Ta historia zaczęła się w lipcu na pewnym weselu…

Znalazłem się na nim nie całkiem przypadkiem, bo Kinga to jakby nie patrzeć bliska rodzina. Siedząc przy stoliku i gawędząc na różne tematy, zaczęliśmy snuć plany fotograficzne. Kinga od niedawna została artystą- fotografem i nie jest to bynajmniej żart. Na codzień jest radiowcem, ale całkiem mocno wkręciła się w fotografię i ekspresowo dołączyła do pasjonatów tego rodzaju sztuki 🙂

Nasz plan polegał na odwiedzeniu Podlasia – tego za Bugiem. Nie ukrywam, że zapewne wpływ na to miały moje opowieści o tym, co tam widziałem 🙂

W pewien jesienny weekend pogoda sprawia niespodziankę i postanawia stworzyć nam idealne warunki do fotografowania. Kinga z koleżanką Kasią docierają do mnie na poranną kawę i pada hasło: prowadź 🙂 Dołącza do nas jeszcze jedna Pani Fotograf – czyli niezawodna córcia.

Plan trasy miałem przygotowany wcześniej, ale dochodzę do wniosku że nie zaszkodzi trochę spontaniczności i będę go dziś dynamicznie dostosowywał do posiadanego zapasu czasu.

Pierwsza zmiana planu następuję tuż po wyjeździe z miasta. Postanawiamy zahaczyć o skarpę widokową w Gnojnie. Dla obu pań jest to dziewiczy teren, więc wszystko co dziś pokażę i tak będzie nowe, jakkolwiek mi się już czasem opatrzyło 😉

Wychodzimy na skarpę i oczywiście jest głośne: ooo!

Jest też moje ulubione drzewo, więc nie mogę sobie odmówić kolejnego ujęcia 😉

Tym razem jednak zamiast ciszy towarzyszy mi dźwięk stukających migawek 😉 Kinga z wielką radością buszuje w polu dyń.

Teraz czas na objazd po nadbużańskich wioskach. Mijamy Borsuki, Serpelice, Zabuże i zmierzamy do mostu w Kózkach. Jakkolwiek w planie mamy też Mielnik, to jednak nie korzystamy z promu, bo chcę zawieźć wycieczkę jeszcze w jedno miejsce, które włączyłem ostatnio do listy miejsc, które obowiązkowo trzeba odwiedzić. Chodzi oczywiście o Kasztelik Koronę Podlasia. Jest sobota, więc jest duża szansa spotkać gospodarza, czyli pana Jerzego. Dla dziennikarza będzie to na pewno duża atrakcja 🙂

Dojazd zajmuje nam przysłowiową chwilę, w czasie której opowiadam różne ciekawostki na temat mijanych miejsc. Zastanawiam się skąd ja to wszystko wiem 😉

Mijamy most i już jesteśmy w trzecim dziś województwie – podlaskim. Zgrabnie wskakujemy na parking i za chwilę jest kolejne: ooo! 🙂

Ja się chwilę kręcę po okolicy, a wycieczka ma czas zwiedzić obiekt i porozmawiać z gospodarzem, który oczywiście jest i pracowicie szykuje kamienny stół, ma którym zapewne niedługo odbędą się uczty 🙂

Czas mamy dobry, więc nie spiesząc się, ruszamy do Mielnika. W Mielniku mamy niespodziankę: część dróg jest nieprzejezdnych… odbywają się tu nadbużańskie maratony biegowe i organizatorzy pozamykali część dojazdów. Do wieży widokowej nie docieramy, więc od razu ruszamy pod Górę Zamkową. Chwila walki z dość karkołomnym wjazdem na parking i już maszerujemy nad rzekę.

Mijamy ruiny kościoła.

A z góry… roztacza się malowniczy widok na cywilizację 😉

Na szczęście nie we wszystkie strony 😉

Kolejny punkt wycieczki to kopalnia kredy. Co prawda wytyczono tędy część trasy biegu, ale pozostał wolny pas dla ruchu lokalnego i możemy dotrzeć na parking pod punktem widokowym.

Chwila na ooo! i rozkładamy się we wiacie na śniadanie 🙂

Teraz powinniśmy ruszyć na północ. Coś idzie jednak nie tak i szukając skrótu trafiam na ulicę… Białą. Wrażenie jest niesamowite. Tak jak gdyby nagle przeniesiono nas w środek zimy 🙂 Tędy wywożona jest kreda z kopalni.

Oczywiście robimy obowiązkowy przystanek na zdjęcia.

Nadbiegają zawodnicy. Machają do nas, a my oczywiście też „odmachujemy” 🙂 Robię pierwszą fotkę i rozbijam bank. W domu sprawdzę, że to Patrycja – zwyciężczyni najdłuższego dziś biegu – na dystansie około 92 km 🙂

Patrycja pobiegła a my z okrzykami zachwytu biegamy i fotografujemy zabielony krajobraz.

Nasze buty przybrały oczywiście piękny biały kolor a wraz z nimi wycieraczki w samochodzie Kingi 😉 Ulica Biała się kończy i udaje się wyjechać na drogę do Koterki, która jest naszym kolejnym celem. Dzieli nas od niej około 10 kilometrów.

Pojawiamy się na parkingu i zastajemy gospodarza obiektu. Wygląda na to, ze już się stąd zabierał, ale na nasz widok porzuca swoje auto i podchodzi na dłuższą pogawędkę. Jest uśmiechnięty, życzliwy i otwarty. Pewnie mógłby nas tu raczyć opowieściami do wieczora 🙂 I pewnie słuchalibyśmy jego pięknej śpiewnej mowy, przeplatanej rosyjskimi słowami. Ot, magia Podlasia.

Udajemy się na fotografowanie. Ja w zasadzie… wolę popatrzeć… Mam stąd już tyle zdjęć…

Zerkam na zegarek i nieśmiało sugeruję dalszą podróż. Dość krótką, pod kościół w Tokarach. Cerkiew w Koterce często zresztą jest lokalizowana właśnie w Tokarach.

Dojazd zajmuje nam kilka minut. Dorzucamy do kolekcji kolejne ooo!

Kościół jest otwarty, więc oczywiście korzystamy z okazji, by zwiedzić jego wnętrze.

A potem w dalszą drogę. Pośród pól i łąk zmierzamy do Telatycz. Tu mój plan ulega dynamicznej korekcie, bo czas nam się trochę skurczył. Postanawiam szukać skrótu do kolejnego obiektu i zamiast ponad granicą przez kolejne wsie – dotrzeć pod cerkiew w Anusinie od wsi Wilamowce. Mapa mówi, że się da 🙂

Droga rzeczywiście jest, drogowskaz też. No to skręcamy 🙂 Pierwsze kilkaset metrów jest nawet asfalt… a może jego resztki 🙂 Omijając wielkie dziury docieramy do szutrowego odcinka. To ten rodzaj drogi, przy którym omal plomby mi z zębów nie powypadały, gdy jechałem nią rowerem 🙂

Auto trzęsie się jak szalone a próby znalezienia techniki jazdy po czymś takim długo się nie udają. Dopiero mijający nas miejscowy bolid pokazał na czym sztuka polega. Gazu! Im szybciej tym lepiej 🙂 Auto Kingi przeżyło 🙂 Jesteśmy w Anusinie. Ooo! 😉

Znowu dopisuje nam szczęście. Cerkiew jest otwarta. Tylko kościelny trochę zdziwiony niespodziewaną wizytą nieco się krzywił 😉 Ale warto było zerknąć na wnętrze.

Oceniamy zapas czasu – jest jeszcze trochę. Podrzucam pomysł – tu obok jest Grabarka. Błysk w oku mówi mi, że jedziemy 🙂

Powrót sprawdzoną techniką zajmuje chwilę. Kinga pędzi jak rasowy mistrz szutru 😉 Docieramy do Wilamowców, gdzie oczywiście też robimy na chwilę przystanek na fotografowanie, a potem kierunek Radziwiłłówka. Po drodze mijamy jak zawsze robiące wrażenie zbiorniki ropy w Adamowie.

W Radziwiłówce skręcamy w drogę na Grabarkę. Jest świetnej jakości i wszystko byłoby by dobrze, gdyby nie drzewo… Atakuje nas niespodziewanie … swoją samotnością na wzgórzu. Nie ma siły, która by nas zatrzymała. Plener trwa dobre 20 minut.

Wreszcie drzewo puszcza nas ze swoich objęć i w parę minut jesteśmy pod wzgórzem na Grabarce.

O samej Grabarce trudno coś nowego napisać. Miejsce sławne, ale też wyjątkowe z racji spokoju i pozytywnej energii, która z niego bije. Święte miejsce prawosławia, taka” Częstochowa prawosławia”. Bez tłumów, cepelii…

Miejsce wciąga wycieczkę na dłuższy czas. Chodzą jak zaczarowani 🙂

Zachwyt wzbudza też strumień błyszczący w słońcu.

Pomału ruszamy w drogę powrotną. Docieramy w rejon ronda koło Siemiatycz i rzucam jeszcze nieśmiało propozycję zobaczenia Drohiczyna. Na odzew nie muszę czekać dugo. Oczywiście jedziemy. To tylko około 15 kilometrów.

Parkujemy w centrum i ruszamy na krótki obchód. Zdobywamy kolejną dziś Górę Zamkową.

Jeszcze krótki spacer pod siedzibę diecezji i czas na odwrót. Słońce już nisko, światło fotograficzne pomału się kończy. Wszyscy chyba są już trochę zmęczeni, bo dzień był wyjątkowo intensywny.

Został nam tylko powrót do domu, a Kindze dodatkowe 130 kilometrów do Lublina. Przejechaliśmy niemal 250 kilometrów podlaskich dróg.

Prądu nie przewodzę ale po Podlasiu już chyba mogę 😉

Niedaleko i daleko – jakoś nigdy nie mogłem umiejscowić na mapie obozu w Treblince. Poszukując nowych tras rowerowych nad Bugiem odkrywam, że właściwie to obóz jest blisko rzeki i trzeba go ująć w najbliższych planach.

Wychodzi jednak zupełnie inaczej. Jestem autem w Siedlcach i myślę co by tu zobaczyć w okolicy. Mapa mówi, że do Treblinki jest tylko 60 kilometrów. Szybka decyzja – jadę. Co prawda oddalam się tym sposobem od domu, ale w końcu mam urlop, to gdzie mam się śpieszyć.

Mijam Sokołów Podlaski i pojawiają się tabliczki, które naprowadzają mnie na cel. Godzina jazdy i jestem na miejscu.

Treblinka to wieś (ok. 300 mieszkańców) położona nad Bugiem, przy drodze nr 627 Ostrów Mazowiecka-Sokołów Podlaski, o 4 km na południe od Małkini Górnej.

Na południe od wsi znajduje się teren, na którym od lata 1941 do końca lipca 1944 r., przy czynnej żwirowni istniał karny obóz pracy – Treblinka I oraz od połowy 1942 r. do listopada 1943 r. przy tym obozie – obóz zagłady – Treblinka II. W karnym obozie pracy Polacy i Żydzi osadzeni byli w barakach otoczonych drutem kolczastym. Jednorazowo w obozie przebywało ok. 1.200 więźniów, ogółem zaś przez obóz przeszło ponad 20.000 osób. Prawie 10.000 więźniów zmarło z wycieńczenia, głodu, chorób i ciężkich prac lub zostało rozstrzelanych. Więźniowie pracowali w kopalni żwiru, na stacji w Małkini przy ładowaniu wagonów, część zatrudniona była w warsztatach obozowych, zaś kobiety w prowadzonym przy obozie gospodarstwie rolnym. 

Niemiecki obóz zagłady Treblinka II powstał na powierzchni 17 ha, przy karnym obozie pracy. Zabezpieczony był wysokim na 3 m ogrodzeniem z drutu kolczastego. Na obóz zagłady składały się dwie części: budynki, w których mieszkali hitlerowcy oraz 13 komór gazowych ukrytych za wysokim żywopłotem. Przy rampie kolejowej stworzono fałszywy dworzec, na którym urządzono kasy biletowe, poczekalnię, bufet oraz liczne drzwi, lecz wyjście było tylko jedno – na „drogę śmierci”. Pierwszy transport Żydów trafił tu z getta warszawskiego w lipcu 1942 r., następnie zaczęły przybywać transporty m.in. z Austrii, Belgii, ZSRR, Niemiec, Grecji, Bułgarii, Jugosławii i Czechosłowacji. W Treblince II zginęło około 800 000 ofiar. 2 sierpnia 1943 r., w porozumieniu i z pomocą oddziału AK, w obozie wybuchło powstanie zbrojne zorganizowane przez więźniów, podpalono budynki. W trakcie walk poległo prawie 500 więźniów, 200 osób zbiegło w okoliczne lasy i w kierunku rzeki Bug. Trzy miesiące później hitlerowcy zlikwidowali obóz Treblinka II, zatarli ślady masowego ludobójstwa, komory gazowe zniszczono, baraki rozebrano, a teren zaorano i zasiano łubinem [źródło: PTTK Mazowsze].

800 tysięcy ofiar robi wrażenie. Słowa są tu zbędne. Trochę obrazów.

W wersji bez kolorów.

Niestety – z przyczyn obiektywnych – nie dane mi było uczestniczyć w landartoym wernisażu. Wspólnie z córkami postanowiliśmy więc zorganizować własny. Kilka dni później.

Dojeżdżamy do Buczyc późnym popołudniem. Nisko położone słońce daje długie cienie, a kolory przybierają piękne odcienie.

Ruszamy znaną mi już ścieżką, ale tym razem towarzyszą nam gotowe już dzieła.

Na pierwszy ogień idzie „ogród zabaw”. Tak nazwał swoją kompozycję artysta. No to się bawimy 🙂

Ale w oddali czai się jakiś dwóch osobników. Wygląda że dyskutują, ale zdaje się, że była to gorąca dyskusja, bo jeden spłonął 🙂

Docieramy nad Bug. Idealna tafla wody odbija wszystko jak lustro. Pogoda pejzażowa jak marzenie.

Bierzemy się za fotografowanie namiotu, gdzie podobo serwują herbatkę 🙂

Tu obok czujnie obserwuje nas w budowli ze skrzynek pani w fartuchu. Spokojnie, pani też się doczeka wizyty.

Ruszamy w drugą stronę, mijając jeszcze raz namiot i kolejne tajemnicze konstrukcje.

I oto jest „drzewo gorejące”. Jakkolwiek nie widać, by świeciło 🙂 No ale do zachodu słońca zostało jeszcze z pół godziny.

Ruszamy więc więc ścieżką „samotnych drzew” w kierunku kolejnej konstrukcji, która na oko wygląda jak plac zabaw. „Nie w moim ogródku” zwie się to dzieło i nie do końca wiem co autor miał na myśli 🙂

Kolejne samotne drzewo. Obsesja?

A my kroczymy przez Buczyce Road…

Słońce w końcu zachodzi… a Ci dwaj na łące dalej walczą 🙂

Zostało nam jeszcze zakręcić kołowrotkiem. Nie takim jak w Śpiącej Królewnie, ale nieco większym.

Po kilku rundkach robi się na tyle ciemno, że zarządzamy odwrót na kolację 🙂

Landart od kilku lat stał się wydarzeniem, na które się czeka. Nie tylko na sam wernisaż. Etap prowadzenia prac jest równie ciekawy – widać jak powstają dzieła, można zamienić parę słów z pracującymi, próbować się domyślić, co tworzą.

Wpadam więc do Buczyc i zaczynam poszukiwania. Od strony wsi nigdy nie jechałem w stronę Bugu, więc najpierw robię rundkę przez wieś w poszukiwaniu właściwego dojazdu, a przekonawszy się. że jest tylko jeden, odstawiam auto na końcu wsi i ruszam polną drogą nad rzekę.

Dojście prowadzi przez podmokły, bagienny las. Czarna woda sugeruje, że wynurzy się z niej zaraz jakaś topielica 😉

Wreszcie wychodzę na szerokie łąki, gdzie widzę pierwszego artystę 🙂

Idąc wzdłuż rozlewiska, przechodzę małą kępę drzew i oto w oddali jest coś coś od razu kojarzy się z Landartem.

Dzieło tworzy główny szef imprezy, Jarek Koziara, który w motywach drzewnych znalazł upodobanie. Zarażony jego chorobą, też wszędzie widzę pojedyncze drzewa 🙂

Zamieniam kilka słów z Jarkiem, patrząc przy okazji na skaczących w uprzężach po drzewie pomocnikach, którzy pracowicie montują do konarów „płomienie”. Drzewo, jak się okaże za kilka dni, będzie „gorejące”.

Ja zaś ruszam na rekonesans wzdłuż Bugu.

Zamieniam kilka słów z twórcą z Japonii. Na szczęście mówi po angielsku 🙂

Jest też tajemnicza konstrukcja ze skrzynek. Tu też nie mam problemu z komunikacją, mimo że Pat pochodzi z Holandii.

Teraz ruszam w drugą stronę. Silny wiatr powoduje, że dawno nie widziałem Bugu z taką falą. Prawie ocean 🙂

A w oddali czai się zebra 😉

Mijam ponownie gorejące drzewo i docieram na kawałek łąki przypominający wyspę na oceanie traw. Wokół otaczają mnie „pulpity Windows”. Tu na razie leży kilka pni, ale siekiery obok sugerują, że coś z nich powstanie.

Czas na powrót – szybko docieram do wsi.

Żegnają mnie kolorowe domki i inne ciekawostki.

Wracając z ostatniej nadbużańskiej wycieczki postanawiam sprawdzić, co kryje las koło Kaliłowa. Słyszałem sporo opowieści o tutejszym cmentarzu, gdzie spoczywa 40 tysięcy jeńców i żołnierzy radzieckich.

Poszukiwania szybko kończą się sukcesem. Na końcu lasu skręcam w żwirówkę i po kilkuset metrach widzę alejkę w głąb lasu, na końcu której stoi pomnik .

Opis od niezawodnego jak zawsze aloszak:

Obóz „Frontstalag 307 – Unterlager C”, był tylko obozem z nazwy w rzeczywistości były to pola uprawne należące do dwóch wsi Woskrzenice Duże i Kaliłów ogrodzone drutami kolczastymi zajmującymi olbrzymi obszar o powierzchni 200 hektarów. Na tym ogromnym terenie nie zostały wybudowane żadne obiekty, pod którymi mogliby się schronić stłoczeni tu ludzie. Dopiero na przełomie lipca i sierpnia 1941 roku Niemcy zezwolili jeńcom na wybudowanie prowizorycznych ziemianek i szałasów. Jeńcy gołymi rękoma wykopywali doły w ziemi a następnie budowali prowizoryczne zadaszenia. Zakaz budowy ziemianek obowiązywał w sektorach karnych. Podobnie jak obóz „Unterlager B w Sielczyku”, został on podzielony na sektory, w których byli umieszczani dokładnie po selekcjonowani jeńcy. Zaraz po wprowadzeniu za bramę obozu, która znajdowała się około 200 metrów od drogi Biała Podlaska – Terespol odbywało się rejestrowanie i selekcja jeńców, podczas której oddzielano oficerów i komisarzy od żołnierzy. Członków partii i komsomolców, uważano za niepożądanych i byli oni z góry przewidziani do zagłady. Zgodnie z instrukcjami sztabu oddzielano od siebie poszczególne narodowości, tu szczególnie zwracano uwagę na żołnierzy pochodzenia azjatyckiego uważanych za szczególnie podstępnych i okrutnych. Przewidywano, że pobyt jeńców w tym obozie będzie trwał do momentu, w którym będzie możliwość przetransportowania ich dalej od linii frontu. Oczywiście prócz tych których podczas selekcji przewidziano z góry do zagłady[ źródło: Szeroki Trakt].

Przechodzę parędziesiąt metrów i jestem na miejscu. Pomnik jest mocno zaniedbany. Takie czasy. Teraz swoje 5 minut mają „wyklęci”. Wygląda na to, że życie życiu nierówne.

Robię kilka zdjęć, szukam śladów tego co tu się wydarzyło. Minęło prawie 80 lat.. wszystko zarosło, zdziczało, pamięć uleciała. Gdzieś tu pod ziemią spoczywają prochy ludzi, których liczba trochę poraża, To prawie tyle, ile liczy moje miasto.