Wracając z ostatniej nadbużańskiej wycieczki postanawiam sprawdzić, co kryje las koło Kaliłowa. Słyszałem sporo opowieści o tutejszym cmentarzu, gdzie spoczywa 40 tysięcy jeńców i żołnierzy radzieckich.

Poszukiwania szybko kończą się sukcesem. Na końcu lasu skręcam w żwirówkę i po kilkuset metrach widzę alejkę w głąb lasu, na końcu której stoi pomnik .

Opis od niezawodnego jak zawsze aloszak:

Obóz „Frontstalag 307 – Unterlager C”, był tylko obozem z nazwy w rzeczywistości były to pola uprawne należące do dwóch wsi Woskrzenice Duże i Kaliłów ogrodzone drutami kolczastymi zajmującymi olbrzymi obszar o powierzchni 200 hektarów. Na tym ogromnym terenie nie zostały wybudowane żadne obiekty, pod którymi mogliby się schronić stłoczeni tu ludzie. Dopiero na przełomie lipca i sierpnia 1941 roku Niemcy zezwolili jeńcom na wybudowanie prowizorycznych ziemianek i szałasów. Jeńcy gołymi rękoma wykopywali doły w ziemi a następnie budowali prowizoryczne zadaszenia. Zakaz budowy ziemianek obowiązywał w sektorach karnych. Podobnie jak obóz „Unterlager B w Sielczyku”, został on podzielony na sektory, w których byli umieszczani dokładnie po selekcjonowani jeńcy. Zaraz po wprowadzeniu za bramę obozu, która znajdowała się około 200 metrów od drogi Biała Podlaska – Terespol odbywało się rejestrowanie i selekcja jeńców, podczas której oddzielano oficerów i komisarzy od żołnierzy. Członków partii i komsomolców, uważano za niepożądanych i byli oni z góry przewidziani do zagłady. Zgodnie z instrukcjami sztabu oddzielano od siebie poszczególne narodowości, tu szczególnie zwracano uwagę na żołnierzy pochodzenia azjatyckiego uważanych za szczególnie podstępnych i okrutnych. Przewidywano, że pobyt jeńców w tym obozie będzie trwał do momentu, w którym będzie możliwość przetransportowania ich dalej od linii frontu. Oczywiście prócz tych których podczas selekcji przewidziano z góry do zagłady[ źródło: Szeroki Trakt].

Przechodzę parędziesiąt metrów i jestem na miejscu. Pomnik jest mocno zaniedbany. Takie czasy. Teraz swoje 5 minut mają „wyklęci”. Wygląda na to, że życie życiu nierówne.

Robię kilka zdjęć, szukam śladów tego co tu się wydarzyło. Minęło prawie 80 lat.. wszystko zarosło, zdziczało, pamięć uleciała. Gdzieś tu pod ziemią spoczywają prochy ludzi, których liczba trochę poraża, To prawie tyle, ile liczy moje miasto.

Święta się skończyły więc wypadałoby spalić poświąteczne kalorie. Chociaż jest koniec kwietnia, zieleni nadal jak na lekarstwo. Mimo to proponuje córci wiosenną wycieczkę fotograficzną po Podlasiu, bo aura wybitnie sprzyja. Jest piękna, słoneczna pogoda, nawet temperatura wyższa niż zwykle, ruszamy więc „za Bug”. Od jakiegoś czasu „chodzą za mną” tamte rejony – z racji moich zainteresowań fotograficznych podlaskim pejzażem, a także z powodu dość zaawansowanej już eksploracji rejonów wokół miejsca zamieszkania.
Na początek naszej trasy nie jest specjalnie dużo – tylko 40 kilometrów.
Jadąc do Siemiatycz odkrywam nową tabliczkę w lesie – sugeruje ona, że szybko odnajdę kolejną dziurę w ziemi po rakiecie V2 🙂 Szukałem ją już dwa razy i bez skutku. Teraz trafię na pewno 🙂

Na razie jednak przejeżdżamy słynny niebieski most i skręcamy w stronę granicy. Mijamy skrzyżowanie, skąd droga wiedzie do Mielnika i na Grabarkę i podążamy w kierunku pierwszego punktu wycieczki. Jest nim Góra Prowały.

Góra Prowały w tradycji prawosławnej związana jest z cudowną ikoną Spasa Izabawnika (Chrystusa Zbawiciela i Wybawiciela). W historii Mielnika wiek XII i XIV to okres licznych najazdów.W czasie zagrożenia mnisi szukając schronienia uciekali wraz z ikoną w głąb Puszczy Mielnickiej, gdzie odnaleźli bijące źródełko u podnóża góry (zwanej dzisiaj Prowały). Na szczycie góry wybudowali drewnianą cerkiew św. Bogarodzicy. Przed I Wojną Światową, Górą zaopiekował się wierny o imieniu Bazylko, który uciekając przed Niemcami udał się na tzw. „bieżaństwo” w głąb Rosji, gdzie przyjął święcenia kapłańskie. Po wojnie powrócił jako mnich. Codziennie rano i wieczorem wspinał się na szczyt góry, by żarliwie modlić się i czcić ikonę Spasa Izbawnika [źródło: podlasie.siemiatycze.pl ].

Kilkaset metrów dalej robimy kolejny przystanek. Po przeciwnej stronie drogi, w lesie skryło się Źródło Prowały.

Przy szosie nr 640 w okolicy Radziwiłłówki, w lesie w odległości 100 m od drogi znajduje się miejsce niezwykłe – Źródło Prowały. Tryska tam cudowne źródełko, którego woda, jak wierzą prawosławni, ma właściwości lecznicze. Podobno dawno, dawno temu znajdowała się tam cerkiew, która zapadła się pod ziemię, i wtedy pojawiło się źródło.

Dzisiaj w tym miejscu stoją prawosławne krzyże dziękczynne, a na krzewie wiszą kolorowe kubeczki. [źródło: Polska Niezwykła]

Dalej droga wiedzie do Adamowa. gdzie w środku Puszczy Mielnickiej skryły się ogromne zbiorniki ropy rurociągu Przyjaźń. Tu skręcamy w kierunku Wilamowa – wsi kompletnie zagubionej na rubieżach Polski. Jest piękna pogoda, cisza, brak jakichkolwiek śladów cywilizacji aż po horyzont potęguje wrażenie pustki. Dojeżdżamy do wsi Tokary. Już na wjeździe zachwyca nas niezwykła budowla. W pierwszej chwili jestem przekonany że widzę Cerkiew. Nie – to jednak kościół.

Kościół w Tokarach jest jedynym obiektem na terenie woj. podlaskiego w tzw. stylu narodowym inspirowanym stylem zakopiańskim. Jest to jeden z nielicznych znanych i zrealizowanych projektów Wincentego Wdowiszewskiego (1849-1906), inżyniera, architekta, historyka sztuki i pisarza, dyrektora budownictwa miejskiego w Krakowie, członka Komisji Historii Sztuki PAU, współtwórcy Towarzystwa Miłośników Historii i Zabytków Krakowa, autora (oprócz prac naukowych) popularnych komedii i powieści, który gromadzone przez całe życie cenne zbiory przekazał Muzeum Narodowemu [źródło: zabytek.pl].

Budowla jest niezwykle urokliwa. Krążymy dłuższą chwilę, bo żal opuszczać tak piękne miejsce.

Dalej jedziemy przez całą wieś, po czym droga się kończy tuż nad granicą i skręcamy w kierunku kolejnego celu wyprawy – do Koterki.

Cerkiew położona jest w leśnym uroczysku Koterka. Zadziwiające jest jej usytuowanie – leśne grzęzawisko z dala od siedzib ludzkich. Nawet bez specjalnej wiedzy odczuwa się niezwykłość tego miejsca. Historia powstania cerkwi jest fascynującym świadectwem objawienia się Matki Boskiej jak i głębokiej wiary miejscowej ludności. Cerkiew wybudowano w roku 1912, w miejscu objawienia, gdzie wytrysnęło źródełko, do dziś znajdujące się przy cerkwi. Nie lada wyczynem było budowa na terenie bagiennym. Budowniczowie świetnie jednak poradzili z problemem, o czym mimo upływu lat świadczy budowla, bez najmniejszych pęknięć, co dla niektórych nawet dziś jest świadectwem Bożej opieki [źródło: mielnik.com.pl].

Polecam też fantastyczny artykuł na temat Koterki pod adresem Okiem Miszy.

Czas na powrót. Na deser zostawiliśmy sobie Kasztelik. Byłem tu już w zeszłym roku. Jestem ciekawy reakcji córci. Zachwyt w oczach – bezcenny. Bo też i jest co podziwiać.

Stąd mamy już tylko pół godziny jazdy do domu.

Pytanie jest zasadne, bo miejsce, gdzie trafiłem nazywa się Bobrówka.

Chodzenie ułożonymi z klepek ścieżkami tak mi się spodobało, że zrobiłem przeszukanie zasobów leśnych w okolicy i okazało się, że jeszcze kilka takich miejsc tu jest.

Na pierwszy ogień trafia wymieniona wyżej Bobrówka. Znajduje się po drodze z Poleskiego Parku Narodowego, więc w naturalny sposób wypada tam zajrzeć 🙂 Okazuje się że dojazd nie do końca jest taki prosty jak mi się zdawało. Wrzucam w nawigację miejsce docelowe i ruszam. Moja droga robi się mocno skomplikowana 🙂 Przebijam się odcinkami, które chyba od dziesięcioleci nie widziały maszyn drogowych i tym sposobem odwiedzam jezioro Zagłębocze i jezioro Uścimowskie, które z oczywistych względów budzą wspomnienia, bo spędzałem nad nimi młode lata pod namiotem 🙂

Dalej nawigacja wykręca mnie nad jakieś stawy, na którym z racji silnego wiatru pienią się ogromne fale 🙂 Droga szerokości jednego auta wiedzie groblami i mam wrażenie, że jadę przez ocean:) Grunt to wyobraźnia.

Ocean się kończy i trafiam w okolice wsi Rudka Starościańska. Tu zdaje się też byłem, bo w pobliskim lesie kilka lat temu rozbiły obóz moje harcerki i zaopatrywałem je w zapasy wody.

Droga się kończy i zagłębiam się w las. Mój niskopodłogowiec daje radę chociaż słyszę jak chwilami szoruję po piasku a zaczepiona gałąź stuka w podłogę 😉

Po trzech kilometrach jest polana. Są też tablice informacyjne, wiata na kilkadziesiąt osób i początek poszukiwanej ścieżki.

Wieje mocno, więc na wszelki wypadek parkuję z dala od drzew i zaczynam kolejną wędrówkę.

Są klepeczki, jest piękny las, meandrująca leśna rzeczka, świeże wykroty. Przygoda na całego. Co ciekawsze miejsca można podziwiać z przygotowanych z drewna podestów.

Jedno z takich miejsc kojarzy mi się z rezerwatem Czartowe Pole i płynącą podobnie rzeczką Sopot.

Ścieżka wiedzie jedną stronę rzeczki, przeskakuje na drugą stronę i następuje powrót. Podziwiam oczywiście piękny las i dziką przygodę, ale też z niepokojem obserwuję lecące z góry konary i mocno kiwające się drzewa.

W pewnym momencie rzeczka zmienia się w jezioro i oto mogę podziwiać szerokie wody, na który na kępkach rosną drzewa, z których część już uschła i tworzą one malarski krajobraz.

Jeszcze jeden podest na jeziorze i docieram do głównej drogi.

Pierwsze co widać to wodospad 🙂 Woda z szumem leci po kamieniach.

Ścieżka edukacyjna Bobrówka znajduje się w leśnictwie Jedlanka na terenie Nadleśnictwa Parczew. Najłatwiej dojechać tu kierując się na północ od Ostrowa Lubelskiego. Jadąc historyczną drogą o nazwie „Trakt Królewski” dojedziemy do tego niezwykłego miejsca. Dawniej droga ta łączyła Kraków z Wilnem i wielokrotnie podróżował nią Król Władysław Jagiełło. Ścieżka ma kształt pętli okalającej staw młyński „Gościniec”, odtworzony w 2011 roku i łączącej miejsca po nieistniejących już młynach wodnych Kozera i Gościniec [źródło: lasy.parczew.gov.pl].

Zerkam jeszcze raz na rozległy krajobraz z drugiej strony jeziora.

Chwilę zastanawiam się czy wracać znowu leśną drogą, ale od czego nawigacja. Trzy kilometry stąd przebiega główna droga do Parczewa. Odbijam więc w leśną bitą drogę, za chwilę znowu trafiam na stawy i jadę groblą niemal na poziomie wody. Czuję że prawie żegluję 😉 Jeszcze chwila i jest asfalt a stąd to już drogę do domu znam 🙂

Wiadomo – bagna 🙂

Od zeszłego roku dochodziły do mnie słuchy, że w przygotowaniu jest nowa ścieżka w Poleskim Parku Narodowym.

Końcówka kwietnia jest niestety chłodna, zieleń ani myśli wychylić nosa, ale na szczęście jest słonecznie, więc postanawiam wykorzystać okazję i ruszyć się nieco.

Do Poleskiego Parku Narodowego mam około godziny jazdy, wyjeżdżam około ósmej rano i bez tracenia czasu na błądzenie i poszukiwanie trafiam na parking. Droga jest świetnie oznaczona, trzeba się postarać, aby się zgubić.

Ścieżkę zbudowano z dofinansowaniem unijnym, więc jest za przysłowiową „darmochę”. Za to została przygotowana z rozmachem. Obok parkingu wita mnie wieża, zadaszenie, pełna infrastruktura do zrobienia biwaku na świeżym powietrzu. Z ciekawostek – parkingi są dwa. Ten na którym jestem jest duży i przeznaczony dla wszystkich, ale za to dzieli go od właściwej ścieżki 1,5 kilometra. Drugi zlokalizowano przy samej ścieżce i ten przeznaczony jest dla „dużych rodzin” i niepełnosprawnych. Zresztą na samej ścieżce zauważę za chwilę dużą liczbę ułatwień dla wymienionych grup.

Ruszam więc bitą drogą i pojawiam się w miejscu, gdzie droga skręca w rzadki lasek. Zaczyna się świat drewnianych klepek.

Kilkaset metrów i już widać właściwe bagno. Przy wyjściu z lasu czeka na mnie pierwsza wieża. Oczywiście pakuję się na górę.

Niestety – jest susza i na ścieżce Czahary zastaję tylko nieliczne kałuże. Bagno bardziej przypomina wielką jesienną łąkę, pokrytą rudymi trawami. Trzeba wrócić tu latem po większych opadach.

Tak czy inaczej – przemarsz ścieżką stanowi niezłą frajdę. Mijam kilka podestów z ławkami, kolejne wieże i po około dwóch kilometrach skręcam w stronę widocznego w oddali lasu.

Wszystko co dobre szybko się kończy. Docieram do stałego lądu 🙂 Czeka mnie jeszcze powrót na parking.

Aż żal, że przygoda skończyła się tak szybko…

W dniu 19 sierpnia 1942 r. Niemcy przystąpili do likwidacji skupiska żydowskiego w Łomazach. W akcji brali udział członkowie oddziału Hilfswillige – tak zwani Hiwis – oraz 101 Batalionu Policyjnego. Niemcy wypędzali Żydów z ich domów i gromadzili na placu przed szkołą i na szkolnym boisku. Podczas przeszukiwań budynków zabito wiele osób. Po dwóch godzinach zebrano około 1600-1700 osób. Z tej grupy Niemcy wybrali kilkudziesięciu mężczyzn i zawieźli ich do lasu Hały, gdzie nakazano im kopać grób.[źródło: https://sztetl.org.pl/