Bug nieodkryty

Nareszcie sezon na odkrywanie nieodkrytych rejonów Bugu w pełni. 

Wolne przedpołudnie postanowiłem poświęcić na obejrzenie Rezerwatu Kózki. Zawsze jakoś go omijałem, mimo że leży przy samej drodze do Siemiatycz. I jak to w życiu – plan zmienił się zupełnie niespodziewanie. Po prostu przeoczyłem zjazd przed mostem 🙂

Mijam most i olśnienie – tu przecież jest „mój kawałek pustyni” wypatrzony gdzieś tam na mapach google. Pierwszy zjazd za mostem i jadę przez zapomnianą wioskę Turna Mała. Za wsią kończy się asfalt i dalej już klasyczny szuterek 🙂 Po drodze mijam budzące się do życia intensywną zielenią stare bużyska. Przy jednym z nich krótka przerwa na zdjęcia: stąd blisko jest do Bugu, ale dostępu do rzeki bronią straszliwe krzaki, przez które nie mam ochoty się przebijać 🙂 Kilka zdjęć i ruszam dalej.

Mijam kolejne jeziorka, wokół pusta, cisza, błękitne niebo, obłoczki. Trochę wzgórz urozmaica krajobraz. Nadbużańska sielanka. Ani się obejrzałem i jestem na mojej pustyni. Na kolana nie rzuca 😉 Trochę wydm ukrytych w lesie, a tuż obok wieś Ogrodniki. Tu wydmy dochodzą do samej rzeki. 

A plan robi się coraz śmielszy. Przecież stąd tylko kilometrów do Drohiczyna. No to jazda na Górę Zamkową 🙂

Drohiczyn wydaje mi się coraz ładniejszy. Gospodarze zaczynają dbać o miasto, jest sporo turystów, zadbany ryneczek wyłożony kostką, czysto. 

Z górki robię kilka klasycznych widoczków i czas na realizację dalszej części planu. Skoro tyle już przejechałem, to chyba niedaleko jest do Wydmy Mołożewskiej, którą odpuściłem kilka dni wcześniej. Nowiutka gładka droga sprzyja przyjemnej jeździe i zaraz jestem na moście w Tonkielach. Tuż za mostem skręcam w pierwszą napotkaną dróżkę, lekko zdziwiony, że jest zakaz ruchu – z wyjątkiem lokalsów 🙂 No dobra – trzeba zaryzykować 🙂 Wkrótce wjeżdżam na drogę, która nie wygląda na lokalną, a poza tym niczym się nie różni od tej, którą przyjechałem 🙂 Nawigacja pokazuje, że do celu mam 4 kilometry.

Wreszcie jest Mołożew. Mijam wieś i zostawiam auto na łące. Do Bugu jest ze 200 metrów. Pachnie świeżo skoszona trawa. Za chwilę docieram do… krzaków. Skrywają dokładnie stromo opadającą skarpę. Na szczęście kilkaset metrów obok jest przecinka i oto otwiera się widok z góry na Rezerwat. Zejść się nie da. Busz. Trochę rozczarowanie, ale byłem, zobaczyłem 🙂

Wracam do wsi. Znajduję zjazd do Rezerwatu, ale tu czeka mnie niespodzianka: płot, brama, wielka kłódka i koniec jazdy. Jeszcze tu wrócę – z rowerem 🙂

Czas na powrót. Kilka kilometrów dalej docieram do Wirowa. Piękna aleja w bok od głównej drogi kusi, więc bez namysłu skręcam. Warto było.

Najbardziej okazałym budynkiem w Wirowie jest klasztor w stylu bizantyjskim zbudowany przez władze carskie w końcu XIX wieku. W monastyrze tym mieszkały niegdyś siostry prawosławne. Z chwilą uzyskania przez Polskę niepodległości w roku 1918, powstało tu seminarium żeńskie dla nauczycieli, prowadzone przez zakonnice katolickie, pod wezwaniem „Niepokalanego Poczęcia”. Seminarium istniało do roku 1928. Po jego likwidacji w pomieszczeniach tych mieścił się Państwowy Dom Dziecka, prowadzony przez siostry zakonne i wychowawców świeckich. W roku 1948 został on całkowicie upaństwowiony, zakończył działalność w 1957. W latach 1957 – 1991, Ministerstwo Zdrowia i Opieki Społecznej umieściło tu odwykowy szpital dla alkoholików – po jego likwidacji funkcjonuje w obiekcie zakład wychowawczy dla umysłowo chorych w stopniu umiarkowanym. W pobliżu głównego budynku dawnego klasztoru odbudowywana jest, przez miejscowego proboszcza parafii katolickiej, dawna cerkiew. Na wysokiej skarpie w pobliżu rzeki, stoi piękny murowany kościół pod wezwaniem św. Antoniego, w stylu klasycystycznym, wybudowany w drugiej połowie XIX wieku [źródło: Wirów].

Oj warto było zajrzeć. Miejsce zupełnie zapomniane, z dala od cywilizacji. Takie lubię 🙂 Schodzę nad Bug stromymi schodami, samotny wędkarz patrzy podejrzliwie, kogo licho przygnało 😉 Kilka zdjęć i wracam na górę. 

Kręcę się chwilę i podziwiam miejsce, lecz dom wzywa, a przypominają o tym nieodebrane połączenia na telefonie 🙂

Teraz tylko 75 kilometrów jazdy w miłych okolicznościach pogodowych 🙂

 

 

Trojan majowo

Nietypowo, bo w piątek znalazła się wolna chwila, by zrobić rozgrzewkę przed weekendowym plenerem Fotoklubu. Całkiem przypadkiem niedaleko znajduje się rezerwat Trojan, do którego – całkiem przypadkiem – mam pół godziny jazdy 🙂

Cóż, pozazdrościłem chyba zdjęć zrobionych świtem przez kilku kolegów i postanowiłem zrobić im konkurencję swoimi w pełnym świetle. O 12 byłem na miejscu, a o 14 już wracałem. Warto było. Ciepła końcówka maja sama się prosiła by ją wykorzystać maksymalnie…

 

Rezultat – poniżej:

Tylko te zmiany…

Ciepły maj

Nareszcie ciepło! Wyczekiwane od dłuższego czasu temperatury dla ciepłolubnych w końcu nadciągnęły 🙂

W niedzielne popołudnie złapałem kilka wolnych godzin, więc plan wyjazdu na zdjęcia zrodził się natychmiast.

Dla porządku trochę informacji o moim celu:

Rezerwat „Wydma Mołożewska” to jeden z najciekawszych rezerwatów faunistycznych w Polsce. Powstał w 1987 roku na 63,80 ha rozległych nadbużańskich pastwisk, przechodzących w pobliżu rzeki w piaszczyste plaże. Położony jest w gminie Jabłonna Lacka (województwo mazowieckie), na wschód od miejscowości Mołożew-Wieś. Celem utworzenia rezerwatu była ochrona stanowisk lęgowych rzadkich gatunków ptaków oraz miejsc koncentracji ptaków w okresie jesiennym, zimowym i wiosennym, co decyduje o specyfice i niewątpliwych walorach przyrodniczych rezerwatu. Wydma Mołożewska stała się jedną z ostatnich ostoi kulona – ptaka będącego na granicy wymarcia. Niestety, ptaki te przestały gnieździć się w tym miejscu już pod koniec lat 80. XX wieku. Nadal gniazdują przedstawiciele rzadkich gatunków: sieweczka obrożna, rybitwa rzeczna i białoczelna, krwawodziób, rycyk, świergotek polny. Rezerwat spełnia także ważną rolę dla gatunków przelotnych, takich jak np. brodziec piskliwy, brodziec leśny i batalion. Wiosną i jesienią na nadbużańskich łąkach i rozlewiskach spotkać można liczne stada dzikich gęsi (gęgawa, zbożowa i białoczelna), kaczek (krzyżówka, cyranka) i łabędzi niemych (źródło: Nadleśnictwo Sokołów).

Znaczna odległość do celu mocno go jednak urealniła. Już w drodze zorientowałem się, że trzeba trasę zmodyfikować i odwiedzić coś bliższego 🙂 Wypadało chociaż na chwilę się zatrzymać, więc Wydma Mołożewska musi zaczekać. W Łosicach skręcam na Niemojki i lecę w kierunku znanego mi już Drażniewa. Mijam zapomniane przez cywilizację wioski: Hruszew, Tokary. Są bardzo urokliwe, a dodatkowa atrakcja to… najprawdziwszy bruk zamiast asfaltu 🙂 A myślałem że wyasfaltowano już wszystko…

Jest i Drażniew. Tu poczułem się jak u siebie 😉 Mijam młyn, wjeżdżam w las i jestem nad jeziorkiem 🙂 Tłumy! Wędkarz przy wędkarzu jak na zawodach 😉 Wcale się nie nie dziwię – jest piękna pogoda. Ja jednak mijam towarzystwo i biegnę prosto nad Bug. Łąki są pięknie ukwiecone a miejscami podmokłe 😉 No cóż, nie będę ryzykował nabierania wody do butów, więc z przyjemnością się ich pozbywam (nie, nie wyrzucam – więc nikt nic po mnie nie znajdzie) i nad Bug docieram boso 🙂

Zerkam po drodze na Toczną, ale ciężko ją poznać. To nie ta leniwa płytka rzeczka z zeszłych wakacji, tylko sine odmęty budzące respekt 🙂 Jak Bug ma 2 metry więcej to dopływy muszą się dostosować 😉 Zapewne za miesiąc wszystko wróci do normy.

Soczysta majowa zieleń, błękit nieba, przyjemne ciepło – taki maj lubimy 🙂 Zakładam „polar” (nie, nie bluza 🙂 ) i do roboty. Trochę pogaduch z wędkarzami, trochę kręcę się o okolicy i można wracać.

Wiosenne ładowanie akumulatorów zakończone sukcesem.

Zimny maj

„Zimny maj” – śpiewał kiedyś Maanam… i wykrakał 🙂 Długi majowy weekend nie nadawał się na jakąkolwiek działalność fotograficzno – podróżniczą.

Na szczęście tydzień później słońce zaświeciło, a temperatura zaczęła przypominać wiosenną 🙂 Ruszam więc do Pratulina, gdzie umówiłem się z Andrzejem na mały zlot miłośników kotów 🙂 Odwiedzamy oczywiście panią Martę, gdzie wspominamy przy kawie i ciastku miłe chwile spędzone na plenerze w agroturystyce państwa Pliszków. 

Ruszamy na krótki spacerek nad Bug. Po drodze spotykamy dwóch radosnych panów, którzy mimo wczesnej pory znajdują się już w stanie euforii 🙂 Kontakt z panami jest nieco utrudniony, bo nasze odmienne stany świadomości jednak nie chcą ze sobą współpracować 😉

Robimy kilka fotek z klasycznymi widoczkami z Pratulina, na łęg wejść się nie da, bo woda w Bugu znowu jest bardzo wysoka. 

Andrzej ma plan pojechać na zdjęcia do Krzyczewa, by pokazać swojemu gościowi okolicę, ja natomiast ruszam w przeciwną stronę do Derła. 

Skrótem z Zaczopek przebijam się polną drogą prosto na górkę. Rozjeżdżona i podmokła dolina jest raczej nieprzejezdna i bez bez terenówki nie ma się w niej co pokazywać. Przypuszczam zresztą, że nawet Mirek swoim ciężkim sprzętem by się tu nie zapuścił.

Zbiegam na dół ze skarpy i ruszam szybkim tempem, bo przede mną około 5 kilometrów marszu do celu. Na rozległej łące spotykam samotnego wędrowca – sympatycznego pana Jacka, z którym zamieniam parę słów. Ma on w okolicy agroturystykę i dziś wybrał się na nadbużańskie łąki na wyciszenie. Lepszego miejsca nie mógł znaleźć 🙂 Życzymy sobie miłego dnia i pędzę dalej. 

W kluczowym momencie wybieram lepiej przedeptaną drogę i zamiast pójść najkrótszą drogą, trafiam na zalany łęg. W zasadzie to planowałem go obejrzeć i sfotografować, ale nie przewidziałem, że ścieżka może być trochę podmokła 🙂 Najpierw seria zdjęć, a potem buty z nóg i pierwszy tegoroczny kontakt z nadbużańską wodą 🙂 Źle nie jest – chyba mam zadatki na morsa 😉

Dalej już sucho – tempo mam niezłe i zaraz jestem na piaszczystej plaży. Okolica znowu się zmieniła – jak co roku. Piasku trochę mniej, wielka łacha na łuku rzeki częściowo zarosła, a większa jej część z racji wysokiej wody jest zalana, za to efektownie wygląda podmyty klif. 

Woda po stronie białoruskiej szumi i kłębi się, na łuku powstają dziwne prądy i wiry, w efekcie czego na moim brzegu rzeka płynie w przeciwnym kierunku 🙂 Dziki Bug.

Słoneczko przyjemnie grzeje, ale że mam jeszcze plany na popołudnie, nie rozsiadam się na długo. Ruszam ponad rzeką i rozpędzam się do całkiem niezłego tempa. Po godzinie marszu jestem przy samochodzie. 

Efekty wycieczki:

I trasa:

 

Wiosenny Rajd na Łęg Dębowy

Kontynuacja zimowej przygody z TKKF Krzna. Chociaż data 1 kwietnia mogła nasuwać przypuszczenie, że jest to żart – wydarzenie wcale żartem nie było 🙂

Na ten właśnie dzień zapowiedziano Rajd Nordic Walking „Łęg Dębowy” z okazji 60-lecia TKKF. Jako że większość trasy wiedzie ponad moim ulubionym Bugiem, nie było możliwości, bym odpuścił okazję pooglądania wiosennej aury nad rzeką. A wiosna wstrzeliła się w ten dzień ze stuprocentową skutecznością. Przepiękna, słoneczna pogoda, około 20 stopni – pierwszy prawdziwie wiosenny weekend. 

Punkt o 10 jestem już w Stadninie Koni w Janowie Podlaskim. Na miejscu zastaję tłum ludzi – rowerzyści, piesi uzbrojeni w kije, a wokół nich uwijają się niestrudzeni Marta i  Marek – organizatorzy imprezy. Dostaję stanowisko „pomagacza” i dzielnie ogarniam towarzystwo, podrywając wszystkich do wymarszu 🙂

Planujemy dziś dojść do Pratulina, a trasa wcale nie będzie łatwa, bo czeka nas ponad 20 km w terenie, który może nas trochę zaskoczyć. Jakkolwiek dość dobrze znam plan przejścia, to jednak woda w Bugu ma nadal stan zbliżony do ostrzegawczego, co oznacza, że rozlewiska mają się dobrze i mogą skutecznie utrudnić przejście 🙂

Staramy się iść według oznaczeń czerwonego szlaku nadbużańskiego – wychodzimy poza Stadninę i ruszamy w stronę Łęgu. Droga jest na szczęście sucha i dość szybko docieramy w okolice dębów. Pogoda nas po prostu rozpieszcza 🙂 Błękitne niebo, ciepło i budząca się do życia przyroda.

Przechodzimy łąkę i docieramy w okolice przysiółka Pieczyska. Tu następuje zgodnie z planem podział na grupy – rowerzyści pędzą do przodu, część wędrowców zgodnie z planem wraca do Janowa, zahaczywszy uprzednio o widok na Bug, a pozostali ruszają do Pratulina.

W 15 minut docieramy do Pralni – miejsca, które fotografowałem już nie raz, ale nigdy przy tak dużej wodzie. I niestety mogę to zrobić tylko z okolicy wiaty, bo dojście na cypelek, skąd robiłem ostatnio panoramę, jest zalane.  

Dalsza część trasy to obejście dużego rozlewiska, zagradzającego nam drogę – docieramy do małego gospodarstwa Piaski, potem znakowanym szlakiem skręcamy w stronę Bugu. Tu najbardziej się obawiałem o naszą drogę, bo pokonywałem nieraz te dołki z Niezależną Grupą Plenerową w terenówce Mirka. Okazuje się, że nie jest źle – skacząc po kępach trawy, przeprawiamy się przez dwa kolejne obniżenia terenu i już jesteśmy nad Bugiem 🙂

Krótki biwak pozwala złapać oddech i się posilić i zaraz podrywamy się do dalszej drogi.

Mijamy kolejne rozlewiska,

Trzeciego nie daliśmy rady obejść 🙂 Tuż przed Woroblinem drogę przegradza nam zalana łąka. Szukamy obejścia i trafiamy na ścieżkę pod lasem, która po pokonaniu małej przeszkody wodnej wyprowadza nas do wsi 🙂

Teraz idziemy już z dala od Bugu, więc i zdjęć będzie mniej 😉 Mijamy Woroblin, dalej polną drogą przebijamy się do kolejnej wsi – do Derła.

Bardzo lubię tę zapomnianą, na uboczu głównych traktów, miejscowość. Idę środkiem drogi, mija mnie jeden jedyny samochód – cały przyozdobiony pluszowymi maskotkami 🙂

Malowane okiennice, bociany, drewniane, chylące się chatki.

Na końcu oczywiście wzgórze ze słynną dróżką, obiektem tysięcy zdjęć fotografów 😉

Z Derła kolejny przełaj – piaszczysta droga idzie najpierw pod górkę, a potem gwałtownie opada i już jesteśmy w Zaczopkach 🙂 Tu wieś „przytuliła się” do nadbużanki, która biegnie równolegle w odległości 100 metrów. 

Została ostatnia prosta – wchodzimy w obniżenie terenu za wsią i musimy się teraz przebić do Pratulina. Droga jest częściowo pozalewana, ale radzimy sobie całkiem dobrze i po 4,5 godzinach marszu i pokonaniu 21 kilometrów jesteśmy w  Pratulinie 🙂

Jeszcze tylko oficjalne zakończenie imprezy, kiełbaska z grilla, herbatka i czas na powrót do Janowa. 

Dziękuję Marcie i Markowi za organizację fajnej imprezy 🙂

Trasa z GPS – coś się zacięło na części trasy 🙁

Wersja rzeczywista:

Tup tup…