To był specjalny wyjazd – poczciwa 20-letnia „babcia” przewiozła mój rower po raz ostatni 🙁 Niezawodny towarzysz rowerowych wypraw poszedł w nowe ręce, więc trzeba będzie coś wykombinować, jak tu dalej zwiedzać nadbużańskie wertepy.

Na dziś pozostał mi ostatni tutejszy odcinek – od Janowa Podlaskiego. Rezygnuję z wjazdu do stadniny i postanawiam zaparkować obok kościółka w Pawlowie Starym. 

Dosiadam swego rumaka i ruszam w kierunku rzeki – w miejsce, gdzie rok temu kończyłem trasę z Niemirowa. Początek to walka z piaskiem, ale za chwilę przecinam drogę wokół stadniny i ruszam wąską ścieżką pośród traktorów koszących łąki i dziesiątek bocianów, by dotrzeć nad Bug. 

Wreszcie znowu rzeka. A nad nią wyraźna ścieżka tuż ponad lustrem wody. Natykam się na pierwszą przeszkodę. Głęboki rów o pionowych zboczach – raczej nie do sforsowania, ale ktoś zapobiegliwy ułożyć z betonowych pali przeprawę 🙂 Za chwilę mogę jechać dalej.

Droga jest całkiem dobra i tempo też. Przecinam kolejny rów i małe zaskoczenie – droga ginie pod świeżym sianem. Trafiam w istny labirynt skoszonych kawałków łąki, poprzecinanych rowami, bużyskami i rozlewiskami. Wychodzę z założenia, że skoro zostały skoszone, to jakoś udało się tu dojechać i musi być jakieś wyjście 🙂

Czeka mnie tylko jeden skok przez rów i za chwilę wyjeżdżam na szerszą polną drogę. Z ulgą odkrywam, że to ścieżka przyrodnicza na łęg dębowy. Jestem uratowany 🙂 

Mijam zarastające jezioro, ukryte za gęstymi krzakami. O jego istnieniu informuje tablica przy drodze. Dalej droga wiedzie przez środek łąki, potem wpada w jakiś zarośla i już widzę w oddali znajomą, ułożoną z płytek drogę ze stadniny.

Mijam kolejne jeziorko i robię nawrót w stronę rzeki, którą od jakiegoś czasu straciłem z oczu. Po kilku minutach Bug pojawia się znowu przede mną w miejscu, które jako jedno z nielicznych zostało sztucznie umocnione. Rzeka próbowała tu zrobić sobie skrót, odcinając kilkadziesiąt hektarów Polski dla naszych sąsiadów. Mam pierwszą okazję zapuścić się w ten całkowicie dziki rejon. Najpierw przecinam rozległą łąkę, a potem ruszam nad rzekę. Miejsce jest niesamowicie odludne, ale i piękne.

Jadąc ponad rzeką wracam do miejsca, gdzie powstały umocnienia.

Teraz czas na przebicie się przez odnogi, które łączą rzekę z rozlewiskami rezerwatu „Łęg Dębowy”. Niski stan wody powoduje, że nie jest to wielki problem i wszelkie obniżenia przejeżdżam „suchą stopą” 🙂 

Miejsce gdzie trafiłem jest tak niesamowite, że nie mogę się napatrzeć. Jestem w samym środku uroczyska powstałego z rozlewisk, wierzb, uschniętych kikutów drzew. Muszę tu kiedyś wrócić, bo to jedno z piękniejszych miejsc. 

Po chwili droga znowu wychodzi nad Bug i po kilku minutach docieram do kolejnego punktu wyprawy – małego jeziorka zwanego Pralnią. Jest to ulubiona miejscówka wędkrzy, obok stoi murowana wiata i wiedzie tędy czerwony szlak nadbużański. 

Obowiązkowa sesja foto, bo jakoś omijałem do tej poru to miejsce latem. A jest co podziwiać. Roślinność jak w tropikalnej dżungli oplotła cypelek, z którego robię zwykle panoramy. Powstaje kolejna – letnia.

Badam możliwości dalszej jazdy, bo zaraz obok jest rozlewisko, które jak do tej pory było nie do pokonania. Okazuje się, że nad samą rzeką drogę przegradza głęboki rów, a dalej jest wąski strumyk, za którym falują podmokłe łąki i chyba nie mam chęci się w nie zapuścić 🙂

Mijam bramę 🙂

Zerkam na zegarek i  dochodzę do wniosku, że chyba odpuszczę objeżdżanie znaną mi drogą do Woroblina. Dalej okolicę już dobrze znam, więc robię nawrót i ruszam w kierunku stadniny. Droga jest dobra, i w pół godziny jestem na miejscu. Nie zatrzymuję się jednak i jadę dalej, by po kolejnej półgodzinnej jeździe stawić się przy czekającym aucie.

Jeszcze tylko pakowanie roweru i za 20 minut jestem w domu.   

 

Wracając z rowerowej wyprawy, całkiem niechcący a może chcący skręcam do malutkiej wioski, którą wiosną pokazał mi kolega z Fotoklubu. „Wierzby fajne będą” – obiecywał. Były – nie tylko wierzby. Tuż za wsią, na niedużym wzgórzu stoi drewniana kapliczka, ukryta w małym zagajniku. A wokół pomnikowe drzewa. I ławeczka do rozmyślania. Bo ciszy i spokoju nie trzeba tu szukać. One tu są.

Reszta to obrazy.

 

Tak się jakoś złożyło, że najbliżej leżące odcinki Bugu zostały mi na ten rok. Po ostatniej wyprawie za Drohiczyn nadeszła pora przejechać na rowerze fragment, który budził moje obawy ze względu na obecność licznych mostów, przejść granicznych, stref zakazanych i pilnujących tego wszystkiego pograniczników 🙂

Na szczęście od jakiegoś czasu mam informacje z pierwszej ręki, co i gdzie legalnie mogę robić 🙂 Niniejszym pozdrawiam Pawła z SG 🙂

Stary schemat zaczynam o 8 rano – telefon do Straży, rower do auta i wyruszam do Nepli, skąd zamierzam przejechać do Kuzawki, gdzie rok temu zakończyłem swoją wycieczkę z Łęgów i ruszyć dalej w stronę Terespola.

Znanymi sobie skrótami docieram na miejsce w pół godziny. Pogoda jest taka jak lubię – słonecznie, nie za gorąco. Jadę chwilę przez las i przed Kuzawką napotykam dokładnie taki klimat jak rok wcześniej – błękit nieba, zielone pola falujące zbożami, kwitnące maki.

Przejeżdżam przez wieś i co widzę? Już wiem gdzie jest Nemo!

A potem to już nadbużańskie standardy. Ledwo widoczna ścieżka skręca w chaszcze 🙂 I rzeka ciągle tuż obok. Moja trasa wiedzie tuż ponad brzegiem, ale na szczęście nie ma tu pasa granicznego, więc mogę na razie legalnie podążać w stronę mostu w Kukurykach.

Zataczam szerokie koło, bo tak płynie tu rzeka i w końcu z krzaków wyłania się potężna konstrukcja. To most tranzytowy na Białoruś dla TIR-ów. Właściwe przejście jest około 3 kilometry wcześniej, a tutaj ruch samochodowy jest już po odprawie. Przejeżdżam pod mostem, zerkając przy okazji na sporą ilość kamer i inne zabezpieczenia 😉

Zaraz za mostem moja droga oddala się od rzeki. Jadę chwilę wzdłuż kolejki ciężarówek i wjeżdżam do wsi Kukuryki 🙂 Jest nieduża, więc szybko pozostaje za mną i zaraz jest kolejna mała wioska – Samowicze. Tu według informacji od Pawła mam szukać domu sołtysa 🙂 Najpierw w jednak docieram na koniec wsi, gdzie droga kończy się zjazdem w dół, przecina nieduże jeziorko i dalej jest już tylko łąka.

Wracam do domu sołtysa, bo oczywiście już go wcześniej wypatrzyłem i tam ruszam polną drogą w kierunku rzeki. Zajmuje mi to kilka minut i znowu mam swój Bug.

Jadę teraz przez odludne, ciche i spokojne tereny, napotykając co jakiś czas mocno piaszczyste odcinki, co kończy się tym, że muszę rower pchać, aby nie tracić niepotrzebnie sił. I muszę przyznać, że to jeden z bardziej widokowych odcinków Bugu.

Zataczam znowu wielki łuk wzdłuż rzeki, podziwiając przy okazji piękną plażę po białoruskiej stronie.

Teraz czas na odnalezienie tego, po co tu przyjechałem. Śluza w Terespolu. Wielkie betonowe cokoły nie pozostawiają wątpliwości, ze to jest to miejsce. Jako dinozaur pamiętam czasy, gdy śluza funkcjonowała i spiętrzała wodę około 2 metry, co zapewniało żeglowność białoruskiego dopływu Bugu – Muchawca. A było to ponad 30 lat temu 🙂

Teraz tylko beton pozostał nienaruszony, inne mechanizmy pordzewiały. Kanał, którym woda opływała śluzę – zarósł zielskiem. Przypomniałem sobie z jaką obawą przez niego skakałem, patrząc na rwący prąd w dole… no to hop. Skoczyłem jeszcze raz 🙂 Co z tego że teraz suchy 😉

Czas jechać dalej. Zbliżam się do mostow kolejowych. I tu niestety spotykam koniec ścieżki nad Bugiem. Pas drogi granicznej został wyraźnie oznaczony, nie mam wątpliwości, że dalej nie mogę się zapuścić. To znaczy mogę, ale pewnie daleko nie zajadę 🙂

Odbijam w stronę Terespola i wkrótce wyjeżdżam na drogę zwaną Aleją Marzeń 🙂 Przekraczam tory i już Terespol. Teraz mój plan obejmuje dotarcie do miejsca zwanego Rogatką. Jest to stara odnoga Bugu, za którą rozciąga się Białoruś. Jest to takie jedyne miejsce, gdzie Bug płynie w całości po białoruskiej stronie. Zgodnie z instrukcjami mam się tam nie zapuszczać. 🙂 Zaglądam więc tylko wydeptaną ścieżką nad brzeg Rogatki, kilka fotek i wycofuję się na wał przeciwpowodziowy.

Podążam nim przez kilka minut i już jestem na drogowym przejściu granicznym w Terespolu. Tu zaczynałem swoją przygodę w kierunku Okczyna. Kolejny fragment Bugu mogę uznać za przejechany 🙂

Pozostaje tradycyjny powrót. Przecinam Terespol piękną nową ścieżką rowerową. Jeszcze przejazd kolejowy i już skręcam na drogę w kierunku Nepli. Kilometry szybko mijają, przekraczam znowu trasę dla TIR-ów – tym razem górą. Wiadukt ma dziwną konstrukcją i wygląda na mocno prowizoryczny, ale trwa już tle lat i pewnie jeszcze długa przyszłość przed nim 🙂

Po 4 godzinach jazdy znowu jest przy aucie. Pot z czoła otarty, rower ląduje w bagażniku a ja ruszam jeszcze do Malowej Góry zerknąć na Krznę. Woda jest niska, więc skarpa znowu jest wysoka, tylko las zniknął… Cóż począć 🙁

Chwilę dumam, jak wszystko się zmienia a potem jazda do domu 🙂

Trochę zdjęć:

I trasa:

Czerwiec w tym roku jest wyjątkowo słoneczny i ciepły, więc postanawiam kontynuować zwiedzanie nadbużańskich zakątków z pokładu roweru. Wybór pada na dość odległy odcinek rzeki, zaczynający się w Tonkielach. Trasa narysowana, wrzucam ślad do telefonu i w drogę. Szukam skrótów, aby jak najszybciej dojechać do celu, w efekcie zwiedzam jakieś tajemnicze i zapomniane zakątki. Odkrywam przy okazji kilka znajomo wyglądających miejsc, które oglądałem w Google Street View, planując tegoroczne wyprawy.

Wreszcie po około 70 kilometrach jazdy widzę znajomy most. Zjeżdżam szybko na dół, auto zostawiam w cieniu i przesiadam się na rower.

Witaj przygodo. Ruszam przez most, a tuż za nim skręcam w drogę wiodącą wzdłuż rzeki. Bardzo szybko przekonuję się, że tu się jeździ zupełnie inaczej niż na granicznym odcinku. Mijam kolejne wsie, kilometry lecą, a do Bugu nie zbliżam się nawet na chwilę. Najpierw mijam mały przysiółek, przejeżdżam przez nieduży lasek i wkrótce droga wpada do wsi Chutkowice, gdzie zaczyna się znowu asfalt.

Jadę więc dalej. Przede mną kolejna wieś Putkowice, a rzeki nie widać. Znowu skręcam w jakąś polną dróżkę, ale ta również za chwilę wraca na asfaltowy trakt. No nic, ciągniemy dalej. Teraz będzie długa prosta, a na niej kilka podjazdów. Sprawdzam dystans – już 18 kilometrów. Dziwnie dużo, ale nie ma czasu się zastanawiać. Mijam kolejną wieś Arbasy.

Natrafiam na kolejny zjazd, ale okazuje się, że kończy się on na rozlewisku, za którym pracują na polu traktory. Z map wynikałoło, że mam małe szanse przebić się dalej, więc odpuszczam przeprawę i ruszam dalej asfaltem w kierunku kolejnej wsi Osnówka.

Nareszcie na chwilę ukazuje mi się Bug – ale tylko na chwilę.

Za Osnówką natrafiam na znajome miejsce – Granne. Tu dwa lata temu fotografowałem przeprawę, która odsłoniła się w wyniku dramatycznie niskiego stanu wody w Bugu. Teraz wszystko jest pod wodą. Jadę dalej.

W kolejnej wsi Kruzy odkrywam oznaczenia jakiegoś szlaku rowerowego. Skręcam więc ochoczo z asfaltu w szeroką polną drogę. Okazuje się, że jest tu ukrytych w lesie mnóstwo letnich rezydencji. Całkiem fajna okolica. Tylko droga robi się mocno piaszczysta i jedzie się ciężko. W kolejnej wsi Leśniki jest jeszcze gorzej. Od czasu do czasu napotykam jakieś pojedyncze zabudowania. Istny koniec świata. A Bugu nie widać 🙂  Kilometrów coraz więcej… do planowanego nawrotu w Nurze jeszcze daleko i coraz bardziej zaczynam się zastanawiać co poszło nie tak. Jednak nie odpuszczam i przebijam się przez kolejne lasy i zagajniki. Wyjeżdżam na szutrówkę, która wyprowadza mnie do wsi Kobyle. Tu znowu zagłębiam się w polne drogi. Wyjeżdżam w kolejnej wsi Wojtkowice. Nareszcie widzę Bug 🙂 Ale tylko na chwilę. Podziwiam rzekę z wysokiej skarpy i jadę dalej.

Znowu czekają mnie leśne, piaszczyste drogi. Kolejna wioska. Wojtkowice-Dady. A w zasadzie kilka domów. Na końcu wsi kościółek. Kilka zdjęć, rzut oka na mapę i czas na poszukiwania brodu.

Kilka razy oglądałem Google Maps i ze zdjęć wynikało, że gdzieś tu można przeprawić się przez Nur. Bo mostów w okolicy nie ma. Pierwsza próba jest niestety nieudana. Dróżka dojazdowa kończy się ogrodzoną łąką, w dali widać tylko nadrzeczne zarośla. Wracam na asfalt i dojeżdżam do kolejnej wsi – Wojtkowice Stare. Na końcu wsi odkrywam szeroką polną drogę w kierunku rzeki. Mijam nieduży lasek, potem droga opada i po kiluset metrach jazdy przez łąkę jestem nad Nurem 🙂 Jest bród! Droga wpada prosto do rzeki, woda ledwo po kolana.

Robię zasłużony biwak i wyciągam nawigację. 32 kilometry. Do nawrotu nadal daleko. A przecież cała trasa miała mieć 50 kilometrów. Czas też dziwnie się skurczył. Chwilę wpatruję się w ślad i odkrywam – cała trasa ma 92 kilometry! I olśnienie – narysowałem swoją trasę w milach 😀

W takiej sytuacji zostaje zrobić pamiątkową sesję nad Nurem i podejmuję decyzję o odwrocie. Rzeka jest piękna, czysta i przyjemnie chłodzi stopy po tylu kilometrach 🙂

Mały posiłek, trochę wody i teraz już cały czas asfaltową drogą docieram do mostu w Tonkielach.

Po drodze jeszcze kościół w Grannem.

I przydrożne klimaty.

Cała trasa to 64 kilometry. Nie powiem – poczułem 🙂 Ale kawałek świata, który zobaczyłem, był tego wart 🙂

Wakacje minęły nie wiadomo kiedy. Tegoroczne stały pod znakiem oczekiwania na w miarę pogodne weekendy, bo planów było całkiem sporo. Z realizacją niestety trochę gorzej. Narzekać jednak nie będę. Cierpliwie czekałem i oto nadeszła moja wrześniowa słoneczna sobota. Od rana pogoda jak marzenie – cieplutko, bezchmurnie, więc robię szybkie przygotowania: zakupy, pakowanie roweru i w drogę. 

Jeszcze tylko chwila wahania, czy pojechać na zaległą trasę koło Janowa, czy na kolejny odległy odcinek za Włodawą. Oczywiście wybieram Zbereże. Tam właśnie skończyłem swoją ostatnią trasę, więc w naturalny sposób wypadało ją kontynuować. Trochę ponad godzina jazdy i już jestem za Włodawą. Teraz zagłębiam się w lasy sobiborskie. Przy drogach mnóstwo samochodów – jest wysyp grzybów, więc kto żyw, jedzie do lasu. Mijam znajome już charakterystyczne punkty i miejscowości i w końcu docieram do Zbereża. Parkuję auto tuż za punktem dla rowerzystów, rozpakowuję i się w drogę 🙂 

Droga tysiąca zakrętów – tak chyba będzie nazywał się ten odcinek. Bug wyjątkowo mocno tutaj meandruje, sama droga natomiast jest w miarę oczywista i przejezdna.

Zaczynam od miejsca, gdzie w wakacje przez tydzień był most pontonowy dla turystów. Teraz cicho tu i spokojnie. Ruszam wzdłuż rzeki i dość szybko dojeżdżam do pierwszej dziś atrakcji – pięknej nadbużańskiej skarpy w Zbereżu.

Jak to Bug – zakręca w tym miejscu o 180 stopni, odbijając się od wysokiego, piaszczystego zbocza. Naprzeciw oczywiście jest plaża. Stoję chwilę, by nacieszyć się widokiem.

Ruszam dalej w dół. Stromy zjazd szybko się kończy i od tej chwili będę już jechał dolinami.

Przy kolejnym zakolu próbuję odnaleźć ścieżkę wiodąca na cypelek. Z mapy wynikało, że na końcu będzie plaża. Przebijam się przez krzaki ledwo widocznym śladem, by na końcu stwierdzić, że plaża zarosła i widoków nie będzie…

Wracam na główną drogę i ruszam dalej wzdłuż rzeki.

Jedzie się dobrze – do momentu, gdy droga schodzi w dół nad rzekę i przekracza niewielkie obniżenie. Właściwie to już nie droga, a ścieżka. Zsiadam z roweru i ciągnę go parędziesiąt metrów wąską ścieżką tuż nad wodą. Jest coraz gorzej, gęsta trawa, zarośla i wreszcie ślad całkiem znika w gąszczu. Nie ma rady – będzie odwrót. Zaglądam do przygotowanej wcześniej mapy – no tak – tu miałem mieć objazd 🙂 Trzeba było zajrzeć przed wbiciem się w krzaki 🙂 Wracam tą samą drogą, przy okazji trochę podrapany…

Na kolejne zakole nie prowadzi żadna ścieżka, więc pozostaje pojechać na wprost widoczną drogą. Pojęcie „droga” jest tu zresztą umowne – czasem jest to ślad po jakiejś terenówce pograniczników lub quadzie. Zawsze jest szansa, że gdzieś prowadzi 🙂

Dalej jednak jedzie się już znośnie. Droga raz gorsza, raz lepsza – ale jest. Pogoda dopisuje, widoki też. Ciągłe zakręty powodują, że rzekę mam oświetloną z wszystkich możliwych stron i te same fragmenty mogę fotografować w ciągle zmieniającym się świetle.

Jest kolejne zakole i wyraźna dróżka na jego koniec. Ruszam więc jak zwykle ku przygodzie. Najpierw znajduję jakieś stare rozpadające się ule. Zastanawiam się, czy są zamieszkałe i czy zaraz nie wkurzę ich mieszkańców niezapowiedzianą wizytą 😉

Dalej droga skręca i znika w gąszczu. Jakoś nie mam ochoty walczyć z krzakami i zawracam.

Teraz jedzie się bardzo przyjemnie odkrytym terenem, ponad samą rzeką. Pojawia się jakaś odnoga Bugu, która wygląda na lekko ucywilizowaną. Oddziela ją od rzeki wał ziemny. Wyczuwam w tym rękę Straży Granicznej 🙂

Kilkaset metrów dalej stoi… wychodek. W kolorach maskujących. Tajemnica jego nagłego pojawienia wyjaśni się po kilku dniach, gdy rozpozna go na zdjęciu jego właściciel z Bagien u Mańka 😉

Po około kilometrze docieram do tablicy informacyjnej szlaku kajakowego. Tuż za nią drogę przegradza mi głęboki rów. Bardzo głęboki i bardzo stromy. Przeprawa przez niego to dwie ułożone około metr od siebie rury. Nie widzę szans przejścia z rowerem – ani górą, ani dołem. Będzie kolejny odwrót. Tym razem zaglądam do mapy, co utwierdza mnie w przekonaniu, że dalej wpakowałbym się w teren nie nadający się do jazdy.

Przedzieram się przez łąkę, mając nadzieję, że skoro ktoś kosił tu trawę, to jakoś musiał dojechać 🙂 Na szczęście dokładnie tak było, wiec klucząc chwilę pomiędzy rozlewiskami trafiam na… wał przeciwpowodziowy. Chyba 🙂 Nie widzę innego powodu, by podwyższona, idealnie równa dróżka się tu znalazła. Jadąc nią, omijam gęste zarośla, wśród których czasem mignie jakieś oczko wodne. Dzicz taka, że palca nie wetkniesz 🙂 Po około kilometrze docieram do lasku, a mijając go, znajduję zjazd na łąkę w stronę rzeki. Oczywiście skręcam 🙂

Niestety, ominąłem przy okazji kolejne dwa zakola, ale chyba nie było szansy, by tam zajrzeć, będąc na rowerze.

Droga obniża się mocno, jest pełna kolein wypełnionych wodą, mijam sporo małych jeziorek i starych odnóg Bugu, by wreszcie znowu znaleźć się na rzeką.

Na kolejne zakola też nie ma dojazdu, więc „ścinam” je, trzymając się ledwo widocznych ścieżek. 

Na jednym z zakrętów, próbując różnych wariantów dojazdu do rzeki, stwierdzam, że jadę w przeciwna stronę niż zamierzałem 🙂 Ciągłe zmiany kierunku Bugu powodują małe zamieszanie w orientacji przestrzennej. Na chwilę 🙂

Znowu muszę oddalić się od rzeki, bo drogę przegradza mi odnoga rzeki. Jadąc wzdłuż niej, trafiam na umocniony nasyp, który pełni rolę przeprawy, ale też tamy, bo woda z prawej strony jest mocno spiętrzona. Z mapy wynika, że jest to tzw. Pompka w Woli Uhruskiej.

Przejeżdżam oczywiście na drugą stronę, by być bliżej rzeki. Tu zastaję … zawody wędkarskie. Chyba nawet całkiem spore, bo mijam dziesiątki aut i tłumy wędkarzy. Trochę zdziwieni są, że komuś chce się przeciskać przez tutejsze wertepy rowerem. Mijam stolik sędziowski z pucharami i docieram do końca twardej drogi.

Znowu zjazd w dół i po kilkuset metrach droga się kończy. Wracam więc w okolice słupka i zaczynam oddalać się od rzeki. Na szczęście niedaleko kolejna ścieżka ciągnie znowu nad Bug. Tu ponownie nagły zwrot rzeki powoduje, że jadę pod prąd.

Zawracam i po ujechaniu kilkuset metrów muszę definitywnie pożegnać się z rzeką. Dalej falują podmokłe łąki.

Ostatnia prosta ciągnie się długo i jest trochę męcząca – droga jest pełna poprzecznych garbów głęboko odciśniętych w gliniastej ziemi przez traktory. Trzęsie niemożliwie, ale jako jakoś się przebijam. Jeszcze zakręt, kilkaset metrów walki i wreszcie bita droga. Wyjeżdżam na asfalt w okolicy cerkwi w Uhrusku. 

Za wsią spotykam jeszcze samotnego konia na wzgórzu. 

W Woli Uhruskiej w towarzystwie pana „piwnego” na MOR dla rowerzystów wyciągam z plecaka małe co nieco. Bo oczywiście wracam Green Velo.

A potem już tylko godzinka spokojnej jazdy do Zbereża. Tym razem, mając cały chłodniejszy niż zwykle dzień dla siebie, mogłem sobie pozwolić na spokojną jazdę. Wyszło około 41 kilometrów, czas 6 godzin i jak zwykle sporo przystanków na fotografowanie 🙂

Plan vs trasa (niebieska):