Leśna Podlaska

Taki mały powrót w stare kąty. 

Jak zwykle zajrzałem pod dąb. Zastałem krzaki, śmieci…. podjąłem desperacką próbę pomocy zaniedbanemu drzewu. Wójt odpisał następnego dnia, że zajmie się nim. Sprawdzę 🙂

A poza tym jak zwykle spacer po znanych miejscach i trochę opowieści co tu było kiedyś i jak się zmieniło. Córcia chętnie słuchała 🙂

Trochę terenów wokół klasztoru, stara szkoła podstawowa. Sentymentalnie się zrobiło 🙂

 

 

Poszukiwacze zaginionej skarpy

Już od kilku lat realizuję pomysł obejrzenia jak największej ilości nadbużańskich zakątków, więc tylko czekałem na pierwszą okazję, by zapuścić się w rejony dotąd niezbadane. 

Woda w Bugu jeszcze wysoka, zieleni jak na lekarstwo, ale ciepłe niedzielne popołudnie natychmiast podrywa mnie z miejsca. Jakiś czas temu podziwiałem na zdjęciach satelitarnych ogromne rozlewiska Bugu w okolicach Drażniewa. Wodowskazy sugerują, że właśnie przechodzi tegoroczna kulminacja, więc jest szansa popatrzeć na dużą wodę.

Godzinka jazdy i jestem w Drażniewie. Przebijam się przez las w okolice znajomego bużyska i już mogę podziwiać swój ulubiony pejzaż.

Woda jest owszem – wysoka, ale nie na tyle by zalać łąki. Ale drogi już tak. Już po kilkuset metrach muszę zdjąć buty i podjąć pierwsze tegoroczne wyzwanie – kontakt z wiosenną wodą 🙂

Pokonuję w sumie ze trzy rozlewiska i docieram do rzeki. Ujście Tocznej w niczym nie przypomina sielankowej letniej plaży – wody jest dużo, piasek skrywa szeroka (i pewnie głęboka) płaszczyzna wody. Światło też dziś nie sprzyja, jest jakieś mętne, liści jak na lekarstwo, więc zdjęciami nie jestem zachwycony 🙂

Wracam nieco okrężna drogą, podziwiając jakieś strażackie manewry po drugiej stronie Bugu we wsi Zajęczniki.

Docieram do auta i zerkam na zegarek. Jest zapas czasu. No to szukam skarpy. Tej, której jeszcze nie widziałem. Nawigacja pokazuje 20 minut. Mijam Drażniew i kolejne znajome wsie, które niedawno przemierzałem rowerem.

Za Korczewem wkraczam w nowe rejony. Stare, zapomniane wioski, sielski klimat, wolno płynący czas. Mijam Mogielnicę. Tu muszę wrócić na zdjęcia, bo miejscowość bardzo mi się podoba. Z mapy wynika, że zbliżam się do rzeki. Pierwsza próba odszukania skarpy nie udaje się. Przechodzę około 200 metrów i coś jest, ale do rzeki stąd daleko. W dole widać łąkę, a w oddali kościoły Drohiczyna. Nieudaną próbą rekompensują widoki 🙂

Przejeżdżam jeszcze około pół kilometra i widzę wąską ścieżkę w bok. Może tu? Prawdę mówiąc z drogi nic nie widać i nic nie zapowiada tego, co za chwilę zobaczę. Przechodzę 100 metrów i jest! 

Co tu dużo mowić. To jest skarpa skarp. Widziałem jakieś zdjęcia w sieci, ale wygladało to raczej na kawałek nasypu. A tu niespodzianka. Ogromna! 

Na oko 60 metrów pionu wpada prosto w pędzący w dole Bug. Robi to niesamowite wrażenie. I budzi respekt. Tu nie ma gdzie się zatrzymać. Zjazd w dół skończyłby się niechybnie głośnym PLUM. Skarpa rozciąga się na kilkaset metrów. Grozę budzi potężny pionowy uskok. Przechodzę najpierw w lewo,  potem w drugą stronę.

Młoda ekipa w tych pięknych okolicznościach rozpija wino, są uśmiechnięci i odpowiadają na pozdrowienie. A ja fotografuję. W dole widać zalane łąki, a sam zakręt przypomina trochę Bindugę w Gnojnie.

Trzeba tu będzie wrócić przy niskiej wodzie i zbadać teren 🙂 A na razie wracam do auta, dojeżdżam o mostu we Frankopolu i ruszam najkrótszą drogą przez Drohiczyn do domu 🙂

 

Kwiecień

Co roku przychodzi ten weekend kwietnia, gdy pojawia się biały dywanik zawilców, choć drzewa jeszcze szare i pozbawione liści. Wtedy wiadomo, że naprawdę przyszła wiosna. Nie inaczej było w tym roku. Gwałtowny skok temperatury o prawie 20 stopni obudził przyrodę i nagle zrobiło się zielono.

Wracam zmęczony po pracy, ale pojawia się słoneczko i szybko wracają siły i chęci na zregenerowanie się na dłuższym spacerze. Wybór jest oczywisty – rezerwat Chmielinne.

Las, w którym znam każdą ścieżkę i który muszę odwiedzić każdej wiosny. Właśnie dla zawilców. Te jedne są wieczne, bo sam las… z każdym rokiem marnieje, jest systematycznie niszczony, co nazywa się „planową gospodarką leśną”. Pamiętam go, gdy był jeszcze naturalny, piękny, dziki, rosły w nim grzyby. Teraz to zwykłe krzaki, pogrodzone metalowymi plotami. A chronione zawilce rozjechane kołami traktorów…

Ten las już nigdy nie będzie taki sam.

Leśna szkółka zarosła i zdziczała. Przepracowałem w niej trochę, pieląc sadzonki drzew a potem je sadząc w okolicy. Tak – były takie czasy, gdy całe klasy jechały do lasu i spędzały tam cały dzień na sadzeniu drzew.

Sam rezerwat też oberwał. Od natury. Ogromna ilość drzew padła pod naporem wiatru. Wygląda to tragicznie, ale tu przynajmniej sama natura zdecydowała, co ma przetrwać, a co stanowić podłoże dla kolejnych pokoleń lasu. Dopóki nie ma liści, ten widok będzie straszył przejeżdżających…

Ciepłe popołudniowe słońce przyjemnie grzeje. Dwugodzinny spacer kończę przed zmrokiem.

Nie mogło oczywiście zabraknąć mojego aparatu fotograficznego.Robię na pamiątkę trochę zdjęć i mam nadzieję, że za rok trochę lasu jeszcze zostanie. Bo na pewno znowu tu zajrzę. Tak, jak to robię od 40 lat 🙂

W marcu jak…

Już miała być wiosna. Tydzień wcześniej fotografowałem nadbużańskie pejzaże, brodząc w głębokim błocie, aż tu nagle przyszedł kolejny „wir polarny” i przypomniał, że połowa marca to jednak jeszcze nie wiosna. Z drugiej strony taka odmiana miała też swoją pozytywną stronę – krajobraz znowu zabielił się śniegiem, błoto zamieniło się w twarde grudy, a przede wszystkim zobaczyłem piękne, błękitne niebo. 

Oczywiście natychmiast poderwałem się do boju. Chwila namysłu – dokąd. Już wiem – nie mam Pralni w wersji zimowej. Będzie też okazja na dłuższy spacer w ramach przygotowań kondycyjnych. I zobaczę przy okazji, jak się miewa Stadnina w Janowie Podlaskim po kolejnych zmianach.

Od Janowa Podlaskiego dzieli mnie 15 minut jazdy, skręcam w stronę Stadniny i podziwiam piękny, zimowy krajobraz.

Brama jest otwarta… Z pewną nieśmiałością przejeżdżam obok budki strażnika, zatrzymuję tam gdzie zwykle – przy wybiegu dla koni. Z budki wychodzi pan, z którym zamieniam kilka słów. Okazuje się, że świat do końca nie zwariował – mogę spokojnie zaparkować, pan jest miły i gdy mówię mu o swoich planach, wspomina, że mogę spokojnie dojechać do celu swojej wyprawy.

Ja jednak ruszam pieszo nadbużańskim szlakiem „Łęg Dębowy”. Miłe zaskoczenie – jest odnowiony. Nowe oznaczenia, tablice informacyjne. Rok wcześniej szedłem tędy z Rajdem TKKF i wyglądało to marnie. 

Warunki są fantastyczne, idzie się świetnie. Ani się obejrzałem i jestem przy Łęgu. Ten zostawiam sobie na deser, bo czeka mnie jeszcze spory kawałek drogi do miejsca zwanego Pralnią – celu mojej wędrówki. Tu już muszę zejść z bitego traktu na polną, rozjeżdżoną drogę. Grunt się lekko ugina, lód trzeszczy, bo przymarzło jednak tylko z wierzchu, ale szczęśliwie docieram nad rzekę.

Pogoda jak marzenie, by przetestować nowy filtr polaryzacyjny 🙂 Efekty mile mnie zaskakują. Poprzedni wyzionął ducha w górach, a nowy sprawuje się rewelacyjnie! 

Kręcę się jakiś czas po okolicy, nad samą rzekę nie udało mi się jednak przebić. Woda w Bugu jest bardzo wysoka, dojścia pozalewało. Co prawda rozlewiska zamarzły, ale lód jakoś nie budzi mego zaufania 🙂

Ruszam w drogę powrotną. Czas na Łęg Dębowy. To jedno z moich ulubionych miejsc i pewnie nie tylko moich. O każdej porze roku i dnia fotograf znajdzie tu coś dla siebie. Korzenie nad gruntem, baobab, stare sosny, dęby, rozlewiska, a na nich łabędzie. 

Dziś też jest pięknie, śnieg, bezchmurne niebo. Co bardziej charakterystyczne obiekty obfotografowane, zerkam na zegarek i ruszam w drogę powrotną.

Cały dzisiejszy dzień nie spotkałem żywego ducha. No może z wyjątkiem pędzącego w oddali po rżysku Audi 80, które skorzystało z okazji że pole przymarzło i wędkarze zrobili sobie skrót nad rzekę 🙂

Kilometry lecą błyskawicznie i znowu jestem przy aucie. 

Ani się obejrzałem, jak zrobiłem ich dziś 15 🙂

 

Roztocze Południowe

Do mojego kalendarza turystycznego dołączyła kolejna stała impreza. Jeszcze nie opadły emocje po wyjeździe w Tatry, a już zacząłem się szykować do wyjazdu na Roztocze. Sympatyczna grupa forumowa postanowiła w tym roku kontynuować tradycję wędrówek po „kapuścianych górach” i już wczesną jesienią zapowiedziała spotkanie w Horyńcu. Tereny dla mnie zupełnie nieznane, więc tym chętniej dopisałem się do listy uczestników.

Przede mną około 250 kilometrów. Wyruszam dość wcześnie, by dojechać spokojnie za dnia. Zapas czasu mam na tyle duży, że zatrzymuję się jeszcze na chwilę w Krupem obejrzeć zamek, a właściwie jego ruiny.

Trochę martwi mnie aura. Zimy nie widać, wszędzie szarzyzna, gdyby chociaż odrobione słońca. W okolicach Zamościa zaczyna kropić. Zatrzymuję się na obiad w wypatrzonej przy drodze knajpie z wiatrakiem i gdy ruszam w dalszą drogę, kropienie przechodzi w regularny deszcz. Za Zamościem pomału zaczyna się ściemniać, jest szaro, ponuro, leją się strugi wody. Od Hrebennego ostatnie kilometry jadę już w ciemności. Odludzie straszne. Jak koniec świata 🙂 Czasem migną jakieś wioski – kojarzę ich nazwy, bo oglądałem dojazd na mapie, więc błądzenia dziś nie będzie.

Wreszcie po około 20 kilometrach jazdy krętą i wąską drogą dojeżdżam do Horyńca. Szybko odnajduję hotel, gdzie ma się odbyć spotkanie. W środku cicho, ciemno, starszy pan w kapciach przemknął korytarzem. Na ducha nie wyglądał 🙂

Pojawia się główny szef i organizator imprezy, czyli Adam. Klucze zostają rozdzielone, zrzucamy bagaże. Zjeżdżają kolejne ekipy z całej Polski i dołączają do spotkania integracyjnego w wielkiej sali konferencyjnej. Docelowo będzie nas około 20 osób. Miało być więcej, ale lubelska ekipa zwana TS+ padła rażona grypą. Dojechał co prawda jej Prezes, ale wygląda, jakby miał zaraz ducha wyzionąć, po czym przyjmuje końską dawkę leków i oddala się do łóżka.

Dodatkową atrakcję stanowi próba przedstawienia – trwają akurat horynieckie spotkania teatralne. Sala jest duża, wpada do niej ekipa z pytaniem, czy mogą zrobić tutaj próbę… Czemu nie. Sztuka jest nowoczesna i trudna 🙂 Zapamiętałem dziewczyny, które leżąc obwieściły, że są pijane 🙂 Aha, jeszcze szef artystów miał jakiś ekstrawagancki makijaż…

My zaś … mamy dwie gitary, piosenki turystyczne, mnóstwo górskich i niegórskich tematów do przegadania, kresowe i niekresowe specjały i tak zastaje nas druga w nocy 🙂

Zerkając co jakiś czas przez okno, stwierdzam ze zdziwieniem odmianę aury. Z szarej jesieni zrobiła się piękna zima. Zaczął sypać gęsty i mokry śnieg, którego przybywa w oczach. Do rana będzie go całkiem sporo!

Więc jednak będzie zimowe Roztocze 🙂

Rankiem zjadamy szybkie śniadanie, a za chwilę sprawnie i zgodnie z planem Adama pakujemy się do busa, który wywozi nas gdzieś w szczere pole. Mijamy wioski, przez które wczoraj jechałem, jednak świat przysypany śniegiem wygląda o wiele lepiej. Gałęzie uginają się od śnieżnych poduch, do pełni szczęścia brakuje tylko słońca. Zamglony horyzont bardziej jednak przypomina warunki z zeszłego roku.

Ruszamy na szlak. Przed nami prawie dwadzieścia kilometrów. Adam przygotował bogaty program, więc nie ma ociągania.

Na pierwszy ogień idzie cerkiew we wsi Prusie.

Elementem dawnej historii Prusia jest drewniana cerkiew pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Powstała w roku 1887 (poświęcona rok później) ze zbiórek mieszkańców wsi, kwesty przeprowadzonej na terenie eparchii przemyskiej i wsparciu finansowemu jednego z mieszkańców.

Podstawową przyczyną ufundowania nowej cerkwi był zły stan jej poprzedniczki, którą przez wiele lat kolejni wizytatorzy biskupa nakazywali remontować. Obecnie cerkiew pw. NNMP pełni role kościoła filialnego parafii rzymskokatolickiej w Werchracie. Zbudowana na planie krzyża greckiego, trójdzielnie (nawa kwadratowa, babiniec i prezbiterium na planie prostokąta). Całość przykryta jest ośmiopołaciową kopułą i nakryta blachą. Janusz Mazur tak opisuje wnętrze świątyni: na całej powierzchni ścian znajduje się polichromia o podziałach architektoniczno-ramowych z dekoracją roślinną i patronową oraz z przedstawieniami figuralnymi – w babińcu na ścianie południowej „Przemienienie Pańskie”, na północnej „Sąd Ostateczny”, w prostokątnych polach w podniebiu sklepienia od wschodu „Zmartwychwstanie”; w ramionach bocznych przy nawie, między oknami – na ścianie południowej „Chrzest Chrystusa”, na północnej „Zwiastowanie NMP”. W tamburze na ściankach diagonalnych postacie czterech Ewangelistów; w prezbiterium duże przedstawienia świętych – na ścianie południowej święci Cyryl i Metody, na wschodniej – Piotr i Paweł, na północnej – Bazyli Wielki i Jan Złotousty [źródło: Cerkiew Prusie]. 

Oczywiście wlazłem na dzwonnicę. Potem jednak muszę gonić pozostałych 🙂

Kawałek idziemy asfaltem i skręcamy w pole. Przechodzimy przez tory, mijamy posterunek Straży Granicznej i zaczynamy zdobywać pierwszą dziś roztoczańską górę. Śnieg skrzypi pod nogami, przedzieramy się przez las, potem przez pola i już jesteśmy we wsi Moczary.

Tu czeka na nas niesamowity cmentarz na końcu świata i kryjące się za nim cerkwisko.

Tu też robimy dłuższą przerwę na herbatę i kanapki.

Miejsce powstało w I połowie XIX wieku, choć bardzo prawdopodobne jest wcześniejsze sytuowanie tu poprzedniej cerkwi, mury i krzyże wskazują połowę XVIII wieku. Nietypowe miejsce jak na taki typ budowli. Nie wzniesiono go na wzgórzu jak stawiano okoliczne cerkwie ale w delikatnym zagłębieniu, tworząc sztucznie usypaną skarpę – taras, ogrodzoną kamiennym murem, za którym rozpościerały się strumyki i mostki nad nimi, licznie występujące w tej okolicy. W murze tym umieszczono po obu stronach bramy, wnęki w których znajdowały się kaplice. Do muru przylegała również dzwonnica i jeden z budynków przycerkiewnych. Sama cerkiew, pod wezwaniem Podwyższenia Krzyża Pańskiego o  trójdzielnej budowie stanęła na kamiennych fundamentach, z częściowo podpiwniczoną zakrystią. Elementy podpiwniczenia zachowały się do dzisiaj. Każda z trzech części przykryta była oddzielnymi kopułami. Cerkiew została częściowo rozebrana po 1945 roku, przez wojsko rosyjskie w czasie kiedy to Dziewięcierz należał do ZSRR, Zdewastowana wróciła do Polski gdzie została rozebrana w 1951 roku [źródło:Powolne dreptanie po Roztoczu].

Ruszamy dalej, docieramy do głównej drogi, którą przecinamy i dalej lasami i wzgórzami łapiemy kolejne kilometry. Wychodzimy ponownie na główny trakt w okolicy wsi Dziewięcierz. W dole widać cerkiew, którą zbudowano na bazie zwykłego domu mieszkalnego.

Kilometr dalej natykamy się na rezerwat Sołokija. Wbijamy się w wąską  ścieżkę na zboczu góry, a potem leśnymi traktami idziemy dość długo, by dotrzeć do Kamieni Kultu Słońca. Jak to ujął Adam – lepiej brzmi niż wygląda. Jest to po prostu ostaniec skalny z otworem w środku, wyżłobionym zapewne siłami natury 🙂 Kosmici tu zapewne nie lądowali.

Kolejny punkt wycieczki to Nowiny Horynieckie. Z leśnych ścieżek przeskakujemy na szerokie leśne trakty pożarowe. Tempo rośnie.

Kaplica Matki Bożej położona jest w śródleśnej dolinie. Jest to znane miejsce kultu religijnego, które powstało w miejscu objawienia Matki Boskiej trójce pastuszków 12 czerwca 1636 r. Obecna drewniana kapliczka, wielokrotnie odnawiana, pochodzi z XIX w., a w 2002 r. została rozbudowana. W środku kaplicy bije cudowne źródło, a wodzie przypisuje się działanie uzdrawiające, zwłaszcza w chorobach oczu. W ołtarzu znajduje się łaskami słynąca figura Matki Bożej Niepokalanego Poczęcia wyrzeźbiona w drewnie lipowym. Warto zobaczyć również znajdujące się w pobliżu kaplicy dwie małe kapliczki: św. Antoniego Padewskiego i św. Franciszka oraz kamienna figura Matki Boskiej z 1943 r. W najbliższym otoczeniu kaplicy, a także na okolicznych wzgórzach bije wiele silnych źródeł [źródło: Polska niezwykła].

Stąd zostaje nam już tylko powrót do Horyńca. Grupa trochę się rozciąga, więc Adam udziela instrukcji, jak mamy dojść najkrótszą drogą do kwatery, a sam zostaje na rozstaju leśnych szlaków, by pozbierać wolniej idących.

Docieramy zgodnie z planem do hotelu, gdzie już czeka na nas obiad. Potem chwila odpoczynku i znowu zajmujemy salę konferencyjną z gitarą, śpiewem i przysmakami  🙂

Obok bawią się emeryci, a wieczorem dołączają znowu artyści 🙂

Drugi dzień naszego spotkania, to wycieczka do sąsiedniej wsi Radruż. Czekają tu na nas dwie cerkwie i kawał historii. Wieś leży przy samej granicy, a sam region to miejsce starcia dwóch kultur i narodów. Adam opowiada mnóstwo ciekawych historii i jest jak mi się zdaje, chodząca encyklopedią na temat Roztocza Południowego 🙂

Cztery kilometry mijają nie wiadomo kiedy. Pogoda zbliżona do tej z dnia poprzedniego. Drzewa przysypane śniegiem, drogi zawiane. Wygląda to pięknie, tylko budzi trochę moje i nie tylko obawy co do drogi powrotnej.

Zespół Cerkiewny w Radrużu należy do najcenniejszych i najpiękniejszych zabytków sakralnej architektury drewnianej na terenie Polski. Jego centralnym elementem jest cerkiew p.w. św. Paraskewy wzniesiona w końcu XVI w. przez zawodowy warsztat ciesielski. W połowie XVII w. we wnętrzu ściana ikonostasowa częściowo pokryta została polichromią. W skład Zespołu cerkiewnego w Radrużu wchodzą oprócz cerkwi: dzwonnica z końca XVI w., kamienny mur z bramami oraz kostnica z XIX w. W otoczeniu cerkwi znajduje się cmentarz przycerkiewny z zespołem nagrobków z XVIII-XX w. wraz z płytą nagrobną z ok. 1682 r. i dwa cmentarze parafialne z nagrobkami wykonanymi w ośrodku kamieniarskim w Starym Bruśnie (XIX-XX w.) [źródło: Muzeum Kresowe].

Ruszamy jeszcze leśną dróżką do drugiej cerkwi. 

Cerkiew wybudowana została w latach 1930-1931 jako filialna świątynia parafii przy cerkwi pw. św. Paraskewy w Radrużu. Wzniesiona została na miejscu wcześniejszej, z wykorzystaniem (w części prezbiterialnej) elementów pierwotnej, zapewne XVIII-wiecznej kaplicy. Do II wojny światowej pełniła funkcję kaplicy filialnej należącej do parafii św. Paraskewy w Radrużu. Po wysiedleniu miejscowej ludności w 1946 r. przejęta została na rzecz skarbu państwa i przez wiele lat pozostawała nieużytkowana. W latach 70. XX w. przeprowadzono gruntowny remont obiektu adaptując cerkiew na kaplicę rzymskokatolicką [źródło: zabytki.pl].

My 🙂