Na naszych zlotach robi się całkiem rodzinnie 🙂 Adaś jeździ z Kasią od czasu, gdy jeszcze go na tym świecie nie było, a w tym roku dołączył do niego kolejny młody góral – Radosław Junior 🙂 Jedyny facet, który trzy dni rąbał czekanem co popadło 😉

Ale też nie jest to koniec składów rodzinnych. Po kwietniowej wycieczce na Grzesia do grona zarażonych zimową turystyką dołączyła moja córcia Karolina i pewien zacny kawaler Tomek 🙂 Grudniowe listy do Mikołaja zawierały w zasadzie jedna prośbę – raki 🙂 Toteż Mikołaj nie mógł odmówić.

Do niezawodnego składu dołączyła jak zawsze Grasia, Ela, Wojtek z Dorotką oraz Radek. Piotrek stwierdził tylko że on jedzie, nawet jeśli nie wie gdzie.

Ruszamy świtem i idzie nam całkiem sprawnie. Kolejne odcinki trzęsących odcinków drogi zamieniły się w gładkie jak stół asfaltowe dywaniki. Mijamy Radom i wpadamy na ekspresówkę. Ani się obejrzymy i jesteśmy pod Krakowem. Tu niestety brakuje jeszcze kilkudziesięciu kilometrów i tempo siada. Na szczęście w samym mieście korków nie ma, bo pora wczesna i zaraz jesteśmy na Zakopiance. Tu też widać postęp prac, wiadukty już na nas czekają i pewnie na kolejny zlot już nimi pomkniemy.

Dzięki uprzejmości taty Tomka parkujemy w pobliżu bazy lotniczej TOPR i ruszamy do pobliskiej karczmy na placka po zbójnicku. Ponieważ reszta ekipy dojechała wcześniej, uzgadniamy, że ruszają na Ornak sami a my dołączymy później. Dłuższa chwila schodzi nam na napełnianiu żołądków a potem na poszukiwaniu wiosny (a raczej Biedronki). Żabka też jest, ale jako ekipa apolityczna omijamy ją szerokim łukiem 🙂

I tak jakoś nam zeszło do zmierzchu. W tej sytuacji tata Tomka, który kończy dyżur, proponuje nam podwózkę do Kir, gdzie czeka już Wojtek z plecakiem na biedronkowe zakupy 😉 Co prawda ustalał z Piotrem, że ruszy w dół 45 minut przed naszym wyjazdem, ale coś się słabo dogadali i biedak teraz się tam trzęsie z zimna, bo ubrany na lekko zbiegł za wcześnie ze schroniska do wylotu Doliny Kościeliskiej.

Zaczyna padać śnieg, droga po całodziennej odwilży przymarzła i już za chwilę są skutki – trafiamy na wypadek. Kolejne opóźnienie.

Wreszcie Kiry. Szybko odnajdujemy Wojtka, następuje przepakowanie, sprzęt na plecy i jazda ku przygodzie. Wkrótce spotykamy jeszcze Kasię i Grasię, które wyruszyły ku nam na spotkanie.

Wypada wspomnieć, że Wojtek z Dorotką i Grasią rządzą już jeden dzień w Tatrach i zdążyli zdobyć wybitny szczyt czyli Nosal 🙂

Droga do schroniska mija mi zadziwiająco szybko – czyżby dolina się skróciła? Jest też okazja na pierwsze pogaduchy – może dlatego ani się obejrzałem i już było przysłowiowe „5 minut do schroniska”.

I oto mamy ekipę w komplecie.

Wieczorna integracja trochę się przeciąga.

Nie wróży to „wyjścia na wschód słońca” następnego dnia 🙂 Mamy do swojej dyspozycji nasz ulubiony kąt na piętrze schroniska, wspominamy pierwszy zlot, który odbył się dokładnie w tym samym miejscu. Tylko sopli lodu za oknem brak, co powoduje nieutulony żal „królowej lodu” Grasi 😉 Za to śnieg leci w dużych ilościach. W połączeniu z prognozą pogody i zapowiedzią silnych porywów wiatru powoduje to korektę planów na jutro.

Dzień 1: Przełęcz Iwaniacka

Przed świtem słyszę nierówną walkę ze snem w wykonaniu Karoliny i Tomka. Zgodnie z przewidywaniem walka zostanie przegrana, ale i tak gratuluje im samozaparcia i próby wyjścia na wschód słońca nad Smreczyński Staw.

Ekipa powoli budzi się do życia. Bardzo powoli 🙂 W efekcie dzielimy się na podgrupy – pierwsza ogarnia się minimalnie szybciej i aby nie zgrzać się w pełnym rynsztunku górskim, decyduje się na wyjście. Ruszamy w stronę Przełęczy Iwaniackiej. Pada gęsty śnieg, drzewa pokryły się grubym puchem. Jakkolwiek marzyła mi się słoneczna pogoda, to ośnieżone drzewa też mi pasują i idzie mi się świetnie i w doskonałym nastroju. Dzielnie podążają ze mną Karolina z Tomkiem, dla których jest to zimowy debiut. Idzie też Kasia z Koziołkiem i niezawodna Ela, którą dopinguję tradycyjnym „jeszcze tylko 100 metrów po płaskim” 😉

W trakcie postoju odbywam mały pościg. Karolinie ucieka kawałek foliowej torebki, a że panna zrobiła się bardzo ekologiczna, ruszam w pościg po zboczu 🙂 Sunąc w gęstym śniegu jak czołg, w końcu ją łapię 🙂 Powrót wcale nie jest łatwy, ale wracam dumny z efektu! Czego się nie robi dla córki 😉

W tak pięknych okolicznościach w półtorej godziny osiągamy przełęcz. Trochę wieje, więc chowamy się pod drzewami i zakładamy biwak. Są „orzełki”, zabawy na śniegu, fotografowanie. Jest też gorąca herbata i kanapki. Lekko się wychładzamy, ale oto nadciąga druga grupa.

Radek Junior oczywiście asekuruje się czekanem, którego nawet na chwilę nie wypuszcza z ręki, pomimo, że na podejściu sprawdzał czołem jego twardość 😉

Świętujemy sukces pieczarkami i naleweczkami.

Jakkolwiek kusiło mnie, by wychylić nos ponad przełęcz, to napotkany turysta łamaną polszczyzną ostudził nasz zapał, mówiąc, że „wieje wiatr ponad forest”. On sam bardzo szybko zawrócił, a mijał nas całkiem niedawno na podejściu.

Wobec powyższego robię debiutantom ekspresowy kurs wiązania raków i ruszamy w dół. Szybko się rozgrzewamy. Śnieg nadal pada, płatki wirują, jest pięknie.

Przy drodze stoi Buka, a Muminki pewnie śpią.

Schodzimy do schroniska, rozciągając się nieco. Po drodze kusi mnie ośnieżona i nietknięta ludzką nogą Hala Ornak, ale nikogo nie namówiłem na nocny spacer.

Siadam sobie w kącie świetlicy i … odpływam 🙂 Po godzinie rusza
akcja poszukiwawcza 🙂 Moi przyjaciele odnaleźli zaginionego turystę na ławce schroniskowej świetlicy 😉

Gromadzimy się w pokoju na wieczorne pogaduchy. Wojtek dostaje do ręki nóż, przed nim lądują słoiki ze smalczykiem i bochenek chleba. Z miejsca zostaje uznany przez Karolinę za „fabrykę kanapek” 🙂 Jest miło i sympatycznie, Radek klepie się z zadowoleniem po swoich nieco zaokrąglonych od czasu jak go ostatnio widzieliśmy kształtach i stwierdza, że „wygrał z anoreksją” 😉

Schodzimy na kolację, gdzie dosięga nas technologia, czyli jedyny mający zasięg telefon, dzięki czemu możemy obejrzeć kolekcję zdjęć, które niedawno udostępniłem w ramach przygotowań do zlotu. Jest przy tym dużo śmiechu, bo niektóre z nich mają prawie 20 lat.

Potem zaszywamy się w śpiworach, by kolejnego dnia sprawnie poderwać się o świcie i ruszyć na kolejna wyprawę.

Dzień 2: Wąwóz Kraków

Tego dnia organizujemy się dość sprawnie i zaraz po śniadaniu ruszamy w dół Doliny Kościeliskiej.

Szybko odnajdujemy ścieżkę do wąwozu i schodzimy z głównego traktu. Nie bardzo wiemy co nas czeka, bo nikt z nas tu nie był. A wąwóz jest rzeczywiście widokowy.

Zaraz na początku spotykamy ekipę, która twierdzi, że nie da się przejść… My nie damy rady? Nacieramy, podziwiając wysokie skalne ściany. Ścieżka jest kręta i przeciska się chwilami dość wąsko pomiędzy urwiskami.

Szybko docieramy do miejsca, gdzie na zboczu straszy drabinka. U góry widać przymarznięty łańcuch. To zapewne o tym miejscu wspominali spotkani wędrowcy. Dalej drogę przegradza znak zakazu wstępu, więc sprawdzamy na mapie i wychodzi na to, że szlak wiedzie w górę.

Wojtek z Piotrkiem nie czekając długo wskakują na drabinę, sprawnie pokonują oblodzone zbocze i zaraz są na górze. Młodzież też nabiera chęci na przygodę. Zakładają raki i ruszają za poprzednikami. Chwila walki i trudności pokonane. Za to na dole został cały bagaż zwycięskiej czwórki. Wojtek ocenia trudności na „znaczne”, więc nie chcąc ciągnąć naszych najmłodszych i Eli na ekstremalne przygody ustalamy, że on bierze na siebie tych co weszli i biegną dalej przez jaskinię, a ja sprowadzę pozostałych i bagaż na dół drogą podejścia. Okazuje się, że to co najlepsze, czyli imbirówkę zabrał ze sobą do Smoczej Jamy 😉

Obładowani jak wielbłądy w kwadrans jesteśmy na dole. Tam też wkrótce spotykamy pozostałych. Tomek z Karoliną z przejęciem opowiadają o swojej pierwszej poważnej górskiej trasie w rakach 🙂

Wycieczka była dość krótka, więc czujemy niedosyt. Pojawiamy się przy schronisku i od razu kroki kierujemy w stronę Smreczyńskiego Stawu.

Dojście zajmuje nam pół godziny, za to biwak, który zakładamy – potrwa ze dwie. Jest pozowanie przez Grasię do powtórki kultowego zdjęcia sprzed lat 😉 Są też pieczarki, jest naleweczka. Wszystko zgodnie z tradycją.

Nowicjuszom nakazujemy kopać jamę śnieżną. Najpierw dziwnie patrzą a za chwilę kopią zawzięcie 🙂 Wyszła całkiem zgrabna, choć nieduża. Sesję fotograficzną w jamie zaliczają wszyscy bez wyjątku 🙂 Łącznie z trzypokoleniową rodzinką≤ która z rozbawieniem przyglądała się naszym harcom.

Żeby młodzi się za bardzo nie nudzili, a przy okazji poczuli moc śniegu, dostają kolejną propozycję: zdobyć wzgórze obok stawu, a za chwilę jeszcze jedną – obejść staw dookoła.

Chyba złapali „fazę” bo kopią się w śniegu z dziką radością 🙂

Czas ucieka, towarzystwo robi się głodne, więc zarządzamy odwrót. Całe zejście zamienia się w niekończący się zjazd najmłodszej dwójki na „jabłuszku”. Sztafeta rozstawiona wzdłuż ścieżki ubezpiecza zjeżdżających małolatów i na kolejnym spadku rytuał się powtarza.

Docieramy do schroniska i oczywiście wszyscy rzucają się na jedzenie. Bardzo pojętny Radek Junior zapamiętał z naszej nauki, że „kto nie ma znaczka tan zasuwa na górę po Nestie”. Radek Senior nie może niestety odmówić racji Juniorowi, bo byłoby to niewychowawcze i odbywa dodatkowy spacerek na piętro 🙂

Próbuję poderwać towarzystwo do boju na nocny wypad, ale wyczuwam ciemną stronę mocy emanowaną przez napełnione brzuchy, więc ostatecznie podrywam tylko swoją młodzież. Tych nie trzeba namawiać dwa razy 🙂

Czołówki na głowę i pędzimy drugi dziś raz nad Smreczyński Staw. Wycieczka młodzieży się podoba, ale tym razem nie siedzimy długo. Kilka zdjęć i wracamy. Jest wreszcie okazja na szkolenie z dupozjazdów. Ciemno, droga pusta. Siadamy, kilka odepchnięć kijami i już pędzimy w dół. Tak się rozpędziłem, że mijam zdziwioną Karolinę. Wiatr we włosach 😉

Szkolenie nocne uznajemy za udane. Powrót zajął nam koło kwadransa i był błyskawiczny 🙂 Przed schroniskiem oczywiście szaleje dwójka małolatów. Do których za chwilę dołączają nieco starsi i zaczynają ryć kolejną wielką jamę w zaspie. Wciąga ich to na dłużej.

Wpadamy na górę, gdzie trwa wieczorna impreza pożegnalna. Zerkając, jak idzie kopanie jamy odkrywamy, że można ich skutecznie bombardować śnieżkami z balkonu schroniska. Wojna rozkręca się w najlepsze, ale balkonowej ekipie szybko kończy się amunicja. Przenosimy się więc na dół, gdzie śniegu jest pod dostatkiem. Walka kończy się rozejmem i wszyscy zgodnie wskakują do jamy na pamiątkowe foto.

Znosimy wszystko co da się zjeść, aby oszczędzić sobie noszenia. A potem do łóżek. Strasznie szybko nam minął ten czas.

A rano Tomek zaczyna czytać regulamin… i odkrywa, że w schronisku jest do wypożyczenia gitara. Kolejny zlot zaczniemy od studiowania regulaminu 🙂

Jeszcze pakowanie, śniadanie, plecaki na plecy i tym razem dolina jakoś się dłuży…. W górę idą tłumy, są stylówy, Dżesiki i Brajany, sanie pełne turystów (150 za kurs, widząc baciki w rękach fiakrów nie miałem odwagi zapytać o podatki 😉 ). Z Kir łapiemy busa, ale jazda trwa dość długo. Korki są okrutne. Na Krupówkach dziki tłum. Szybko uciekamy na parking. Wpadamy jeszcze na kilka słów do ratowników, Piotrek robi sobie zdjęcie z Sokołem i w drogę.

Byłoby całkiem fajnie, gdyby nie to, że trafiamy na szczyt w Krakowie. Coś za coś. Jak się chce pokontemplować w samotności góry, trzeba się przemęczyć w drodze…

Koniec.

Tegoroczna zima jakoś nie rozpieszczała do tej pory warunkami na zdjęcia, ale oto w końcu się doczekałem – jest śnieg i to w sporych ilościach, kolejna porcja właśnie leci z chmur, więc długo się nie zastanawiam, bo ile można czekać 🙂

Trochę ciepłych ciuchów, aparat na ramię i już pędzę do Derła.

O ile w mieście drogi są nieźle oczyszczone, to już pierwsze kilometry pokazują mi, że jest zima – jadę po grubej warstwie lodu, która na szczęście dobrze „trzyma” 🙂

Jeszcze tylko Janów Podlaski, kawałek nadbużanki i zaraz skręcam do wsi. Derło jest jak zwykle ciche, senne. Zajeżdżam pod ulubione lipy, parkuję obok zdziwionych pograniczników, którym nawet nosa nie chce się wychylić z ciepłego auta i ruszam ku przygodzie.

Już pierwsze metry pokazują, że będzie to „bieg na orientację”. Drogi przysypane grubą warstwą śniegu są praktycznie niewidoczne, ale jako stary bywalec tych kątów, znam tutejsze ścieżki na tyle dobrze, że raczej się nie zgubię 🙂

Trochę żałuję, że nie ma słońca i aura jest trochę ponura, ale z chwilą, gdy zaczyna prószyć śnieg, poprawia się od razu „klimat fotograficzny” 🙂 Przecieram ślad w głębokim śniegu, i docieram do łęgu. Tu teren się obniża i zastanawiam się, czy tutejszy dół zalała wysoka ostatnio woda i czy da się przejść. Wiosną miałem tu przeprawę z butami w ręku 🙂 Woda owszem -wysoka, ale zamarzło, potem opadło, więc przechodzę po leżących na ziemi taflach lodu na drugą stronę.

Teraz idę ponad samym Bugiem dość nową ścieżką, którą pracowicie ostatnio przygotowała Straż Graniczna. Z pomocą bobrów. Jakkolwiek kiedyś spotkania z nimi wydawały mi się atrakcyjne, teraz – widząc dzieło zniszczenia – skłonny jestem nazwać je największymi szkodnikami i chętnie zamieniłbym polowania na dziki na polowania na bobry.

Mijam lewitujące drzewo (też dzieło bobrów) i zmierzam w kierunku plaży. Trzy miesiące temu podziwiałem tu wspaniałe piaskowe łachy, zegar słoneczny pracowicie odmierzał czas, a teraz wszystko skryło się w białym puchu. Kręcę się chwilę, ale na główna plażę dojścia nie ma – jest tu jak pamiętam głęboki kanał – teraz pokryty lodem, ma który raczej nie zaryzykuję wejścia.

Ma tu miejsce ciekawe zjawisko – z racji ostrego zakrętu rzeki tworzy się tu prąd wsteczny. Jest on szczególnie teraz widoczny, gdyż Bug pokryty jest płynącym szybko śryżem. Dopiero w tych warunkach widać, jaki to żywioł. Jest tu podobno jedno z głębszych miejsc na Bugu.

Robię odwrót i zgodnie z planem ruszam do drugiej ścieżki, którą zwykle wracam. Chwila wahania na skrzyżowaniu i idę dalej – pierwotny plan zakładał dojście aż do Woroblina i wygląda na to że go zrealizuję. Mimo śniegu – idzie się świetnie 🙂

Słyszę jakiś szelest na pniu i za chwilę przygląda mi się ciekawski ryjek.

Lisie, a czemu ty nie śpisz?

No tak, głodny jest 😉 Robię pomału kilka kroków, by go nie spłoszyć. Schodzi na ścieżkę, cały czas mi się przyglądając. Chyba mam dobry kontakt ze zwierzętami: pogadałem sobie do niego, wysłuchał, postał, zapozował 🙂

Ruszam do Woroblina. Tylko gdzie są są ścieżki? No tak, pod śniegiem.

Trzymając się rzeki, wychodzę z małego zagajniczka i wreszcie na horyzoncie widzę odległe budynki. Wypadałoby teraz obejść rozległe rozlewisko, by wejść do wsi, ale chodzi mi po głowie, że może da się z drugiej strony, skracając przy okazji trochę drogę. Skręcam w coś, co przypomina leśną przecinkę. Wertepy straszne, dzikie chaszcze, doły, ale po około kilometrze wyłażę z labiryntu i już jestem tam, gdzie zaplanowałem. Latem zapewne tak łatwo by tędy nie poszło.

Zostaje dotrzeć spokojnie do Derła. Dzieli mnie od niego około trzech kilometrów polnymi drogami. Mijam znajomą szopę, odkrywam niewidoczne latem, małe wzgórze z krzyżem. Podobno to resztki nieistniejącej już wsi.

I już mam przed sobą Derło. Idąc przez wieś, z przyjemnością fotografuję drewniane domy. To już jedna z nielicznych nadbużańskich wsi z takim klimatem. Droga szybko mija i znowu jestem na wzgórzu przy lipach. Pogranicznicy zniknęli, moje auto stoi 🙂

Czas do domu na ciepłą kawę.

Już miała być wiosna. Tydzień wcześniej fotografowałem nadbużańskie pejzaże, brodząc w głębokim błocie, aż tu nagle przyszedł kolejny „wir polarny” i przypomniał, że połowa marca to jednak jeszcze nie wiosna. Z drugiej strony taka odmiana miała też swoją pozytywną stronę – krajobraz znowu zabielił się śniegiem, błoto zamieniło się w twarde grudy, a przede wszystkim zobaczyłem piękne, błękitne niebo. 

Oczywiście natychmiast poderwałem się do boju. Chwila namysłu – dokąd. Już wiem – nie mam Pralni w wersji zimowej. Będzie też okazja na dłuższy spacer w ramach przygotowań kondycyjnych. I zobaczę przy okazji, jak się miewa Stadnina w Janowie Podlaskim po kolejnych zmianach.

Od Janowa Podlaskiego dzieli mnie 15 minut jazdy, skręcam w stronę Stadniny i podziwiam piękny, zimowy krajobraz.

Brama jest otwarta… Z pewną nieśmiałością przejeżdżam obok budki strażnika, zatrzymuję tam gdzie zwykle – przy wybiegu dla koni. Z budki wychodzi pan, z którym zamieniam kilka słów. Okazuje się, że świat do końca nie zwariował – mogę spokojnie zaparkować, pan jest miły i gdy mówię mu o swoich planach, wspomina, że mogę spokojnie dojechać do celu swojej wyprawy.

Ja jednak ruszam pieszo nadbużańskim szlakiem „Łęg Dębowy”. Miłe zaskoczenie – jest odnowiony. Nowe oznaczenia, tablice informacyjne. Rok wcześniej szedłem tędy z Rajdem TKKF i wyglądało to marnie. 

Warunki są fantastyczne, idzie się świetnie. Ani się obejrzałem i jestem przy Łęgu. Ten zostawiam sobie na deser, bo czeka mnie jeszcze spory kawałek drogi do miejsca zwanego Pralnią – celu mojej wędrówki. Tu już muszę zejść z bitego traktu na polną, rozjeżdżoną drogę. Grunt się lekko ugina, lód trzeszczy, bo przymarzło jednak tylko z wierzchu, ale szczęśliwie docieram nad rzekę.

Pogoda jak marzenie, by przetestować nowy filtr polaryzacyjny 🙂 Efekty mile mnie zaskakują. Poprzedni wyzionął ducha w górach, a nowy sprawuje się rewelacyjnie! 

Kręcę się jakiś czas po okolicy, nad samą rzekę nie udało mi się jednak przebić. Woda w Bugu jest bardzo wysoka, dojścia pozalewało. Co prawda rozlewiska zamarzły, ale lód jakoś nie budzi mego zaufania 🙂

Ruszam w drogę powrotną. Czas na Łęg Dębowy. To jedno z moich ulubionych miejsc i pewnie nie tylko moich. O każdej porze roku i dnia fotograf znajdzie tu coś dla siebie. Korzenie nad gruntem, baobab, stare sosny, dęby, rozlewiska, a na nich łabędzie. 

Dziś też jest pięknie, śnieg, bezchmurne niebo. Co bardziej charakterystyczne obiekty obfotografowane, zerkam na zegarek i ruszam w drogę powrotną.

Cały dzisiejszy dzień nie spotkałem żywego ducha. No może z wyjątkiem pędzącego w oddali po rżysku Audi 80, które skorzystało z okazji że pole przymarzło i wędkarze zrobili sobie skrót nad rzekę 🙂

Kilometry lecą błyskawicznie i znowu jestem przy aucie. 

Ani się obejrzałem, jak zrobiłem ich dziś 15 🙂

 

Zima miała się skończyć szybciej niż się zaczęła, gdy nagle zawitał do nas „wir polarny” i postanowił postraszyć wszystkich oczekujących na wiosnę.

Główny meteorolog Piotrek orzekł, że w ostatni weekend lutego gwarantuje piękny wschód słońca i cóż było robić… zerwaliśmy się o piątej rano. Ubrani na cebulkę, patrzymy z niepokojem na termometry.

-16. To co będzie nad Bugiem przy gruncie?

Sprawnie zbieramy całą ekipę i kilka minut przed wschodem już jesteśmy na miejscu. Czekamy. Słońce wychyla się nieśmialo z lasu.

A potem szybko zmierza w górę. Piękny spektakl trwa zaledwie kilka minut. Jak zwykle zresztą 🙂

Na Bugu płynie już śryż, a różnica temperatur sprawia, że woda mocno paruje. Nad rzeką unoszą się opary oświetlone porannym ciepłym słońcem.

Potworne zimno sprawia, że realizujemy kolejny punkt planu. Za chwilę płonie ognisko i nie szumią knieje 🙂 Za to skwierczy kiełbasa na kiju. Gorąca herbata wchodzi wybornie. 

„Otwarcie krzaka” w takich okolicznościach przyrody będziemy długo pamiętać 🙂

Potem ruszamy ponad rzeką w stronę skarpy. Zimno wciska się każdym wolnym otworem w naszych ubiorach. Wziąłem na dzisiejszą wyprawę swój ciężki sprzęt zimowy i ten na szczęście daje radę 🙂

Słońce jest już całkiem wysoko, niebo robi się intensywnie błękitne, ale wcale nie jest cieplej. Mróz trzyma ostro.

Chwilę jeszcze spacerujemy nad rzeką.

Wreszcie pora na odwrót. Wracamy przez zamarznięte rozlewiska do auta. Stąd jeszcze jedziemy na chwilę do Woroblina, gdzie czeka na nas Mirek w swojej czatowni. 

Wypijamy kawkę i plener zimowy uznajemy za zakończony sukcesem.

Do mojego kalendarza turystycznego dołączyła kolejna stała impreza. Jeszcze nie opadły emocje po wyjeździe w Tatry, a już zacząłem się szykować do wyjazdu na Roztocze. Sympatyczna grupa forumowa postanowiła w tym roku kontynuować tradycję wędrówek po „kapuścianych górach” i już wczesną jesienią zapowiedziała spotkanie w Horyńcu. Tereny dla mnie zupełnie nieznane, więc tym chętniej dopisałem się do listy uczestników.

Przede mną około 250 kilometrów. Wyruszam dość wcześnie, by dojechać spokojnie za dnia. Zapas czasu mam na tyle duży, że zatrzymuję się jeszcze na chwilę w Krupem obejrzeć zamek, a właściwie jego ruiny.

Trochę martwi mnie aura. Zimy nie widać, wszędzie szarzyzna, gdyby chociaż odrobione słońca. W okolicach Zamościa zaczyna kropić. Zatrzymuję się na obiad w wypatrzonej przy drodze knajpie z wiatrakiem i gdy ruszam w dalszą drogę, kropienie przechodzi w regularny deszcz. Za Zamościem pomału zaczyna się ściemniać, jest szaro, ponuro, leją się strugi wody. Od Hrebennego ostatnie kilometry jadę już w ciemności. Odludzie straszne. Jak koniec świata 🙂 Czasem migną jakieś wioski – kojarzę ich nazwy, bo oglądałem dojazd na mapie, więc błądzenia dziś nie będzie.

Wreszcie po około 20 kilometrach jazdy krętą i wąską drogą dojeżdżam do Horyńca. Szybko odnajduję hotel, gdzie ma się odbyć spotkanie. W środku cicho, ciemno, starszy pan w kapciach przemknął korytarzem. Na ducha nie wyglądał 🙂

Pojawia się główny szef i organizator imprezy, czyli Adam. Klucze zostają rozdzielone, zrzucamy bagaże. Zjeżdżają kolejne ekipy z całej Polski i dołączają do spotkania integracyjnego w wielkiej sali konferencyjnej. Docelowo będzie nas około 20 osób. Miało być więcej, ale lubelska ekipa zwana TS+ padła rażona grypą. Dojechał co prawda jej Prezes, ale wygląda, jakby miał zaraz ducha wyzionąć, po czym przyjmuje końską dawkę leków i oddala się do łóżka.

Dodatkową atrakcję stanowi próba przedstawienia – trwają akurat horynieckie spotkania teatralne. Sala jest duża, wpada do niej ekipa z pytaniem, czy mogą zrobić tutaj próbę… Czemu nie. Sztuka jest nowoczesna i trudna 🙂 Zapamiętałem dziewczyny, które leżąc obwieściły, że są pijane 🙂 Aha, jeszcze szef artystów miał jakiś ekstrawagancki makijaż…

My zaś … mamy dwie gitary, piosenki turystyczne, mnóstwo górskich i niegórskich tematów do przegadania, kresowe i niekresowe specjały i tak zastaje nas druga w nocy 🙂

Zerkając co jakiś czas przez okno, stwierdzam ze zdziwieniem odmianę aury. Z szarej jesieni zrobiła się piękna zima. Zaczął sypać gęsty i mokry śnieg, którego przybywa w oczach. Do rana będzie go całkiem sporo!

Więc jednak będzie zimowe Roztocze 🙂

Rankiem zjadamy szybkie śniadanie, a za chwilę sprawnie i zgodnie z planem Adama pakujemy się do busa, który wywozi nas gdzieś w szczere pole. Mijamy wioski, przez które wczoraj jechałem, jednak świat przysypany śniegiem wygląda o wiele lepiej. Gałęzie uginają się od śnieżnych poduch, do pełni szczęścia brakuje tylko słońca. Zamglony horyzont bardziej jednak przypomina warunki z zeszłego roku.

Ruszamy na szlak. Przed nami prawie dwadzieścia kilometrów. Adam przygotował bogaty program, więc nie ma ociągania.

Na pierwszy ogień idzie cerkiew we wsi Prusie.

Elementem dawnej historii Prusia jest drewniana cerkiew pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Powstała w roku 1887 (poświęcona rok później) ze zbiórek mieszkańców wsi, kwesty przeprowadzonej na terenie eparchii przemyskiej i wsparciu finansowemu jednego z mieszkańców.

Podstawową przyczyną ufundowania nowej cerkwi był zły stan jej poprzedniczki, którą przez wiele lat kolejni wizytatorzy biskupa nakazywali remontować. Obecnie cerkiew pw. NNMP pełni role kościoła filialnego parafii rzymskokatolickiej w Werchracie. Zbudowana na planie krzyża greckiego, trójdzielnie (nawa kwadratowa, babiniec i prezbiterium na planie prostokąta). Całość przykryta jest ośmiopołaciową kopułą i nakryta blachą. Janusz Mazur tak opisuje wnętrze świątyni: na całej powierzchni ścian znajduje się polichromia o podziałach architektoniczno-ramowych z dekoracją roślinną i patronową oraz z przedstawieniami figuralnymi – w babińcu na ścianie południowej „Przemienienie Pańskie”, na północnej „Sąd Ostateczny”, w prostokątnych polach w podniebiu sklepienia od wschodu „Zmartwychwstanie”; w ramionach bocznych przy nawie, między oknami – na ścianie południowej „Chrzest Chrystusa”, na północnej „Zwiastowanie NMP”. W tamburze na ściankach diagonalnych postacie czterech Ewangelistów; w prezbiterium duże przedstawienia świętych – na ścianie południowej święci Cyryl i Metody, na wschodniej – Piotr i Paweł, na północnej – Bazyli Wielki i Jan Złotousty [źródło: Cerkiew Prusie]. 

Oczywiście wlazłem na dzwonnicę. Potem jednak muszę gonić pozostałych 🙂

Kawałek idziemy asfaltem i skręcamy w pole. Przechodzimy przez tory, mijamy posterunek Straży Granicznej i zaczynamy zdobywać pierwszą dziś roztoczańską górę. Śnieg skrzypi pod nogami, przedzieramy się przez las, potem przez pola i już jesteśmy we wsi Moczary.

Tu czeka na nas niesamowity cmentarz na końcu świata i kryjące się za nim cerkwisko.

Tu też robimy dłuższą przerwę na herbatę i kanapki.

Miejsce powstało w I połowie XIX wieku, choć bardzo prawdopodobne jest wcześniejsze sytuowanie tu poprzedniej cerkwi, mury i krzyże wskazują połowę XVIII wieku. Nietypowe miejsce jak na taki typ budowli. Nie wzniesiono go na wzgórzu jak stawiano okoliczne cerkwie ale w delikatnym zagłębieniu, tworząc sztucznie usypaną skarpę – taras, ogrodzoną kamiennym murem, za którym rozpościerały się strumyki i mostki nad nimi, licznie występujące w tej okolicy. W murze tym umieszczono po obu stronach bramy, wnęki w których znajdowały się kaplice. Do muru przylegała również dzwonnica i jeden z budynków przycerkiewnych. Sama cerkiew, pod wezwaniem Podwyższenia Krzyża Pańskiego o  trójdzielnej budowie stanęła na kamiennych fundamentach, z częściowo podpiwniczoną zakrystią. Elementy podpiwniczenia zachowały się do dzisiaj. Każda z trzech części przykryta była oddzielnymi kopułami. Cerkiew została częściowo rozebrana po 1945 roku, przez wojsko rosyjskie w czasie kiedy to Dziewięcierz należał do ZSRR, Zdewastowana wróciła do Polski gdzie została rozebrana w 1951 roku [źródło:Powolne dreptanie po Roztoczu].

Ruszamy dalej, docieramy do głównej drogi, którą przecinamy i dalej lasami i wzgórzami łapiemy kolejne kilometry. Wychodzimy ponownie na główny trakt w okolicy wsi Dziewięcierz. W dole widać cerkiew, którą zbudowano na bazie zwykłego domu mieszkalnego.

Kilometr dalej natykamy się na rezerwat Sołokija. Wbijamy się w wąską  ścieżkę na zboczu góry, a potem leśnymi traktami idziemy dość długo, by dotrzeć do Kamieni Kultu Słońca. Jak to ujął Adam – lepiej brzmi niż wygląda. Jest to po prostu ostaniec skalny z otworem w środku, wyżłobionym zapewne siłami natury 🙂 Kosmici tu zapewne nie lądowali.

Kolejny punkt wycieczki to Nowiny Horynieckie. Z leśnych ścieżek przeskakujemy na szerokie leśne trakty pożarowe. Tempo rośnie.

Kaplica Matki Bożej położona jest w śródleśnej dolinie. Jest to znane miejsce kultu religijnego, które powstało w miejscu objawienia Matki Boskiej trójce pastuszków 12 czerwca 1636 r. Obecna drewniana kapliczka, wielokrotnie odnawiana, pochodzi z XIX w., a w 2002 r. została rozbudowana. W środku kaplicy bije cudowne źródło, a wodzie przypisuje się działanie uzdrawiające, zwłaszcza w chorobach oczu. W ołtarzu znajduje się łaskami słynąca figura Matki Bożej Niepokalanego Poczęcia wyrzeźbiona w drewnie lipowym. Warto zobaczyć również znajdujące się w pobliżu kaplicy dwie małe kapliczki: św. Antoniego Padewskiego i św. Franciszka oraz kamienna figura Matki Boskiej z 1943 r. W najbliższym otoczeniu kaplicy, a także na okolicznych wzgórzach bije wiele silnych źródeł [źródło: Polska niezwykła].

Stąd zostaje nam już tylko powrót do Horyńca. Grupa trochę się rozciąga, więc Adam udziela instrukcji, jak mamy dojść najkrótszą drogą do kwatery, a sam zostaje na rozstaju leśnych szlaków, by pozbierać wolniej idących.

Docieramy zgodnie z planem do hotelu, gdzie już czeka na nas obiad. Potem chwila odpoczynku i znowu zajmujemy salę konferencyjną z gitarą, śpiewem i przysmakami  🙂

Obok bawią się emeryci, a wieczorem dołączają znowu artyści 🙂

Drugi dzień naszego spotkania, to wycieczka do sąsiedniej wsi Radruż. Czekają tu na nas dwie cerkwie i kawał historii. Wieś leży przy samej granicy, a sam region to miejsce starcia dwóch kultur i narodów. Adam opowiada mnóstwo ciekawych historii i jest jak mi się zdaje, chodząca encyklopedią na temat Roztocza Południowego 🙂

Cztery kilometry mijają nie wiadomo kiedy. Pogoda zbliżona do tej z dnia poprzedniego. Drzewa przysypane śniegiem, drogi zawiane. Wygląda to pięknie, tylko budzi trochę moje i nie tylko obawy co do drogi powrotnej.

Zespół Cerkiewny w Radrużu należy do najcenniejszych i najpiękniejszych zabytków sakralnej architektury drewnianej na terenie Polski. Jego centralnym elementem jest cerkiew p.w. św. Paraskewy wzniesiona w końcu XVI w. przez zawodowy warsztat ciesielski. W połowie XVII w. we wnętrzu ściana ikonostasowa częściowo pokryta została polichromią. W skład Zespołu cerkiewnego w Radrużu wchodzą oprócz cerkwi: dzwonnica z końca XVI w., kamienny mur z bramami oraz kostnica z XIX w. W otoczeniu cerkwi znajduje się cmentarz przycerkiewny z zespołem nagrobków z XVIII-XX w. wraz z płytą nagrobną z ok. 1682 r. i dwa cmentarze parafialne z nagrobkami wykonanymi w ośrodku kamieniarskim w Starym Bruśnie (XIX-XX w.) [źródło: Muzeum Kresowe].

Ruszamy jeszcze leśną dróżką do drugiej cerkwi. 

Cerkiew wybudowana została w latach 1930-1931 jako filialna świątynia parafii przy cerkwi pw. św. Paraskewy w Radrużu. Wzniesiona została na miejscu wcześniejszej, z wykorzystaniem (w części prezbiterialnej) elementów pierwotnej, zapewne XVIII-wiecznej kaplicy. Do II wojny światowej pełniła funkcję kaplicy filialnej należącej do parafii św. Paraskewy w Radrużu. Po wysiedleniu miejscowej ludności w 1946 r. przejęta została na rzecz skarbu państwa i przez wiele lat pozostawała nieużytkowana. W latach 70. XX w. przeprowadzono gruntowny remont obiektu adaptując cerkiew na kaplicę rzymskokatolicką [źródło: zabytki.pl].

My 🙂