W marcu jak…

Już miała być wiosna. Tydzień wcześniej fotografowałem nadbużańskie pejzaże, brodząc w głębokim błocie, aż tu nagle przyszedł kolejny „wir polarny” i przypomniał, że połowa marca to jednak jeszcze nie wiosna. Z drugiej strony taka odmiana miała też swoją pozytywną stronę – krajobraz znowu zabielił się śniegiem, błoto zamieniło się w twarde grudy, a przede wszystkim zobaczyłem piękne, błękitne niebo. 

Oczywiście natychmiast poderwałem się do boju. Chwila namysłu – dokąd. Już wiem – nie mam Pralni w wersji zimowej. Będzie też okazja na dłuższy spacer w ramach przygotowań kondycyjnych. I zobaczę przy okazji, jak się miewa Stadnina w Janowie Podlaskim po kolejnych zmianach.

Od Janowa Podlaskiego dzieli mnie 15 minut jazdy, skręcam w stronę Stadniny i podziwiam piękny, zimowy krajobraz.

Brama jest otwarta… Z pewną nieśmiałością przejeżdżam obok budki strażnika, zatrzymuję tam gdzie zwykle – przy wybiegu dla koni. Z budki wychodzi pan, z którym zamieniam kilka słów. Okazuje się, że świat do końca nie zwariował – mogę spokojnie zaparkować, pan jest miły i gdy mówię mu o swoich planach, wspomina, że mogę spokojnie dojechać do celu swojej wyprawy.

Ja jednak ruszam pieszo nadbużańskim szlakiem „Łęg Dębowy”. Miłe zaskoczenie – jest odnowiony. Nowe oznaczenia, tablice informacyjne. Rok wcześniej szedłem tędy z Rajdem TKKF i wyglądało to marnie. 

Warunki są fantastyczne, idzie się świetnie. Ani się obejrzałem i jestem przy Łęgu. Ten zostawiam sobie na deser, bo czeka mnie jeszcze spory kawałek drogi do miejsca zwanego Pralnią – celu mojej wędrówki. Tu już muszę zejść z bitego traktu na polną, rozjeżdżoną drogę. Grunt się lekko ugina, lód trzeszczy, bo przymarzło jednak tylko z wierzchu, ale szczęśliwie docieram nad rzekę.

Pogoda jak marzenie, by przetestować nowy filtr polaryzacyjny 🙂 Efekty mile mnie zaskakują. Poprzedni wyzionął ducha w górach, a nowy sprawuje się rewelacyjnie! 

Kręcę się jakiś czas po okolicy, nad samą rzekę nie udało mi się jednak przebić. Woda w Bugu jest bardzo wysoka, dojścia pozalewało. Co prawda rozlewiska zamarzły, ale lód jakoś nie budzi mego zaufania 🙂

Ruszam w drogę powrotną. Czas na Łęg Dębowy. To jedno z moich ulubionych miejsc i pewnie nie tylko moich. O każdej porze roku i dnia fotograf znajdzie tu coś dla siebie. Korzenie nad gruntem, baobab, stare sosny, dęby, rozlewiska, a na nich łabędzie. 

Dziś też jest pięknie, śnieg, bezchmurne niebo. Co bardziej charakterystyczne obiekty obfotografowane, zerkam na zegarek i ruszam w drogę powrotną.

Cały dzisiejszy dzień nie spotkałem żywego ducha. No może z wyjątkiem pędzącego w oddali po rżysku Audi 80, które skorzystało z okazji że pole przymarzło i wędkarze zrobili sobie skrót nad rzekę 🙂

Kilometry lecą błyskawicznie i znowu jestem przy aucie. 

Ani się obejrzałem, jak zrobiłem ich dziś 15 🙂

 

Rodzinne fotografowanie

Wiosna w tym roku to szalone zmiany pogody. Potężne mrozy zatrzymały Bug i już za chwilę trafia się ciepły weekend z mocno wiosennymi temperaturami. Namawiam córkę na wyprawę fotograficzną i wyruszamy do rezerwatu Trojan.

Światło co prawda mizerne, ale nosiło mnie już od tygodnia, by zajrzeć nad Bug i poszukać pierwszych oznak wiosny.

Przyjemne ciepło kontrastuje z lodową taflą zamarzniętego jeziora.

Siedzi na niej pojedynczy wędkarz i pracowicie robi kolejne otwory. A my przebijamy się przez marcowe błoto i docieramy do Bugu. 

Jesteśmy za zakręcie zwanym Kolano. Bug ostro zakręca, prawie całe koryto ścięte jest lodem, tylko wąski nurt tnie jak żyleta z drugiej strony rzeki, rozlewając się za chwilę szeroko.

Jesteśmy dość blisko Fronołowa, więc wypada zajrzeć, jak wygląda most po remoncie.

Wygląda 🙂

Błyszczy z daleka nową farbą, piękne pomosty już nie budzą przerażenia przy chodzeniu po nich 🙂

Muszę przyznać, że zrobiono kawał dobrej roboty.

Przechodzimy na drugą stronę, podziwiamy most z dołu i wracamy drugim pomostem. Udaje nam się jeszcze złapać pociąg 🙂 W kadr oczywiście.

Łowcy świtów

Zima miała się skończyć szybciej niż się zaczęła, gdy nagle zawitał do nas „wir polarny” i postanowił postraszyć wszystkich oczekujących na wiosnę.

Główny meteorolog Piotrek orzekł, że w ostatni weekend lutego gwarantuje piękny wschód słońca i cóż było robić… zerwaliśmy się o piątej rano. Ubrani na cebulkę, patrzymy z niepokojem na termometry.

-16. To co będzie nad Bugiem przy gruncie?

Sprawnie zbieramy całą ekipę i kilka minut przed wschodem już jesteśmy na miejscu. Czekamy. Słońce wychyla się nieśmialo z lasu.

A potem szybko zmierza w górę. Piękny spektakl trwa zaledwie kilka minut. Jak zwykle zresztą 🙂

Na Bugu płynie już śryż, a różnica temperatur sprawia, że woda mocno paruje. Nad rzeką unoszą się opary oświetlone porannym ciepłym słońcem.

Potworne zimno sprawia, że realizujemy kolejny punkt planu. Za chwilę płonie ognisko i nie szumią knieje 🙂 Za to skwierczy kiełbasa na kiju. Gorąca herbata wchodzi wybornie. 

„Otwarcie krzaka” w takich okolicznościach przyrody będziemy długo pamiętać 🙂

Potem ruszamy ponad rzeką w stronę skarpy. Zimno wciska się każdym wolnym otworem w naszych ubiorach. Wziąłem na dzisiejszą wyprawę swój ciężki sprzęt zimowy i ten na szczęście daje radę 🙂

Słońce jest już całkiem wysoko, niebo robi się intensywnie błękitne, ale wcale nie jest cieplej. Mróz trzyma ostro.

Chwilę jeszcze spacerujemy nad rzeką.

Wreszcie pora na odwrót. Wracamy przez zamarznięte rozlewiska do auta. Stąd jeszcze jedziemy na chwilę do Woroblina, gdzie czeka na nas Mirek w swojej czatowni. 

Wypijamy kawkę i plener zimowy uznajemy za zakończony sukcesem.

Zimowy plener w wiosennej scenerii

Miało by piękne otwarcie sezonu nadbużańskiego a skończyło się jak zwykle 🙂 „Przysłowiowy wschód słońca” okazał się ponurym i deszczowym porankiem. Ale NGP nie w takich okolicznościach wyruszało na kultową butelkę oranżady z GS.

Godzina 6 – ciemność. Pierwsza niedziela nowego roku, a śniegu nadal nikt nie widział… czarne chmury nad głową, dodatnia temperatura na zewnątrz, ale to nas nie zniechęca. Dziwnie wysoka jak na tą porę roku woda w Bugu wymaga sprawdzenia na miejscu 🙂

Docieramy do Nepli przed świtem i ruszamy pomału w stronę parku krajobrazowego. Podziwiamy zalane łąki, wystające z wody krzaki i tylko brakuje nastrojowej mgły.

Idziemy najpierw nad Krzną, mijamy ujście i ciągnę ekipę dołem ponad Bugiem aż do miejsca, gdzie ścieżka kończy się stromym urwiskiem. Środkiem wiedzie ledwo widoczny ślad. Tędy się wspinamy na skarpę 🙂 Jest ślisko ale docieramy bez strat w ludziach 🙂

Z pewnym zdziwieniem słyszę, że moja grupka jest tu pierwszy raz w życiu 🙂 No tak, wszyscy pędzą na skarpę do Gnojna, a ta wcale nie jest gorsza!

Robimy trochę zdjęć i wracamy do auta.

Jacek proponuje nam jeszcze „podlaski klasyk” czyli „gruszę i krzyż na rozstaju dróg”. Wywozi nas za wieś Kołczyn, gdzie odkrywamy piękną drewnianą kaplicę z pomnikowymi drzewami a potem ruszamy błotnistą polną drogą pośród szpaleru wierzb na poszukiwania  gruszy.

Jest! Wygląda dokładnie tak jak miała wyglądać 🙂 Dopisuję do listy ulubionych miejsc. Wrócę tu na pewno nie raz.

Zaczyna mżyć, robi się przenikliwie zimno. Zarządzamy odwrót i uznajmy że pierwszy plener nie był najgorszy. Oranżada też była! Z GS, a jakże.

 

 

 

Jesienny rajd nadbużański

Jakiś czas temu moje ścieżki skrzyżowały się z sympatycznymi ludźmi z koła TKKF. Organizują oni szereg imprez związanych z różnymi formami aktywności fizycznej, a jedną z nich są rajdy piesze i rowerowe. Taka w właśnie impreza pojawiła się w kalendarzu już dość dawno, a że miała się odbyć nad Bugiem, mój udział w niej był oczywisty 🙂

Jako że dałem się poznać Marcie i Markowi jako miłośnik Bugu, zostałem przez nich poproszony o propozycję trasy, co też z przyjemnością uczyniłem. 

Start imprezy zaplanowano w okolicy promu z Gnojna do Niemirowa. Okolicę znam dość dobrze z racji wcześniejszych wyjazdów do Strefy 51 😉 A bardziej ludzkim językiem mówiąc – na tereny Landartów. Moje obawy budził trochę wyższy ostatnio stan Bugu i tygodniowe opady deszczu przed imprezą. Jak się okazało – całkiem słusznie 🙂

Październikowa sobota wbrew prognozom przywitała mnie całkowitym zachmurzeniem. Na szczęście z każdą chwilą robiło się coraz jaśniej i gdy koło dziesiątej pojawiłem się w Gnojnie, pogoda była już całkiem znośna. Na miejscu jest już sporo osób, wkrótce dojeżdżają też rowerzyści. Jest też grupa z pieskami, bo dla nich przewidziano osobną kategorię 🙂

Krótkie przywitanie ze znajomymi, bo po kilku wspólnych wypadach mogę już tak mówić o uczestnikach imprez TKKF i szykujemy się do wymarszu. Dostaję zaszczytną rolę przewodnika całkiem sporego tłumu około dwudziestu osób 🙂 

Trasę znam, więc na pewniaka zagłębiamy się w las. Za chwilę jesteśmy w punkcie, gdzie zaczyna się zielona granica. Tu czeka nas atrakcja w osobach dwóch pograniczników, którzy budzą wielkie emocje – szczególnie w uczestniczkach rajdu 🙂 Chwilkę rozmawiamy i ruszamy dalej w drogę.

Kolejna atrakcja na szlaku to zagubione w lesie bużysko. Oprócz mnie jest też kilka pań fotografów i widzę, że miejsca rozbudzają w nich twórczy zapał. Trudno je oderwać od nadbużańskich krajobrazów 🙂 

Droga… jest nieco błotnista. A nawet mocno. Szczególnie daje się to we znaki rowerzystom. Jechałem tędy w czasie suszy – teraz warunki są diametralnie różne. Dzielni rowerzyści co jakiś czas wpadają w wielkie kałuże, koła ślizgają się po gliniastej drodze, ale grupa posuwa się naprzód.

Docieramy na łąkę. Pieski ruszają w pogoń za sarną, a my za żyrafą 🙂 Oczywiście tą drewnianą, która pozostała po Landarcie. Docieramy znowu do Bugu. Na żyrafie siedzi pan z aparatem fotograficznym i uwiecznia naszą grupę z góry.

Teraz czeka nas przeprawa. Część rowerzystów po dotychczasowych przeżyciach decyduje się skręcić do wsi, a my ruszamy na ułożony z kamieni mostek ponad odnogą Bugu. Kilka chwil i jesteśmy po drugiej stronie. Tego miejsca trochę się obawiałem, ale na szczęście poszło bez problemów. Jeszcze tylko na szybko opowieść o źródełku wciągającym całe krowy i ruszamy dalej wzdłuż Bugu.

Idziemy wzdłuż kolejnych landartowych dzieł, a ja snuję dziwne opowieści, popuszczając wodze fantazji i tworząc różne alternatywne historie na temat spotykanych eksponatów 🙂 Słuchacze wdzięcznie słuchają 🙂

Mijamy ostatnie rzeźby i zagłębiamy się w las. Tu, jak pamiętam, droga wiodła w obniżenie terenu, za którym zaczynał się kolejny Landart. Po przejściu około 500 metrów droga faktycznie skręca, ale jest… zalana. Na przeprawę nie ma chętnych 🙂 Wąską ścieżką przez krzaki docieramy do głównej drogi do wsi, by po jakimś czasie skręcić znowu w boczną dróżkę. Ta niestety kończy się na podmokłej łące. Za łąką z kolei jest rów i bagienny las. Chyba mamy dość przygód bo zarządzamy odwrót 🙂 Widać już wieś Bubel, ale oddziela nas od niej podmokły teren. Na szczęście dość sprawnie pokonujemy kolejny rów a potem błotnistą drogą docieramy do cywilizacji 🙂

Teraz jeszcze zostaje tylko dotrzeć do punktu startu i domknięcie pętli. Idziemy dziarsko przez wieś, korzystam z okazji i fotografuję przydrożne historie, których w tej nieco zapomnianej wiosce nie brakuje. Moją uwagę przykuwają namalowane na przydrożnych drzewach numery… Raz, że brzydko to wygląda i odbiera im urok, a po drugie źle mi się kojarzy – ze skazaniem tych drzew na piły… Wyjaśnianie tego zjawiska trwa…

Jeszcze trochę kilometrów i wracam do punktu wyjścia. Tu organizatorzy przygotowali mały piknik. Są kiełbaski z grilla, a nawet znalezione po drodze rydze smażą się na ogniu. 

Około czternastej zbieram się w drogę powrotną i jadąc przez tereny ostatniego Landartu, stwierdzam, że pomysł wyjścia ze sztuką na dość uczęszczaną drogę był chyba zły – większość ekspozycji albo zniknęła, albo została zniszczona… Gdzieś w głowie kołacze mi przysłowie o rzucaniu pereł przed wieprze 😉

Historie przydrożne

Mapa