Jesienny rajd nadbużański

Jakiś czas temu moje ścieżki skrzyżowały się z sympatycznymi ludźmi z koła TKKF. Organizują oni szereg imprez związanych z różnymi formami aktywności fizycznej, a jedną z nich są rajdy piesze i rowerowe. Taka w właśnie impreza pojawiła się w kalendarzu już dość dawno, a że miała się odbyć nad Bugiem, mój udział w niej był oczywisty 🙂

Jako że dałem się poznać Marcie i Markowi jako miłośnik Bugu, zostałem przez nich poproszony o propozycję trasy, co też z przyjemnością uczyniłem. 

Start imprezy zaplanowano w okolicy promu z Gnojna do Niemirowa. Okolicę znam dość dobrze z racji wcześniejszych wyjazdów do Strefy 51 😉 A bardziej ludzkim językiem mówiąc – na tereny Landartów. Moje obawy budził trochę wyższy ostatnio stan Bugu i tygodniowe opady deszczu przed imprezą. Jak się okazało – całkiem słusznie 🙂

Październikowa sobota wbrew prognozom przywitała mnie całkowitym zachmurzeniem. Na szczęście z każdą chwilą robiło się coraz jaśniej i gdy koło dziesiątej pojawiłem się w Gnojnie, pogoda była już całkiem znośna. Na miejscu jest już sporo osób, wkrótce dojeżdżają też rowerzyści. Jest też grupa z pieskami, bo dla nich przewidziano osobną kategorię 🙂

Krótkie przywitanie ze znajomymi, bo po kilku wspólnych wypadach mogę już tak mówić o uczestnikach imprez TKKF i szykujemy się do wymarszu. Dostaję zaszczytną rolę przewodnika całkiem sporego tłumu około dwudziestu osób 🙂 

Trasę znam, więc na pewniaka zagłębiamy się w las. Za chwilę jesteśmy w punkcie, gdzie zaczyna się zielona granica. Tu czeka nas atrakcja w osobach dwóch pograniczników, którzy budzą wielkie emocje – szczególnie w uczestniczkach rajdu 🙂 Chwilkę rozmawiamy i ruszamy dalej w drogę.

Kolejna atrakcja na szlaku to zagubione w lesie bużysko. Oprócz mnie jest też kilka pań fotografów i widzę, że miejsca rozbudzają w nich twórczy zapał. Trudno je oderwać od nadbużańskich krajobrazów 🙂 

Droga… jest nieco błotnista. A nawet mocno. Szczególnie daje się to we znaki rowerzystom. Jechałem tędy w czasie suszy – teraz warunki są diametralnie różne. Dzielni rowerzyści co jakiś czas wpadają w wielkie kałuże, koła ślizgają się po gliniastej drodze, ale grupa posuwa się naprzód.

Docieramy na łąkę. Pieski ruszają w pogoń za sarną, a my za żyrafą 🙂 Oczywiście tą drewnianą, która pozostała po Landarcie. Docieramy znowu do Bugu. Na żyrafie siedzi pan z aparatem fotograficznym i uwiecznia naszą grupę z góry.

Teraz czeka nas przeprawa. Część rowerzystów po dotychczasowych przeżyciach decyduje się skręcić do wsi, a my ruszamy na ułożony z kamieni mostek ponad odnogą Bugu. Kilka chwil i jesteśmy po drugiej stronie. Tego miejsca trochę się obawiałem, ale na szczęście poszło bez problemów. Jeszcze tylko na szybko opowieść o źródełku wciągającym całe krowy i ruszamy dalej wzdłuż Bugu.

Idziemy wzdłuż kolejnych landartowych dzieł, a ja snuję dziwne opowieści, popuszczając wodze fantazji i tworząc różne alternatywne historie na temat spotykanych eksponatów 🙂 Słuchacze wdzięcznie słuchają 🙂

Mijamy ostatnie rzeźby i zagłębiamy się w las. Tu, jak pamiętam, droga wiodła w obniżenie terenu, za którym zaczynał się kolejny Landart. Po przejściu około 500 metrów droga faktycznie skręca, ale jest… zalana. Na przeprawę nie ma chętnych 🙂 Wąską ścieżką przez krzaki docieramy do głównej drogi do wsi, by po jakimś czasie skręcić znowu w boczną dróżkę. Ta niestety kończy się na podmokłej łące. Za łąką z kolei jest rów i bagienny las. Chyba mamy dość przygód bo zarządzamy odwrót 🙂 Widać już wieś Bubel, ale oddziela nas od niej podmokły teren. Na szczęście dość sprawnie pokonujemy kolejny rów a potem błotnistą drogą docieramy do cywilizacji 🙂

Teraz jeszcze zostaje tylko dotrzeć do punktu startu i domknięcie pętli. Idziemy dziarsko przez wieś, korzystam z okazji i fotografuję przydrożne historie, których w tej nieco zapomnianej wiosce nie brakuje. Moją uwagę przykuwają namalowane na przydrożnych drzewach numery… Raz, że brzydko to wygląda i odbiera im urok, a po drugie źle mi się kojarzy – ze skazaniem tych drzew na piły… Wyjaśnianie tego zjawiska trwa…

Jeszcze trochę kilometrów i wracam do punktu wyjścia. Tu organizatorzy przygotowali mały piknik. Są kiełbaski z grilla, a nawet znalezione po drodze rydze smażą się na ogniu. 

Około czternastej zbieram się w drogę powrotną i jadąc przez tereny ostatniego Landartu, stwierdzam, że pomysł wyjścia ze sztuką na dość uczęszczaną drogę był chyba zły – większość ekspozycji albo zniknęła, albo została zniszczona… Gdzieś w głowie kołacze mi przysłowie o rzucaniu pereł przed wieprze 😉

Historie przydrożne

Mapa

Nadbużańskie pejzaże – odsłona wrześniowa

Wakacje minęły nie wiadomo kiedy. Tegoroczne stały pod znakiem oczekiwania na w miarę pogodne weekendy, bo planów było całkiem sporo. Z realizacją niestety trochę gorzej. Narzekać jednak nie będę. Cierpliwie czekałem i oto nadeszła moja wrześniowa słoneczna sobota. Od rana pogoda jak marzenie – cieplutko, bezchmurnie, więc robię szybkie przygotowania: zakupy, pakowanie roweru i w drogę. 

Jeszcze tylko chwila wahania, czy pojechać na zaległą trasę koło Janowa, czy na kolejny odległy odcinek za Włodawą. Oczywiście wybieram Zbereże. Tam właśnie skończyłem swoją ostatnią trasę, więc w naturalny sposób wypadało ją kontynuować. Trochę ponad godzina jazdy i już jestem za Włodawą. Teraz zagłębiam się w lasy sobiborskie. Przy drogach mnóstwo samochodów – jest wysyp grzybów, więc kto żyw, jedzie do lasu. Mijam znajome już charakterystyczne punkty i miejscowości i w końcu docieram do Zbereża. Parkuję auto tuż za punktem dla rowerzystów, rozpakowuję i się w drogę 🙂 

Droga tysiąca zakrętów – tak chyba będzie nazywał się ten odcinek. Bug wyjątkowo mocno tutaj meandruje, sama droga natomiast jest w miarę oczywista i przejezdna.

Zaczynam od miejsca, gdzie w wakacje przez tydzień był most pontonowy dla turystów. Teraz cicho tu i spokojnie. Ruszam wzdłuż rzeki i dość szybko dojeżdżam do pierwszej dziś atrakcji – pięknej nadbużańskiej skarpy w Zbereżu.

Jak to Bug – zakręca w tym miejscu o 180 stopni, odbijając się od wysokiego, piaszczystego zbocza. Naprzeciw oczywiście jest plaża. Stoję chwilę, by nacieszyć się widokiem.

Ruszam dalej w dół. Stromy zjazd szybko się kończy i od tej chwili będę już jechał dolinami.

Przy kolejnym zakolu próbuję odnaleźć ścieżkę wiodąca na cypelek. Z mapy wynikało, że na końcu będzie plaża. Przebijam się przez krzaki ledwo widocznym śladem, by na końcu stwierdzić, że plaża zarosła i widoków nie będzie…

Wracam na główną drogę i ruszam dalej wzdłuż rzeki.

Jedzie się dobrze – do momentu, gdy droga schodzi w dół nad rzekę i przekracza niewielkie obniżenie. Właściwie to już nie droga, a ścieżka. Zsiadam z roweru i ciągnę go parędziesiąt metrów wąską ścieżką tuż nad wodą. Jest coraz gorzej, gęsta trawa, zarośla i wreszcie ślad całkiem znika w gąszczu. Nie ma rady – będzie odwrót. Zaglądam do przygotowanej wcześniej mapy – no tak – tu miałem mieć objazd 🙂 Trzeba było zajrzeć przed wbiciem się w krzaki 🙂 Wracam tą samą drogą, przy okazji trochę podrapany…

Na kolejne zakole nie prowadzi żadna ścieżka, więc pozostaje pojechać na wprost widoczną drogą. Pojęcie „droga” jest tu zresztą umowne – czasem jest to ślad po jakiejś terenówce pograniczników lub quadzie. Zawsze jest szansa, że gdzieś prowadzi 🙂

Dalej jednak jedzie się już znośnie. Droga raz gorsza, raz lepsza – ale jest. Pogoda dopisuje, widoki też. Ciągłe zakręty powodują, że rzekę mam oświetloną z wszystkich możliwych stron i te same fragmenty mogę fotografować w ciągle zmieniającym się świetle.

Jest kolejne zakole i wyraźna dróżka na jego koniec. Ruszam więc jak zwykle ku przygodzie. Najpierw znajduję jakieś stare rozpadające się ule. Zastanawiam się, czy są zamieszkałe i czy zaraz nie wkurzę ich mieszkańców niezapowiedzianą wizytą 😉

Dalej droga skręca i znika w gąszczu. Jakoś nie mam ochoty walczyć z krzakami i zawracam.

Teraz jedzie się bardzo przyjemnie odkrytym terenem, ponad samą rzeką. Pojawia się jakaś odnoga Bugu, która wygląda na lekko ucywilizowaną. Oddziela ją od rzeki wał ziemny. Wyczuwam w tym rękę Straży Granicznej 🙂

Kilkaset metrów dalej stoi… wychodek. W kolorach maskujących. Tajemnica jego nagłego pojawienia wyjaśni się po kilku dniach, gdy rozpozna go na zdjęciu jego właściciel z Bagien u Mańka 😉

Po około kilometrze docieram do tablicy informacyjnej szlaku kajakowego. Tuż za nią drogę przegradza mi głęboki rów. Bardzo głęboki i bardzo stromy. Przeprawa przez niego to dwie ułożone około metr od siebie rury. Nie widzę szans przejścia z rowerem – ani górą, ani dołem. Będzie kolejny odwrót. Tym razem zaglądam do mapy, co utwierdza mnie w przekonaniu, że dalej wpakowałbym się w teren nie nadający się do jazdy.

Przedzieram się przez łąkę, mając nadzieję, że skoro ktoś kosił tu trawę, to jakoś musiał dojechać 🙂 Na szczęście dokładnie tak było, wiec klucząc chwilę pomiędzy rozlewiskami trafiam na… wał przeciwpowodziowy. Chyba 🙂 Nie widzę innego powodu, by podwyższona, idealnie równa dróżka się tu znalazła. Jadąc nią, omijam gęste zarośla, wśród których czasem mignie jakieś oczko wodne. Dzicz taka, że palca nie wetkniesz 🙂 Po około kilometrze docieram do lasku, a mijając go, znajduję zjazd na łąkę w stronę rzeki. Oczywiście skręcam 🙂

Niestety, ominąłem przy okazji kolejne dwa zakola, ale chyba nie było szansy, by tam zajrzeć, będąc na rowerze.

Droga obniża się mocno, jest pełna kolein wypełnionych wodą, mijam sporo małych jeziorek i starych odnóg Bugu, by wreszcie znowu znaleźć się na rzeką.

Na kolejne zakola też nie ma dojazdu, więc „ścinam” je, trzymając się ledwo widocznych ścieżek. 

Na jednym z zakrętów, próbując różnych wariantów dojazdu do rzeki, stwierdzam, że jadę w przeciwna stronę niż zamierzałem 🙂 Ciągłe zmiany kierunku Bugu powodują małe zamieszanie w orientacji przestrzennej. Na chwilę 🙂

Znowu muszę oddalić się od rzeki, bo drogę przegradza mi odnoga rzeki. Jadąc wzdłuż niej, trafiam na umocniony nasyp, który pełni rolę przeprawy, ale też tamy, bo woda z prawej strony jest mocno spiętrzona. Z mapy wynika, że jest to tzw. Pompka w Woli Uhruskiej.

Przejeżdżam oczywiście na drugą stronę, by być bliżej rzeki. Tu zastaję … zawody wędkarskie. Chyba nawet całkiem spore, bo mijam dziesiątki aut i tłumy wędkarzy. Trochę zdziwieni są, że komuś chce się przeciskać przez tutejsze wertepy rowerem. Mijam stolik sędziowski z pucharami i docieram do końca twardej drogi.

Znowu zjazd w dół i po kilkuset metrach droga się kończy. Wracam więc w okolice słupka i zaczynam oddalać się od rzeki. Na szczęście niedaleko kolejna ścieżka ciągnie znowu nad Bug. Tu ponownie nagły zwrot rzeki powoduje, że jadę pod prąd.

Zawracam i po ujechaniu kilkuset metrów muszę definitywnie pożegnać się z rzeką. Dalej falują podmokłe łąki.

Ostatnia prosta ciągnie się długo i jest trochę męcząca – droga jest pełna poprzecznych garbów głęboko odciśniętych w gliniastej ziemi przez traktory. Trzęsie niemożliwie, ale jako jakoś się przebijam. Jeszcze zakręt, kilkaset metrów walki i wreszcie bita droga. Wyjeżdżam na asfalt w okolicy cerkwi w Uhrusku. 

Za wsią spotykam jeszcze samotnego konia na wzgórzu. 

W Woli Uhruskiej w towarzystwie pana „piwnego” na MOR dla rowerzystów wyciągam z plecaka małe co nieco. Bo oczywiście wracam Green Velo.

A potem już tylko godzinka spokojnej jazdy do Zbereża. Tym razem, mając cały chłodniejszy niż zwykle dzień dla siebie, mogłem sobie pozwolić na spokojną jazdę. Wyszło około 41 kilometrów, czas 6 godzin i jak zwykle sporo przystanków na fotografowanie 🙂

Plan vs trasa (niebieska):

Nadbużańskie pejzaże – Sobibór-Zbereże

Początek sierpnia przyniósł wreszcie letnią aurę, a tak zbiegła się szczęśliwie z początkiem tegorocznego urlopu. Po udanej wyprawie pod Włodawę przyszedł czas na obejrzenie kolejnego odcinka Bugu w górę rzeki. 

Świtem rower wędruje do bagażnika, a ja pomny ostatniej przygody z klimatyzacją wyłączam ją, uchylam szyby i jazda do Sobiboru. Mijam dróżkę, gdzie ostatnio zakończyłem swoją trasę, skręcam w las i za chwilę parkuję w małym przysiółku składającym się z kilku domów. Tu będzie start mojej kolejnej wycieczki – zamierzam dotrzeć do Zbereża.

Kilkanaście metrów od samochodu dostrzegam dróżkę prowadzącą do rzeki i zadowolony szybko ruszam w dół. No niestety – po ujechaniu 500 metrów trafiam na ogrodzenie i droga się kończy. Ruszam w drogę powrotną i za chwilę szukam kolejnego dojścia do rzeki. Marnie to wygląda, bo wszystko wygrodzone i wygląda że cały tutejszy rejon jest w prywatnych rękach i nie ma szans dotrzeć do rzeki. Polna droga kończy się, docieram znowu do asfaltu, zaczyna się Sobibór i wreszcie jest – szeroka polna droga w stronę rzeki. Docieram do jakiegoś pałacu, okrążam go i niestety znowu droga kończy się na jakimś gospodarstwie ogrodzonym siatkami. Na szczęście gdzieś na tyłach pałacu znajduję ścieżkę przez łąkę, która w końcu wyplątuje mnie z labiryntu płotów i siatek i mam swój Bug 🙂 Trochę to trwało…

Trasa tym razem jest mało oczywista, okolica dzika i często mało przejezdna. Czasami jadę przez środek łąki, gdzie ledwo widoczny jest ślad kogoś, kto przejechał tędy dawno temu.

Wbijam się w jakąś zarośniętą ścieżkę, która wkrótce się kończy, ale za to jaki widok! Pochyłe drzewo wychyla się do połowy rzeki. Jakoś nie mam odwagi na nie wleźć 🙂 Kilka zdjęć i jadę dalej skarpą kilka metrów nad lustrem wody. Mijam efektowne zakręty, które oczywiście uwieczniam, bo wyglądają bardzo fotogenicznie 🙂

Miejsce jest tak urocze, że kilka minut stoję i podziwiam.

Jest i samotny dąb 🙂

Jadę przez łąkę i natykam się na ogromne doły i rozlewiska, które zagradzają mi drogę. Muszę je objeżdżać jakimiś zarośniętymi ścieżkami. Na szczęście od czasu do czasu trafiam znowu na swoją rzekę 🙂

Któraś z kolei ścieżka wbija się w gęste krzaki, omija wielkie doły wypełnione wodą i nagle kończy się przy słupku granicznym. A za nim… wielka piaszczysta plaża 🙂 Taka jak lubię.

Odstawiam rower i schodzę w dół. Woda niska, więc można sobie pospacerować po piasku, a przy okazji pofotografować. Po drugiej stronie rzeki na wysokiej skarpie Bugu jest Ukraina. Cicho tu i spokojnie, z dala od cywilizacji. Chwila odpoczynku i czas na odwrót. No dobra, ale gdzie jest rower? Kilka minut szukam go w dzikim gąszczu 🙂 Jest – można jechać dalej 🙂

Przez chwilę zastanawiam się, czy będę musiał wracać drogą, którą przyjechałem przed chwilą, ale na szczęście znajduję drugą odnogę ścieżki, która po paru minutach wyprowadza mnie z tej dżungli na skarpę.

Teraz jadę przez jakiś czas wysoko ponad rzeką. Droga stopniowo zamienia się łąkę i ponownie znowu znika przegrodzona zbitym gąszczem krzaków i rozlewiskiem. Oddalam się od rzeki i trafiam na wąską ścieżkę pełną podmokłych dołów prowadzącą przez środek bagna. Wokół dzika przyroda, z drzew zwisają jakieś pnącza, czuję jak okoliczna roślinność dosłownie mnie osacza 🙂 Po około kilometrze droga skręca lekko w górę i głębokim wąwozem wyprowadza mnie do sosnowego lasu 🙂 Co za ulga!

Znowu jadę skarpą, która wznosi się coraz wyżej. Droga kończy się na punkcie widokowym. Stoję wysoko nad rzeką, a widok mam podobny do dziesiątki razy odwiedzanej skarpy w Gnojnie 🙂 Jest pięknie!

Tylko las ładniejszy, bo miejsce chyba rzadko odwiedzane i nie zadeptane 🙂 

Stąd droga prowadzi przez las do nieco szerszego traktu leśnego, gdzie wypatruję pograniczników (albo oni mnie) 🙂 Stoją chwilę i odjeżdżają. 

Jest i wyspa. Ciekawe czy zamieszkała?

Potem droga wiedzie w dół i wbijam się gąszcz traw i zarośli. Lawiruję między rozlewiskami, jadę wąwozami, droga co jakiś czas gwałtownie zakręca i znowu jestem nad Bugiem 🙂

Tu czeka drogowskaz, który uświadamia mi, że przejechałem całkiem spory dystans.

Jadę kolejne kilometry  – znowu przez rozlegle łąki, by w końcu trafić na kolejną skarpę.

Znowu ładnie, znowu rzeka kręta i dzika. 

Zerkam na mapę i wygląda na to, że pomału będę kończył dzisiejszy plan. Widać już budynki Straży Granicznej, a ja zmierzam najkrótszą drogą do miejsca, gdzie spodziewam się zobaczyć budowę mostu.

W Zbereżu raz w roku otwierane jest pontonowe przejście graniczne dla turystów. Niestety – wygląda na to że mimo, że to już za 2 dni, panuje tu cisza i spokój. Na środku rzeki widać piaszczystą wyspę i zastanawiam się gdzie też będzie ten most…

Stoi tylko samotne suche drzewo…

Teraz zostaje tylko jak zwykle złapać asfalt i w około godzinę wrócić do auta. 

Trasa (czerwona linia to plan):

Słupek numer zero

Pod tym dziwnym tytułem kryje się kolejna nadbużańska przygoda z cyklu Bug Trophy 🙂 Mamy koniec lipca i nareszcie pogodę przypominającą wakacje. Temperatura skoczyła dość gwałtownie w okolice 30 stopni, więc aby przeżyć, pozostaje wyjechać wcześnie rano. Zrywam się o szóstej, rower wędruje do bagażnika i w drogę. Chwila wahania, który odcinek wybrać – Janów Podlaski, czy znacznie odleglejszy zaczynający od Różanki. Wybieram szukanie Trójstyku.

Prawie godzina jazdy i jestem w Stawkach, w miejscu, gdzie zakończyła się moja zeszłoroczna wycieczka z Kuzawki. Parkuję przy znajomym płocie i tylko małe zdziwienie, bo google twierdziło, że w tym miejscu jest wieża widokowa, a po tej ani śladu.

Sprzęt rozłożony, plecak wrzucony i jazda. W dół, w dolinę Bugu. Poranek jest piękny, żadnych chmur, temperatura rośnie. Forma ostatnio niezła, więc i tempo jazdy dobre. Mijam Różankę, docierając do wiaty. Teraz skręcam w dół, podziwiając dwa efektowne zakręty Bugu, który w tym miejscu robi „znak Zorro” 😉 Widać stąd skarpę w Różance, gdzie ulokowała się wiatka turystyczna i przystań dla kajaków. Takich przystani minę dziś jeszcze kilka.

Mijam kolejnych kilka nadbużańskich plaż, które tak lubię. Woda w Bugu niska, więc łachy piasku są bardzo rozległe, Zostawiam na nich trochę śladów dla pograniczników, ale może się nie obrażą, bo zgłosiłem im jak zwykle, gdzie się plączę. Łapię kilka panoram do swojej kolekcji.

Potem droga się trochę wspina i jadę wysoką skarpą. Przez dłuższy czas wiedzie spokojnie ponad samą rzeką. Zbliżam się do jakichś zabudowań i przez chwilę towarzyszą mi dwa pieski, ale mnie nie zaczepiają, poza tym, że odprowadzają kilkadziesiąt metrów 🙂 

Ścieżka kończy się nagle stromym zjazdem w dół i rozległym krajobrazem przede mną. Jadę oczywiście w dół, w stronę rzeki. Mijam ogrodzony kanał, którym, jak potem sprawdziłem, spływa woda z miejscowej oczyszczalni ścieków. Prosto do Bugu.. Ufam, że oczyszczalnia spełnia swoja rolę.

Teraz robię mały skrócik i omijam wielkie zakole rzeki. Dojeżdżam w okolice „na Bugu we Włodawie” – czyli wodowskazu 🙂 Tu według planu miałem wjechać do miasta, aby ominąć dzikie krzaki ze zdjęć satelitarnych. Ale… tuż za cokołem mostu jest ścieżka w stronę rzeki 🙂 Wybór jest oczywisty. Po kilkuset metrach ścieżka kończy się, bo przegradza ją rzeczka Włodawka. Mostu nie widać, za to widać, że z drugiej strony ścieżka biegnie dalej. No to będzie przeprawa 🙂 Woda jest idealnie przezroczysta i w dodatku jest jej po kolana, więc wystarczy kilka minut i mogę kontynuować trasę 🙂 Bardzo efektownie wygląda styk obu rzek – Bug wygląda przy Włodawce jak mętne capuccino 😉

Ruszam dalej, mijając Orchówek. Tu jedzie się przez rozległe łąki, ładnymi polnymi dróżkami, ale to wkrótce się skończy. Zagłębiam się w lasy, walczę z piaszczystymi drogami. W dodatku okazuje się, że w większości jadę czerwonym szlakiem nadbużańskim. Bardzo efektownie został on tutaj poprowadzony niemal nad samą rzeką. 

Wpadam na małą polankę, gdzie rzuca mi się w oczy cokół starego mostu kolejowego. Dużo tych przepraw na Bugu po wojnie nie odbudowano… Zostały tylko pale w rzece.

Dobrze mi się jedzie, więc ruszam dalej na leśne ścieżki.  Po lewej stronie cały czas prześwituje między drzewami Bug. 

Wpadam na kolejną polankę. Stoi tu jakaś tajemnicza murowana rotunda i no wiatka dla turystów. W dole ułożony jest podjazd dla kajakrzy, których kilku akurat dopłynęło i robią sobie przerwę w spływie. Zawartość wiatki… lepiej omijać z daleka. Panuje w niej totalny bałagan spowodowany ilością nagromadzanego wszelkiego śmiecia. Bug rajem dla turysty 😉 Miejsce jest opisane jak Trójstyk, ale nie jest to ten właściwy punkt. Odnajduje go kilkaset metrów dalej, ruszając wąską leśną ścieżką ponad rzeką. 

Stoi tu tytułowy słupek numer zero. W przeciwieństwo do swoich plastikowych braci, ten jest marmurowy, ma grawerowany napis i godło, a teren wokół wyłożony jest kostką. Z drugiej strony widać odnowiony tzw. kanał Mościckiego, gdzie po jednej stronie znajduje się Białoruś, a z drugiej Ukraina. Widać sporo zasieków, płotów, pasy wyoranej ziemi.  A niedawno było to jedno państwo…

Został mi ostatnia prosta. Wkrótce wyjeżdżam z lasu i dalej już nie mogę jechać ponad rzeką, bo teren jest ogrodzony, w dodatku wiszą tabliczki, że płot jest pod napięciem… Przecinam łąkę, dojeżdżam do lasu, którym po około dwóch kilometrach docieram do drogi odwrotu. Po drodze mijam jeszcze sporo leśnych chatek i dacz. 

Teraz zostaje wrócić do auta. Dzieli mnie od niego około 20 kilometrów, które przemierzam w całkiem dobrym czasie i w pięknych okolicznościach przyrody 🙂

Jest moc 😉

Wracając odkrywam brakującą wieżę – stoi 500 metrów wcześniej przy remizie 🙂

Nie ufajcie mapom google 😉

Zrobiłem 43 kilometry w około 5 godzin 🙂 Trasa:

 

 

Landart Festiwal 2017

Artyści kochają Bug 🙂 Tak bardzo, że po raz trzeci przyjechali ze swoim Landartem nad tę piękną i dziką rzekę. Tym razem obrali sobie za cel drogę prowadzącą z Janowa do Bubla. Zresztą motywem przewodnim tegorocznych twórczych poszukiwań była właśnie „droga”.

Jak zwykle twórcy rozpoczęli swoją pracę dwa tygodnie wcześniej. Nie udało mi się co prawda zrobić rekonesansu przed ostateczną prezentacją prac, ale samego wernisażu nie zamierzałem odpuścić, choćby pogoda kompletnie nie dopisała.

Sobota, godzina czternasta. Tak jak od kilku ostatnich dni, jest zimno, leje, wieje, na niebie kłęby dzikich chmur. Wyglądają nawet artystycznie 🙂 Wrzucam aparat, kurtkę, pelerynę, ciepłe ciuchy i ruszam. Ilość ubrań przeciwdeszczowych sprawia, że następuje cud 🙂 Kilka kilometrów i nagle jadę suchą drogą. Kolejne kilometry – robi się słonecznie i ciepło… W Janowie jest już lato 🙂 

Szybko docieram na skrzyżowanie, gdzie ma się rozpocząć wernisaż. Tu już zastaję spory tłumek – i tyleż aut. Parkuję gdzieś na uboczu, zrzucam z siebie ochotą kurtkę i w całkiem letnim stroju dołączam do głównej grupy.

Ruszamy w stronę Janowa, gdzie szef imprezy, czyli niestrudzony Jarek Koziara, prowadzi całą grupę i opowiada w swoim specyficznym stylu o kolejnych dziełach. „To dzieło przedstawia dokładnie to o czym myślicie” 😉

Tłum jest całkiem spory i jak to artyści – kompletnie nie poddający się kontroli – każdy kroczy własną drogą 🙂 Organizatorzy próbują jakoś uformować kolumnę, ale widzowie mają swój charakter i nie poddają się ani instrukcjom policji ani kierującym ruchem. Jedni i drudzy w końcu rezygnują z walki 🙂

Jest trochę znajomych i to nie tylko wśród widzów. Jednym z autorów prezentacji na trasie jest gość naszych fotoklubowych Warsztatów – Roman Krawczenko.

O samych dziełach trudno coś napisać, trzeba je po prostu zobaczyć i zinterpretować po swojemu… Są różne, jak różni są ich autorzy i ich wizje drogi.

Stopa…

Dokąd zmierzasz żyrandolu?

Drugie życie pekaesu…

Długo nie można było odpędzić widzów od karawanu…

A niebo było całkiem blisko…

Przejście calej trasy zajmuje pond dwie godziny, a pokonany dystans to prawie 4 kilometry. Taka specyfika Landartu 🙂

Zapraszam do zobaczenia tego, co udało mi się uchwycić moim aparatem.