W marcu jak…

Już miała być wiosna. Tydzień wcześniej fotografowałem nadbużańskie pejzaże, brodząc w głębokim błocie, aż tu nagle przyszedł kolejny „wir polarny” i przypomniał, że połowa marca to jednak jeszcze nie wiosna. Z drugiej strony taka odmiana miała też swoją pozytywną stronę – krajobraz znowu zabielił się śniegiem, błoto zamieniło się w twarde grudy, a przede wszystkim zobaczyłem piękne, błękitne niebo. 

Oczywiście natychmiast poderwałem się do boju. Chwila namysłu – dokąd. Już wiem – nie mam Pralni w wersji zimowej. Będzie też okazja na dłuższy spacer w ramach przygotowań kondycyjnych. I zobaczę przy okazji, jak się miewa Stadnina w Janowie Podlaskim po kolejnych zmianach.

Od Janowa Podlaskiego dzieli mnie 15 minut jazdy, skręcam w stronę Stadniny i podziwiam piękny, zimowy krajobraz.

Brama jest otwarta… Z pewną nieśmiałością przejeżdżam obok budki strażnika, zatrzymuję tam gdzie zwykle – przy wybiegu dla koni. Z budki wychodzi pan, z którym zamieniam kilka słów. Okazuje się, że świat do końca nie zwariował – mogę spokojnie zaparkować, pan jest miły i gdy mówię mu o swoich planach, wspomina, że mogę spokojnie dojechać do celu swojej wyprawy.

Ja jednak ruszam pieszo nadbużańskim szlakiem „Łęg Dębowy”. Miłe zaskoczenie – jest odnowiony. Nowe oznaczenia, tablice informacyjne. Rok wcześniej szedłem tędy z Rajdem TKKF i wyglądało to marnie. 

Warunki są fantastyczne, idzie się świetnie. Ani się obejrzałem i jestem przy Łęgu. Ten zostawiam sobie na deser, bo czeka mnie jeszcze spory kawałek drogi do miejsca zwanego Pralnią – celu mojej wędrówki. Tu już muszę zejść z bitego traktu na polną, rozjeżdżoną drogę. Grunt się lekko ugina, lód trzeszczy, bo przymarzło jednak tylko z wierzchu, ale szczęśliwie docieram nad rzekę.

Pogoda jak marzenie, by przetestować nowy filtr polaryzacyjny 🙂 Efekty mile mnie zaskakują. Poprzedni wyzionął ducha w górach, a nowy sprawuje się rewelacyjnie! 

Kręcę się jakiś czas po okolicy, nad samą rzekę nie udało mi się jednak przebić. Woda w Bugu jest bardzo wysoka, dojścia pozalewało. Co prawda rozlewiska zamarzły, ale lód jakoś nie budzi mego zaufania 🙂

Ruszam w drogę powrotną. Czas na Łęg Dębowy. To jedno z moich ulubionych miejsc i pewnie nie tylko moich. O każdej porze roku i dnia fotograf znajdzie tu coś dla siebie. Korzenie nad gruntem, baobab, stare sosny, dęby, rozlewiska, a na nich łabędzie. 

Dziś też jest pięknie, śnieg, bezchmurne niebo. Co bardziej charakterystyczne obiekty obfotografowane, zerkam na zegarek i ruszam w drogę powrotną.

Cały dzisiejszy dzień nie spotkałem żywego ducha. No może z wyjątkiem pędzącego w oddali po rżysku Audi 80, które skorzystało z okazji że pole przymarzło i wędkarze zrobili sobie skrót nad rzekę 🙂

Kilometry lecą błyskawicznie i znowu jestem przy aucie. 

Ani się obejrzałem, jak zrobiłem ich dziś 15 🙂

 

Łowcy świtów

Zima miała się skończyć szybciej niż się zaczęła, gdy nagle zawitał do nas „wir polarny” i postanowił postraszyć wszystkich oczekujących na wiosnę.

Główny meteorolog Piotrek orzekł, że w ostatni weekend lutego gwarantuje piękny wschód słońca i cóż było robić… zerwaliśmy się o piątej rano. Ubrani na cebulkę, patrzymy z niepokojem na termometry.

-16. To co będzie nad Bugiem przy gruncie?

Sprawnie zbieramy całą ekipę i kilka minut przed wschodem już jesteśmy na miejscu. Czekamy. Słońce wychyla się nieśmialo z lasu.

A potem szybko zmierza w górę. Piękny spektakl trwa zaledwie kilka minut. Jak zwykle zresztą 🙂

Na Bugu płynie już śryż, a różnica temperatur sprawia, że woda mocno paruje. Nad rzeką unoszą się opary oświetlone porannym ciepłym słońcem.

Potworne zimno sprawia, że realizujemy kolejny punkt planu. Za chwilę płonie ognisko i nie szumią knieje 🙂 Za to skwierczy kiełbasa na kiju. Gorąca herbata wchodzi wybornie. 

„Otwarcie krzaka” w takich okolicznościach przyrody będziemy długo pamiętać 🙂

Potem ruszamy ponad rzeką w stronę skarpy. Zimno wciska się każdym wolnym otworem w naszych ubiorach. Wziąłem na dzisiejszą wyprawę swój ciężki sprzęt zimowy i ten na szczęście daje radę 🙂

Słońce jest już całkiem wysoko, niebo robi się intensywnie błękitne, ale wcale nie jest cieplej. Mróz trzyma ostro.

Chwilę jeszcze spacerujemy nad rzeką.

Wreszcie pora na odwrót. Wracamy przez zamarznięte rozlewiska do auta. Stąd jeszcze jedziemy na chwilę do Woroblina, gdzie czeka na nas Mirek w swojej czatowni. 

Wypijamy kawkę i plener zimowy uznajemy za zakończony sukcesem.

Roztocze Południowe

Do mojego kalendarza turystycznego dołączyła kolejna stała impreza. Jeszcze nie opadły emocje po wyjeździe w Tatry, a już zacząłem się szykować do wyjazdu na Roztocze. Sympatyczna grupa forumowa postanowiła w tym roku kontynuować tradycję wędrówek po „kapuścianych górach” i już wczesną jesienią zapowiedziała spotkanie w Horyńcu. Tereny dla mnie zupełnie nieznane, więc tym chętniej dopisałem się do listy uczestników.

Przede mną około 250 kilometrów. Wyruszam dość wcześnie, by dojechać spokojnie za dnia. Zapas czasu mam na tyle duży, że zatrzymuję się jeszcze na chwilę w Krupem obejrzeć zamek, a właściwie jego ruiny.

Trochę martwi mnie aura. Zimy nie widać, wszędzie szarzyzna, gdyby chociaż odrobione słońca. W okolicach Zamościa zaczyna kropić. Zatrzymuję się na obiad w wypatrzonej przy drodze knajpie z wiatrakiem i gdy ruszam w dalszą drogę, kropienie przechodzi w regularny deszcz. Za Zamościem pomału zaczyna się ściemniać, jest szaro, ponuro, leją się strugi wody. Od Hrebennego ostatnie kilometry jadę już w ciemności. Odludzie straszne. Jak koniec świata 🙂 Czasem migną jakieś wioski – kojarzę ich nazwy, bo oglądałem dojazd na mapie, więc błądzenia dziś nie będzie.

Wreszcie po około 20 kilometrach jazdy krętą i wąską drogą dojeżdżam do Horyńca. Szybko odnajduję hotel, gdzie ma się odbyć spotkanie. W środku cicho, ciemno, starszy pan w kapciach przemknął korytarzem. Na ducha nie wyglądał 🙂

Pojawia się główny szef i organizator imprezy, czyli Adam. Klucze zostają rozdzielone, zrzucamy bagaże. Zjeżdżają kolejne ekipy z całej Polski i dołączają do spotkania integracyjnego w wielkiej sali konferencyjnej. Docelowo będzie nas około 20 osób. Miało być więcej, ale lubelska ekipa zwana TS+ padła rażona grypą. Dojechał co prawda jej Prezes, ale wygląda, jakby miał zaraz ducha wyzionąć, po czym przyjmuje końską dawkę leków i oddala się do łóżka.

Dodatkową atrakcję stanowi próba przedstawienia – trwają akurat horynieckie spotkania teatralne. Sala jest duża, wpada do niej ekipa z pytaniem, czy mogą zrobić tutaj próbę… Czemu nie. Sztuka jest nowoczesna i trudna 🙂 Zapamiętałem dziewczyny, które leżąc obwieściły, że są pijane 🙂 Aha, jeszcze szef artystów miał jakiś ekstrawagancki makijaż…

My zaś … mamy dwie gitary, piosenki turystyczne, mnóstwo górskich i niegórskich tematów do przegadania, kresowe i niekresowe specjały i tak zastaje nas druga w nocy 🙂

Zerkając co jakiś czas przez okno, stwierdzam ze zdziwieniem odmianę aury. Z szarej jesieni zrobiła się piękna zima. Zaczął sypać gęsty i mokry śnieg, którego przybywa w oczach. Do rana będzie go całkiem sporo!

Więc jednak będzie zimowe Roztocze 🙂

Rankiem zjadamy szybkie śniadanie, a za chwilę sprawnie i zgodnie z planem Adama pakujemy się do busa, który wywozi nas gdzieś w szczere pole. Mijamy wioski, przez które wczoraj jechałem, jednak świat przysypany śniegiem wygląda o wiele lepiej. Gałęzie uginają się od śnieżnych poduch, do pełni szczęścia brakuje tylko słońca. Zamglony horyzont bardziej jednak przypomina warunki z zeszłego roku.

Ruszamy na szlak. Przed nami prawie dwadzieścia kilometrów. Adam przygotował bogaty program, więc nie ma ociągania.

Na pierwszy ogień idzie cerkiew we wsi Prusie.

Elementem dawnej historii Prusia jest drewniana cerkiew pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Powstała w roku 1887 (poświęcona rok później) ze zbiórek mieszkańców wsi, kwesty przeprowadzonej na terenie eparchii przemyskiej i wsparciu finansowemu jednego z mieszkańców.

Podstawową przyczyną ufundowania nowej cerkwi był zły stan jej poprzedniczki, którą przez wiele lat kolejni wizytatorzy biskupa nakazywali remontować. Obecnie cerkiew pw. NNMP pełni role kościoła filialnego parafii rzymskokatolickiej w Werchracie. Zbudowana na planie krzyża greckiego, trójdzielnie (nawa kwadratowa, babiniec i prezbiterium na planie prostokąta). Całość przykryta jest ośmiopołaciową kopułą i nakryta blachą. Janusz Mazur tak opisuje wnętrze świątyni: na całej powierzchni ścian znajduje się polichromia o podziałach architektoniczno-ramowych z dekoracją roślinną i patronową oraz z przedstawieniami figuralnymi – w babińcu na ścianie południowej „Przemienienie Pańskie”, na północnej „Sąd Ostateczny”, w prostokątnych polach w podniebiu sklepienia od wschodu „Zmartwychwstanie”; w ramionach bocznych przy nawie, między oknami – na ścianie południowej „Chrzest Chrystusa”, na północnej „Zwiastowanie NMP”. W tamburze na ściankach diagonalnych postacie czterech Ewangelistów; w prezbiterium duże przedstawienia świętych – na ścianie południowej święci Cyryl i Metody, na wschodniej – Piotr i Paweł, na północnej – Bazyli Wielki i Jan Złotousty [źródło: Cerkiew Prusie]. 

Oczywiście wlazłem na dzwonnicę. Potem jednak muszę gonić pozostałych 🙂

Kawałek idziemy asfaltem i skręcamy w pole. Przechodzimy przez tory, mijamy posterunek Straży Granicznej i zaczynamy zdobywać pierwszą dziś roztoczańską górę. Śnieg skrzypi pod nogami, przedzieramy się przez las, potem przez pola i już jesteśmy we wsi Moczary.

Tu czeka na nas niesamowity cmentarz na końcu świata i kryjące się za nim cerkwisko.

Tu też robimy dłuższą przerwę na herbatę i kanapki.

Miejsce powstało w I połowie XIX wieku, choć bardzo prawdopodobne jest wcześniejsze sytuowanie tu poprzedniej cerkwi, mury i krzyże wskazują połowę XVIII wieku. Nietypowe miejsce jak na taki typ budowli. Nie wzniesiono go na wzgórzu jak stawiano okoliczne cerkwie ale w delikatnym zagłębieniu, tworząc sztucznie usypaną skarpę – taras, ogrodzoną kamiennym murem, za którym rozpościerały się strumyki i mostki nad nimi, licznie występujące w tej okolicy. W murze tym umieszczono po obu stronach bramy, wnęki w których znajdowały się kaplice. Do muru przylegała również dzwonnica i jeden z budynków przycerkiewnych. Sama cerkiew, pod wezwaniem Podwyższenia Krzyża Pańskiego o  trójdzielnej budowie stanęła na kamiennych fundamentach, z częściowo podpiwniczoną zakrystią. Elementy podpiwniczenia zachowały się do dzisiaj. Każda z trzech części przykryta była oddzielnymi kopułami. Cerkiew została częściowo rozebrana po 1945 roku, przez wojsko rosyjskie w czasie kiedy to Dziewięcierz należał do ZSRR, Zdewastowana wróciła do Polski gdzie została rozebrana w 1951 roku [źródło:Powolne dreptanie po Roztoczu].

Ruszamy dalej, docieramy do głównej drogi, którą przecinamy i dalej lasami i wzgórzami łapiemy kolejne kilometry. Wychodzimy ponownie na główny trakt w okolicy wsi Dziewięcierz. W dole widać cerkiew, którą zbudowano na bazie zwykłego domu mieszkalnego.

Kilometr dalej natykamy się na rezerwat Sołokija. Wbijamy się w wąską  ścieżkę na zboczu góry, a potem leśnymi traktami idziemy dość długo, by dotrzeć do Kamieni Kultu Słońca. Jak to ujął Adam – lepiej brzmi niż wygląda. Jest to po prostu ostaniec skalny z otworem w środku, wyżłobionym zapewne siłami natury 🙂 Kosmici tu zapewne nie lądowali.

Kolejny punkt wycieczki to Nowiny Horynieckie. Z leśnych ścieżek przeskakujemy na szerokie leśne trakty pożarowe. Tempo rośnie.

Kaplica Matki Bożej położona jest w śródleśnej dolinie. Jest to znane miejsce kultu religijnego, które powstało w miejscu objawienia Matki Boskiej trójce pastuszków 12 czerwca 1636 r. Obecna drewniana kapliczka, wielokrotnie odnawiana, pochodzi z XIX w., a w 2002 r. została rozbudowana. W środku kaplicy bije cudowne źródło, a wodzie przypisuje się działanie uzdrawiające, zwłaszcza w chorobach oczu. W ołtarzu znajduje się łaskami słynąca figura Matki Bożej Niepokalanego Poczęcia wyrzeźbiona w drewnie lipowym. Warto zobaczyć również znajdujące się w pobliżu kaplicy dwie małe kapliczki: św. Antoniego Padewskiego i św. Franciszka oraz kamienna figura Matki Boskiej z 1943 r. W najbliższym otoczeniu kaplicy, a także na okolicznych wzgórzach bije wiele silnych źródeł [źródło: Polska niezwykła].

Stąd zostaje nam już tylko powrót do Horyńca. Grupa trochę się rozciąga, więc Adam udziela instrukcji, jak mamy dojść najkrótszą drogą do kwatery, a sam zostaje na rozstaju leśnych szlaków, by pozbierać wolniej idących.

Docieramy zgodnie z planem do hotelu, gdzie już czeka na nas obiad. Potem chwila odpoczynku i znowu zajmujemy salę konferencyjną z gitarą, śpiewem i przysmakami  🙂

Obok bawią się emeryci, a wieczorem dołączają znowu artyści 🙂

Drugi dzień naszego spotkania, to wycieczka do sąsiedniej wsi Radruż. Czekają tu na nas dwie cerkwie i kawał historii. Wieś leży przy samej granicy, a sam region to miejsce starcia dwóch kultur i narodów. Adam opowiada mnóstwo ciekawych historii i jest jak mi się zdaje, chodząca encyklopedią na temat Roztocza Południowego 🙂

Cztery kilometry mijają nie wiadomo kiedy. Pogoda zbliżona do tej z dnia poprzedniego. Drzewa przysypane śniegiem, drogi zawiane. Wygląda to pięknie, tylko budzi trochę moje i nie tylko obawy co do drogi powrotnej.

Zespół Cerkiewny w Radrużu należy do najcenniejszych i najpiękniejszych zabytków sakralnej architektury drewnianej na terenie Polski. Jego centralnym elementem jest cerkiew p.w. św. Paraskewy wzniesiona w końcu XVI w. przez zawodowy warsztat ciesielski. W połowie XVII w. we wnętrzu ściana ikonostasowa częściowo pokryta została polichromią. W skład Zespołu cerkiewnego w Radrużu wchodzą oprócz cerkwi: dzwonnica z końca XVI w., kamienny mur z bramami oraz kostnica z XIX w. W otoczeniu cerkwi znajduje się cmentarz przycerkiewny z zespołem nagrobków z XVIII-XX w. wraz z płytą nagrobną z ok. 1682 r. i dwa cmentarze parafialne z nagrobkami wykonanymi w ośrodku kamieniarskim w Starym Bruśnie (XIX-XX w.) [źródło: Muzeum Kresowe].

Ruszamy jeszcze leśną dróżką do drugiej cerkwi. 

Cerkiew wybudowana została w latach 1930-1931 jako filialna świątynia parafii przy cerkwi pw. św. Paraskewy w Radrużu. Wzniesiona została na miejscu wcześniejszej, z wykorzystaniem (w części prezbiterialnej) elementów pierwotnej, zapewne XVIII-wiecznej kaplicy. Do II wojny światowej pełniła funkcję kaplicy filialnej należącej do parafii św. Paraskewy w Radrużu. Po wysiedleniu miejscowej ludności w 1946 r. przejęta została na rzecz skarbu państwa i przez wiele lat pozostawała nieużytkowana. W latach 70. XX w. przeprowadzono gruntowny remont obiektu adaptując cerkiew na kaplicę rzymskokatolicką [źródło: zabytki.pl].

My 🙂

 

Zimowy plener w wiosennej scenerii

Miało by piękne otwarcie sezonu nadbużańskiego a skończyło się jak zwykle 🙂 „Przysłowiowy wschód słońca” okazał się ponurym i deszczowym porankiem. Ale NGP nie w takich okolicznościach wyruszało na kultową butelkę oranżady z GS.

Godzina 6 – ciemność. Pierwsza niedziela nowego roku, a śniegu nadal nikt nie widział… czarne chmury nad głową, dodatnia temperatura na zewnątrz, ale to nas nie zniechęca. Dziwnie wysoka jak na tą porę roku woda w Bugu wymaga sprawdzenia na miejscu 🙂

Docieramy do Nepli przed świtem i ruszamy pomału w stronę parku krajobrazowego. Podziwiamy zalane łąki, wystające z wody krzaki i tylko brakuje nastrojowej mgły.

Idziemy najpierw nad Krzną, mijamy ujście i ciągnę ekipę dołem ponad Bugiem aż do miejsca, gdzie ścieżka kończy się stromym urwiskiem. Środkiem wiedzie ledwo widoczny ślad. Tędy się wspinamy na skarpę 🙂 Jest ślisko ale docieramy bez strat w ludziach 🙂

Z pewnym zdziwieniem słyszę, że moja grupka jest tu pierwszy raz w życiu 🙂 No tak, wszyscy pędzą na skarpę do Gnojna, a ta wcale nie jest gorsza!

Robimy trochę zdjęć i wracamy do auta.

Jacek proponuje nam jeszcze „podlaski klasyk” czyli „gruszę i krzyż na rozstaju dróg”. Wywozi nas za wieś Kołczyn, gdzie odkrywamy piękną drewnianą kaplicę z pomnikowymi drzewami a potem ruszamy błotnistą polną drogą pośród szpaleru wierzb na poszukiwania  gruszy.

Jest! Wygląda dokładnie tak jak miała wyglądać 🙂 Dopisuję do listy ulubionych miejsc. Wrócę tu na pewno nie raz.

Zaczyna mżyć, robi się przenikliwie zimno. Zarządzamy odwrót i uznajmy że pierwszy plener nie był najgorszy. Oranżada też była! Z GS, a jakże.

 

 

 

Górskie klimaty na Roztoczu

Tak więc przede mną dawno nie odwiedzane Roztocze. W oczekiwaniu na słoneczne weekendy sprzyjające fotograficznym łowom na pejzaże mijały kolejne zimowe tygodnie. Niestety – pomimo mroźnej i śnieżnej zimy – aura nie sprzyjała. Słabe światło, pochmurno – i już był luty.

W lutym z kolei miałem od dawna zaplanowane dwie imprezy turystyczne, więc byłem już zdany na pogodę „zastaną” 🙂

Jak na złość, tuż przed wyjazdem na Roztocze przyszła odwilż. Trudno. W końcu jechałem też spotkać fajnych ludzi. O ile w dniu wyjazdu było mokro i deszczowo, to dzień przeznaczony na wędrówkę okazał się bardziej łaskawy. A nawet więcej – mgła, w której przyszlo nam spacerować, okazała się bardzo fotogeniczna i nastrojowa.

Przybywam w piątek do Soch, gdzie już w progu wita mnie komitet powitalny z naleweczką 🙂 Jestem pierwszy raz na zlocie forum, więc chwilę trwa zapoznawanie, kto jest kto w tłumie 25 osób 🙂 Intergracyjny wieczór w towarzystwie fantastycznych ludzi mija błyskawicznie. Są dwie gitary, są wspólne śpiewy i tysiąc tematów do przegadania z miłośnikami górskich wędrówek. Jest też kominek, w którym pieką się kiełbaski 🙂

Organizatorzy spotkania ustalają plan na kolejny dzień i idziemy spać po długiej podróży, która dla niektórych oznaczała przejechanie całej Polski.

Poranek wita nas mgłą. Na szczęście nie pada. Zdyscyplinowana grupa rusza punktualnie na szlak. Jestem pod wrażeniem 🙂

Przemierzamy leśne ścieżki z Soch do Florianki

Florianka to Ordynacka osada leśna, położona na skraju lasów zwierzynieckich przy dawnym gościńcu prowadzącym ze Zwierzyńca do Górecka Starego. Jej historia sięga prawdopodobnie pierwszej połowy XIX w. W 1830r. wybudowano tu pierwsze budynki na potrzeby leśnictwa, m.in. leśniczówkę oraz dwie gajówki. Do dziś zachowały się zagrody dawnych gajówek. W kilka lat po powstaniu siedziby leśnictwa, w odległości ok. 1 km na osi alei zwierzynieckiej został wybudowany folwark, na który składały się budynki gospodarcze oraz budynek dworu – rządcówki. Produkowane przez folwark płody rolne, służyły między innymi do dokarmiania zimą zwierząt, bytujących w ordynackim zwierzyńcu [źródło:  Roztoczański Park Narodowy].

Tam na chwilę biwakujemy i ruszamy w kierunku części osady, gdzie prowadzona jest hodowla konika polskiego. Koniki ufnie podchodzą „do płota” w nadziei na kostkę cukru. Niestety, zostaje im tylko obgryzać źerdzie 😉

Powstaje koncepcja zrobienia małej pętelki przez łąki, aby obejrzeć wypatrzone z daleka dziwne konstrukcje 🙂 Z radością odkrywam, że są to dzieła jednego z poprzednich Landartów, który od dwóch lat gości nad Bugiem w okolicy Bubla Starego. Wiedziałem, że gdzieś są… a tu taka niespodzianka. Do tego w okolicznościach, których mogą mi pozazdrościć poszukiwacze pejzaży z Fotoklubu 🙂 Wszystko spowija mgła, potęgując nastrój tajemniczości i nierealności. Widzę zresztą, że pozostałym wędrowcom klimat też się udziela. Mogę też chwilę uchodzić za „fachowca” objaśniając ideę Landartu 🙂

Pstrykam sporo ujęć, wiedząc, że ma mają potencjał 🙂

Ruszamy dalej w trasę. Teraz czeka nas przemarsz około 6 km w stronę Stawów Echo. Po drodzę mijam kolejne istalacje Landartu, mniej spektakularne, ale za każdym razem zakakujące swoim pojawieniem się.

Wreszcie Stawy i kolejny odpoczynek. Gorąca herbata i czekolada dodają energii.

Skręcamy na wydmę ciągnąc się wzdłuż Stawów i ścieżką przyrodniczą docieramy na tyły budynku Roztoczańskiego Parku Narodowego. Tu chwilę próbujemy się pozbierać, bo cześć grupy poszła krótszą drogą prosto do Zwierzyńca. Przejmuje ich we władanie knajpka, więc w niewielkiej podgrupce ruszamy po kolejną zdobycz, która ma zwieńczyć dzisiejszą wycieczkę.

Przed nami Bukowa Góra.

Ścieżka rozpoczyna się przy Ośrodku Edukacyjno – Muzealnym RPN w zabytkowej części Zwierzyńca. Ścieżka prowadzi na południe ukazując kolejno: „Głaz Papieski”, Pomnik Pamięci Poległych Leśników, następnie obszar ochrony ścisłej Bukowa Góra oraz punkt widokowy z panoramą na strefę krawędziową Roztocza Środkowego. Ścieżka kończy się w miejscowości Sochy przy cmentarzu upamiętniającym niemiecką pacyfikację wsi 1 czerwca 1943 r. Z Soch można wrócić do Zwierzyńca drogą asfaltową (około 3 km, 1 godz.) lub udać się w dalszą wędrówkę szlakiem krawędziowym. Ścieżka trudna ze względu na znaczącą różnicę wzniesień wynoszącą ok. 80m – wymaga pokonania stromego podejścia po schodach. Nie należy z niej korzystać w czasie porywistych silnych wiatrów, które czynią trasę niebezpieczną, ze względu na spadające gałęzie drzew, szczególnie na odcinku w obszarze ochrony ścisłej [źródło: Roztoczański Park Narodowy].

Dość długo idziemy płaską ścieżką, która dopiero pod koniec trasy „staje dęba” 🙂 Dotychczasowa wędrówka była pewnie mało górska, więc teraz wszyscy mają okazję się przekonać, że na Roztoczu Ziemia wcale nie jest płaska jak naleśnik 🙂

W pocie czoła zdobywamy Górę 🙂

Ścieżka kończy się punktem widokowym, skąd próbujemy podziwiać panoramę Roztocza. Mgła trochę zrzedła, w dole widać wieś, a tuż obok zaczyna się droga zejściowa. W 20 minut pokonujemy trasę w dół, jeszcze tylko zaglądamy na cmentarz upamiętniający ofiary pacyfikacji Zamojszczyzny w czasie II wojny światowej i za chwilę zamykamy pętlę.

Za nami prawie 17 kilometrów.

Teraz kolejny wieczór z pysznym żurkiem, pierogami i innymi przysmakami przywiezionymi przez zlotowiczów.

Na kolejny dzień zaplanowano jeszcze jedną wycieczkę, ja niestety muszę wracać. Rano przegadujemy jeszcze ze dwie godziny z tymi, którzy nie poszli na wędrówkę, jeszcze tylko wizyta na dworcu w Zamościu i dość szybko dojeżdżam do domu – w końcu mam najbliżej 🙂 

Sobotnia trasa: