Brzmi prawie jak kolorowe jarmarki 🙂

Jak wysiedzieć, gdy na zewnątrz złota jesień. Ruszam… przed siebie. Koszyk w ręku chociaż nadzieja na cokolwiek nikła, ale jak zawsze aparat na ramieniu. Spontanicznie w trakcie jazdy wybieram cel. Najpierw krótki spacer po lesie, by przekonać się, że nadal nic nie rośnie.

Żółte alejki wciągają.

Za to w Borsukach witają mnie wszystkie możliwe barwy.

I tak powstają obrazy.

Po zimnym wrześniu październik totalnie zaskoczył. Zrobiło się niemal lato i tylko zimne poranki przypominały, że jest środek jesieni.

W sobotni poranek zerkam przez okno i od razu się uśmiecham. Gdzie to ja dawno nie byłem?

Aparat rzucony na siedzenie i ruszam w drogę. Jeszcze tylko chwila zawahania na rozjeździe i nie ma odwrotu – czas na Derło. Nie byłem tam od wiosny, więc czas zajrzeć w stare kąty, zobaczyć, co sie zmieniło. Mijam Janów Podlaski,  kawałek nadbużanki mija błyskawicznie i już skręcam do wsi. Tu jak zwykle cicho, sennie. Drzewa przybrały już jesienne barwy.

Na końcu wsi jak zwykle zajeżdżam pod lipy, parkuję w cieniu i czas na dłuższy spacer.

Schodzę w dół, robiąc prze okazji nie wiem który już raz zdjęcie pokręconej drodze w dolinie. Szybko docieram nad Bug i już mogę podziwiać swoją ulubioną rzekę w jesiennej odsłonie. Jest na tyle ciepło, że można chodzić w koszulce z krótkim rękawem. Intensywny błękit nieba od razu sugeruje użycie filtra polaryzacyjnego. Efekty przechodzą moje oczekiwania.

Staram się pójść jak najbliżej rzeki i całkiem dobrze mi się to udaje, bo Straż Graniczna wytyczyła sporo nowych ścieżek. Przy okazji miejsce straciło trochę na swojej dzikości, ale dla równowago stare drogi pomału zarastają zielenią i krzakami. Zrobił się z tego istny labirynt. Ja jednak znam już tutejsze ścieżki na tyle dobrze, że szybko trafiam do celu dzisiejszej wyprawy. Po drodze mijam kilku wędkarzy i ich terenówki ukryte w krzakach 🙂

Mijam znowu dół pełen uschniętych drzew.

Kolejne punkty widokowe na białoruską plażę.

Wreszcie poznaję znajome pochyłe drzewo, jeszcze tylko zostaje przejść przez niedużą wydmę i … zaskoczenie! Wiosną wydawało mi się, że wszystko tu zarośnie i skończy się czas pięknej plaży. A tu proszę – bielutki drobny piasek ciągnie się kilkaset metrów na całym łuku Bugu. Woda jest bardzo niska więc i plaża ma słuszne rozmiary. Miejsce oznaczam w głowie jako odzyskane 🙂

Aparat idzie w ruch, bo takiej okazji nie można odpuścić 🙂 Poprawę nastroju w skali 1 do 100 określam na trzysta 🙂 Aż żal opuszczać to miejsce. Zaglądam w kilka kątów, przechodzę całą plażę wzdłuż i w poprzek, zostawiam trochę śladów dla pograniczników.

Dziwne ślady na piasku to działalność bobrów, które bardzo rozmnożyły się nad Bugiem i „żrą co popadnie”. Śladów ich działalności jest sporo. Krążą też legendy, że atakują ludzi i połykają w całości, ale jakoś do tej pory tego nie doświadczyłem 🙂 I niech tak zostanie.

Słońce przyjemnie grzeje, ale kończy się mój limit czasu, więc zarządzam odwrót. Ruszam starą ścieżką, która już mocno zdziczała i docieram w okolice drogi do Woroblina. Tu skręcam w starą drogę ponad rozlewiskami i docieram znowu do Bugu.

Stąd mam już blisko do swojego „parkingu” 🙂

Galeria:

Trasa spaceru:

W zasadzie pojechałem na grzyby.

Aparat na ramieniu to był „plan B”. Poszukiwania jakichkolwiek oznak, że coś w lesie rośnie zacząłem tydzień wcześniej. Nic, nawet śladu muchomora 😉 Bez wielkiej nadziei, że cokolwiek znajdę, ruszam w kierunku Kodnia. Las jest tam piękny, ale szybko się przekonuję, że pusty.

No ale pretekst był… żeby zajrzeć na Sugry.

Sugry (Suhre, Suchry) koło Kodnia – tej wsi już nie ma

Dzisiaj z wszystkich domów,  w których przed II wojną światową żyło 13 rodzin, została tylko jedna bardzo stara drewniana chałupa bez drzwi i okien.  Dach już w połowie opadł. Ściany także nie wytrzymały próby czasu.

Została też studnia z betonowych kręgów – jedyny trwały świadek historii tej wsi. [źródło: Sugry]

Chałupy już nie ma, został tylko fundament.

Byłem tu przejazdem rowerem i duże wrażenie zrobiła na mnie piaszczysta skarpa wpadająca do Bugu. Chyba jedna z ładniejszych. I dla niej tu wpadłem. 

Długie światło zachodzącego słońca kładzie głębokie cienie, ale epicko przystrojone w chmury niebieskie niebo podsuwa mi pomysł na zrobienie HDR. To do dzieła.

Jest chłodno, pewnie z 5 stopni, więc długo się nie kręcę. Zdjęcia zrobione, czas ruszać w drogę powrotną.

Wracając, zatrzymuję się jeszcze w okolicy wsi Żuki. Kilka wzniesień zaintrygowało mnie w czasie rowerowych letnich wypraw. Krótkie śledztwo wykazało, że to rozpoczęta i niedokończona budowa jednego z fortów Twierdzy Brzeskiej.

 

Fort „I” znajduje się obok wsi Żuki. Pierwotnie zakładano jednak inną lokalizację tego fortu, który miał zostać wybudowany na północ od obecnego miejsca tj. obok wsi Murawiec. Nieodpowiednie warunki gruntowe w miejscu planowanej budowy uniemożliwiły jednak wzniesienie fortu stałego, w związku z czym podjęto decyzję o zmianie lokalizacji fortu, który przesunięto 1,5 km w przód tj. w kierunku południowym w pobliże wsi Żuki. Jak się później okazało nie była to jedyna tak znaczna zmiana w planach budowy tego fortu.

Fort lit. I (ros. И) w Żukach należał do grupy dzieł tworzących główną linię obrony twierdzy brzeskiej tj. do drugiego pierścienia fortów zewnętrznych. Plan, którego decyzję o realizacji podjęto już w 1912 roku, zakładał budowę w ciągu 10 lat nowej pozycji fortecznej (II linii fortów) oddalonej o ok. 7 km od centrum twierdzy i 2,5-3 km od poprzedniej linii fortów.Nowa pozycja docelowo miała się składać z 14 fortów, 21 punktów oporu międzypola, 5 koszar obronnych i kilkudziesięciu baterii artyleryjskich. Planowanym 12 stałym fortom nadano oznaczenia literowe (rosyjskie): А, В, Г, Е, Ж, 3, И, К, Л, М, N, О. Do głównej pozycji obronnej dołączono także zmodernizowane „stare” forty VIII i X, których nazwy zmieniono odpowiednio na „Б” oraz „D”. Z drugiego pierścienia fortyfikacji cztery znajdują się na terytorium Polski tj. forty (И-Żuki, К – Kobylany, Л-Lebiedziew, О-Koroszczyn). [źródło: twierdza.org]

Słońce zaszło, więc ani grzybów ani zdjęć już nie będzie 🙂 Czas do domu.

 

Kolejną nadbużańską przygodę rozpoczynam w Zabużu w pobliżu promu. Ten w Niemirowie niestety nadal nie pływa.

Rower złożony, chwilę czekam, aż prom przybije do mego brzegu. Oczekując, słucham przez chwilę rozmowy dwóch Rosjanek z dwoma Polkami po angielsku 😉 Zdaje się, że rosyjskiego nikt już w szkołach nie uczy. Konkluzja rozmowy jest taka, że prom jest „no pay” 😉  Ten za chwilę przybija do brzegu, więc pakuję się na pokład. Jeszcze tylko dwa auta i już płyniemy.

Napęd promu to sprytny mechanizm wykorzystujący prąd rzeki, wspomagany czasem ręcznie przez pomocnika kapitana 🙂 W dużym skrócie są to dwie linki pozwalające ustawić prom pod kątem w stosunku do osi rzeki i resztę robi szybko płynąca woda.

I już jestem w Mielniku. Ustalam jeszcze tylko godziny przerwy, by zdążyć na kurs w drugą stronę i ruszam w drogę. Dość szybko opuszczam Mielnik. Wielkiego wyboru dróg nie ma – jadę asfaltówką i spoglądam co chwila w las w poszukiwaniu jakiejś odnogi w stronę rzeki. Pierwsza próba jest nieudana – po kilkudziesięciu metrach owszem – jestem nad rzeką, ale leśna dróżka kończy się niedużą polaną i muszę wrócić na główną drogę. Tylko samotny wędkarz patrzy zdziwiony, że ktoś tu trafił oprócz niego. Nadzieja wstępuje dopiero w okolicy wsi Wajków. Leśna droga, w którą skręcam, jak nic zmierza w stronę rzeki. Napotykam jakieś leśne skrzyżowanie i intuicja podpowiada mi, żeby skręcić w lewo, Faktycznie – wyjeżdżam na tyłach wsi nad samą rzeką. Droga niestety robi się słabo widoczna i przedzieram się przez jakieś łąki pogrodzone płotami, pod którymi co rusz muszę przeciągnąć rower. Mijam jakaś wielką rezydencję krytą strzechą, potem jest jakiś zapomniany pomnik poświęcony AK i z ulgą odnajduję drogę wyprowadzającą do wsi.

Mijam Wajków, droga asfaltowa zamienia się w moją ulubiona polną. Co najważniejsze – ciągnie się ona ponad samym Bugiem. Sama przyjemność z jazdy. Z jednej strony rzeka, z drugiej dość wysoka skarpa ukryta w lesie.

Gdzieś w oddali mijam kolejną wieś – Sutno.

Droga wiedzie pomiędzy starymi bużyskami i zmierza ku kolejnej wsi – zbliżam się do Niemirowa. Wcześniej jednak czeka mnie jeden z celów tej wyprawy – skarpa widokowa w Gnojnie, ale widziana z zupełnie innej perspektywy. Okazuje się, że na cypelek wiedzie całkiem wyraźana ścieżka, którą dojeżdżam prawie do rzeki. Ostatnie parę metrów pokonuję pieszo i oto jest. Piękny widok! Na szczycie skarpy widzę kilka osób i skala porównania daje pojęcie o jej wielkości.

Krótka sesja zdjęciowa, mały posiłek w tych pięknych okolicznościach przyrody i wracam na główną drogę. Jest tu sporo wędkarzy, jakieś namioty, wiatka. Smutne w tym wszystkim jest jedynie to, że po drodze mijam stosy śmieci. Tutaj jest ich kumulacja.

Dalej droga wiedzie już prosto do Niemirowa. Wjeżdżam do wsi od strony rzeki. Mijam wysoką wydmę, jeszcze trochę i docieram do centrum. Cisza i spokój. Życie toczy się leniwie. Daleko tu do cywilizacji i bardzo mi to odpowiada.

Mijam leżący na brzegu prom. Znowu nie pływa w tym roku z powodu niskiego stanu wody.

Przed laty Niemirów był tętniącym życiem miastem z przywilejem na dwa targi w tygodniu i kilka jarmarków. Bogactwo czerpał wtedy z położenia nad Bugiem, ważnym traktem handlowym, którym ku morzu płynęły wszelkie dobra, choć głównie zboże i drewno. Istniejąca już w XV wieku osada Niwice, rozrastająca  się przy przeprawie przez rzekę, prawa miejskie uzyskała w 1616 roku za sprawą Stanisława Niemiry, kasztelana podlaskiego. On też nadał jej nowa nazwę.

Cóż się stało z miasteczkiem? Położenie, które służyło mu przez wieki, stało się wreszcie przyczyną jego upadku. W czasie I wojny dwukrotnie przechodził tędy front, walki toczyły się tu w czasie wojny polsko – bolszewickiej, a po 17 września 1939 roku na Bugu wyznaczono granicę między Generalną Gubernią a Białoruską Republiką Radziecką. Ta strona Bugu znalazła się w ZSRR, co gorsza na jego strategicznej granicy. Kazano ludziom wynosić się z nadgranicznej strefy, rozebrać własne domy. Na wzgórzach nad Bugiem umacniały się bunkry linii Mołotowa… Gdy Niemcy odepchnęli Rosjan na wschód część mieszkańców wróciła na stare siedliska, część szukała szczęścia w innym miejscu. Jedna piąta niemirowskiej społeczności, Żydzi, podzielili los współwyznawców. Po wojnie Niemirów utracił prawa miejskie i tak już zostało.

Kościół pod wezwaniem świętego Stanisława Biskupa i Męczennika prezentuje się na tle rynku okazale, choć nie jest wcale ogromny. To tylko kontrast wobec niskiej zabudowy. Białe, zadbane mury ostro kontrastują z zielenią drzew. Zbudowali go w latach 1780-1790 ówcześni właściciele miasteczka, Czartoryscy, po pożarze wcześniejszej drewnianej świątyni. Bryłę ma jeszcze barokową, wystrój już dąży do nowego stylu, klasycyzmu.

Kościół, jak miasteczko, przeżywał trudne chwile. W ramach szeroko zakrojonych na Podlasiu represji po powstaniu styczniowym, został zamknięty i taki pozostał przez 40 lat. Dopiero w 1905 roku, na fali odwilży, car pozwolił przywrócić go katolikom. Gdy Rosjanie wysiedlili mieszkańców, świątynia została pusta. Udało się jednak uratować część wyposażenia.

Na obrzeżach wsi, na wzgórku nad Bugiem znajdujemy cmentarz. Sporo tu starych nagrobków. Jeden ze starszych należy do niejakiego Rączki, który zmarł wioząc do cara petycję o przywrócenie kościoła wiernym. Uwagę zwraca jednak ceglany nagrobek w kształcie kapliczki, stojący niemal pośrodku nekropolii. Rzeźbę na pomniku Konstantego Pieńkowskiego, ziemianina z pobliskiego Sutna, wykonał  Xawery Dunikowski[źródło: krajoznawcy.info].

Czas mam całkiem dobry, więc ruszam polną drogą pod górkę, bo mam tu jeszcze jedną misję. Przejeżdżam mały zagajnik i docieram do końca Polski. Dosłownie. Drogę przegradza mi płot, a dwa słupki graniczne sugerują że dalej „nielzia”.

Podjeżdżam kawałek w stronę rzeki i oto przede mną miejsce, gdzie Bug przestaje być rzeką graniczną i wpływa do Polski. Stąd na północ zaczyna się „zielona granica”. Kilka fotek i zmykam, żeby mnie Straż Graniczna nie ganiała 😉

Wracam do Niemirowa. Stąd kieruję się na Mielnik nieco inną drogą – czeka mnie długa asfaltowa prosta z kilkoma podjazdami i zjazdami 🙂 Tempo jest tak dobre, że na promie jestem pół godziny przed planowanym czasem przerwy 🙂 Wracam na swój brzeg Bugu i można wracać do domu.

 

 

 

Do tego odcinka przybierałem się długo. Powód jest dość prozaiczny – jest tam ode mnie dość daleko. To w zasadzie chyba najodleglejszy odcinek z dotychczas przejechanych. Postanawiam więc wyjechać dość wcześnie i już o siódmej jestem w drodze. Poranek jest chłodny, ale nim dojadę, słoneczko zacznie przygrzewać i jazda ponad Bugiem nie będzie odbiegać od dotychczasowych wycieczek.

Rower wypakowany, auto zostaje pod opieką cerkwi w Uhrusku (która akurat jest w remoncie) i ruszam w ścieżkę, którą rok temu wróciłem z nadbużańskich łąk. Błądzenia tym razem nie ma – droga jest oczywista i szybko wyprowadza mnie nad Bug.

Łapię ślad pograniczników i ruszam ku przygodzie. Za jakiś czas – zgodnie zresztą z planem muszę oddalić się od rzeki, bo drogę przegradza mi mała rzeczka Uherka. Jadę wzdłuż niej jakiś czas aż do mostu, przeskakuję na drugą stronę i znowu jestem nad Bugiem.

Teraz przede mną długa i niezbyt skomplikowana trasa. Jadę prawie cały czas ponad rzeką. Wokół niesamowita pustka. Rozległe łąki, żywego ducha, nawet lasów brak i krzaków mało. Teren jest dość płaski, czasem przejeżdżam jakieś zagłębienia, w których roślinność jest wyższa ode mnie 🙂

Wyjeżdżając z jednego z dołów odkrywam samochód Straży Granicznej. Prawie zmuszam panów od uchylenia szyby i muszą wpuścić do swego klimatyzowanego auta gorące powietrze. Rozmowa jak zawsze jest sympatyczna, przedstawiam się jako nadworny fotograf Bugu 🙂 Po kilku minutach każdy rusza w swoją stronę.

Wszechobecną zieleń w pewnej chwili zdominował kolor żółty. Wielka jest moc pojedynczego słonecznika 🙂

Przemierzam rozległe łąki z dala od cywilizacji.

Bug co chwila zmienia kierunek, a z mapy wynika że odcinek jest wyjątkowo kręty. Szczególne wrażenie robi długi na około kilometr półwysep, na który oczywiście wjeżdżam i podziwiam Bug z lewej i prawej strony – tyle że płyną w przeciwnym kierunku 🙂

Zbliżam się do Świerża. Tu teren trochę się zmienia. Pojawia się nieduży lasek, jest i skarpa, którą chwilę jadę i która kończy się nagle obniżeniem. Dalej drogi nie ma, jest tylko leśne rondo 🙂

Zawracam i przejeżdżam kilkaset metrów, a po chwili wyjeżdżam na drogę asfaltową. Jadę nią około kilometra i znowu jestem nad Bugiem 🙂 Od drogi dzieli go tylko kilkadziesiąt metrów. Czas całkiem dobry, więc postawiam pociągnąć jeszcze trochę trasy. Skręcam w pierwszą polną drogę i dojeżdżam na tyły Świerża. Mijam kilka domów stojących tuż nad rzeką na wysokiej skarpie i wjeżdżam w pozostałości parku. Są jakieś zarośnięte aleje parkowe, gigantyczne okazy drzew, gęste zarośla. 

W Świerżach znajduje się zabytkowy park z przełomu XVIII i XIX w. zajmujący powierzchnię ok. 10 ha. Obejmuje pozostałości zespołu pałacowo-parkowego,założonego przez ówczesnego właściciela wsi – Rulikowskiego. Pałac podczas II wojny światowej został zniszczony, zachowały się tylko domy ogrodnika i dozorcy, fragment muru oraz budynek gospodarczy.

Park uznawany jest za jeden z najpiękniejszych w regionie. W 1992 roku został wpisany do rejestru zabytków województwa lubelskiego. Znajduje się tu największe na terenie powiatu chełmskiego skupisko pomnikowych drzew. Rośnie tu siedem dębów szypułkowych o obwodach pni od 320 do 420 cm oraz jesion wyniosły o obwodzie 280 cm. W parku występują też rzadkie gatunki drzew: iglicznia trójcierniowa i tulipanowiec amerykański. Uroku staremu parkowi dodaje piękna aleja grabowa oraz aleja kasztanowa. Wśród drzew znajdują się dwie sadzawki i mały ciek wodny z murowanym mostkiem. Naturalną granicę parku od wschodu stanowi malownicze zakole Bugu [źródło: roztocze-bug.pl].

Park się kończy się i wyjeżdżam w okolicy kościoła. Za chwilę znów jestem na drodze powiatowej. Stąd mogę już spokojnie wracać do auta, bo plan wykonałem. Ruszam więc dobrym tempem w kierunku Uhruska.

Po drodze czeka mnie jeszcze jedna atrakcja. W Hniszowie skręcam na chwilę do wsi, bo posiedzieć w cieniu dębu. Nie byle jakiego. Dąb Bolko, bo o nim mowa, według legend pamięta czasy Bolesława Chrobrego, który podobno również odpoczywał w jego cieniu. Nie mogę sobie odmówić chwili oddechu w takim towarzystwie.

Dąb Bolko – ok. 650-letni dąb szypułkowy, pomnik przyrody chroniony od 1959 roku, rosnący w pofolwarcznym parku w miejscowości Hniszów w gminie Ruda-Huta (województwo lubelskie). Jego obwód wynosi 870 cm, co stawia go w szeregu największych dębów w Polsce, a wysokość wynosi 29 m. W celu stabilizacji drzewa wykonywane są na nim zabiegi konserwatorskie – cięcia sanitarne, a korona stabilizowana jest przez wiązania dynamiczne. Dąb Bolko ma wyjątkowo okazałą koronę o wymiarach 34x30m.

Według legendy pod drzewem wypoczywać miał Bolesław I Chrobry w trakcie wyprawy na Kijów, jednakże jest to niemożliwe, gdyż wiek dębu obliczono na około 650 lat. W 2016 roku był jednym z kandydatów na Drzewo Roku w Europie, jako jedyne drzewo z Polski [źródło: Wikipedia].

Teraz została mi już tylko ostatnia prosta – 10 kilometrów do Uhruska i pętla zostaje zamknięta. W 3 godziny przejechałem około 35 kilometrów. I jak zwykle zostało mnóstwo bezcennych wrażeń i karta pełna zdjęć 🙂

Trasa: