Czerwiec w tym roku jest wyjątkowo słoneczny i ciepły, więc postanawiam kontynuować zwiedzanie nadbużańskich zakątków z pokładu roweru. Wybór pada na dość odległy odcinek rzeki, zaczynający się w Tonkielach. Trasa narysowana, wrzucam ślad do telefonu i w drogę. Szukam skrótów, aby jak najszybciej dojechać do celu, w efekcie zwiedzam jakieś tajemnicze i zapomniane zakątki. Odkrywam przy okazji kilka znajomo wyglądających miejsc, które oglądałem w Google Street View, planując tegoroczne wyprawy.

Wreszcie po około 70 kilometrach jazdy widzę znajomy most. Zjeżdżam szybko na dół, auto zostawiam w cieniu i przesiadam się na rower.

Witaj przygodo. Ruszam przez most, a tuż za nim skręcam w drogę wiodącą wzdłuż rzeki. Bardzo szybko przekonuję się, że tu się jeździ zupełnie inaczej niż na granicznym odcinku. Mijam kolejne wsie, kilometry lecą, a do Bugu nie zbliżam się nawet na chwilę. Najpierw mijam mały przysiółek, przejeżdżam przez nieduży lasek i wkrótce droga wpada do wsi Chutkowice, gdzie zaczyna się znowu asfalt.

Jadę więc dalej. Przede mną kolejna wieś Putkowice, a rzeki nie widać. Znowu skręcam w jakąś polną dróżkę, ale ta również za chwilę wraca na asfaltowy trakt. No nic, ciągniemy dalej. Teraz będzie długa prosta, a na niej kilka podjazdów. Sprawdzam dystans – już 18 kilometrów. Dziwnie dużo, ale nie ma czasu się zastanawiać. Mijam kolejną wieś Arbasy.

Natrafiam na kolejny zjazd, ale okazuje się, że kończy się on na rozlewisku, za którym pracują na polu traktory. Z map wynikałoło, że mam małe szanse przebić się dalej, więc odpuszczam przeprawę i ruszam dalej asfaltem w kierunku kolejnej wsi Osnówka.

Nareszcie na chwilę ukazuje mi się Bug – ale tylko na chwilę.

Za Osnówką natrafiam na znajome miejsce – Granne. Tu dwa lata temu fotografowałem przeprawę, która odsłoniła się w wyniku dramatycznie niskiego stanu wody w Bugu. Teraz wszystko jest pod wodą. Jadę dalej.

W kolejnej wsi Kruzy odkrywam oznaczenia jakiegoś szlaku rowerowego. Skręcam więc ochoczo z asfaltu w szeroką polną drogę. Okazuje się, że jest tu ukrytych w lesie mnóstwo letnich rezydencji. Całkiem fajna okolica. Tylko droga robi się mocno piaszczysta i jedzie się ciężko. W kolejnej wsi Leśniki jest jeszcze gorzej. Od czasu do czasu napotykam jakieś pojedyncze zabudowania. Istny koniec świata. A Bugu nie widać 🙂  Kilometrów coraz więcej… do planowanego nawrotu w Nurze jeszcze daleko i coraz bardziej zaczynam się zastanawiać co poszło nie tak. Jednak nie odpuszczam i przebijam się przez kolejne lasy i zagajniki. Wyjeżdżam na szutrówkę, która wyprowadza mnie do wsi Kobyle. Tu znowu zagłębiam się w polne drogi. Wyjeżdżam w kolejnej wsi Wojtkowice. Nareszcie widzę Bug 🙂 Ale tylko na chwilę. Podziwiam rzekę z wysokiej skarpy i jadę dalej.

Znowu czekają mnie leśne, piaszczyste drogi. Kolejna wioska. Wojtkowice-Dady. A w zasadzie kilka domów. Na końcu wsi kościółek. Kilka zdjęć, rzut oka na mapę i czas na poszukiwania brodu.

Kilka razy oglądałem Google Maps i ze zdjęć wynikało, że gdzieś tu można przeprawić się przez Nur. Bo mostów w okolicy nie ma. Pierwsza próba jest niestety nieudana. Dróżka dojazdowa kończy się ogrodzoną łąką, w dali widać tylko nadrzeczne zarośla. Wracam na asfalt i dojeżdżam do kolejnej wsi – Wojtkowice Stare. Na końcu wsi odkrywam szeroką polną drogę w kierunku rzeki. Mijam nieduży lasek, potem droga opada i po kiluset metrach jazdy przez łąkę jestem nad Nurem 🙂 Jest bród! Droga wpada prosto do rzeki, woda ledwo po kolana.

Robię zasłużony biwak i wyciągam nawigację. 32 kilometry. Do nawrotu nadal daleko. A przecież cała trasa miała mieć 50 kilometrów. Czas też dziwnie się skurczył. Chwilę wpatruję się w ślad i odkrywam – cała trasa ma 92 kilometry! I olśnienie – narysowałem swoją trasę w milach 😀

W takiej sytuacji zostaje zrobić pamiątkową sesję nad Nurem i podejmuję decyzję o odwrocie. Rzeka jest piękna, czysta i przyjemnie chłodzi stopy po tylu kilometrach 🙂

Mały posiłek, trochę wody i teraz już cały czas asfaltową drogą docieram do mostu w Tonkielach.

Po drodze jeszcze kościół w Grannem.

I przydrożne klimaty.

Cała trasa to 64 kilometry. Nie powiem – poczułem 🙂 Ale kawałek świata, który zobaczyłem, był tego wart 🙂

Ciepły majowy dzień mobilizuje nas na rodzinny wypad w jakąś spokojną okolicę. Całkiem blisko jest oczywiście rezerwat Trojan. 

Mijamy jezioro, wokół którego rozbiło się mnóstwo biwakujących wędkarzy, bo to w końcu majowy weekend. Kilka ujęć i uciekamy w bardziej spokojne rejony.

Są i dęby. Wyglądają jak powtykane w tort świeczki 🙂 Stoją pojedynczo lub parami, w sporych odległościach. Łąka pachnie wiosnę, liście mają swój najładniejszy wiosenny odcień, jeszcze nie zakurzony ani nie spalony słońcem.

 Półgodzinny piknik pod dębem kończy się wcześniej niż planowaliśmy, bo meszki gryzą niemiłosiernie 🙂

Robimy jeszcze spacerek ponad Bugiem. Tu niestety też oganiamy się od chmary gryzących owadów. Ale i tak wycieczkę uznajemy za udaną 🙂

 

Pomału kończą się graniczne odcinki Bugu, których jeszcze nie fotografowalem, więc zacząłem zerkać na jego górny bieg, gdzie dostępne są oba brzegi, a moja ulubiona rzeka nie jest już rzeką graniczną. Począwszy od Niemirowa Bug wpływa na teren Polski. 

Na początek postanawiam zrobić mały rekonesans w okolicy mostu we Fronołowie. Dość późnym popołudniem ruszam w drogę i po 30 minutach jestem na miejscu. Rower złożony, butelka wody do plecaka i ruszam.

Na moście znowu trwa jakiś remont – tym razem chyba chodzi o wymianę mocowań szyn kolejowych. Ponadto prowadzone są jakieś tajemnicze prace na cokołach podpór mostu. Może montują tam kolejkę górską? 🙂 Albo podesty do base jumpingu…

Parę minut i jestem po drugiej stronie Bugu. Przyzwyczajony do ścieżek pograniczników z granicznego odcinka, ruszam ledwo widocznym śladem wzdłuż rzeki. Udaje się przejechać pewnie ze 200 metrów. I koniec.  Krzaki, gąszcz, koniec przygody. No tak, tu się jeździ zupełnie inaczej 🙂

Wycofuję się do mostu, jadę chwilę wzdłuż nasypu i za chwilę jest wąska dróżka do wsi Maćkowicze. Tu wpadam na drogę do Mielnika. Nie ma innej możliwości… jadę szeroką asfaltówką, wypatrując jakichkolwiek dojazdów do rzeki. Pierwszy napotkany kończy się tabliczkami „teren prywatny”, ale na szczęście jest też ścieżka, która kończy się efektowną wierzbą.

Samotny wędkarz „moczy kija”. A obok do Bugu wpada nieduża rzeczka Moszczanka. Miejsce jest pełne uroku, ale dalej jazdy nie będzie.

Nawrót i znowu wpadam na asfalt.

Chwilę jadę nad samą rzeką, którą odgradza ode mnie tylko barierka. Zbliżam się do  kolejnej wsi – Osłowa. Tam znajduję zjazd, który w pewnym momencie skręca nad rzekę. Jest nadzieja 🙂 Rzeki jednak nie widać, odkrywam za to ogromne rozlewiska Bugu. Widać jeszcze ślady po niedawnej dużej wodzie. Dziś miejsce wygląda trochę jak błotniste bagno, ale trzeba tu będzie wrócić, gdy wodna roślinność opanuje to miejsce. Na razie jednak kręcę kolejne kilometry, odkrywając przy okazji oznaczenia czerwonego szlaku rowerowego. 

Dojeżdżam do miejsca, gdzie według mapy po mojej stronie Bugu powinien być rezerwat Trojan i zakręt zwany Kolanem. Skręcam więc w pierwszą napotkaną ścieżkę w kierunku rzeki. Zaczynają się pojawiać ludzie i samochody i to w dużych ilościach. Jest w końcu Pierwszy Maja, naród świętuję… Wszędzie czuć zapach grilla 🙂

Mijam ostatnich wędkarzy i zaczynam się przedzierać wąską ścieżką tuż nad brzegiem rzeki. Zaczynają mnie gryźć komary i meszki, a ścieżka w końcu znika. Nie ma rady, trzeba się wycofać. Zabrakło może ze 100 metrów.

Wracam więc tą samą drogę i ruszam ponad rzeką w kierunku widocznego już Mielnika.

Docieram tam dość szybko. Przejeżdżam wzdłuż wsi „dołem”, czując, że grunt jest ciągle miękki  i niedawno moja ścieżka była pod wodą.

Mijam mielnicki stadion, jedyny w swoim rodzaju i na końcu osady wyjeżdżam na główną drogę. W planach miałem zajechać trochę dalej, ale jest dość późno, a czeka mnie jeszcze powrót. Ruszam więc przez Mielnik, wypatrując sklepu, gdzie można kupić oranżadę 😉 Wszystko nieczynne, no tak – Pierwszy Maja.

Zaglądam w boczną uliczkę by spojrzeć na kopalnię kredy, potem jeszcze szybko na Górę Zamkową i teraz długa prosta do mostu.

Zerkam na ruiny kościoła.

Przy moście jest małe zamieszanie, bo ktoś puścił plotkę, że z drugiej strony „strażnicy mostu łapią” 🙂 Grupka nieśmiało sunie pomostem, by na koniec stwierdzić, że to motocyklista w żółtej kamizelce przyjechał popatrzeć na most 🙂

Rower na pakę i czas do domu 🙂

Już od kilku lat realizuję pomysł obejrzenia jak największej ilości nadbużańskich zakątków, więc tylko czekałem na pierwszą okazję, by zapuścić się w rejony dotąd niezbadane. 

Woda w Bugu jeszcze wysoka, zieleni jak na lekarstwo, ale ciepłe niedzielne popołudnie natychmiast podrywa mnie z miejsca. Jakiś czas temu podziwiałem na zdjęciach satelitarnych ogromne rozlewiska Bugu w okolicach Drażniewa. Wodowskazy sugerują, że właśnie przechodzi tegoroczna kulminacja, więc jest szansa popatrzeć na dużą wodę.

Godzinka jazdy i jestem w Drażniewie. Przebijam się przez las w okolice znajomego bużyska i już mogę podziwiać swój ulubiony pejzaż.

Woda jest owszem – wysoka, ale nie na tyle by zalać łąki. Ale drogi już tak. Już po kilkuset metrach muszę zdjąć buty i podjąć pierwsze tegoroczne wyzwanie – kontakt z wiosenną wodą 🙂

Pokonuję w sumie ze trzy rozlewiska i docieram do rzeki. Ujście Tocznej w niczym nie przypomina sielankowej letniej plaży – wody jest dużo, piasek skrywa szeroka (i pewnie głęboka) płaszczyzna wody. Światło też dziś nie sprzyja, jest jakieś mętne, liści jak na lekarstwo, więc zdjęciami nie jestem zachwycony 🙂

Wracam nieco okrężna drogą, podziwiając jakieś strażackie manewry po drugiej stronie Bugu we wsi Zajęczniki.

Docieram do auta i zerkam na zegarek. Jest zapas czasu. No to szukam skarpy. Tej, której jeszcze nie widziałem. Nawigacja pokazuje 20 minut. Mijam Drażniew i kolejne znajome wsie, które niedawno przemierzałem rowerem.

Za Korczewem wkraczam w nowe rejony. Stare, zapomniane wioski, sielski klimat, wolno płynący czas. Mijam Mogielnicę. Tu muszę wrócić na zdjęcia, bo miejscowość bardzo mi się podoba. Z mapy wynika, że zbliżam się do rzeki. Pierwsza próba odszukania skarpy nie udaje się. Przechodzę około 200 metrów i coś jest, ale do rzeki stąd daleko. W dole widać łąkę, a w oddali kościoły Drohiczyna. Nieudaną próbą rekompensują widoki 🙂

Przejeżdżam jeszcze około pół kilometra i widzę wąską ścieżkę w bok. Może tu? Prawdę mówiąc z drogi nic nie widać i nic nie zapowiada tego, co za chwilę zobaczę. Przechodzę 100 metrów i jest! 

Co tu dużo mowić. To jest skarpa skarp. Widziałem jakieś zdjęcia w sieci, ale wygladało to raczej na kawałek nasypu. A tu niespodzianka. Ogromna! 

Na oko 60 metrów pionu wpada prosto w pędzący w dole Bug. Robi to niesamowite wrażenie. I budzi respekt. Tu nie ma gdzie się zatrzymać. Zjazd w dół skończyłby się niechybnie głośnym PLUM. Skarpa rozciąga się na kilkaset metrów. Grozę budzi potężny pionowy uskok. Przechodzę najpierw w lewo,  potem w drugą stronę.

Młoda ekipa w tych pięknych okolicznościach rozpija wino, są uśmiechnięci i odpowiadają na pozdrowienie. A ja fotografuję. W dole widać zalane łąki, a sam zakręt przypomina trochę Bindugę w Gnojnie.

Trzeba tu będzie wrócić przy niskiej wodzie i zbadać teren 🙂 A na razie wracam do auta, dojeżdżam o mostu we Frankopolu i ruszam najkrótszą drogą przez Drohiczyn do domu 🙂

 

Już miała być wiosna. Tydzień wcześniej fotografowałem nadbużańskie pejzaże, brodząc w głębokim błocie, aż tu nagle przyszedł kolejny „wir polarny” i przypomniał, że połowa marca to jednak jeszcze nie wiosna. Z drugiej strony taka odmiana miała też swoją pozytywną stronę – krajobraz znowu zabielił się śniegiem, błoto zamieniło się w twarde grudy, a przede wszystkim zobaczyłem piękne, błękitne niebo. 

Oczywiście natychmiast poderwałem się do boju. Chwila namysłu – dokąd. Już wiem – nie mam Pralni w wersji zimowej. Będzie też okazja na dłuższy spacer w ramach przygotowań kondycyjnych. I zobaczę przy okazji, jak się miewa Stadnina w Janowie Podlaskim po kolejnych zmianach.

Od Janowa Podlaskiego dzieli mnie 15 minut jazdy, skręcam w stronę Stadniny i podziwiam piękny, zimowy krajobraz.

Brama jest otwarta… Z pewną nieśmiałością przejeżdżam obok budki strażnika, zatrzymuję tam gdzie zwykle – przy wybiegu dla koni. Z budki wychodzi pan, z którym zamieniam kilka słów. Okazuje się, że świat do końca nie zwariował – mogę spokojnie zaparkować, pan jest miły i gdy mówię mu o swoich planach, wspomina, że mogę spokojnie dojechać do celu swojej wyprawy.

Ja jednak ruszam pieszo nadbużańskim szlakiem „Łęg Dębowy”. Miłe zaskoczenie – jest odnowiony. Nowe oznaczenia, tablice informacyjne. Rok wcześniej szedłem tędy z Rajdem TKKF i wyglądało to marnie. 

Warunki są fantastyczne, idzie się świetnie. Ani się obejrzałem i jestem przy Łęgu. Ten zostawiam sobie na deser, bo czeka mnie jeszcze spory kawałek drogi do miejsca zwanego Pralnią – celu mojej wędrówki. Tu już muszę zejść z bitego traktu na polną, rozjeżdżoną drogę. Grunt się lekko ugina, lód trzeszczy, bo przymarzło jednak tylko z wierzchu, ale szczęśliwie docieram nad rzekę.

Pogoda jak marzenie, by przetestować nowy filtr polaryzacyjny 🙂 Efekty mile mnie zaskakują. Poprzedni wyzionął ducha w górach, a nowy sprawuje się rewelacyjnie! 

Kręcę się jakiś czas po okolicy, nad samą rzekę nie udało mi się jednak przebić. Woda w Bugu jest bardzo wysoka, dojścia pozalewało. Co prawda rozlewiska zamarzły, ale lód jakoś nie budzi mego zaufania 🙂

Ruszam w drogę powrotną. Czas na Łęg Dębowy. To jedno z moich ulubionych miejsc i pewnie nie tylko moich. O każdej porze roku i dnia fotograf znajdzie tu coś dla siebie. Korzenie nad gruntem, baobab, stare sosny, dęby, rozlewiska, a na nich łabędzie. 

Dziś też jest pięknie, śnieg, bezchmurne niebo. Co bardziej charakterystyczne obiekty obfotografowane, zerkam na zegarek i ruszam w drogę powrotną.

Cały dzisiejszy dzień nie spotkałem żywego ducha. No może z wyjątkiem pędzącego w oddali po rżysku Audi 80, które skorzystało z okazji że pole przymarzło i wędkarze zrobili sobie skrót nad rzekę 🙂

Kilometry lecą błyskawicznie i znowu jestem przy aucie. 

Ani się obejrzałem, jak zrobiłem ich dziś 15 🙂