Tradycją stały się w tym roku jednodniowe wypady Galerników nad Bug. Nie ukrywam że inicjatorem tej tradycji stałem się ja 🙂

Na szczęście trafiłem na podatny grunt i mam doborowe towarzystwo do przemierzania nadbużańskich ścieżek. W tym roku to już kolejna wyprawa tego typu – tym razem będzie to odsłona jesienna.

Zbiórkę mamy tam gdzie zawsze. Pod Galerią. Ruszamy do miejscowości Łęgi, gdzie pojawiamy się w ciągu pół godziny. Auta wędrują na nasyp nadbużanki, Ewa odczytuje przygotowany elaborat na temat historii traktu i ruszamy w drogę. Pogoda jest doskonała. I taka też będzie cały dzień.

Na początek podziwiamy pale pierwszego z mostów.

Zdobywamy nasyp i teraz będziemy się poruszać historycznym traktem, który przez kilkadziesiąt lat zdążył trochę zdziczeć, ale nadal wznosi się wyraźnie ponad okolicznymi rozlewiskami.

Drogę przegradza nam kolejne jezioro. Tu był drugi most. Nic po nim zostało… okrążamy zbiornik wodny i za chwilę możemy kontynuować drogę nasypem po jego drugiej stronie.

Podziwiamy pnącza oplatające drzewa – czujemy się jak w dżungli 🙂

W dole widać resztki kolejnej przeprawy… Właściwie to widzę te pale po raz pierwszy, bo jeszcze nigdy nie było tu tak niskiej wody.

Wreszcie trakt kończy się i jesteśmy nad Bugiem. Słońce rozświetla jesienny krajobraz, który nabiera niezwykłych kolorów. Aparaty idą w ruch.

Widać oczywiście pale głównego mostu na Bugu. Tu była główna przeprawa na Brześć. Teraz zostało kilka smętnych świadków historii..

Teraz wyprawa rusza ponad Bugiem na śniadanie na piasku 🙂 Do plaży, gdzie zaplanowałem postój, mamy około 20 minut.

Wreszcie jest!

Wychodzi znowu słońce, które na chwilę schowało się za chmurami i teraz mamy ucztę dla oczu 🙂

Czas na posiłek 🙂

A ja zawzięcie fotografuję 🙂

Jest pięknie, ale to jednak koniec października. Wieczór szybko się zbliża, więc czas na odwrót.

Jeszcze wspólne foto:

I w drogę. Podziwiamy leniwie płynącą jesienną rzekę.

Dzielni pogranicznicy czuwają nad nami 🙂

A my zmierzamy przez nadbużańskie łąki z powrotem do wsi.

Jesień…

Piękne jesienne słońce wygania mnie na krótki wyjazd nad Bug. Trafiam do dawno nie odwiedzanego Pratulina. Ciepłe barwy, długie cienie i rzeka – to zestaw gwarantujący udane fotografie.

Zaglądam do zagrody zaprzyjaźnionej agroturystyki, ale wszędzie pusto. Zapewne gospodarze siedzą gdzieś nad Bugiem „na rybkach”. W końcu to agroturystyka wędkarska.

Czas więc na krótki spacer nad Bug.

Kilka lat temu odwiedziłem Granne z Niezależną Grupą Plenerową. Wtedy była to romantyczna wyprawa odkrywająca nieznane. Teraz już znane, mimo to nie mogłem sobie odmówić okazji obejrzenia po raz kolejny tzw. „przeprawy napoleońskiej”. Wyłoniła się ponownie z nurtu Bugu, bo moja ulubiona rzeka z racji braku opadów znowu osiągnęła stany graniczące z wyschnięciem. A więc czas na zdjęcia.

W pewien lipcowy dzień postanawiam objechać znane i lubiane miejsca. Jest to w sumie inicjatywa wspólna z zaprzyjaźnionym Fotoklubem Siedleckim. Zaczynamy od Drohiczyna i obowiązkowej wizyty na Górze Zamkowej. Tu oczywiście po raz kolejny podziwiam tyle razy już widzianą klasyczną panoramę Bugu.

Nie mogę też sobie odmówić zajrzenia pod Klasztor Benedyktynek. Klasztor stoi na wzgórzu z dla od centrum miasteczka i niezmiennie mnie zachwyca piękną, widoczną z dala fasadą.

Kartka na drzwiach zachęca, by zajrzeć do środka 🙂

A w dali widoczna jest siedziba diecezji.

Teraz ruszamy do Wirowa. Są tem tajemnicze, zarośnięte schody, które prowadzą do Bugu.

Zaglądamy jeszcze nad rzekę. Zerkam przy okazji na oryginalny budynek obok placu, gdzie zaparkowałem.

Jest tu też Dom Pomocy Społecznej przeznaczony dla osób dorosłych niepełnosprawnych intelektualnie. Jego pacjenci właśnie wyszli na spacer. Odgłosy są trochę… przygnębiające, więc długo tu nie zabawię.

Ruszamy w kierunku mostu w Tonkielach, przecinam główną drogę i czas zajrzeć na „skarpę skarp”, jak ją kiedyś nazwałem 🙂

Droga wiedzie wśród świeżo skoszonego zboża, a skarpa znajduje się około jednego kilometra za mostem

Krótki spacerek nad rzekę i stwierdzam, że nic się nie zmieniło, poza tym, że woda w Bugu jest niska i przez to nie wygląda z góry tak groźnie , jak go tu ostatnio widziałem.

Czas na Drażniew. Tu ciągnie mnie zawsze, gdy jestem w okolicy. Toczna (czy też Kałuża – sam już nie wiem) wije się wśród łąk i piaszczystych wydm. Nieskazitelnie czysta woda, dno pokryte piaskiem – jak zawsze zachęcają na krótki „rzeczny treking”.

Ogromne ryby uciekają mi spod stóp – czuję się jak w jakimś akwarium 🙂

A na koniec spaceru jeszcze kilka bużysk, które zawsze są fotogeniczne 🙂

Teraz czas na drogę powrotną. Po drodze zaglądamy jeszcze na dworzec kolejowy w Platerowie. To jedno z tych miejsc na wschodzie Polski, gdzie widać ten spokój i ciszę, tylko czy akurat w tym przypadku o to chodziło… Na rozkładzie jazdy jest jeden czy dwa pociągi na dobę…

Niestety – z przyczyn obiektywnych – nie dane mi było uczestniczyć w landartoym wernisażu. Wspólnie z córkami postanowiliśmy więc zorganizować własny. Kilka dni później.

Dojeżdżamy do Buczyc późnym popołudniem. Nisko położone słońce daje długie cienie, a kolory przybierają piękne odcienie.

Ruszamy znaną mi już ścieżką, ale tym razem towarzyszą nam gotowe już dzieła.

Na pierwszy ogień idzie „ogród zabaw”. Tak nazwał swoją kompozycję artysta. No to się bawimy 🙂

Ale w oddali czai się jakiś dwóch osobników. Wygląda że dyskutują, ale zdaje się, że była to gorąca dyskusja, bo jeden spłonął 🙂

Docieramy nad Bug. Idealna tafla wody odbija wszystko jak lustro. Pogoda pejzażowa jak marzenie.

Bierzemy się za fotografowanie namiotu, gdzie podobo serwują herbatkę 🙂

Tu obok czujnie obserwuje nas w budowli ze skrzynek pani w fartuchu. Spokojnie, pani też się doczeka wizyty.

Ruszamy w drugą stronę, mijając jeszcze raz namiot i kolejne tajemnicze konstrukcje.

I oto jest „drzewo gorejące”. Jakkolwiek nie widać, by świeciło 🙂 No ale do zachodu słońca zostało jeszcze z pół godziny.

Ruszamy więc więc ścieżką „samotnych drzew” w kierunku kolejnej konstrukcji, która na oko wygląda jak plac zabaw. „Nie w moim ogródku” zwie się to dzieło i nie do końca wiem co autor miał na myśli 🙂

Kolejne samotne drzewo. Obsesja?

A my kroczymy przez Buczyce Road…

Słońce w końcu zachodzi… a Ci dwaj na łące dalej walczą 🙂

Zostało nam jeszcze zakręcić kołowrotkiem. Nie takim jak w Śpiącej Królewnie, ale nieco większym.

Po kilku rundkach robi się na tyle ciemno, że zarządzamy odwrót na kolację 🙂