Taki mam rok, że z plaż została mi plaża w Łęgach. I absolutnie tego nie żałuję, bo w tym roku przerosła moje oczekiwania. Taki już urok Bugu, że znane miejsca co roku wyglądają zupełnie inaczej. Ostatnie lata to był raczej zawód, piasku mało, pozarastane, odsłonięte i spękane z powodu suszy dno rzeki.

Tym razem jest niespodzianka – piasek piękny jak nad morzem, plaża jest ogromna i rozciąga się na cały łuk rzeki. Nic dziwnego, że robię tu dłuższy biwak 🙂

Wybieram dojście nasypem nadbużanki. Pogoda jest rewelacyjna, zdjęcia „robią się same”. Mijam doły po zerwanych mostach.

I oto przede mną Bug.

Moje pierwsze wizyty tutaj to było przedzieranie się przez dżunglę. Teraz jednak są porobione całkiem niezłe trakty – pogranicznicy dbają o ich przejezdność. Kilka minut krążę w zielonym labiryncie i jest mój cel wycieczki.

Piaski, piaski, wszędzie piaski.

Biwak trwa ze 2 godziny, bo żal opuszczać to piękne miejsce. Dobrze, że są takie oazy i do tego tak blisko domu 🙂

Są takie miejsca nad Bugiem, które ciągną jak magnes. Tak jest przy ujściu Tocznej (czy Kałuży – sam już nie wiem 🙂 ).

Wpadam tam co jakiś czas na krótki spacer, pooddycham ciszą, dziką przyrodą i odliczam do kolejnej wizyty 🙂

Płynie wije się rzeczka.

Łąki kwitną.

Ławka nadbużańska, model naturalny.

Wiosenna przyroda w najlepszym odcieniu zieleni.

Chaszcze.

Wszystko kwitnie

I stare bużysko niezmiennie piękne.

Chęć odkrywania świata pchnęła mnie w tym roku w kierunku poznawania terenów wokół miasta – i to najlepiej tam, gdzie trudno dojechać 🙂

Nie ukrywam, że w podjęciu tej decyzji pomógł nowy nabytek – rower – prawdziwa terenówka. Czerwiec jest ciepły, więc wypada wykorzystywać pogodę do oporu. Oglądam kilka przygotowanych tras i jak zwykle spontanicznie wybór zapada dopiero po przejechaniu kilku pierwszych metrów.

Kieruję się więc za rzekę, w kierunku niewyciętej jeszcze całkiem Puszczy Bialskiej. Trochę już znam tutejsze leśne ścieżki, ale obieram nowy wariant, by poczuć trochę emocji w szukaniu przejazdu w kierunku przysiółka Młyniec.

Dość szybko odnajduję znajomy budynek.

Gdzieś tu obok powinien być pomnik. Oczywiście jest!

Ruszam dalej polnymi drogami w nieznane. Pomaga mi wyraźny ślad w aplikacji, który pracowicie wyrysowałem przed wyjazdem i teraz prowadzi mnie jak po sznurku 🙂

Zieleń czerwcowa nie ma sobie równych – soczysta, świeża, jeszcze nie pokryta kurzem.

Jadę brzozową aleją, walcząc trochę z piaskiem, ale na szczęście szerokie opony dają radę. Wspominam zeszłoroczny wyjazd za Drohiczyn, gdzie piasek był na tyle skuteczny, że musiałem prowadzić rower.

Odkrywam moje ulubione klimaty – stare, zapomniane budynki. Ich czas świetności minął, ale cieszą nadal moje oko.

Docieram do kolejnego znanego mi już punktu. To pomnik poświęcony żołnierzom Armii Krajowej.

Leśna, zbiorowa mogiła  żołnierzy AK z oddziału „Zenona”, poległych w walce z Niemcami w dn. 22- 26 lipca 1944r,   znajduje się na   terenie Leśnictwa Leszczanka. Przed laty, w ramach akcji „Burza”,   w rozległym  kompleksie leśnym „smolne Piece”  rozegrała się  krwawa bitwa. Oddziały partyzanckie AK  „Zenona” – Stefana Wyrzykowskiego i „Lecha” – Stanisława Chmielarskiego  sparaliżowały wówczas odwrót cofającym się formacjom Wermachtu. Finał akcji „Burza” w Obwodzie AK Biała Podlaska zakończył się 26 lipca 1944r zajęciem miasta przez oddziały partyzanckie.

Mijam kolejne zabudowania i pomału zbliżam się znowu do Puszczy Bialskiej.

Odkrywam leśną polanę pokrytą paprociami. Wygląda magicznie.

Zbliżam się do miasta a informuje mnie o tym charakterystyczna kapliczka na drzewie.

Podliczam kilometry i ze zdziwieniem stwierdzam, że zrobiłem ponad 50 kilometrów.

Kolejny kawałek świat został odkryty 🙂

… się fotografuje. Właściwie to znalazłem się nad Bugiem o zachodzie słońca z powodu kociołka z pyszną zawartością. Ugotowaną na miejscu. A aparat jak zwykle był pod ręką.

Może aura nie do końca sprzyjała, ale próbowałem 🙂

Jakiś czas temu zaproponowałem Galernikom niedzielny nadbużański wypad. Skoro pomysł został rzucony, wypadało się zabrać za jego realizację.

Oczekiwanie na dobrą pogodę zakończyło się pełnym sukcesem. Ustalona wcześniej data idealnie zgrała się ze słoneczną, czerwcową niedzielą.

Od rana ogarniam sprawy organizacyjne, zarządzam zbiórkę i wyjazd do miejsca startu. Jeszcze tylko zgłoszenie pogranicznikom, że oto rusza w teren dwunastodobowy patrol 🙂

Parkujemy pod lipami w Derle, gdzie za chwilę dołącza do nas sympatyczny, starszy pan. Lubię Derło. Tu bardzo szybko nawiązuje się kontakt z ludźmi. Żyjąc trochę na uboczu rozpędzonego świata, chętnie zagadują, opowiadają miejscowe historie, czy też tańczą z psami 🙂 Nasz gość przybliża nam historię lip, które niezmiennie mnie inspirują fotograficznie (i cały bialski Fotoklub 🙂 ).

Auta zaparkowane, czas w drogę. Kolejny raz przemierzam krętą „drogę fotografów”, zmierzając w stronę Bugu. Grupka się nieco rozciąga, są w niej „ścigacze” i „podziwiacze”, więc jest to nieuniknione. Najważniejsze jednak, że się pilnujemy i co jakiś czas będziemy meldować się w komplecie do grupowych fotek 🙂

Póki co wytyczoną przez pograniczników ścieżką kroczymy niemal nad samą rzeką.

Chyba nie doceniłem pasji odkrywania świata w swojej ekipie, bo w pewnym momencie ruszają oni wąską dróżką wiodącą w gęste krzaki, którą – jakkolwiek zdawało mi się, że znam każde tutejsze przejście – nigdy nie szedłem. W tej sytuacji nie mam wyjścia i ruszam za nimi. Tym sposobem mam okazję obejrzenia łęgu od strony rzeki 🙂 Na pamiątkę mam nieco podrapane łydki i zaliczam kilka skoków nad rowami przecinającymi ścieżkę.

Obawy okazały się niepotrzebne: mimo sporej wody odwrotu nie będzie i szczęśliwie docieram do głównej drogi po drugiej stronie łęgu. A razem ze mną komplet moich podopiecznych 🙂

Teraz ruszamy w kierunku celu wyprawy – plaży. To jedna z najchętniej odwiedzanych przeze mnie nadbużańskich plaż. O każdej porze roku czymś zaskakuje.

No i niezmiennie tyka tam zegar słoneczny 🙂

Widok piasku, rozległej płycizny i do tego wyśmienita pogoda powodują, że rozbijamy dłuższy biwak.

Niezawodny Leszek wyciąga tajemniczy wywar z 25 ziół i z miną czarnoksiężnika rozlewa wszystkim, powodując „nadbużański atak wesołości”. Kończy się to bieganiem po wodzie, wzajemnym ochlapywaniem i nawet najbardziej oporni lądują w Bugu na pamiątkową fotografię.

Siedzimy na gorącym piasku prawie godzinę.

Pogoda jest wyśmienita, podobnie jak humory. Jako nieoficjalny kierownik decyduję w końcu, by poderwać cztery litery i wszyscy pomału ruszają w kierunku kolejnej wsi Woroblin.

Nie jest łatwo opuścić tak piękne miejsce.

Teraz mamy w miarę proste zadanie – mamy trzymać się rzeki i dojść do miejsca zwanego „kibel”.

Tempo marszu mamy różne więc trochę się porozciągaliśmy na trasie. Poza tym nikt nas nie goni, więc jest czas na spokojne pogadanie i tak krok za krokiem jesteśmy przy kiblu.

Szybka kontrola ilościowa wykazuje brak strat w ludziach i oddalamy się od rzeki. Droga jest prosta, nikt nie powinien się zgubić, Tak mi się przynajmniej zdawało 🙂 Docierając do Woroblina, dowiadujemy się że zguba jednak była. Jakoś wszyscy przeoczyli brak Zosi… Mina Leszka nie wróżyła nic dobrego – może kiedyś odważę się zapytać go o szczegóły egzekucji 🙂

Została nam przysłowiowa „ostatnia prosta”. I tu ze zdziwieniem stwierdzamy, że będzie jeszcze jedna niespodzianka – tym razem od natury. Na horyzoncie robi się ciemno i to bynajmniej nie z powodu późnej pory 🙂

Burze czerwcowe są jak czołgi w stary dowcipie wojskowym – wyjeżdżąją znienacka. Nasza też wyskoczyła zza lasu i zaczęła nas szybko gonić. Z każdym metrem nasze szanse malały, na szczęście w połowie drogi do Derła znajduje się schron. Stara szopa na siano stała dokładnie tam, gdzie była potrzebna – wpadliśmy do niej, gdy spadały na nas pierwsze krople.

W tej sytuacji zostało wyciągnąć królika z kapelusza. Czyli niezawodną pelerynkę, która zawsze gdzieś tam leży na dnie plecaka. Fakt przygotowania się kierownika wycieczki na każde warunki wzbudził aplauz u zebranych 😉 Zdecydowanem, że lecę do aut oddalonych o około 3 kilometry i ściągnę auto Piotra, a reszta czeka. Chwilę wcześniej pod kawałkiem foliowej osłony uczynił to samo Leszek.

Marsz w ciepłym letnim deszczu to jednak radocha 🙂 Droga minęła błyskawicznie i nim rozbroiłem alarm, dojechał Leszek z pozostałymi kierowcami. Zostało jeszcze zgarnąć pozostałych z szopy i szybko do domu 🙂 Tak szybko że nawet nie zdążyliśmy się pożegnać w tym zamieszaniu 😉

Nic straconego – wkrótce widzimy się na kolejnej wyprawie Galerników.