Jakiś czas temu zaproponowałem Galernikom niedzielny nadbużański wypad. Skoro pomysł został rzucony, wypadało się zabrać za jego realizację.

Oczekiwanie na dobrą pogodę zakończyło się pełnym sukcesem. Ustalona wcześniej data idealnie zgrała się ze słoneczną, czerwcową niedzielą.

Od rana ogarniam sprawy organizacyjne, zarządzam zbiórkę i wyjazd do miejsca startu. Jeszcze tylko zgłoszenie pogranicznikom, że oto rusza w teren dwunastodobowy patrol 🙂

Parkujemy pod lipami w Derle, gdzie za chwilę dołącza do nas sympatyczny, starszy pan. Lubię Derło. Tu bardzo szybko nawiązuje się kontakt z ludźmi. Żyjąc trochę na uboczu rozpędzonego świata, chętnie zagadują, opowiadają miejscowe historie, czy też tańczą z psami 🙂 Nasz gość przybliża nam historię lip, które niezmiennie mnie inspirują fotograficznie (i cały bialski Fotoklub 🙂 ).

Auta zaparkowane, czas w drogę. Kolejny raz przemierzam krętą „drogę fotografów”, zmierzając w stronę Bugu. Grupka się nieco rozciąga, są w niej „ścigacze” i „podziwiacze”, więc jest to nieuniknione. Najważniejsze jednak, że się pilnujemy i co jakiś czas będziemy meldować się w komplecie do grupowych fotek 🙂

Póki co wytyczoną przez pograniczników ścieżką kroczymy niemal nad samą rzeką.

Chyba nie doceniłem pasji odkrywania świata w swojej ekipie, bo w pewnym momencie ruszają oni wąską dróżką wiodącą w gęste krzaki, którą – jakkolwiek zdawało mi się, że znam każde tutejsze przejście – nigdy nie szedłem. W tej sytuacji nie mam wyjścia i ruszam za nimi. Tym sposobem mam okazję obejrzenia łęgu od strony rzeki 🙂 Na pamiątkę mam nieco podrapane łydki i zaliczam kilka skoków nad rowami przecinającymi ścieżkę.

Obawy okazały się niepotrzebne: mimo sporej wody odwrotu nie będzie i szczęśliwie docieram do głównej drogi po drugiej stronie łęgu. A razem ze mną komplet moich podopiecznych 🙂

Teraz ruszamy w kierunku celu wyprawy – plaży. To jedna z najchętniej odwiedzanych przeze mnie nadbużańskich plaż. O każdej porze roku czymś zaskakuje.

No i niezmiennie tyka tam zegar słoneczny 🙂

Widok piasku, rozległej płycizny i do tego wyśmienita pogoda powodują, że rozbijamy dłuższy biwak.

Niezawodny Leszek wyciąga tajemniczy wywar z 25 ziół i z miną czarnoksiężnika rozlewa wszystkim, powodując „nadbużański atak wesołości”. Kończy się to bieganiem po wodzie, wzajemnym ochlapywaniem i nawet najbardziej oporni lądują w Bugu na pamiątkową fotografię.

Siedzimy na gorącym piasku prawie godzinę.

Pogoda jest wyśmienita, podobnie jak humory. Jako nieoficjalny kierownik decyduję w końcu, by poderwać cztery litery i wszyscy pomału ruszają w kierunku kolejnej wsi Woroblin.

Nie jest łatwo opuścić tak piękne miejsce.

Teraz mamy w miarę proste zadanie – mamy trzymać się rzeki i dojść do miejsca zwanego „kibel”.

Tempo marszu mamy różne więc trochę się porozciągaliśmy na trasie. Poza tym nikt nas nie goni, więc jest czas na spokojne pogadanie i tak krok za krokiem jesteśmy przy kiblu.

Szybka kontrola ilościowa wykazuje brak strat w ludziach i oddalamy się od rzeki. Droga jest prosta, nikt nie powinien się zgubić, Tak mi się przynajmniej zdawało 🙂 Docierając do Woroblina, dowiadujemy się że zguba jednak była. Jakoś wszyscy przeoczyli brak Zosi… Mina Leszka nie wróżyła nic dobrego – może kiedyś odważę się zapytać go o szczegóły egzekucji 🙂

Została nam przysłowiowa „ostatnia prosta”. I tu ze zdziwieniem stwierdzamy, że będzie jeszcze jedna niespodzianka – tym razem od natury. Na horyzoncie robi się ciemno i to bynajmniej nie z powodu późnej pory 🙂

Burze czerwcowe są jak czołgi w stary dowcipie wojskowym – wyjeżdżąją znienacka. Nasza też wyskoczyła zza lasu i zaczęła nas szybko gonić. Z każdym metrem nasze szanse malały, na szczęście w połowie drogi do Derła znajduje się schron. Stara szopa na siano stała dokładnie tam, gdzie była potrzebna – wpadliśmy do niej, gdy spadały na nas pierwsze krople.

W tej sytuacji zostało wyciągnąć królika z kapelusza. Czyli niezawodną pelerynkę, która zawsze gdzieś tam leży na dnie plecaka. Fakt przygotowania się kierownika wycieczki na każde warunki wzbudził aplauz u zebranych 😉 Zdecydowanem, że lecę do aut oddalonych o około 3 kilometry i ściągnę auto Piotra, a reszta czeka. Chwilę wcześniej pod kawałkiem foliowej osłony uczynił to samo Leszek.

Marsz w ciepłym letnim deszczu to jednak radocha 🙂 Droga minęła błyskawicznie i nim rozbroiłem alarm, dojechał Leszek z pozostałymi kierowcami. Zostało jeszcze zgarnąć pozostałych z szopy i szybko do domu 🙂 Tak szybko że nawet nie zdążyliśmy się pożegnać w tym zamieszaniu 😉

Nic straconego – wkrótce widzimy się na kolejnej wyprawie Galerników.

Końcówkę maja wreszcie zdominowała zieleń, dodatkowo spłukana litrami wody, które spadły z chmur przez ostatni tydzień. W tej sytuacji słoneczna sobota natychmiast zmobilizowała mnie na kolejny dłuższy wypad rowerowy. Wybór padł na jedną z zeszłorocznych tras, na której nie miałem przy sobie aparatu – w kierunku wsi Swory i Zabłocie. Czekały tam na mnie pewne obiekty do uwiecznienia i liczyłem na dobre ujęcia. Nie zawiodłem się.

W kilka minut ląduję za miejską obwodnicą i już mogę mknąć swoimi ulubionymi ścieżkami, pośród zielonych pól i łąk. Długa prosta przecina wieś Sitnik z bardzo charakterystycznym domem pokrytym … łąką 🙂

Potem znowu pustka, nieduży las i kilka domów w oddali i docieram do rozrzuconej po polach kolonii Pólko. Domy dzieli tu od siebie  często kilometr albo więcej. Poza tym cisza, przerywana szumem wiatru.

W oddali pojawia się wieś Swory. Skręcam w jej kierunku i zahaczam właściwie o jej skraj.

Jest tu mały placyk z charakterystyczną kapliczką i krzyżami. To mój pierwszy cel na dziś.

Robię krótki przystanek na zdjęcia.

Kilkaset metrów dalej jest kolejny obiekt. Stary dom bez dachu zyskał nowe życie. Zielone. W środku wyrosło drzewo, porastają go krzaki, dojście ginie w wysokiej trawie. Takie klimaty zapomnienia bardzo mi odpowiadają. Znowu aparat idzie w ruch. Światło jest dość mocne, ale pomaga mi nieco filtr polaryzacyjny, który przygasza niebo, dając głęboki niebieski odcień. Zieleń też zyskuje na tej operacji 🙂

Kolejne kilometry będę już jechał drogami asfaltowymi. 

Wkrótce dojeżdżam do ronda w Zabłociu 🙂 Nawet nieźle to brzmi 😉 W rzeczywistości wąska asfaltowa dróżka okrąża z dwóch stron kapliczkę. Wygląda na to, że tu dobrych zdjęć nie będzie i trzeba się będzie pokazać o innej porze dnia. Teraz skrywa ją głęboki cień lasu, nie pomaga też silny kontrast, jaki daje słoneczny dzień.

Kilometr dalej kolejne ciekawe miejsce. Kapliczka Objawienia. Prowadzi do niej leśna ścieżka wysadzona paprociami. Miejsce jest zadbane, jest czyściutko, jest zadaszone miejsce z ławeczkami no i sama kapliczka, która skrywa korzeń sosny.

Jak głosi miejscowa legenda przekazywana z pokolenia na pokolenie jest to miejsce niezwykłe tutaj miała ukazywała się Matka Boska. Miejsce to zasłynęło jeszcze w czasach, gdy „Unici Podlascy”, za swoje przywiązanie do wiary ojców byli w okrutny sposób prześladowani przez władze Carskiej Rosji. To właśnie w tym miejscu znajdowali pocieszenie i siłę do trwania przy swojej wierze pomimo okrutnych prześladowań. I tu również jak głoszą miejscowe przekazy miały mieć miejsce cudowne uzdrowienia chorych i inne cudowne zjawiska, których nie da się w normalny sposób wytłumaczyć [źródło: bialskieforum.pl].

Stąd miałem plan skrótem dojechać do drogi krajowej, ale tym razem nie będzie mi to dane. Każda droga do lasu zawiera tablicę z ostrzeżeniem o opryskach chemicznych i zakazem wejścia do lasu. Pozostaje jechać do końca wsi, potem skręcam w drogę do kolejnej wsi Woroniec i stąd już docieram do krajówki. Ruch to jest duży, ale na szczęście to tylko kilkadziesiąt metrów i znikam w bocznej drodze do wsi Sycyna. To kolejna wioska z dala od cywilizacji, gdzie życie płynie pomału pośród drewnianych starych domków.

Tu też mam do odwiedzenia pewne miejsce, które ostatnio umknęło moje uwadze. Jest tu stary cmentarz z fundamentami kościoła.

Cmentarz prawosławny w Sycynie – czynna nekropolia prawosławna administrowana przez parafię Świętych Cyryla i Metodego w Białej Podlaskiej, położona w Sycynie. Znajduje się za wsią, od strony południowo-zachodniej.

Cmentarz został założony ok. 1820 na potrzeby miejscowej parafii unickiej. W 1875, wskutek likwidacji unickiej diecezji chełmskiej, została ona przymusowo przemianowana na prawosławną. Pięć lat po tym wydarzeniu cmentarz poszerzono, zaś w końcu XIX w. otoczono go ogrodzeniem murowanym i wzniesiono bramę. Po 1925 cmentarz był oficjalnie nieczynny, kolejnych pochówków dokonywano na nim podczas II wojny światowej i po niej. Na początku XXI w. cmentarz został odremontowany dzięki dotacji unijnej.

Na cmentarzu przetrwało kilka nagrobków z II poł. XIX w.. Znajdują się na nim również trzy nagrobki powstańców styczniowych poległych w potyczce z Rosjanami przy drodze między Sycyną i Worońcem.

Na cmentarzu znajdowała się cerkiew, która uległa zniszczeniu wskutek pożaru. Podczas remontu cmentarza w miejscu fundamentów budynku wyłożono kamienie.

Cmentarz został wpisany do rejestru zabytków 25 października 1996 pod nr A/1337[źródło: Wikipedia].

Robie po nim krótki spacerek i ruszam dalej drogę. Asfalt się kończy i teraz pędzę doliną Krzny, mijam kolejne zagajniczki, od czasu do czasu pojawiają się jakieś pojedyncze zabudowania. Mijam kawałek bagiennego lasu, potem jeszcze sosnowy zagajnik i jestem w kolejnej wsi Styrzyniec.

Tu dominuje już zabudowa podmiejska co majętniejszych bialczan, którzy uciekli z miasta. Mijam wieś i stąd długa prosta wyprowadza sprowadza mnie znowu do miasta 🙂

Jeszcze parę kilometrów  i po zaliczeniu około 40km mogę obrabiać swoje dzisiejsze łowy fotograficzne.

Burzowe chmury to dla fotografii pejzażowej wymarzona scenografia. Cały dzień wyglądam przez okno i je podziwiam. Nic więc dziwnego, że po południu ich widok podrywa mnie do boju. Szczęśliwie się składa, że miasto kończy się kilkaset metrów od mego miejsca zamieszkania, a potem zaczynają się przestrzenie. Jedyny problem to słupy elektryczne – jest ich tu trochę, no ale to cena cywilizacji 😉

Na horyzoncie czają się dwie czarne chmury, z których leją się efektownie strumienie wody.


Ruszam za nimi w pogoń. Są w bezpiecznej odległości, więc nie ryzykuję, że mnie dopadną. Dystansu przybywa. Po około 10 kilometrach decyduję się na odwrót. Najpierw niebo rozświetla mi tęcza, a za chwilę zauważam, że zajęty pogonią nie zauważyłem trzeciej chmury, która chyłkiem zaszła mnie od tyłu 🙂

Zostaje mocno się sprężyć i przycisnąć tempo. Nowy rower sprawuje się wyśmienicie, więc jestem w mieście dość szybko. Motywacja by nie zmoknąć zadziałała 🙂

Ale na przerwę w brzozowym gaju znalazłem chwilę 🙂

No i mam swoje zdjęcia 🙂

O Czarnym Lesie usłyszałem już jakiś czas temu. O Czarnolesie też słyszałem, ale tym razem nie chodziło o podążanie tropem Kochanowskiego 🙂

Jest to rezerwat z ulubionymi przeze mnie klepkami, z których ułożono ścieżkę przeznaczoną  do zwiedzania. 

Wiosna w tym roku zbliża się bardzo opornie i w kolejne weekendowe poranki wita mnie przymrozkami. W tej sytuacji nie ma na co czekać.

Wbijam w nawigację „Czarny Las” i dojeżdżam bezbłędnie do rezerwatu. Inna sprawa, że oprócz tabliczek z nazwą nie ma tu śladu ścieżek, parkingu, oznaczeń – czegokolwiek. Las się kończy, dojeżdżam do wsi i robię nawrót.

I oto znowu stoję w środku lasu, więc uruchamiam przeglądarkę z nadzieją, że złapię jakiś zasięg. Jest! O ile rezerwat znajduje się przy samej drodze i nie jest przeznaczony do zwiedzania, to wyszukanie ścieżki wskazuje, że znajduje się ona kilometr dalej w głębi lasu. A tu drogę przegradza szlaban. Kolejny nawrót i wracam do wsi Kostry, którą chwilę wcześniej odwiedziłem, potem skręcam do oddalonego o kilometr Milanowa i stąd już bezbłędnie ląduję z drugiej strony rezerwatu, gdzie wita mnie drewniana brama i tablica informacyjne, że jestem u celu. 

Aparat na szyję i ruszam wzdłuż tablic, które niewątpliwie wskazuję kierunek marszu. Jak to w rezerwacie, wita mnie… dźwięk pił spalinowych 😉

Przechodzę wzdłuż kolejnych wyrębów i wreszcie zagłębiam się w las. Ten kończy się wkrótce i oto jest moja „zagubiona autostrada”. 

Chodzenie po bagnach „wciąga” 🙂 Trasa ścieżki ułożona jest w niezwykłym miejscu – przecina ona w poprzek ogromne bagno. Najpierw jest długa prosta, potem kilka zygzaków i wreszcie wieża obserwacyjna. Czekam z niecierpliwością, aż się przyroda zazieleni, by wrócić tu na kolejny spacer. Na razie krajobraz jest zdominowany przez wyschnięte po zimie trawy. Robię trochę zdjęć i aż szkoda opuszczać tak „gościnne” miejsce 🙂

Bagno się kończy i wychodzę z drugiej strony lasu. Wita mnie mała wiatka z przygotowanym na ognisko stosem drewna, potem zagłębiam się w stary, piękny las. Widać pierwsze zawilce, kwitną też fioletowe przylaszczki. Między drzewami wypatruję wielki, pomnikowy dąb. Oczywiście nie odmawiam sobie przyjemności obejrzenia go z bliska i przedzieram się przez krzaki. Jest całkiem spory 🙂

Ruszam dalej. Oznakowania ścieżki się kończą, więc próbuję na azymut określić swoje położenie i trasę powrotną. Wspomagam się na chwilę niezawodna aplikacją do nawigacji i po długiej prostej wychodzę na leśne skrzyżowanie, gdzie skręcam w kierunku głównej drogi. Tu niestety mijam ogromne wyręby. Widać co prawda ślady gospodarki leśnej, ale ja pewnie tego lasu już nie zobaczę.

Końcówkę trasy postanawiam nieco skrócić i wchodzę w leśną odnogę, która niestety kończy się podmokłym zagłębieniem. Zostaje klasyczne haszczowanie, które po kilkuset metrach kończy się na asfaltówce do wsi Zieleniec. Gdzieś tam między drzewami kicaja spłoszone sarny.

Stąd mam już tylko 10 minut do swego parkingu.

Jest ciepła niedziela, zima się skończyła – czas ruszyć w teren. Korzystam z okazji i zabieram córki na wyprawę w okolice Romanowa. To właśnie tam po zakończeniu wojny zostali przesiedleni moi Dziadkowie.  Nie mówię dziewczynom gdzie jedziemy – to będzie niespodzianka. 

Pół godziny jazdy i zatrzymujemy się na rozstaju dróg. Stoi tu kapliczka. Stoi od 1946 roku – jest dziełem Dziadka. Widać po niej upływ czasu, ale miewa się całkiem dobrze. Za to siedlisko opustoszało – nie ma już ogrodów, nie ma domu, budynków gospodarczych.

Tak się nostalgicznie zrobiło. Robimy trochę pamiątkowych fotografii.

Po drodze jest jeszcze Romanów. Jako że tutejszy lokator jest patronem Liceum moich córek, robimy postój na krótki spacer wokół dworku. Lokatora oczywiście od dawna tu nie ma, ale jest jego Muzeum. To Józef Ignacy Kraszewski.