Kasztelik Korona Podlasia

W sierpniowe ciepłe popołudnie wygnało mnie aż za Bug w poszukiwaniu ciekawych miejsc. Jedno z nich odkryłem kiedyś, przeglądając zdjęcia na mapach Google i oto teraz stanąłem oko w oko z tym niezwykłym zakątkiem. 

Łatwo je przeoczyć, ale patrząc uważnie, przed wiaduktem kolejowym zobaczymy kamienne ogrodzenie i drogę, która podąża do Korony Podlasia.

Korona Podlasia to kamienny kasztel wznoszący się wśród lasów w niewielkiej odległości od rzeki Bug.  Z wieży zameczku widać piękno nadbużańskiej przyrody: lasy, łąki a przy dobrej pogodzie można nawet dostrzec most kolejowy we Fronołowie.

Kasztelik został zaprojektowany i wzniesiony wyłącznie pracą własnych rąk przez właściciela terenu, na którym stoi, znanego siemiatyckiego społecznika, Pana Jerzego Korowickiego.

Jak mówi pan Jurek, kamień był i jest jego pasją i to z niej narodził się pomysł na zbudowanie zamku. Wykonawca i pomysłodawca kasztelu, każdą wolną chwilę poświęca Koronie Podlasia, bo tak właśnie pan Jerzy, nazwał dzieło swojego życia. [źródło: bialystoksubiektywnie.com].

Parkuję tuż przed ogrodzeniem i idę do widocznej w oddali budowli elegancką alejką ułożoną starannie z kamieni.

Budowla jest niesamowita. Widać w niej pasję, włożone serce i ogrom pracy.

Jest oczywiście właściciel, pan Jerzy, z którym zamieniam kilka miłych słów. Dowiaduję się, jaki był zamysł autora, jak to dzieło powstało i dlaczego 🙂

Polecam odwiedzenie tego miejsca, bo jest niepowtarzalne, podobnie jak sam wlaściciel 🙂

I jeszcze krótki reportaż ze zwiedzania:

Wyprawa na górę Uszeście

Sierpień się kończy więc wypadaloby odnieść jakiś spektakularny sukces górski. Prognozy pogody na ostatni sierpniowy weekend wskazywały, że okno pogodowe będzie w sobotę. Po długiej i pełnej przygód drodze docieram w okolice szlaku podejściowego. Najpierw przedzieram się przez ogromne lasy, mijam gigantyczne zbiorniki, na których napisy sugerują, że mieszczą po 100 tys litrów czegoś tam. To zapewne składowiska tlenu dla wypraw komercyjnych 🙂 Skręcam w długą leśna drogą, w której przewaga dziur nad nawierzchnią nadającą się do płynnej jazdy jest zdecydowana. Droga staje się coraz bielsza i jest to znak że zbliżam się do ogromnej dziury w ziemi. 

Zapewne młodzież w szkole już nie wie, co to kreda, ale tych co wiedzą mogę uświadomić, że pochodzi właśnie z tej dziury – jedynej czynnej kopalni kredy w Polsce.

Przede mną masyw będący celem mojej wyprawy. Muszę go niestety objechać wokoło, bo próby znalezienia drogi od strony, skąd przyjechałem, kończą się niepowodzeniem. Chociaż kuszący jest pomysł wytyczenia nowej drogi i przejścia do historii.

Trafiam więc do centrum tutejszego ośrodka dla wspinaczy i zajeżdżam w miejsce, gdzie zaczynają się wszystkie wyprawy. Samochód ląduje w cieniu pod drzewem, a ja najpierw oglądam szeroką dolinę, której dno zostało pracowicie wygładzone przez maszyny wydobywające kredę.

Dalszych oznaczeń brak, więc ruszam trawersem po zboczu.

Wybór nie do końca jest dobry, bo w pewnym momencie dostrzegam, że droga właściwa znajduje się powyżej na zboczu. Pozostaje pójść na skróty przez łąkę i podwórko, gdzie zdziwieni miejscowi akurat rżną deski w tartaku 🙂

No dobra, teraz już widzę swój cel. Początek trasy jest dobrze wytyczony, bo zapewne widoczny już szczyt jest masowo odwiedzany.

Dość szybko udaje się go zdobyć. Tu jednak niespodzianka.

Nie jest to właściwy szczyt a Wierzchołek Południowy.

Dopiero za nim zaczyna się właściwa droga podejściowa na wierzchołek główny. No cóż, pozostaje zacząć przebijać się przez dżunglę. Najpierw czeka mnie trochę zejścia, a za chwilę na przełęczy trafiam na obóz szturmowy.

Droga jest mało uczęszczana, bo też i trudności znaczne. Gąszcz dżungli wymaga ciągłego machania rękami, a tropikalne komary brzęczą na głową.

Wyprawa jest w stylu alpejskim, więc mijam obóz nie zatrzymując się i zaczynam podejście.

Trafiam na zaporęczowany odcinek szlaku tuż przed kopułą szczytową. Są nawet drabiny, i to w całkiem dobrym stanie

Wreszcie szczyt. Może mało oczywisty, ale oznaczenia na słupku wskazują, że osiągnąłem kulminację. Główny szczyt ma 8031 npm (*)

Fotografia pamiątkowa i czas na odwrót. Po długiej drodze powrotnej w ciągu 20 minut jestem znowu przy aucie.

Piękny był dzień.

(*) – cali

Galeria z wyprawy:

Tam gdzie rosną niezabudki

Ledwo wróciłem z letnich wojaży, dopadł mnie Andrzej z hasłem „Lubenka”. Lubenka to mała wieś koło Łomaz (a gdzie są Łomazy? – zapytała mnie koleżanka 🙂 ), gdzie rok temu zrobiłem swój reportaż roku z widowiska „Wereja”. Krótkie negocjacje z rodziną, uzgodnienie planów rodzinnych i około czternastej podjeżdża po mnie elegancki nowy nabytek Andrzeja z uśmiechniętym właścicielem za kierownicą 🙂

Zeszłoroczne widowisko były wyjątkowo efektowne i zastanawiałem się, czym zaskoczy mnie w tym roku „Czeladońka”, czyli zespół pasjonatów będących sprawcą całego tego zamieszania. Zaskoczenie było! Pełne!

Głównym punktem imprezy miał być… pokaz bajek dla dzieci 🙂 Wielkie niespodzianka i to bardzo pozytywna. Mnóstwo zaangażowanych osób, wiele pracy włożonej w przygotowania, efektowne stroje i przednia zabawa. Chwilami miałem wrażenie, że aktorzy bawią się lepiej od dzieci 🙂 

Kolejny raz okazało się, że ludzie są tu radośni, polityka daleko, życie płynie spokojnie, a wszyscy uśmiechnięci. Pozostaje im tylko podziękować za ten kawałek normalnego świata.

Zaś bohaterowie bajek odbyli długą podróż wśród widzów przy pomocy bajkowej ciuchci z prawdziwym zawiadowcą w czapeczce 🙂

Co tu się działo… Bolek i Lolek biegali za Tolą… a może na odwrót?

Baba Jaga rozdawała dzieciom jabłka, a Jaś z Małgosią nie protestowali…

Maja z Guciem dokonali oblotu całego terenu, rozrzucając po drodze cukierki…

Śnieżka ze swoimi krasnoludkami wybierali się jak zwykle do pracy…

Wilk próbował zjeść kwiaty Czerwonego Kapturka…

A siostry Kopciuszka upiększały się gustowną maseczką z ogórka.

Po pokazie dla dzieci pokazano jeszcze „Wereję” w wersji skróconej 🙂

W czasie oczekiwania na moje ulubione czarownice trafił nam się cały koszyk ciasta 🙂

A czarownice, oprócz tego, że ugotowały tradycyjnie swoją ziołową zupkę w kociołku, zatańczyły „zumbę czarownic”. To były bardzo nowoczesne czarownice 🙂

 

 

Landart Festiwal 2017

Artyści kochają Bug 🙂 Tak bardzo, że po raz trzeci przyjechali ze swoim Landartem nad tę piękną i dziką rzekę. Tym razem obrali sobie za cel drogę prowadzącą z Janowa do Bubla. Zresztą motywem przewodnim tegorocznych twórczych poszukiwań była właśnie „droga”.

Jak zwykle twórcy rozpoczęli swoją pracę dwa tygodnie wcześniej. Nie udało mi się co prawda zrobić rekonesansu przed ostateczną prezentacją prac, ale samego wernisażu nie zamierzałem odpuścić, choćby pogoda kompletnie nie dopisała.

Sobota, godzina czternasta. Tak jak od kilku ostatnich dni, jest zimno, leje, wieje, na niebie kłęby dzikich chmur. Wyglądają nawet artystycznie 🙂 Wrzucam aparat, kurtkę, pelerynę, ciepłe ciuchy i ruszam. Ilość ubrań przeciwdeszczowych sprawia, że następuje cud 🙂 Kilka kilometrów i nagle jadę suchą drogą. Kolejne kilometry – robi się słonecznie i ciepło… W Janowie jest już lato 🙂 

Szybko docieram na skrzyżowanie, gdzie ma się rozpocząć wernisaż. Tu już zastaję spory tłumek – i tyleż aut. Parkuję gdzieś na uboczu, zrzucam z siebie ochotą kurtkę i w całkiem letnim stroju dołączam do głównej grupy.

Ruszamy w stronę Janowa, gdzie szef imprezy, czyli niestrudzony Jarek Koziara, prowadzi całą grupę i opowiada w swoim specyficznym stylu o kolejnych dziełach. „To dzieło przedstawia dokładnie to o czym myślicie” 😉

Tłum jest całkiem spory i jak to artyści – kompletnie nie poddający się kontroli – każdy kroczy własną drogą 🙂 Organizatorzy próbują jakoś uformować kolumnę, ale widzowie mają swój charakter i nie poddają się ani instrukcjom policji ani kierującym ruchem. Jedni i drudzy w końcu rezygnują z walki 🙂

Jest trochę znajomych i to nie tylko wśród widzów. Jednym z autorów prezentacji na trasie jest gość naszych fotoklubowych Warsztatów – Roman Krawczenko.

O samych dziełach trudno coś napisać, trzeba je po prostu zobaczyć i zinterpretować po swojemu… Są różne, jak różni są ich autorzy i ich wizje drogi.

Stopa…

Dokąd zmierzasz żyrandolu?

Drugie życie pekaesu…

Długo nie można było odpędzić widzów od karawanu…

A niebo było całkiem blisko…

Przejście calej trasy zajmuje pond dwie godziny, a pokonany dystans to prawie 4 kilometry. Taka specyfika Landartu 🙂

Zapraszam do zobaczenia tego, co udało mi się uchwycić moim aparatem.

Na spotkanie z Tatarami

Każdy słoneczny dzień jest w tym roku na wagę złota. Tydzień wcześniej pogoda pokonała naszą grupę kolarską, ale ta niedziela była nasza 🙂

Tatarska Piątka – tak nazywał się bieg organizowany co roku w miejscowości Studzianka. Miejscowości słynnej z powodu nacji ją niegdyś zamieszkującej. Zresztą ma ona bardzo bogatą historię. Była to bowiem wieś tatarska. Pozostałością po dawnych mieszkańcach jest mizar. Ponieważ nie miałem jeszcze okazji go zwiedzić, powstał plan zrobienia wycieczki rowerowej, która połączy wszystkie atrakcje w jedno 🙂

Ruszamy około dwunastej. Jest cieplutko, pogoda wymarzona. Do pokonania jest około 18 kilometrów. Jedziemy wytyczonym przeze mnie szlakiem pośród łąk i pól, przez lasy, w większości polnymi drogami. Od czasu do czasu wspieramy się niezawodną mapą Maps.Me 🙂

Mijamy kolejne wsie, wyławiam aparatem kilka perełek.

Przekraczamy wysokim mostem w środku niczego rzekę Zielawę, potem jeszcze moją uwagę przykuwa Łysa Górą 🙂

Chcemy zdążyć na pierwszy punkt imprezy – oprowadzanie przez przewodnika po mizarze. Udaje nam się to idealnie – wjeżdżając do wsi napotykamy sądziwego Tatara w tradycyjnym stroju kierującego ruchem turystów. Przyłączamy się do grupy, gdzie wita nas niezawodny Dominik – w stroju tatarskim – a jakże. 

Cmentarz muzułmański w Studziance założony został prawdopodobnie po 1679 r. W tym czasie król Jan III Sobieski wydał zgodę Tatarom na osiedlanie się na terenie ekonomii brzeskiej, do której należała Studzianka. Na przestrzeni lat na cmentarzu pochowano przedstawicieli wielu zasłużonych rodów tatarskich (m. in. Bielaków, Azulewiczów, Lisowskich, Aleksandrowiczów). Pierwotnie cmentarz otoczony był rowem. W latach 1935-1936 został ogrodzony. Większość prac wykonano społecznie. Ostatni pochówek miał miejsce w 1938 r. Od czasów II wojny światowej jest nieczynny. Przez lata teren cmentarza był dewastowany i zaniedbany, a wiele nagrobków uszkodzono. Dewastacja cmentarza rozpoczęła się już po I wojnie światowej. Obecnie jego teren jest zabezpieczony i uporządkowany oraz oznaczony tablicą informacyjną. Cmentarz znajduje się pod opieką Urzędu Gminy Łomazy i służb konserwatorskich [źródło: zabytek.eu]. 

Przewodnikiem jest Łukasz Węda – człowiek, który żyje tym miejscem, dba o nie i o całą tatarską tradycję w Studziance. Oczywiście w odpowiednim stroju. W trakcie oprowadzania dołącza do nas cały bus… prawdziwych Tatarów! To zaproszeni goście ze wspólnot tatarskich, którzy zaszczycili swoją obecnością dzisiejszą imprezę.

Po zwiedzeniu mizaru jedziemy do centrum wsi, gdzie trwają przygotowania do biegów. My zaś zaszywamy się w pobliskim zagajniku na małe co nieco (jak mawiał pewien miś), leżymy chwilę wśród falujących łąk i zbóż i podziwiamy płynące obłoki. Słowem – sielanka. 

Wypoczęci ruszamy znowu do wsi. Tu startuje właśnie bieg najmłodszych uczestników imprezy. Chwila rozmowy ze spotkanymi znajomymi – a jest ich tu sporo – i czas na drogę powrotną,

Teraz już jedziemy drogami asfaltowymi, trochę dookoła, ale za to szybko i pewnie docieramy do Białej. Z obowiązkową przerwą na lody w wiejskim sklepiku 🙂