawicznie i nim rozbroiłem alarm, dojechał Leszek z pozostałymi kierowcami. Zostało jeszcze zgarnąć pozostałych z szopy i szybko do domu 🙂 Tak szybko że nawet nie zdążyliśmy się pożegnać w tym zamieszaniu 😉

Nic straconego – wkrótce widzimy się na kolejnej wyprawie Galerników.

Końcówkę maja wreszcie zdominowała zieleń, dodatkowo spłukana litrami wody, które spadły z chmur przez ostatni tydzień. W tej sytuacji słoneczna sobota natychmiast zmobilizowała mnie na kolejny dłuższy wypad rowerowy. Wybór padł na jedną z zeszłorocznych tras, na której nie miałem przy sobie aparatu – w kierunku wsi Swory i Zabłocie. Czekały tam na mnie pewne obiekty do uwiecznienia i liczyłem na dobre ujęcia. Nie zawiodłem się.

W kilka minut ląduję za miejską obwodnicą i już mogę mknąć swoimi ulubionymi ścieżkami, pośród zielonych pól i łąk. Długa prosta przecina wieś Sitnik z bardzo charakterystycznym domem pokrytym … łąką 🙂

Potem znowu pustka, nieduży las i kilka domów w oddali i docieram do rozrzuconej po polach kolonii Pólko. Domy dzieli tu od siebie  często kilometr albo więcej. Poza tym cisza, przerywana szumem wiatru.

W oddali pojawia się wieś Swory. Skręcam w jej kierunku i zahaczam właściwie o jej skraj.

Jest tu mały placyk z charakterystyczną kapliczką i krzyżami. To mój pierwszy cel na dziś.

Robię krótki przystanek na zdjęcia.

Kilkaset metrów dalej jest kolejny obiekt. Stary dom bez dachu zyskał nowe życie. Zielone. W środku wyrosło drzewo, porastają go krzaki, dojście ginie w wysokiej trawie. Takie klimaty zapomnienia bardzo mi odpowiadają. Znowu aparat idzie w ruch. Światło jest dość mocne, ale pomaga mi nieco filtr polaryzacyjny, który przygasza niebo, dając głęboki niebieski odcień. Zieleń też zyskuje na tej operacji 🙂

Kolejne kilometry będę już jechał drogami asfaltowymi. 

Wkrótce dojeżdżam do ronda w Zabłociu 🙂 Nawet nieźle to brzmi 😉 W rzeczywistości wąska asfaltowa dróżka okrąża z dwóch stron kapliczkę. Wygląda na to, że tu dobrych zdjęć nie będzie i trzeba się będzie pokazać o innej porze dnia. Teraz skrywa ją głęboki cień lasu, nie pomaga też silny kontrast, jaki daje słoneczny dzień.

Kilometr dalej kolejne ciekawe miejsce. Kapliczka Objawienia. Prowadzi do niej leśna ścieżka wysadzona paprociami. Miejsce jest zadbane, jest czyściutko, jest zadaszone miejsce z ławeczkami no i sama kapliczka, która skrywa korzeń sosny.

Jak głosi miejscowa legenda przekazywana z pokolenia na pokolenie jest to miejsce niezwykłe tutaj miała ukazywała się Matka Boska. Miejsce to zasłynęło jeszcze w czasach, gdy „Unici Podlascy”, za swoje przywiązanie do wiary ojców byli w okrutny sposób prześladowani przez władze Carskiej Rosji. To właśnie w tym miejscu znajdowali pocieszenie i siłę do trwania przy swojej wierze pomimo okrutnych prześladowań. I tu również jak głoszą miejscowe przekazy miały mieć miejsce cudowne uzdrowienia chorych i inne cudowne zjawiska, których nie da się w normalny sposób wytłumaczyć [źródło: bialskieforum.pl].

Stąd miałem plan skrótem dojechać do drogi krajowej, ale tym razem nie będzie mi to dane. Każda droga do lasu zawiera tablicę z ostrzeżeniem o opryskach chemicznych i zakazem wejścia do lasu. Pozostaje jechać do końca wsi, potem skręcam w drogę do kolejnej wsi Woroniec i stąd już docieram do krajówki. Ruch to jest duży, ale na szczęście to tylko kilkadziesiąt metrów i znikam w bocznej drodze do wsi Sycyna. To kolejna wioska z dala od cywilizacji, gdzie życie płynie pomału pośród drewnianych starych domków.

Tu też mam do odwiedzenia pewne miejsce, które ostatnio umknęło moje uwadze. Jest tu stary cmentarz z fundamentami kościoła.

Cmentarz prawosławny w Sycynie – czynna nekropolia prawosławna administrowana przez parafię Świętych Cyryla i Metodego w Białej Podlaskiej, położona w Sycynie. Znajduje się za wsią, od strony południowo-zachodniej.

Cmentarz został założony ok. 1820 na potrzeby miejscowej parafii unickiej. W 1875, wskutek likwidacji unickiej diecezji chełmskiej, została ona przymusowo przemianowana na prawosławną. Pięć lat po tym wydarzeniu cmentarz poszerzono, zaś w końcu XIX w. otoczono go ogrodzeniem murowanym i wzniesiono bramę. Po 1925 cmentarz był oficjalnie nieczynny, kolejnych pochówków dokonywano na nim podczas II wojny światowej i po niej. Na początku XXI w. cmentarz został odremontowany dzięki dotacji unijnej.

Na cmentarzu przetrwało kilka nagrobków z II poł. XIX w.. Znajdują się na nim również trzy nagrobki powstańców styczniowych poległych w potyczce z Rosjanami przy drodze między Sycyną i Worońcem.

Na cmentarzu znajdowała się cerkiew, która uległa zniszczeniu wskutek pożaru. Podczas remontu cmentarza w miejscu fundamentów budynku wyłożono kamienie.

Cmentarz został wpisany do rejestru zabytków 25 października 1996 pod nr A/1337[źródło: Wikipedia].

Robie po nim krótki spacerek i ruszam dalej drogę. Asfalt się kończy i teraz pędzę doliną Krzny, mijam kolejne zagajniczki, od czasu do czasu pojawiają się jakieś pojedyncze zabudowania. Mijam kawałek bagiennego lasu, potem jeszcze sosnowy zagajnik i jestem w kolejnej wsi Styrzyniec.

Tu dominuje już zabudowa podmiejska co majętniejszych bialczan, którzy uciekli z miasta. Mijam wieś i stąd długa prosta wyprowadza sprowadza mnie znowu do miasta 🙂

Jeszcze parę kilometrów  i po zaliczeniu około 40km mogę obrabiać swoje dzisiejsze łowy fotograficzne.