Jesienne Warsztaty Fotograficzne w Janowie Podlaskim – 2017

Coroczne Warsztaty przypadły w tym roku na 2 weekend listopada. Jesienna ponura aura ciągnęła się już od dłuższego czasu i bardzo liczyliśmy chociaż na jeden dzień przejaśnienia. Słońce wyszło  – ale tylko na chwilę, bo generalnie aura nie sprzyjała fotografowaniu. 

Piątkowy wieczór rozpoczęliśmy od otwarcia wystawy powarsztatowej z roku 2016. Taka tradycja. Niestety, Stara Plebania w Janowie Podlaskim, gdzie zawsze prezentowaliśmy nasze prace, spłonęła jakiś czas temu, więc pozostała nam Galeria w Bialskim Centrum Kultury, skąd po wernisażu jedziemy do Janowa. Musimy się trochę śpieszyć, bo tam czeka nas dobra, albo raczej dziwna zmiana. W Stadninie pojawiła się brama, w dodatku zamknięta po godzinie osiemnastej. Nie dość, że zniszczono dwustuletnią reputację miejsca, to jeszcze odgrodzono je od świata. Dziwnie, nieodgadnione.

Na szczęście zdążyliśmy. Brama się za nami zatrzasnęła i pozostało nam tylko integrować się. Jak zwykle długo, jak zwykle wesoło i jak zwykle najlepsi dotrwali do rana 🙂

Poranek nie dał szans na fotografowanie wschodu słońca. Ciemno, mokro. Orkan Marcin szalał nad Polską, co mieliśmy za chwilę odczuć. Po śniadaniu tradycyjnie dzielimy się na mniejsze grupki i realizujemy swoje plany związane luźno z tematem Warsztatów – „Ludzie”.  Przysiadam się jak zwykle do terenówki Mirka, bo jest plan przejechać moją ulubioną trasą nadbużańskimi łąkami w stronę Woroblina. Dosiada się do nas Krzysztof, przedstawiciel Sony Alfa Team – gość specjalny Warsztatów. Krzysztof miał dzień wcześniej krótki pokaz związany z nowościami sprzętowymi Sony w dziedzinie fotografii, a dziś chce zobaczyć trochę nadbużańskich pejzaży. Zabieramy jeszcze dwie niewiasty, którym dostarczymy dziś sporo emocji 🙂

Zapakowani, ruszamy w drogę. Wyjazd z drugiej strony Stadniny na szczęście nie jest zamknięty żadnymi bramami 🙂 Jest pochmurno, mnóstwo kałuż, droga na początku ułożona jest aż do Łęgu Dębowego z betonowych płytek, więc nic nie zapowiada atrakcji. Te zaczynają się w momencie skrętu w stronę rzeki, gdzie zamierzamy na początek odwiedzić tzw. Pralnię.

Zaczyna się niezła jazda, błoto fruwa wyżej od samochodu, woda tryska na wszystkie strony, auto jednak dzielnie daje radę na czterokołowym napędzie z zablokowanym mechanizmem różnicowym. Mirek zna się na rzeczy 🙂 Docieramy nad rzekę. Wysiadamy, a Mirek drapiąc się po głowie z rozrzewnieniem wspomina dziewięć złotych wydanych dzień wcześniej na umycie samochodu 🙂 Zaczyna kropić. No dobra, tyle jesteśmy w stanie przetrwać. Wpadam na cypelek na panoramę i się zaczyna. Kropienie przechodzi w regularną i lodowatą ulewę. Istny szkwał. Uciekamy do samochodu. Za chwilę w dach bębni grad. Ślizgając się na pochyłej drodze, docieramy do małego przysiółka. Tu droga wygląda jeszcze gorzej. Jakoś się jednak przebijamy. Takich warunków to ja jeszcze tutaj nie widziałem. Zastanawiam się, co będzie dalej, bo pamiętam, że były tu gorsze miejsca.

Mirek objeżdża lasek i dociera w obniżenie wiodące na łąki w stronę rzeki. Wygląda to… fatalnie. Uśmiechamy się z Mirkiem, bo widzimy przerażenie w oczach pozostałej ekipy 🙂

Do tego te opowieści Mirka, ile razy i skąd był wyciągany 😉 Klucząc między dołami i ryjąc jak dzik w rozmiękłym błocie docieramy jednak szczęśliwie nad rzekę. Uff… najgorsze za nami. Tak mi się przynajmniej zdawało….

Teraz w miarę spokojnie zmierzamy w kierunku Woroblina i docieramy nad rozlewisko, gdzie rok temu podziwialiśmy rozległy krajobraz przyprószony śniegiem i świecący w jesiennym słońcu. Dziś znowu zaświeciło. Właśnie na moment przestało lać i i zabłysło niebieskim kawałkiem nieba. Rzucamy się z aparatami na łowy, by maksymalnie wykorzystać chwilę.

Koniec przerwy. Mirek coś tam mruczy pod nosem, że może być problem. Już za chwilę wiem o czym mówił. Droga… jest pod wodą. Do przejechania mamy rozległe obniżenie, które teraz skrywa 20 metrowa tafla wody. Pod nią jest droga, ale jej stan to niewiadoma. Mirek rzuca jakieś zaklęcie, po czym wciska gaz i za chwilę wpadamy w sam środek bajora. Do połowy idzie nieźle, potem zauważam, że woda przelewa się przez maskę i zalewa szybę 🙂 Auto jednak pędzi i po chwili jesteśmy na drugim brzegu. Dziś nie będą nas wyciągać 🙂

I tylko jest jeden problem… Na drugim brzegu zostały nasze dzielne koleżanki, które zajęły się wędkarzem, zamiast miejscem w aucie 🙂 W ferworze walki zapomnieliśmy o nich i teraz trzeba obmyśleć plan przeprawy.

Na szczęście Mirek, jak McGyver, dłubie chwilę w bagażniku i za chwilę z triumfem wyciąga  gumowce, które jednak trzeba jakoś dostarczyć na drugi brzeg. Na szczęście z odsieczą biegnie wędkarz, który nie dość że zna miejsce, gdzie można przejść i nie nabrać w nie wody, to jeszcze dwukrotnie przenosi je naszym rozbitkom 🙂

Już w komplecie, ruszamy dalej. Mirek rzuca hasło, że pokaże nam jeszcze „kibel”. Skręca więc ponownie w stronę rzeki. Tą drogę też znam i też spodziewałem się, że lekko nie będzie. Nie myliłem się… W pewnym momencie lewa strona auta łapie koleinę z boku drogi i w mocnym przechyle walczymy przez kilkaset metrów, by nie zatrzymać się w środku bajora i rozpaczliwie wzywać pomocy 🙂 Błoto fruwa kilka metrów w górę i przykrywa grubą warstwą każde wolny kawałek samochodu 🙂

Po raz kolejny kunszt mistrza kierownicy ratuje nam skórę i już jesteśmy nad rzeką. Pogoda znowu się zmieniła i tym razem mało sprzyja fotografowaniu. Uwieczniam „kibel” i wracamy. Tą samą drogą. Tym razem uważamy, by nie złapać znowu rowu i już bez większych przygód docieramy do Woroblina.

U Mirka robimy chwilę przerwy, bo goście są zainteresowani czatownią do fotografowania zwierząt i ptaków. Stąd już asfaltową drogą („oo, pierwszy dziś asfalt”) ruszamy jeszcze nadbużanką, by pokazać naszym gościom kilka miejscowych atrakcji.

Zaczynamy od Derła, gdzie dostajemy prezent w postaci okienka pogodowego. Na horyzoncie kłębi się orkan, a nad nami błękitne niebo i iskrzące się w słońcu kropelki wody na mokrych drzewach.

Zaglądamy jeszcze do Pratulina i do Nepli, ale że czas nas już goni, szybko wracamy do Janowa ma obiad.

Po południu odbywa się autorski wykład gościa Warsztatów, Andrzeja Zygmuntowicza.

Andrzej Zygmuntowicz – fotograf, członek Związku Polskich Artystów Fotografików, wykładowca fotografii w Zakładzie Fotografii Prasowej, Reklamowej i Wydawniczej UW oraz w Collegium Civitas, Studium Fotografii ZPAF i Studio Sztuki a także na warsztatach i innych, krótkich formach edukacyjnych, popularyzator fotografii i organizator działań fotograficznych, przewodniczący Rady Artystycznej ZPAF, wcześniej prezes Warszawskiego Towarzystwa Fotograficznego, Związku Polskich Artystów Fotografików i Fundacji Konkurs Polskiej Fotografii Prasowej.

Wystawia swoje prace od 1973 roku na wystawach indywidualnych, grupowych i zbiorowych. Równolegle publikuje zdjęcia komercyjne w prasie, książkach i wydawnictwach reklamowych. Wiele jego wystaw to zapisy dokumentalne (Plaża, Miejsca, Krajobrazy, Nowe krajobrazy, Miasteczko, Teraz Polska), ale chętnie sięga po kreację, z ciałem jako motywem przewodnim (Zwyczajna nagość, Piękne odpoczywające, Piękne ukrzywdzone, Ciało, Smakując) i pamięcią wizualizowaną w plastyczny sposób (Szumy, zlepy, ciągi, Podróże, Kwiat paproci) [źródło: DigitalCamera].

Wieczorem zaś, jak zwykle, pokazy. Każdy może się zaprezentować, poopowiadać, co robi, jakie ma pomysły. 

Moje wystąpienie związane jest z dwoma projektami. Mam okazję pokazać zbierane przez dwa lata zdjęcia Bugu, a drugi pokaz wyszedł trochę przy okazji, bo przez dwa kolejne lata byłem na tym samym bieszczadzkim szlaku, który pokazał dwa różne oblicza, które zestawiłem dla kontrastu.

Ostatni dzień Warsztatów to autorska prezentacji Jolanty Rycerskiej.

Jolanta Rycerska – urodzona w Lublinie, z wykształcenia filozof (Filozofia Teoretyczna na KUL) i fotograf (Studium Fotografii ZPAF, Europejska Akademia Fotografii, otwarty przewód doktorski na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie). Od kilkunastu lat aktywnie fotografuje – jest autorką kilkudziesięciu wystaw indywidualnych i zbiorowych oraz kuratorką kilkudziesięciu wystaw i projektów. Członek ZPAF od 2005 roku. Od 2009 roku pełni funkcję prezesa Okręgu Warszawskiego ZPAF, od 2011 roku – także Zarządu Głównego ZPAF.  W 2013 roku otrzymała Nagrodę Specjalną Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego za osiągnięcia twórcze i zasługi w popularyzacji fotografii. Od kilku lat jest wykładowcą Studium Fotografii ZPAF, jurorką licznych konkursów fotograficznych, dyrektorem trzech edycji festiwalu Warsaw Photo Days oraz Warszawskiego Festiwalu Fotografii Artystycznej 2015. W roku 2016 została stypendystką MKIDN  oraz członkinią Rady Kuratorów Galerii Kordegarda. Mieszka i pracuje w Warszawie [źródło: ck.art.pl].

Jeszcze tylko pyszny obiad i czekamy rok na kolejne Warsztaty.

 

XII Jesienne Warsztaty Fotograficzne w Janowie Podlaskim

Kolejne Jesienne Warsztaty Fotograficzne niestrudzona szefowa Fotoklubu zorganizowała w nowej formule – wykorzystała dodatkowy dzień 11 listopada, dzięki czemu mogliśmy sie cieszyć swoim towarzystwem dzień dłużej.  Zmiany organizacyjne wymusiło też smutne wydarzenie – w tym roku spłonęła Stara Plebania, w której tradycyjnie janowskie Stowarzyszenie Turystyczno-Kulturalne w Janowie Podlaskim organizowało nam wystawę prac z poprzednich Warsztatów.

W czwartkowy wieczór spotykamy się w BCK, aby obejrzeć „Znaki wiary na Podlasiu” – bo taki tytuł nosi wystawa powarsztatowa. Stąd przenosimy się do Janowa Podlaskiego, gdzie po raz kolejny będziemy gościć w Stadninie Koni w hotelu Wygoda. Co roku słyszymy, że to ostatni raz, ale Wygoda trwa i pewnie przeżyje kolejnych decydentów…

Zaczynamy od spotkania z pierwszym zaproszonych gości. Jest to Paweł Figurski, który przestawia nam autorską prezentację o swoich podróżach do Izraela. Jeszcze tylko kolacja i spotykamy się na wieczorze integracyjnym. Dyskusje toczą się długo, a najwytrwalsi wracają do pokojów nad ranem 🙂

Jesienna rzeka” to temat przewodni tegorocznych Warsztatów. Nie mogłem trafić lepiej: nie dość że moje ulubione pejzaże będą na wystawie mile widziane, to jeszcze będą to pejzaże nadbużańskie. Po śniadaniu wielkie fotografowanie zaczynamy od zdjęcia grupowego, które jak zwykle przyozdobi pamiątkowy kubek.

dsc_2662

Czas na wyjazd w teren. Tłum fotografujących rozprasza się na odcinku kilkudziesięciu kilometrów. Moja grupka zamierza odnaleźć białego konia – pozostałości zeszłorocznego Landart Festiwalu, który jest tematem żartów od kilku godzin, odkąd zainteresował się nim nasz niestrudzony i dyżurny wesołek Jacek Z. 🙂

Do Bubla mamy zaledwie kilka kilometrów, więc nie tracimy wiele czasu na dojazd. Parkujemy w dole pod drzewkiem i ruszamy. Będę dziś robił za przewodnika, bo jako jedyny byłem latem gościem Landart Festiwalu.

dsc_2687

Odrębny temat to pogoda. „Jesienna rzeka” nabiera dziś nowego znaczenia… Od rana sypie… śnieg 🙂 Jesienne rudości przebijają spod świeżej, nieskazitelnej bieli, na drzewach przysypane białym puchem wiszą kolorowe jabłka. Mimo pierwszego wrażenia sugerującego złe warunki do fotografowania – zdjęcia wychodzą rewelacyjnie. Że miejsce ma potencjał, wiedziałem od dawna, ale dziś jest tu wyjątkowo. Omawiam każdą z instalacji, trochę wspierając się pamięcią, a trochę fantazjując, a grupka realizuje swe pomysły fotograficzne. A inwencję to oni mają 🙂

dsc_2673

Już na początku powstaje bałwanek. Stoi na szczycie pieca chlebowego i szerokim uśmiechem przyprawionym przez Angelikę zachęca nas do uwiecznienia, nim się roztopi. Potem wpadamy w odmienne stany świadomości, podziwiamy wiatrak a za chwilę grób z leżącymi na dnie zwłokami. Snuję opowieść z letniego wernisażu… a ekipa chłonie moje historie 🙂

Potem zmierzamy w kierunku rzeki. Gęsty śnieg przysłania horyzont, na jego krańcu widać jakieś postaci. Czyżby też szukali białego konia na drzewie? Rysujemy starym harcerskim sposobem oznaczenia dla dzielnych tropicieli i wyruszamy wzdłuż rzeki na łęg.  Kolejne krajobrazy, kolejne dzikie drzewa owocowe i groźna rzeka w tańczących płatkach śniegu.

dsc_2762

Konia nie widać, za to głód i brak czasu sugeruje odwrót. Wracamy tą samą trasą, zaglądamy jeszcze do Wrót na Białoruś, potem na przełaj mijamy Wulkan i docieramy do Żółwia, gdzie kończymy naszą wędrówkę.

Popołudnie to kolejny gość. Niesamowita osobowość, ciepły, uśmiechnięty, z każdym zamienia słowo. Przed nami Andrzej Dudek-Dürer. Dwugodzinny pokaz kończy się pytaniami i długą dyskusją. Jako że jest to artysta wszechstronny, nie ograniczający się jedynie do fotografii, z przyjemnością zamieniam kilka słów na temat dźwięków, które towarzyszyły pokazom. 

dsc_2796

Wieczór, to tradycyjnie pokazy autorskie. W tym roku miałem wyjątkowo bogaty materiał zdjęciowy i problem z wyborem, co pokazać. Postanowiłem w związku z tym zrobić dwie kompilacje: jedna z podróży nadbużańskich, których odbyłem w tym roku kilkanaście, zaś drugi to oczywiście góry 🙂 Cykle te ułożyłem w 4 pory roku, co w  jakiś sposób uporządkowało te pokazy. Nie odmówiłem też sobie przyjemności pokazania chyba najlepszego tegorocznego zestawu – zdjęć z Lubenki, gdzie wspólnie z Andrzejem fotografowałem widowisko „Wereja”.

 Kolejny dzień Warsztatów powitał nas poprawiającą się pogodą. Mirek odpalił swoją terenówkę i ruszyliśmy na coroczny szlak błotny, wiodący ponad Bugiem z Wygody do Derła. 

Ruszamy betonówką i przed łęgiem dębowym odbijamy na pole. Jest mokro, grząsko, ale Mirkowy bolid prowadzony fachowo przełazi przez największe doły i kałuże. Pojawiamy się na umocnionym faszyną zakręcie Bugu, który w tym miejscu próbował się przedrzeć na skróty i odkroić trochę ziemi dla sąsiadów z drugiej strony rzeki. 

dsc_2819-panorama

Nim skończę robić panoramę, pojawiają się pogranicznicy. Jest lodowato, opatuleni są w kilka warstw i wyglądają jak niedźwiedzie na swoim quadzie. Dobrze nas pilnują 🙂 Za chwilę okazuje się, że to pan pogranicznik i pani pogranicznik. Pani sugeruje, aby fotografować kolegę, bo jest przystojniejszy 🙂 Kolega przyzwalająco milczy i w ogóle jest mało rozmowny 🙂 Ale zdjęcie mam.

dsc_2831

Łęg dębowy dziś wygląda przeciętnie (był plan zajrzeć tu o świcie, ale było szaro, buro i ponuro i plan poległ), więc mijamy go dość szybko i zmierzamy w kierunku tzw. Pralni. Tu zawsze coś fajnego wychodzi. Tak jest i tym razem.

dsc_2866_7_8_tonemapped

Panorama z cypelka, pojawia się światło, odbicia i już mam kilka serii do dalszej obróbki w domu. 

dsc_2847-panorama

Ruszamy dalej. Znowu błoto, kałuże, doły i górki. Mirek czujnie lustruje teren, bo na tylnej kanapie słychać lekkie objawy paniki 😉 Docieramy szczęśliwie do Woroblina.

Kolejne fajne miejsce i tu szczęście się do nas uśmiecha. Wychodzi na chwilę słońce, co natychmiast zostaje wykorzystane. Kolejna porcja materiału ląduje na karcie 🙂

dsc_2888-panorama

Wpadamy jeszcze do czatowni Mirka, przejeżdżamy wieś i polnymi skrótami docieramy do Derła. Na końcu wsi robimy żelazny zestaw: lipy z krzyżem i wijącą się dróżkę widzianą z góry. Mirek mówi, że to nie jego teren i nie ryzykuje zjazdu w dół w celu dotarcia do rzeki. 

Kolejny cel na dziś to Pratulin. Polną drogą docieramy do Zaczopek i nareszcie widzimy asfalt. Dwa kilometry dalej jesteśmy w Pratulinie. Tym razem interesuje nas tylko rzeka, gdzie pojawiamy się za chwilę. Wody jest sporo, więc do łęgu raczej nie uda się dojść, ale mogę go sfotografować od strony wsi. Znowu efekty zaskakują mnie mile 🙂

dsc_2933_4_5_tonemapped

Teraz tylko powrót do Janowa. Mirek trzyma fason i w Werchlisiu zjeżdża z asfaltówki i sobie znanymi skrótami przez lasy, pola i kałuże dowozi nas na miejsce 🙂

Warunki wykorzystane maksymalnie, więc powstało całkiem sporo HDR. Jest na czym oko zawiesić 😉

Po kolacji prezentację ma kolejny z gości – Andrzej Rutyna. Autorski pokaz prezentuje różne typy fotografii, którymi zajmuje się twórca. Najwięcej emocji wzbudza niespodziewanie akt. Za sprawą Jacka. Wszystkie Jacki to fajne chłopaki 🙂 

Podsumowanie drugiego dnia – oczywiście zdjęcia zamiast tekstu 🙂

 

 

 

 

 

XI Jesienne Warsztaty Fotoklubu Podlaskiego

Listopad to oczywiście coroczne Warsztaty Fotograficzne Fotoklubu Podlaskiego. Jedenaste już z kolei. Pierwszy weekend listopada nie rozpieszczał nas pogodą, ale nie poddaliśmy się. Nawet mglista i deszczowa aura może być inspirująca 🙂

Od piątku realizujemy ustalony plan – zaczynamy od wystawy powarsztatowej z roku ubiegłego. To samo miejsce co zwykle, czyli Stara Plebania w Janowie Podlaskim. Są oczywiście pączki, najwyższe w okolicy nasycenie aparatów na metr kwadratowy, przemowa Kasi, która dzielnie sobie radzi w zastępstwie szefowej Stowarzyszenia – Marzenki.

Około 18 przenosimy się się do Stadniny, gdzie spotykamy się już od lat. Rok wcześniej mówiło się, że to podobno ostatnie spotkanie w tym miejscu, bo hotel miał być zburzony i miała się rozpocząć budowa nowego, ale jak widać janowska Wygoda jest wieczna i nadal stoi 🙂 Ze swoim niepowtarzalnym klimatem.

Po kolacji spotykamy się z pierwszym z zaproszonych gości. Jest nim Inez Baturo – specjalizująca się w szczególnie mi bliskim gatunku fotografii – pejzażu. Mamy okazję wysłuchać ciekawej opowieści, przeplatanej wyświetlanymi na ekranie zdjęciami. Jest wśród nich wiele zdjęć górskich i te najbardziej przykuwają moją uwagę.

Zwracam uwagę przede wszystkim na fakt, że fotografie są stonowane, działają uspokajająco – bo też robione są w specyficznych warunkach! Mgły, deszcze, świt albo nawet przed świtem – nie epatują kolorami, za to stwarzają nastrój ciszy, spokoju, tajemniczości. Musze przemyśleć swoją górską twórczość 🙂 Tylko czy stać mnie na nocne wejście na szczyt Świnicy, aby zastał mnie tam wschód słońca… 😉

Po pokazie tradycyjny już wieczór integracyjny, niekończące się rozmowy, które przeciągają się do 1 w nocy, a czasem i dłużej 🙂

Drugi dzień wygląda na taki, jak na zdjęciach z pokazu Inez – jest mokro, deszczowo, ponuro, mgliście. Hm – jest potencjał 😉

Zaczynamy od zdjęcia grupowego. Dość sprawnie zbieramy grupę, by nikogo nie trzeba było „wklejać w fotoszopie” 🙂

DSC_4262

Na początek oczywiście śniadanie i ruszamy w teren w poszukiwaniu tematu Warsztatów, czyli „Śladów wiary na Podlasiu”. Pierwsze lądowanie odbywa się przy „kamiennych babach” – fantazyjnych konstrukcjach z kamieni polnych, które od lat układa właściciel posesji niedaleko Cieleśnicy. Do tego tuje przystrzyżone „na pudla”, a wszystko we mgle i drobnej mżawce – stwarza lekko abstrakcyjny widok 🙂

DSC_4289

Ruszamy dalej. Dojeżdżamy aż do Pratulina, gdzie zaskakujemy wizytą pana Józefa Pliszkę, u którego gościliśmy w maju na plenerze. Gospodarze częstują nas ciastkiem i kawą, trochę wspominek i czas na zdjęcia. Jedziemy jeszcze dwa kilometry do Łęgów i robimy obchód wsi. Idziemy kawałek nasypem nadbużanki, fotografujemy pale przedwojennego mostu. Jest oczywiście lustro, które wyzwala tysiąc pomysłów na jego wykorzystanie 🙂

DSC_4377

No i supermarket rodem z „wczesnego Gierka”. Takich kiosków już chyba nie będzie… trzeba je uwieczniać, bo niedługo nikt nie uwierzy, że istniały 🙂

DSC_4382

Z Łęgów jedziemy do Derła. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze na cmentarzu unickim w Pratulinie. W środku lasu zaskakuje nas znak drogowy „ustąp pierwszeństwa przejazdu”. Wygląda dość abstrakcyjnie 🙂

Trochę informacji o podlaskich unitach znalazłem na  stronie www unici.pl.

DSC_4440

Kilka kilometrów dalej jest Derło. Trochę na uboczu, ale jak wszędzie, tu tez dotarły wielkie pieniądze ze stolicy i straszy coraz więcej tabliczek „teren prywatny”. Na końcu wsi jest słynna „droga fotografów”, którą po raz kolejny uwieczniamy na tysiąc sposobów. I krzyż na wzgórzu pomiędzy lipami. W swoich letnich wędrówkach nad Bugiem zostawiam tu samochód.

DSC_4451

Frakcja przyrodnicza odkrywa w krzaku gniazdo i z zapałem je fotografuje pod wszelkimi możliwymi kątami 🙂 Wpadamy też na chwilę do wsi, bo jest tu kilka fajnych budynków, są ludzie grabiący liście, którzy zachwalają architekturę kibelka za domem. Ma wkrótce zniknąć… Jeszcze kilka zdjęć szczegółów architektonicznych, jakieś kolorowe okiennice, ganeczki. Cywilizacja niestety pożera urokliwe nadbużańskie wioski.

DSC_4510

Wracamy na obiad, a po obiedzie spotkanie z kolejnym z gości – z Maksem Skrzeczkowskim. Pokaz jest prowadzony w stylu rasowego showmana – najpierw dla pobudzenia uwagi i głębszych przemyśleń artystycznych każdy rozgryza gorzkie ziarno kakaowca 🙂 Teraz możemy się skupić na pokazie. Maks prezentuje kilka nurtów swojej fotografii – sztukę cyrkową, podróże po Ukrainie, Kazimierz Dolny.

Po pokazie chwila przerwy i teraz uczestnicy mogą zaprezentować swoją twórczość. Kolejny rok zanudzam towarzystwo kolorowymi Bieszczadami 😉 Dla równowagi pokazuję czarno-biały reportaż „Pan Tadeusz”… nie, nie robię konkurencji Mickiewiczowi 😉 Wybrałem trochę zdjęć pana Tadeusza z Olchowca, którego miałem okazję poznać w lipcu przy okazji wędrówki po Beskidzie Niskim.

Niedziela wita nas poprawą pogody. Niewiasty wylegają na balkony, fotografowie łapią za sprzęt i ruszają na łowy fotograficzne. Na wybiegach jest mnóstwo koni, więc ich miłośnicy mają w czym wybierać. Mocno wieje, co jakiś czas z trzaskiem pada niedaleko wielkie drzewo, na niebie apokaliptyczne chmury 🙂 Jest klimat 🙂

Czas na pokaz kolejnego z gości – jest to Andrzej Baturo, legenda wśród fotografów, prywatnie mąż Inez Baturo. Pan Andrzej pracował wiele lat jako fotoreporter dla takich tytułów jak „ITD”, „Na przełaj”, „Razem”. Stąd też jego fotografia to przede wszystkim ludzie. Rzadko pojawiają się pojedyncze zdjęcia – prezentowany pokaz to całe kompletne cykle, zamykane na ogół jakimś podsumowującym zdjęciem. Dwie godziny mijają błyskawicznie, opowieść jest bardzo ciekawa. Ja mam szczególny sentyment do „Na przełaj”, która to gazeta w czasach mojej młodości wyróżniała się w moim odczuciu spośród dostępnych tytułów swoim zaangażowaniem, poruszanymi tematami i czytałem ją „od deski do deski” 🙂

Po pokazie ruszamy jeszcze raz na spacer po Stadninie. Łapiemy chwile, gdy mocne światło tworzy piękne kontrasty z bielą budynków i podkreśla jesienne barwy przyrody.

Jeszcze obiad, pożegnania… i koniec Warsztatów.

Oczywiście Tres Amigos nie zapomnieli o zdjęciu pamiątkowym 🙂

Gorzelnia

W ramach bonusu plenerowego trafiła nam się gratka dla miłośników trunków „pędzonych”. Dzięki znajomościom jednego z Amigos mamy możliwość wejścia do nieczynnej od kilku lat gorzelni w Cieleśnicy.

Dla miłośników obiektów industrialnych jest to niezwykła atrakcja. Aparatura okazuje się być dość mocno zaawansowana technologicznie i nie jest to zwykła „bańka z zacierem”. Zakład jest już od jakiegoś czasu nieczynny – jak nam opowiada oprowadzający nas pan – z powodów ekonomicznych. Produkcja się nie opłaca, mimo iż jej koszty są minimalne. Co w tym kraju jeszcze się opłaca?

Przechodzimy kolejne sale – z kotłami do fermentacji, jakieś mieszalnie, aparatura do podgrzewania, piwnice i wreszcie wchodzimy do pomieszczenia z kolumną rektyfikacyjną. Mieści się ona w wysokiej wieży, na której szczyt oczywiście się wspinamy. Na górę prowadza schody biegnące wzdłuż ścian od jednej ażurowej platformy do kolejnej. Jest ich w sumie 4. Po drodze mijamy mnóstwo rur, zaworów, szklanych okienek i dziesiątki tajemniczych przedmiotów oplatających aparaturę.

Całość, mimo przestoju i swoich lat, wygląda jeszcze dość dobrze i podobno dałoby się to wszystko względnie szybko uruchomić. Po zejściu na dół zaglądam jeszcze na strych głównej hali, gdzie wiszą jakieś łańcuchy, a panujący półmrok i ciemne ściany podkreślają groźny i niesamowity nastrój miejsca rodem z horroru. Na zewnątrz wszystko zarasta, stoją resztki murów po rozebranych budynkach, stoją też rozpadające się gigantyczne beczki. Słowem – Polska w budowie…

Wycieczka robi duże wrażenie… robię trochę zdjęć różnych elementów – a nuż komuś się przyda przy konstrukcji podobnej aparatury na domowe potrzeby 😉

Żegnamy się i … plener można uznać za zakończony. Za pół godziny jestem w domu i biorę się za obróbkę zdjęć 🙂

Plener fotograficzny – Pratulin 2015

Kolejny plener Fotoklubu zaplanowany został na początek maja. Po chłodnym kwietniu mieliśmy nadzieję na cieplejszy nieco maj no i chyba nasze modły zostały wysłuchane, bo trafił nam się fantastyczny ciepły weekend. W ramach objazdu kolejnych gmin przyszła kolej na Rokitno. Bazę zarezerwowaliśmy w najlepszym dla mnie możliwym miejscu –  w Pratulinie nad samym Bugiem. Mamy szczęście do ludzi – wybraliśmy Agroturystykę pana Józefa Pliszki i to był strzał w dziesiątkę. Gospodarz okazał się człowiekiem przesympatycznym, otwartym, doskonale czującym, na czym polega prowadzenie takiej instytucji. No i fantastyczne położenie – szczególnie dla amatorów wędkarstwa. Ale jak się okazało – nie tylko. Dla amatorów bobrów i pliszek również 🙂

Zjechaliśmy się około 18 na uroczystą kolację, po której zaczęły się łowy właściwe – na bobra 🙂 Zgodnie z opowieściami gospodarza, bobry miały wyleźć na chwilę, pozować i się schować 😉 Wieczór minął więc w oczekiwaniu na zapowiedzianą wizytę…

No i posiadacze swoich wielkich szkieł doczekali się… wylazły na chwilę i zaraz zniknęły 🙂

Ja zaś odbyłem krótki wieczorny spacer nad Bug obejrzeć ścieżki, którymi nazajutrz miałem zamiar wędrować. Potem było już jak zwykle – ognisko, pieczenie kiełbasek i niekończące się rozmowy.

Sobotni poranek zaczął się rewelacyjną pogodą. Niestety z jakichś bliżej nieokreślonych powodów  nie zdołałem wstać o 4 rano na spacer z aparatem. Byli jednak tacy, co przemoczyli spodnie do kolan, byle tylko złapać „poranne mgiełki”. Obiecałem sobie jednak solennie, że następnego ranka nie odpuszczę. Póki co jednak, wychyliłem nosa na zewnątrz dopiero przed siódmą. Piękna pogoda i 2 godziny do śniadania zachęciły mnie do zrobienia pierwszych tego dnia kilometrów. Zapuściłem się w łęg, przeskakując przez liczne rowy i doły i ruszyłem wzdłuż Bugu pod prąd rzeki. Przeszedłem w ten sposób około kilometra, ale mając ograniczony limit czasu, postanowiłem wrócić trochę na przełaj, ale inną drogą. Pojawiły się jednak drobne trudności 😉 Droga powrotna poprzecina była licznymi jeziorkami, rozlewiskami i rowami wypełnionymi wodą. Jak przypuszczam – zimną wodą 🙂 Jakoś nie miałem chęci do przeprawiania się, w efekcie musiałem obejść wszystkie jeziorka i dorzucić kilka kilometrów ekstra 🙂

Na śniadanie na szczęście zdążyłem 🙂

DSC_6750_1_2_tonemapped DSC_6796 Panorama

Po śniadaniu gospodarz zaskoczył nas propozycją rejsu 🙂 Poważnego rejsu – szlakiem granicznym! Szybko zebrała się grupa chętnych i za chwilę płynęliśmy w górę rzeki. Pierwszy raz miałem okazję podziwiać swoją ulubioną rzekę z innej perspektywy. Plan zakładał że dopłyniemy do ujścia rzeki Leśnej po białoruskiej stronie. Menadry Bugu powodują, że oddaliliśmy się ledwo na kilka kilometrów od kwatery, chociaż rzeczywisty dystans dochodził do 12 km. Po drodze mijamy niezwykłe miejsce – pale po starym przedwojennym moście ma Bugu, o którym już kiedyś pisałem. Był on częścią drogi zwanej „carską”, stanowiącej fragment historycznego traktu łączącego Mazowsze z Litwą. Drogą tą biegła najkrótsza trasa z Warszawy do Brześcia. Po wybudowaniu w 1823 roku nowej bitej drogi do Brześcia przez Białą Podlaską i Terespol, stara droga straciła znaczenie i była wykorzystywana tylko do komunikacji lokalnej. W czasie wojny most został zniszczony, a po wytyczeniu po wojnie granicy na Bugu już go nie odbudowano.

Po drodze mijamy patrol Straży Granicznej. Widząc łódkę najeżoną aparatami jak pancernik działami, strażnicy pytają czy my ornitolodzy? Jacek odpowiada przytomnie: Greepeace 🙂 Z drugiej strony zapada pełne zrozumienia milczenie i patrol odpływa 🙂

Płyniemy jeszcze trochę i dopływamy do ujścia Leśnej. Mocne słonko szybko przypala nam twarze. Robimy zwrot i teraz – niesieni szybkim prądem rzeki  – błyskawicznie wracamy do Pratulina.

DSC_6924_5_6_tonemapped DSC_6927_8_9_tonemapped

Chwila narady i każdy rusza w swoją stronę. Ja szykuję się na swoje kolejne kilometry łąkami w stronę Derła. Postanawiam przejść całą drogę krzyżową aż do cmentarza unitów. Mijam murowany kościół, nowo powstającą na potrzeby różnych spotkań odbywających się w Pratulinie scenę. Droga idzie zakosami pośród zielonych pól, dochodzi do lasu. W połowie drogi znajduje się usypana z kamieni góra, na której umieszczono stację z ukrzyżowanym Chrystusem. Jeszcze paręset metrów i jestem w miejscu, gdzie znajduje się tablica pamiątkowa, kamienny krzyż i cmentarz unitów.

W Pratulinie od XVII wieku istniała parafia Unicka. W 1874 roku miało tutaj miejsce Wydarzenie Pratulińskie, czyli męczeństwo Wincentego Lewoniuka i 12 towarzyszy, broniących swojej wiary przy obronie miejscowej cerkiewki. Na początki stycznia doszło tu do otwartej i publicznej konfrontacji z carskim naczelnikiem powiatu konstantynowskiego, który zażądał, aby unici przekazali swoją świątynię nowemu proboszczowi. Lud nie godził się na rządowego proboszcza. Naczelnik dał kilka dni do namysłu. Wrócił do Pratulina 24 stycznia 1874 r. z sotnią kozaków pod dowództwem pułkownika Steina. Przy cerkiewce zebrała się prawie cała parafia. Naczelnik zażądał kluczy. „Panie naczelniku — powiedział Daniel Karmasz, dziś błogosławiony męczennik — gdyście zabierali nam organy zaręczałeś nam, że rząd nie ma zamiaru narzucać nam prawosławia. … Dzisiaj wolimy stać i umrzeć bezbronni, przy świętym progu naszej cerkwi”.

Żołnierzom nie udało się rozgonić wiernych bagnetami. Odpowiedzią na brutalność kozaków były rzucone kamienie i bojowo podniesione, znalezione w pobliżu, kołki. Pułkownik Stein wycofał nieco poturbowanych żołnierzy. Rozkazał zatrąbić „do ataku”. Daniel Karmasz, który trzymał duży krzyż zawołał do współobrońców świątyni: „Odrzućcie wszystko, kołki i kamienie, pod kościół. To nie bitwa o kościół. To walka za wiarę i za Chrystusa!” Ktoś zaintonował pieśń: Kto się w opiekę… Padła komenda: ognia!

Upadł zabity Wincenty Lewoniuk. Śmiertelnie został postrzelony Daniel Karmasz, upadł na krzyż, który jeszcze przed chwilą trzymał wysoko nad głowami. Krzyż podniósł Ignacy Frańczuk z Derła. I tak ginęli pozostali. Żołnierze zabili 13 a ranili ok. 180 osób. Ciała zabitych pogrzebano, bezładnie wrzucając do wspólnej mogiły, na Unickim Cmentarzu.[źródło: Muzea].

DSC_6960 Panorama

Tu droga się kończy i dalej idę zupełnie na przełaj, przez rozległe łąki, na których co jakich czas pojawiają się piaszczyste wydmy, uschnięte drzewa a także świeże, zielone, młode sosny. I tak mijają kilometry 🙂

W ten sposób udaje mi się dojść do miejsca, gdzie mijane po drodze stare rozlewiska łączą się z Bugiem. Mam chęć iść dalej po przeprawieniu się przez most ułożony z pni, ale zniechęca mnie widok cywilizacji… po drugiej stronie przeprawy na wysokiej skarpie zasadził się jakiś wędkarz z rodziną, która mocno hałasuje i burzy spokój tego miejsca. Zawracam z żalem. Słońce przypieka, więc skwapliwie z niego korzystam 🙂 Gdzieś tam po Bugu znowu przepływa patrol Straży Granicznej, potem przelatuje ze świstem łabędź, którego wziąłem za czaplę 😉

 

Mija godzinka i jestem znowu w Pratulinie. Moi towarzysze w oczekiwaniu na obiadokolację robią właśnie kolejny tysiąc zdjęć pliszki 🙂 Wreszcie siadamy do stołu. Nasi gospodarze dbają o nasze żołądki. Jedzenie jest pyszne i szybko znika. Zbiera się druga ekipa na „rejs na zachód słońca”. Część grupy, która pływała rano, teraz zapewnia serwis fotograficzny z brzegu. Łódka rusza w kierunku przeciwnym – tam gdzie chodziłem po południu. Bug płynie tu szeroko i oświetla go zachodzące słońce. Wychodzimy na wysoką skarpę i czekamy. Wracają dość szybko, bo o ile rano było miło i przyjemnie, teraz ciągnie chłodem od wody. Robimy serie zdjęć płynących na kolorowym tle wody oświetlonej ostatnimi promieniami słońca i szybko zbieramy się na ostatni tego wieczoru punkt – pokazy fotograficzne.

Potem już tylko do śpiwora z mocnym postanowieniem sfotografowania wschodu słońca.

Wewnętrzny zegar zadziałał 🙂 Budzę się przed czwartą, wyglądam przez okno w nadziei, że mało co widać i nie będę musiał wyłazić. Złośliwa natura zaskakuje mnie jednak takim widokiem, że tylko parę minut wiercę się i zaraz ubieram i biegnę nad rozlewiska 🙂

Jest jeszcze dość ciemno, rozstawiam statyw i łapię kilka mgiełek. Sam wschód… to kilka minut. Jak się przegapi ten moment, jest pozamiatane. Trzeba działać zdecydowanie i nie ma czasu na czajenie się 🙂 To się nie powtórzy 🙂

Słońce wyskakuje błyskawicznie znad horyzontu, zalewa ziemię swoim blaskiem. Próbuję ujęć z różnych punktów, strącając poranną rosę. Potem uciekam znowu do śpiwora, mijając swoich amigos z pokoju, którzy postanowili nie być gorsi 🙂

Odsypiam poranny spacer, a po śniadaniu ruszam jeszcze na spacer po Pratulinie. Odwiedzam miejsca odwiedzane i fotografowane wielokrotnie, więc nawet nie staram się wyjmować aparatu. Chcę się napatrzeć na majową zieleń, bo pojawię się tu pewnie dopiero za jakiś dłuższy czas.

Mapki rejonów „działań wojennych” 🙂

laki rejs