Styczniowa sobota ścisnęła tęgim mrozem, a drogi zamieniły się w błyszczące w słońcu lodowisko. W takiej aurze przyszło mi odwiedzić zimowe łąki na Zielawą 🙂

Czapka na uszy, grube rękawice i ruszam w drogę. Aparat się nie poddaje i dzielnie robi kolejne fotografie… -20 stopni mu nie straszne. 

Przemarznięte trawy rzucają długie cienie od nisko stojącego zimowego słońca.

Suszki, wszędzie suszki 🙂 Dolina Zielawy jest bardzo nisko położona, idę po podmokłych terenach zalewowych, na szczęście wszystko jest teraz zamarznięte na kość.

A rzeka dzielnie się broni przed zamarznięciem. Nad wodą unosi się delikatna mgiełka parującej wody, która natychmiast zamarza.

Sztuka wymaga poświęceń 😉 Jednak po pół godzinie się poddaję i wracam do ciepłego pomieszczenia.

Wypatrzyłem ostatnio lokalną grupę TKKF, która mocno się ożywiła i zaproponowała w mediach społecznościowych spacer. Nie byłe jaki – miał to być przemarsz do sąsiedniego Międzyrzeca wyłącznie lasami (tak, tak, na wschodzie Polski jeszcze trochę lasów zostało) – a cała trasa to 35 kilometrów.

Wkręciłem się w ten pomysł na tyle, że postanowiłem spróbować pokonać chociaż część tej trasy, bo jakoś od zawsze omijałem te lasy, jako że położone są z drugiej strony miasta.

Plecak wyszykowany, prognoza pogody znośna, ubieram się ciepło i o 10 stawiam się na miejscy zbiórki w Parku Radziwiłłowskim. Zastaję całkiem liczną ekipę: są Bialski Klub Rowerowy, Biała Biega i szef wyprawy Kuba – razem ze 30 osób. Krótka narada i w drogę. Pierwsze kilometry to przemarsz na skraj miasta, ale w końcu oto i Ona. Puszcza Bialska 🙂

DSC_3868

Zagłębiamy się w las, w którym zaskakuje mnie ilość dróżek, ścieżek, przecinek. Polany są niestety dziełem człowieka – co starsze drzewa są bezlitośnie cięte 🙁

DSC_3865

Aura sprzyja, las jest cały biały, a prószący śnieg pięknie bieli drzewa. Docieramy do pierwszej osady – Jaźwin. Taka wioska w środku puszczy, gdzie prowadzi jedna polna droga 🙂 Tu odłącza się podgrupa biegaczy, która rusza w kierunku odległej o 3 kilometry stacji kolejowej Porosiuki.

DSC_3875

Pozostali ruszają dalej. Znowu zagłębiamy się w las. Przecinamy tory kolejowe i po kilku kilometrach zarządzamy krótki biwak. Las na chwilę się kończy, bo przed nami kolejna osada w środku lasu – Surmacze. Kilka drewnianych domów i dalej las.

DSC_3879

Kilometry lecą, zaczyna się pomału ściemniać.

DSC_3894

Przed nami kolejna stacja – Sokule. Za mną 21 kilometrów. Tu decyduję się na powrót. Pozostała grupka dzielnie podąża dalej do Międzyrzeca!

Za 15 minut podjeżdża pociąg i po 10 minutach jestem w znowu w miejscu startu 🙂

Cała trasa zajęła mi około 6 godzin. Organizatorzy zakładali nieco szybsze tempo, ale moje zimowe doświadczenie mówiło mi, że trochę przecenili możliwości szybkiego zimowego marszu w tak licznej grupie 🙂 

No i mamy nowy 2017 rok. Po kilku szarych dniach przyszła Prawdziwa Zima. Najpierw świat pięknie się zabielił, a potem zaatakował mróz. Duży mróz. Temperatura zjechała poniżej -20 stopni. Wyglądałem co dzień przez okno w pracy, czekając weekendu i myśląc już o pierwszej fotograficznej wyprawie nad Bug. Sobotę poświęciłem domowym sprawom, ale niedziela od rana była moja 🙂

Ranek nie zapowiadał dobrych warunków do zdjęć, więc o 6 rano obróciłem się na drugi bok i spałem dalej 😉 Jednak już około 10 nagle chmury się rozstąpiły i nastąpił zapłon – w kilka minut byłem gotowy do drogi. Ubrany jak na wyprawę arktyczną, z ulgą słuchałem odpalonego przy -15 stopniach silnika 🙂 Plan był od kilku dni z grubsza ułożony – chciałem w jeden dzień objechać jak najwięcej z wielokrotnie odwiedzanych miejsc – od Gnojna do Nepli.

Droga jest dramatycznie oblodzona, jadę około 40km/h i niestety ucieka mi okienko pogodowe. Około 11 docieram do Gnojna. O ile jeszcze w lesie 10 minut wcześniej zimowy las cudownie lśnił w promieniach słońca, to pod skarpą dopada mnie zaciągnięte niebo. Ale nic – nie poddajemy się. 

Dobiegam na punkt widokowy i jak zwykle cieszę oko rozległą panoramą. Drzewa na skarpie coraz wyższe i coraz mniej widać rzekę.

Biegnę dalej, by stromym zejściem dojść do widocznej 30 metrów niżej rzeki. Jej część dopływająca do skarpy jest zamarznięta, ale dalej nurt jest na tyle silny, że nie pokryła się lodem i płynie wartko wzdłuż wysokiego zbocza doliny Bugu. Woda była chyba w czasie zamarzania wyższa i nieco opadła, bo brzegi pokryte są ukośnymi, spękanymi taflami lodu, na których utworzyły się fantazyjne motylki z szadzi.  

Robię panoramę, kilka ujęć spiętrzonych gór lodu i ruszam w górę – na skróty. Wbijam się w ostry żleb wiodący prosto na punkt widokowy. Lekko nie jest. W połowie drogi mam chęć zawrócić, ale widok za plecami mnie zniechęca, więc walczę dalej. Przydałyby się… łańcuchy lub raki 😉 Uff nawet nieźle się zgrzałem 🙂 Znowu stoję na szczycie.

Teraz biegiem do samochodu i pomału ruszam odhaczyć kolejny punkt wycieczki. A dystansu trochę jest – mijam Janów Podlaski i nadbużanką przemykam przez kolejne wioski.

Droga jest jak lusterko – oblodzona i błyszczy, więc dość powoli docieram do kolejnego punktu wycieczki – do Pratulina. Mijam zaprzyjaźnioną agroturystykę i parkuję na końcu wsi. Pierwsze co rzuca się w oczy, to tłum na lodzie 🙂 Oczywiście z samym szefem, czyli panem Pliszką 🙂 Siedzą, chodzą wiercą dziury w lodzie. Słowem łowy na „grubą rybę”. Wściekły mróz zupełnie im nie przeszkadza… 

Kręcę się chwilę po okolicy, wpadam też w okolice łęgu, który z racji wysokiej wody jest częściowo pod wodą – zamarzniętą zresztą – i pracowicie zapełniam kartę, bo pojawiło się trochę słońca 🙂 Spotykam też sympatycznych pograniczników w terenówce, którzy dopytują się jak idzie fotografowanie i czy mi nie zimno 🙂

Za chwilę zarządzam odwrót i jadę dalej. Teraz już blisko, bo do Krzyczewa.

Zaglądam za drewniany kościółek – tu podobnie jak w Gnojnie Bug częściowo zamarzł, ale tam, gdzie jest ostry zakręt i bystry nurt – broni się dzielnie przed mrozem.

Schodzę na chwilę na łęg uwiecznić zimową panoramę i przez chwilę się waham, czy nie zakończyć wycieczki. Ale do ostatniego planowego punktu jest już tak blisko… i do tego znowu pojawia się trochę światła.

Szybka decyzja i parkuję przy czołgu w Neplach 🙂

Warto było. Obiegam wąwóz, który całkiem wdarł się już w pole i przeciął dawną drogę nad rzekę. Teraz trzeba go obejść niedużym laskiem. Punkt widokowy robi niezmiennie wrażenie. Do tego dochodzi zimowa sceneria – zamarznięty nurt rzeki, ośnieżone drzewa, białe pola.

Porcja materiału ląduje na karcie do dalszej obróbki. Jest czternasta – czas wracać do domu. Trochę już czuję siłę mrozu a i żołądek domaga się małego co nieco 😉

Pomalutku przedzieram się zapomnianymi wioskami, bo wybrałem drogę na skróty: przez Mokrany, Malową Górę, Dereczankę, Kijowiec docieram do krajowej „dwójki”. Tu na szczęście nie ma lodu na jezdni i można spokojnie wrócić do domu 🙂

 

…nie pamiętają takiej pogody, jaka trafiła mi się na wyjazd urlopowy. Nawet nasz słowacki gospodarz – Pavol – stwierdził filozoficznie, że „takiego februara to on nie pamięta jak żyje”. Wyjazd na 5 dni przeznaczony był na rekreację i tak też się stało, chociaż nie do końca zgodnie z planem…

Wyruszamy w sobotę i bez przeszkód docieramy na Słowację. Obiad, wieczorek integracyjny, rozpakowanie i spać.

Budzę się o 7 rano i oczom nie wierzę. Wczoraj nic nie było widać, dziś z okna podziwiam nieskazitelnie czyste, błękitne niebo i świecące na biało Tatry. Poprawa humoru jest natychmiastowa i to co najmniej o 300% 🙂 Aparat na statyw i robimy zdjęcia 🙂

Po śniadaniu ładujemy sprzęt do aut i ruszamy na narciarską rozgrzewkę za Poprad. Po 3 latach przerwy wystarczy kilka zjazdów, aby sobie przypomnieć „jak to się robi” 🙂 Siedzimy na stoku prawie do trzeciej, słońce razi w oczy, ale widok na Tatry wynagradza wszelkie niedogodności 🙂

DSC_6490

Wieczorem jeszcze kilka zdjęć, ale niestety warunki już nie te… I tak już będzie do końca wyjazdu 🙁 Kolejny dzień spędzamy na stoku na Łomnicy, ale po 2 godzinach jazdy w ulewie i przemoczeniu wszystkiego uciekamy do naszego pensjonatu. Aparatu nawet nie wyjmuję. Zostaje się integrować 🙂

DSC_6496_1402

Kolejny ranek nie wygląda lepiej. Śnieg zniknął, widoczność minimalna. Zachęcam wszystkich na wyjazd na spacer we mgle. Wjeżdżamy na Hrebienok i ruszamy w stronę Chaty Zamkovskiego. Jest klimatycznie, chociaż resztki lasu w postaci kikutów drzew ginących we mgle przypominają trochę atmosferę horroru 🙂 To moja zimowa premiera w słowackich Tatrach i muszę przyznać, że szedłem tam z ciekawością. Jest fajnie 🙂

Obrovsky wodospad, wodospady Zimnej Wody skute lodem, przysypane śniegiem. Ludzi prawie nie ma, cisza. Wycieczka wszystkim się bardzo podoba, a najbardziej okolice schronisk: Rainerowa Chata z herbatką z rumem i Bilikova Chata z tymże samym trunkiem 🙂 Tego dnia udaje się zrobić trochę nastrojowych zdjęć, które z przyjemnością przedstawiam.

Rano znowu witają mnie na niebie ciekawe zjawiska, które jednak szybko się kończą. Najpierw z chmur wyłania się ściana Łomnicy, potem mgła znika, nad szczytami Tatr tworzy się czapa, która co chwila zmienia się i budzi skojarzenia z najazdem obcych w „Dniu niepodległości” 🙂 Kilka minut i jest po wszystkim. Schodzimy na śniadanie. Temperatura leci w górę, stwierdzam więc, że jazda będzie mało przyjemna i robimy sobie rodzinny wypoczynek w parku wodnym w Popradzie. Pozostaje kilka zdjęć poranka…

Znowu padało całą noc… rano radzimy nad wycieczką w stronę Słowackiego Raju. Kręcimy się jakimiś podniebnymi serpentynami, by stwierdzić że jaskinia Dobszyńska jest zamknięta, a droga na Tomasovsky Vyhlad nieprzejezdna… I tak wróciłem bez zdjęć 🙁 Zostało kilka prób z okna, chociaż za bardzo nie ma co 😉

I wieczorem…

Pięć dni minęło błyskawicznie – został tylko powrót. Niestety – całą drogę lało. Ktoś powiedział, że mamy luty…

 

Ciąg dalszy zimowej wyprawy w okolice Sławatycz. Wracamy z kartami pełnymi zdjęć, ale czeka nas jeszcze misja „gmina Tuczna zimą” 🙂

Przed wyjazdem Mirek przygotował stosowną listę miejsc i teraz zostaje tylko realizować plan.

Na pierwszy ogień idzie mała wioska Międzyleś. Trochę tu jak na końcu świata. Przejeżdżamy całą miejscowość w poszukiwaniu odrestaurowanej cerkwi.

Pierwszą prawosławną cerkiew w Międzylesiu (drewnianą, pod wezwaniem św. Anny) wzniesiono w latach 1907–1909 jako świątynię filialną parafii św. Mikołaja w Zabłociu. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości i powrocie ludności prawosławnej z bieżeństwa, wskutek trudności stwarzanych przez władze wojewódzkie cerkiew międzyleską można było użytkować w ograniczonym zakresie (tylko 3 razy w roku). Stan taki trwał do 1928, kiedy to umożliwiono wiernym stałe korzystanie ze świątyni. W 1929 dekretem metropolity Dionizego (Waledyńskiego) została erygowana samodzielna parafia prawosławna w Międzylesiu. Jednak już 9 lat później, w ramach akcji polonizacyjno-rewindykacyjnej cerkiew św. Anny zburzono (14 lipca 1938). Udało się uratować część wyposażenia, m.in. ikonostas, który obecnie znajduje się w cerkwi św. Jerzego w Łobzie. Od tego czasu wierni spotykali się na nabożeństwach w miejscu rozebranej świątyni, a w czasie II wojny światowej – w budynku szkolnym. W 1947, po rozpoczęciu Akcji „Wisła” parafię zlikwidowano, a nielicznych pozostałych wiernych dołączono do parafii w Zabłociu. W związku ze stopniowym powrotem części wysiedlonych na ojcowiznę, parafię w Międzylesiu reaktywowano dekretem metropolity Bazylego (Doroszkiewicza) z dnia 14 lutego 1983. W 1980 rozpoczęto budowę nowej, tym razem murowanej cerkwi (również pod wezwaniem św. Anny), którą ukończono w 1985[źródło: Wikipedia].

Cerkiew znajdujemy na końcu wsi. Piękny parking, zadbane otoczenie, do tego szadź na drzewach – wszystko to sprawia, że miejsce wzbudza w nas same pozytywne doznania 🙂 Największą jednak furorę robią dwa krzyże w środku pola. Przebijamy się na przełaj przez zamarznięte bruzdy ziemi, by po dotarciu na miejsce odkryć, że wiodła tam całkiem cywilizowana i ubita droga 🙂 Następuje długa seria ujęć z każdej strony, łącznie z „wciągającą” ośnieżoną drogą, która ginie gdzieś na horyzoncie we mgle.

DSC_6005_Jordan

Ruszamy dalej. Kolejny punkt to to stary wiatrak w Tucznej. Okazuje się, że stoi on na prywatnym podwórku. Wrodzony talent dzielnych fotografów do zjednywania ludzi powoduje, że za chwilę pojawia się „pan młynarz” i i już mamy przewodnika po obiekcie. Pan jest już dobrze po siedemdziesiątce i jest zadowolony, że trafiła mu się taka fucha.

DSC_6057_Jordan

Wyprowadza nas na samą górę, gdzie cierpliwie pozuje stadu paparazzich 🙂 Ja staram się bardziej skupić na detalach wiatraka. Jest w naprawdę w dobrym stanie, jak na swoje 100 lat. Stracił tylko skrzydła no i w dachu straszy dziura, przez którą widać bocianie gniazdo. Na rozmowach i fotografowaniu zlatuje nam godzina.

DSC_6051_Jordan

Ruszamy dalej. Zatrzymujemy się jeszcze na chwilę w zagubionej w lesie wiosce Choroszczynka, po drodze fotografujemy mały zagubiony w lesie domek i jazda do domu na gorący obiad, bo zimno dobiera się już do nas z każdej strony 🙂

DSC_6108_Jordan