Końcówkę maja wreszcie zdominowała zieleń, dodatkowo spłukana litrami wody, które spadły z chmur przez ostatni tydzień. W tej sytuacji słoneczna sobota natychmiast zmobilizowała mnie na kolejny dłuższy wypad rowerowy. Wybór padł na jedną z zeszłorocznych tras, na której nie miałem przy sobie aparatu – w kierunku wsi Swory i Zabłocie. Czekały tam na mnie pewne obiekty do uwiecznienia i liczyłem na dobre ujęcia. Nie zawiodłem się.

W kilka minut ląduję za miejską obwodnicą i już mogę mknąć swoimi ulubionymi ścieżkami, pośród zielonych pól i łąk. Długa prosta przecina wieś Sitnik z bardzo charakterystycznym domem pokrytym … łąką 🙂

Potem znowu pustka, nieduży las i kilka domów w oddali i docieram do rozrzuconej po polach kolonii Pólko. Domy dzieli tu od siebie  często kilometr albo więcej. Poza tym cisza, przerywana szumem wiatru.

W oddali pojawia się wieś Swory. Skręcam w jej kierunku i zahaczam właściwie o jej skraj.

Jest tu mały placyk z charakterystyczną kapliczką i krzyżami. To mój pierwszy cel na dziś.

Robię krótki przystanek na zdjęcia.

Kilkaset metrów dalej jest kolejny obiekt. Stary dom bez dachu zyskał nowe życie. Zielone. W środku wyrosło drzewo, porastają go krzaki, dojście ginie w wysokiej trawie. Takie klimaty zapomnienia bardzo mi odpowiadają. Znowu aparat idzie w ruch. Światło jest dość mocne, ale pomaga mi nieco filtr polaryzacyjny, który przygasza niebo, dając głęboki niebieski odcień. Zieleń też zyskuje na tej operacji 🙂

Kolejne kilometry będę już jechał drogami asfaltowymi. 

Wkrótce dojeżdżam do ronda w Zabłociu 🙂 Nawet nieźle to brzmi 😉 W rzeczywistości wąska asfaltowa dróżka okrąża z dwóch stron kapliczkę. Wygląda na to, że tu dobrych zdjęć nie będzie i trzeba się będzie pokazać o innej porze dnia. Teraz skrywa ją głęboki cień lasu, nie pomaga też silny kontrast, jaki daje słoneczny dzień.

Kilometr dalej kolejne ciekawe miejsce. Kapliczka Objawienia. Prowadzi do niej leśna ścieżka wysadzona paprociami. Miejsce jest zadbane, jest czyściutko, jest zadaszone miejsce z ławeczkami no i sama kapliczka, która skrywa korzeń sosny.

Jak głosi miejscowa legenda przekazywana z pokolenia na pokolenie jest to miejsce niezwykłe tutaj miała ukazywała się Matka Boska. Miejsce to zasłynęło jeszcze w czasach, gdy „Unici Podlascy”, za swoje przywiązanie do wiary ojców byli w okrutny sposób prześladowani przez władze Carskiej Rosji. To właśnie w tym miejscu znajdowali pocieszenie i siłę do trwania przy swojej wierze pomimo okrutnych prześladowań. I tu również jak głoszą miejscowe przekazy miały mieć miejsce cudowne uzdrowienia chorych i inne cudowne zjawiska, których nie da się w normalny sposób wytłumaczyć [źródło: bialskieforum.pl].

Stąd miałem plan skrótem dojechać do drogi krajowej, ale tym razem nie będzie mi to dane. Każda droga do lasu zawiera tablicę z ostrzeżeniem o opryskach chemicznych i zakazem wejścia do lasu. Pozostaje jechać do końca wsi, potem skręcam w drogę do kolejnej wsi Woroniec i stąd już docieram do krajówki. Ruch to jest duży, ale na szczęście to tylko kilkadziesiąt metrów i znikam w bocznej drodze do wsi Sycyna. To kolejna wioska z dala od cywilizacji, gdzie życie płynie pomału pośród drewnianych starych domków.

Tu też mam do odwiedzenia pewne miejsce, które ostatnio umknęło moje uwadze. Jest tu stary cmentarz z fundamentami kościoła.

Cmentarz prawosławny w Sycynie – czynna nekropolia prawosławna administrowana przez parafię Świętych Cyryla i Metodego w Białej Podlaskiej, położona w Sycynie. Znajduje się za wsią, od strony południowo-zachodniej.

Cmentarz został założony ok. 1820 na potrzeby miejscowej parafii unickiej. W 1875, wskutek likwidacji unickiej diecezji chełmskiej, została ona przymusowo przemianowana na prawosławną. Pięć lat po tym wydarzeniu cmentarz poszerzono, zaś w końcu XIX w. otoczono go ogrodzeniem murowanym i wzniesiono bramę. Po 1925 cmentarz był oficjalnie nieczynny, kolejnych pochówków dokonywano na nim podczas II wojny światowej i po niej. Na początku XXI w. cmentarz został odremontowany dzięki dotacji unijnej.

Na cmentarzu przetrwało kilka nagrobków z II poł. XIX w.. Znajdują się na nim również trzy nagrobki powstańców styczniowych poległych w potyczce z Rosjanami przy drodze między Sycyną i Worońcem.

Na cmentarzu znajdowała się cerkiew, która uległa zniszczeniu wskutek pożaru. Podczas remontu cmentarza w miejscu fundamentów budynku wyłożono kamienie.

Cmentarz został wpisany do rejestru zabytków 25 października 1996 pod nr A/1337[źródło: Wikipedia].

Robie po nim krótki spacerek i ruszam dalej drogę. Asfalt się kończy i teraz pędzę doliną Krzny, mijam kolejne zagajniczki, od czasu do czasu pojawiają się jakieś pojedyncze zabudowania. Mijam kawałek bagiennego lasu, potem jeszcze sosnowy zagajnik i jestem w kolejnej wsi Styrzyniec.

Tu dominuje już zabudowa podmiejska co majętniejszych bialczan, którzy uciekli z miasta. Mijam wieś i stąd długa prosta wyprowadza sprowadza mnie znowu do miasta 🙂

Jeszcze parę kilometrów  i po zaliczeniu około 40km mogę obrabiać swoje dzisiejsze łowy fotograficzne.

Burzowe chmury to dla fotografii pejzażowej wymarzona scenografia. Cały dzień wyglądam przez okno i je podziwiam. Nic więc dziwnego, że po południu ich widok podrywa mnie do boju. Szczęśliwie się składa, że miasto kończy się kilkaset metrów od mego miejsca zamieszkania, a potem zaczynają się przestrzenie. Jedyny problem to słupy elektryczne – jest ich tu trochę, no ale to cena cywilizacji 😉

Na horyzoncie czają się dwie czarne chmury, z których leją się efektownie strumienie wody.


Ruszam za nimi w pogoń. Są w bezpiecznej odległości, więc nie ryzykuję, że mnie dopadną. Dystansu przybywa. Po około 10 kilometrach decyduję się na odwrót. Najpierw niebo rozświetla mi tęcza, a za chwilę zauważam, że zajęty pogonią nie zauważyłem trzeciej chmury, która chyłkiem zaszła mnie od tyłu 🙂

Zostaje mocno się sprężyć i przycisnąć tempo. Nowy rower sprawuje się wyśmienicie, więc jestem w mieście dość szybko. Motywacja by nie zmoknąć zadziałała 🙂

Ale na przerwę w brzozowym gaju znalazłem chwilę 🙂

No i mam swoje zdjęcia 🙂

Pierwszomajowe święto przywitało mnie idealną pogodą. Idealną do fotografowania. Jest ciepło, po niebie suną obłoczki, pojawiła się pierwsza wiosenna zieleń (w końcu) – grzech siedzieć w domu.

Wybór pada na Neple. Dawno nie byłem na ścieżce przyrodniczej w rezerwacie Szwajcaria Podlaska. Znanymi sobie skrótami docieram tam w około pół godziny. Auto ląduje w cieniu nieopodal czołgu, a ja ruszam wśród kwitnącego rzepaku w kierunku wsi.

Długa prosta w dół kończy się przed mostem, gdzie skręcam w kierunku meandrującej Krzny.

Warunki rzeczywiście są świetne, a dla „podkręcenia” zdjęć zakładam filtr polaryzacyjny. Spacer jest bardzo przyjemny, bo jestem sam i mam miejsce dla siebie na wyłączność.

Zaglądam najpierw nad Krznę, gdzie nad wodą pochyla się niejednokrotnie już przez mnie fotografowane suche drzewo.

Idąc ponad rzeką schodzę na suche w tym roku rozlewisko i docieram do ujścia Krzny. O tej porze roku zwykle fotografujemy tu wiosenne rozlewiska. Teraz jednak jest susza, woda w Bugu opadła, o ile w ogóle była w tym roku wysoka. Robię kilka ujęć we wszystkie strony i wracam na ścieżkę.

Przekraczam pierwszy wąwóz i wspinam się na ukrytą w lesie skarpę. Teraz cały krajobraz mogę podziwiać z góry. Łącznie z nadpływającymi kajakarkami. Wpływają z Krzny na Bug i są lekko zdezorientowane 🙂 Z tego wszystkiego lądują na białoruskim brzegu, gdzie znikają „za krzaczkiem”. Po 5 minutach pojawiają się ponownie i ruszają w drogę. Miały wiele szczęścia… Gdyby wpadły na patrol, skończyłoby się kilkudniowymi przymusowymi „wakacjami” u sąsiadów.

Idę dalej. Jest święto, więc szansa na spotkanie kogoś rośnie. I faktycznie, najpierw mijam rodzinną wyprawę z plecakami, a potem na łuku, na piaszczystej plaży siedzi grupa wędkarzy. Zaglądam tam na chwilę, a potem ruszam dalej w kierunku kolejnej skarpy.

Zieleń powoduje, że czuję się jak w dżungli, przedzierając się przez nadbużańskie chaszcze.

Jeszcze tylko mijam rozlewisko i jestem w pobliżu kolejnej skarpy, na którą muszę się wspiąć. Odkrywam przy tym, że ostatnio jak tu byłem, wody było chyba z półtora metra więcej. Przynajmniej nie będzie problemu z przeprawą przez obniżenie, które bywa zalane i trzeba skakać po pniach.

Widać już skarpę 🙂

Wdrapuję się na górę i oto moja nagroda – pejzaż jak marzenie 🙂 Wyrastająca ze skarpy sosna kojarzy mi się z Sokolicą w Pieniach. Jeszcze tylko szybkie obejście kolejnego wąwozu i można podziwiać jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc nad Bugiem.

Dłuższą chwilę kręcę się po okolicy, bo żal opuszczać tak piękne miejsce. Straż graniczna obok dopadła wędkarzy, mnie jednak nie zaczepia 🙂 Może mi dobrze z oczu patrzy? 😉

Jeszcze ostatnie spojrzenie na łuk Bugu i kończę dzisiejszą wycieczkę. Teraz czas na obróbkę zdjęć.

Święta się skończyły więc wypadałoby spalić poświąteczne kalorie. Chociaż jest koniec kwietnia, zieleni nadal jak na lekarstwo. Mimo to proponuje córci wiosenną wycieczkę fotograficzną po Podlasiu, bo aura wybitnie sprzyja. Jest piękna, słoneczna pogoda, nawet temperatura wyższa niż zwykle, ruszamy więc „za Bug”. Od jakiegoś czasu „chodzą za mną” tamte rejony – z racji moich zainteresowań fotograficznych podlaskim pejzażem, a także z powodu dość zaawansowanej już eksploracji rejonów wokół miejsca zamieszkania.
Na początek naszej trasy nie jest specjalnie dużo – tylko 40 kilometrów.
Jadąc do Siemiatycz odkrywam nową tabliczkę w lesie – sugeruje ona, że szybko odnajdę kolejną dziurę w ziemi po rakiecie V2 🙂 Szukałem ją już dwa razy i bez skutku. Teraz trafię na pewno 🙂

Na razie jednak przejeżdżamy słynny niebieski most i skręcamy w stronę granicy. Mijamy skrzyżowanie, skąd droga wiedzie do Mielnika i na Grabarkę i podążamy w kierunku pierwszego punktu wycieczki. Jest nim Góra Prowały.

Góra Prowały w tradycji prawosławnej związana jest z cudowną ikoną Spasa Izabawnika (Chrystusa Zbawiciela i Wybawiciela). W historii Mielnika wiek XII i XIV to okres licznych najazdów.W czasie zagrożenia mnisi szukając schronienia uciekali wraz z ikoną w głąb Puszczy Mielnickiej, gdzie odnaleźli bijące źródełko u podnóża góry (zwanej dzisiaj Prowały). Na szczycie góry wybudowali drewnianą cerkiew św. Bogarodzicy. Przed I Wojną Światową, Górą zaopiekował się wierny o imieniu Bazylko, który uciekając przed Niemcami udał się na tzw. „bieżaństwo” w głąb Rosji, gdzie przyjął święcenia kapłańskie. Po wojnie powrócił jako mnich. Codziennie rano i wieczorem wspinał się na szczyt góry, by żarliwie modlić się i czcić ikonę Spasa Izbawnika [źródło: podlasie.siemiatycze.pl ].

Kilkaset metrów dalej robimy kolejny przystanek. Po przeciwnej stronie drogi, w lesie skryło się Źródło Prowały.

Przy szosie nr 640 w okolicy Radziwiłłówki, w lesie w odległości 100 m od drogi znajduje się miejsce niezwykłe – Źródło Prowały. Tryska tam cudowne źródełko, którego woda, jak wierzą prawosławni, ma właściwości lecznicze. Podobno dawno, dawno temu znajdowała się tam cerkiew, która zapadła się pod ziemię, i wtedy pojawiło się źródło.

Dzisiaj w tym miejscu stoją prawosławne krzyże dziękczynne, a na krzewie wiszą kolorowe kubeczki. [źródło: Polska Niezwykła]

Dalej droga wiedzie do Adamowa. gdzie w środku Puszczy Mielnickiej skryły się ogromne zbiorniki ropy rurociągu Przyjaźń. Tu skręcamy w kierunku Wilamowa – wsi kompletnie zagubionej na rubieżach Polski. Jest piękna pogoda, cisza, brak jakichkolwiek śladów cywilizacji aż po horyzont potęguje wrażenie pustki. Dojeżdżamy do wsi Tokary. Już na wjeździe zachwyca nas niezwykła budowla. W pierwszej chwili jestem przekonany że widzę Cerkiew. Nie – to jednak kościół.

Kościół w Tokarach jest jedynym obiektem na terenie woj. podlaskiego w tzw. stylu narodowym inspirowanym stylem zakopiańskim. Jest to jeden z nielicznych znanych i zrealizowanych projektów Wincentego Wdowiszewskiego (1849-1906), inżyniera, architekta, historyka sztuki i pisarza, dyrektora budownictwa miejskiego w Krakowie, członka Komisji Historii Sztuki PAU, współtwórcy Towarzystwa Miłośników Historii i Zabytków Krakowa, autora (oprócz prac naukowych) popularnych komedii i powieści, który gromadzone przez całe życie cenne zbiory przekazał Muzeum Narodowemu [źródło: zabytek.pl].

Budowla jest niezwykle urokliwa. Krążymy dłuższą chwilę, bo żal opuszczać tak piękne miejsce.

Dalej jedziemy przez całą wieś, po czym droga się kończy tuż nad granicą i skręcamy w kierunku kolejnego celu wyprawy – do Koterki.

Cerkiew położona jest w leśnym uroczysku Koterka. Zadziwiające jest jej usytuowanie – leśne grzęzawisko z dala od siedzib ludzkich. Nawet bez specjalnej wiedzy odczuwa się niezwykłość tego miejsca. Historia powstania cerkwi jest fascynującym świadectwem objawienia się Matki Boskiej jak i głębokiej wiary miejscowej ludności. Cerkiew wybudowano w roku 1912, w miejscu objawienia, gdzie wytrysnęło źródełko, do dziś znajdujące się przy cerkwi. Nie lada wyczynem było budowa na terenie bagiennym. Budowniczowie świetnie jednak poradzili z problemem, o czym mimo upływu lat świadczy budowla, bez najmniejszych pęknięć, co dla niektórych nawet dziś jest świadectwem Bożej opieki [źródło: mielnik.com.pl].

Polecam też fantastyczny artykuł na temat Koterki pod adresem Okiem Miszy.

Czas na powrót. Na deser zostawiliśmy sobie Kasztelik. Byłem tu już w zeszłym roku. Jestem ciekawy reakcji córci. Zachwyt w oczach – bezcenny. Bo też i jest co podziwiać.

Stąd mamy już tylko pół godziny jazdy do domu.

Pytanie jest zasadne, bo miejsce, gdzie trafiłem nazywa się Bobrówka.

Chodzenie ułożonymi z klepek ścieżkami tak mi się spodobało, że zrobiłem przeszukanie zasobów leśnych w okolicy i okazało się, że jeszcze kilka takich miejsc tu jest.

Na pierwszy ogień trafia wymieniona wyżej Bobrówka. Znajduje się po drodze z Poleskiego Parku Narodowego, więc w naturalny sposób wypada tam zajrzeć 🙂 Okazuje się że dojazd nie do końca jest taki prosty jak mi się zdawało. Wrzucam w nawigację miejsce docelowe i ruszam. Moja droga robi się mocno skomplikowana 🙂 Przebijam się odcinkami, które chyba od dziesięcioleci nie widziały maszyn drogowych i tym sposobem odwiedzam jezioro Zagłębocze i jezioro Uścimowskie, które z oczywistych względów budzą wspomnienia, bo spędzałem nad nimi młode lata pod namiotem 🙂

Dalej nawigacja wykręca mnie nad jakieś stawy, na którym z racji silnego wiatru pienią się ogromne fale 🙂 Droga szerokości jednego auta wiedzie groblami i mam wrażenie, że jadę przez ocean:) Grunt to wyobraźnia.

Ocean się kończy i trafiam w okolice wsi Rudka Starościańska. Tu zdaje się też byłem, bo w pobliskim lesie kilka lat temu rozbiły obóz moje harcerki i zaopatrywałem je w zapasy wody.

Droga się kończy i zagłębiam się w las. Mój niskopodłogowiec daje radę chociaż słyszę jak chwilami szoruję po piasku a zaczepiona gałąź stuka w podłogę 😉

Po trzech kilometrach jest polana. Są też tablice informacyjne, wiata na kilkadziesiąt osób i początek poszukiwanej ścieżki.

Wieje mocno, więc na wszelki wypadek parkuję z dala od drzew i zaczynam kolejną wędrówkę.

Są klepeczki, jest piękny las, meandrująca leśna rzeczka, świeże wykroty. Przygoda na całego. Co ciekawsze miejsca można podziwiać z przygotowanych z drewna podestów.

Jedno z takich miejsc kojarzy mi się z rezerwatem Czartowe Pole i płynącą podobnie rzeczką Sopot.

Ścieżka wiedzie jedną stronę rzeczki, przeskakuje na drugą stronę i następuje powrót. Podziwiam oczywiście piękny las i dziką przygodę, ale też z niepokojem obserwuję lecące z góry konary i mocno kiwające się drzewa.

W pewnym momencie rzeczka zmienia się w jezioro i oto mogę podziwiać szerokie wody, na który na kępkach rosną drzewa, z których część już uschła i tworzą one malarski krajobraz.

Jeszcze jeden podest na jeziorze i docieram do głównej drogi.

Pierwsze co widać to wodospad 🙂 Woda z szumem leci po kamieniach.

Ścieżka edukacyjna Bobrówka znajduje się w leśnictwie Jedlanka na terenie Nadleśnictwa Parczew. Najłatwiej dojechać tu kierując się na północ od Ostrowa Lubelskiego. Jadąc historyczną drogą o nazwie „Trakt Królewski” dojedziemy do tego niezwykłego miejsca. Dawniej droga ta łączyła Kraków z Wilnem i wielokrotnie podróżował nią Król Władysław Jagiełło. Ścieżka ma kształt pętli okalającej staw młyński „Gościniec”, odtworzony w 2011 roku i łączącej miejsca po nieistniejących już młynach wodnych Kozera i Gościniec [źródło: lasy.parczew.gov.pl].

Zerkam jeszcze raz na rozległy krajobraz z drugiej strony jeziora.

Chwilę zastanawiam się czy wracać znowu leśną drogą, ale od czego nawigacja. Trzy kilometry stąd przebiega główna droga do Parczewa. Odbijam więc w leśną bitą drogę, za chwilę znowu trafiam na stawy i jadę groblą niemal na poziomie wody. Czuję że prawie żegluję 😉 Jeszcze chwila i jest asfalt a stąd to już drogę do domu znam 🙂