Bieszczadzkie szlaki

Za moich czasów szkolnych październik był „miesiącem oszczędzania”, ale od kilku lat stał się dla mnie miesiącem wydawania 😉 Wydawania na dojazd i pobyt w Bieszczadach. Odkąd odkryłem piękno jesiennych bieszczadzkich pejzaży, z nadejściem października trwa odliczanie dni do wyprawy na pokryte szeleszczącymi, suchymi liśćmi łagodne górskie ścieżki.

Tak jak lato było chłodne i mało pogodne, jesień wcale nie była w tym roku lepsza. Stąd miła niespodzianka, że prognoza na dni naszej wyprawy była całkiem pomyślna. 

Nadchodzi czwartek, wszystkie niezbędne przedmioty spakowane i ruszamy w 400-kilometrową trasę. Jedzie się całkiem spokojnie, po drodze jest kilka remontów – szczególnie jeden zapadł nam w pamięć: na moście odbywa się ruch wahadłowy, ale z jakiegoś powodu światła odmawiają posłuszeństwa. Budowa jest obstawiona przez… hm.. Bojowców Imperium 😉 Nowiutkie stroje, obwieszeni jak choinki sprzętem tylko… kompletnie nie ogarniają sytuacji i generują dodatkowy chaos, patrząc na zepsuty sygnalizator i próbując dokonać naprawy metodą szturchania butem 🙂 Dopiero kilku starej daty drogowców w tradycyjnych kufajkach po przejęciu inicjatywy sprawnie zaczyna kierować ruchem i po kilku minutach korek znika. Aha – mam przeczucie że widziałem nowo powołane Wojska Obrony Terytorialnej 🙂

Druga niespodzianka – tym razem miła, to nowo otwarty odcinek ekspresówki wokół Rzeszowa. Teraz już szybko i bezpiecznie docieramy do naszej Leśniczówki.

Rankiem okolicę spowija mgła, ale widać że prognoza się sprawdzi. Z każdą minutą widać coraz więcej błękitnego nieba i nim zjemy śniadanie, całkiem się wypogodzi. Nasz gospodarz musiał wyjechać, ale dzielnie zastępuje go gospodarz junior, czyli Mateusz 🙂 Wygląda trochę jak ksero zrobione z Artura 🙂 Zgodnie stwierdzamy, że tradycje rodzinne zostały przekazane, bo śniadanko niczym nie różni się od tych, jakie przygotowywał nam zawsze Artur 🙂

Przygotowałem jak zwykle kilka tras i dziś przez aklamację została przyjęta trasa zahaczająca o fragment zeszłorocznej. Coś mnie jednak tknęło, by dopytać o szczegóły Artura i ten po krótkich konsultacjach z miejscowymi przewodnikami radzi nam inny wariant, bo szlaku, o którym myślałem, podobno nie ma… A ten inny wariant, to dokładnie wariant zeszłoroczny. Chwila namysłu i pomysł chwyta – przecież przeszliśmy go w deszczu – więc nie zaszkodzi zobaczyć go teraz w słońcu 🙂

Tak jak ostatnio – zostawiamy jedno auto w Cisnej – a pozostałymi wjeżdżamy na Ruską Przełęcz. To wyjątkowo piękna trasa, a świecące w słońcu kolorowe liście dodatkowo pogłębiają to wrażenie.

Kilka minut i jesteśmy gotowi do wymarszu. Wspólne foto i już biegniemy pod górkę. Liści na drzewach jest w tym roku znacznie mniej, bo jakoś wcześniej opadły. Grabina szeleści pod stopami, a na bukach zostały rude resztki. 

Pierwszy odcinek wiedzie szlakiem granicznym i prowadzi na Okrąglik. Początkowe metry wytapiają trochę potu, ale za chwilę trasa pomalutku zaczyna piąć się łagodnym grzbietem. Idziemy piękną aleją, wokół otacza nas jesień w swojej najpiękniejszej odsłonie. 

Wychodzimy na polanę i nareszcie są jakieś widoki. I to nie byle jakie! Będąc tu ostatnio, mogliśmy podziwiać wszystko dookoła… w promieniu 50 metrów 🙂 Dziś jest uczta dla wzroku.

Przecinamy polankę i przed nami ostatnie podejście na Okrąglik. Szczyt osiągamy po około 20 minutach. Tu oczywiście zarządzamy dłuższy biwak. W ruch idą termosy, kanapki, dzieci robią sesje fotograficzne na słupku a starsi leżą… Sielanka 🙂

Po kilku minutach wjeżdża… rowerzysta. Można i tak. Oceniam na oko, że rower sporo kosztował 😉

A wokół góry…

Jest południe, czas poderwać ekipę. Teraz czeka nas zejście… raptem 10 kilometrów 🙂 Pogoda jednak sprawia, że najmłodsi uczestnicy wycieczki dostali dziś przysłowiowego „pałera” i przez chwilę widziałem ich plecy, a potem spotkaliśmy się dopiero na dole 🙂 Przynajmniej uniknąłem ciągłego odpowiadania na pytania „daleko jeszcze?” 🙂

My zaś dostojnie i niespiesznie maszerowaliśmy bukowymi alejami w kierunku Jasła. Wyjście z lasu przed szczytem znowu odsłoniło przed nami piękne panoramy na wszystkie strony świata. 

Odbijamy na chwilę na szczyt znajdujący się około 5 minut drogi od głównego szlaku. Przy drodze leży… rowerzysta 🙂 To ten z Okrąglika – położył się w falujących trawach i patrzy w niebo 🙂 A  na niebie oprócz obłoków – paralotnie.

Upewniwszy się, że rowerzysta żyje, ruszam dalej 🙂

Mijam kolejne kulminacje, laski i łąki, dochodzę do Małego Jasła.

Teraz droga zaczyna pomału opadać. Ostatni kilometr przed Cisną jest już całkiem stromo. Pomalutku sprowadzam całą wycieczkę w dół, udzielając bezcennych rad, jak najlepiej schodzić metodą zygzakowania. Narciarze natychmiast łapią tą technikę, pozostali kombinują po swojemu 🙂

Jeszcze tylko ostatnie przeszkody w postaci stromego gliniastego zejścia do rzeki, potem idziemy chwilę nad samą rzeką, znajdując przy okazji kilka rydzów i jesteśmy na nasypie kolejowym. Przekraczamy most i już Cisna. Nad rzeczką toczy się dyskusja kilku „zakapiorów”, których chyba kojarzę z Przystanku Bieszczady, oglądanego ostatnio na kanale Discovery. Oglądają jakąś … kropkę namalowaną na drodze 🙂 Niestety, nie dane mi było zgłębić jak ważna była ta kropka dla rozwoju cywilizacji 🙂

Jeszcze parę minut i jesteśmy w komplecie na parkingu. Szybki wybór knajpy, kierowcy pakują się do czekającego tu od paru godzin auta i w ciągu 20 minut ściągamy pozostałe stojące na przełęczy.

Zamawiam placek po bieszczadzku. Niestety – nie zmieścił się… Porcja mnie trochę przerosła 🙂 Najedzeni, wymieniamy się wrażeniami, a potem wracamy do Leśniczówki na wieczorne pogaduchy. I smażone rydze, których „nazbieraliśmy” od miejscowego pana z parkingu w Cisnej 😉

Kolejny dzień wita nas gęstą mgłą. Mateusz jak zwykle trzyma najwyższy poziom i zjadamy pyszne śniadanie przy kominku.

Ruszamy w drogę: Polańczyk, Wołkowyja i już jedziemy nad Zalewem Solińskim. Wrażenie jest niesamowite, bo wyjeżdżamy trochę wyżej i jedziemy ponad mgłą, która skrywa wody Zalewu, a podświetlona słońcem sama świeci niezwykłym blaskiem. Aż żałuję, że nie było jak się zatrzymać i sfotografować to piękne zjawisko. 

Znowu przejeżdżamy widokową trasą przez Terkę i Buk. Lubię tędy jeździć – droga pusta, dzikie Bieszczady w najlepszym wydaniu. W jesiennym barwach bardzo nastrojowe. W Dołżycy tym razem skręcamy w lewo i po 20 minutach jesteśmy na Przełęczy Wyżnej na parkingu. Cel na dziś – Połonina Wetlińska, a jak pogoda pozwoli – podejście do Roha.

Na początek zimny prysznic – parking kosztuje 20 zł. Bieszczady gonią Tatry 🙁

Początek trasy pozwala cieszyć się pogodą i niestety ogromnymi tłumami. Suną całe wycieczki – starzy młodzi, panie z pieskiem i inni, których lista zajęłaby kilka stron 😉 No cóż, Wetlińska to taki bieszczadzki samograj. Nasza grupka też niemała. Poruszamy się jednak dobrym tempem i udaje nam się oderwać od trzydziestoosobowej wycieczki, która startuje razem z nami.

Czekam kilka minut, żeby zrobić zdjęcie pustego szlaku 🙂

Idziemy praktycznie bez zatrzymania i pod Chatką jesteśmy w rekordowo krótkim czasie. Z każdym wejściem tutaj mam wrażenie, że trasa jest coraz krótsza 🙂

Niestety… kończy się nasze szczęście do pogody. Najpierw się zaciąga, za chwilę zaczyna wiać a potem padać. Czuć, że temperatura siadła i jest pewnie koło zera stopni. Przezbrajamy się w zapasy z plecaka… w ruch idą czapki, rękawice, kurtki. Chwilę się naradzamy i postanawiamy po krótkiej przerwie zrobić pamiątkowe foto i uciekać na dół. Tak też czynimy.

Grupa rusza w dół, a ja jeszcze zostaje na kilka fotek. Żal będzie schodzić, więc te parę minut mam dla siebie i widoków. Za chwilę deszcz też mnie zgania, więc ruszam za pozostałymi, których doganiam w okolicy lasu.

Dalej spokojnie schodzimy już całą grupą. A w drugą stronę wciąż idą tłumy.Ubrani na lekko, czasem w krótkie spodnie do kolan, letnie koszulki, że nie wspomnę o obuwiu, które bardziej nadawałoby się do grania w tenisa czy biegania. Chyba nie wiedzą, co ich czeka po wyjściu z lasu…

Taki też bardzo młody człowiek idzie na wprost nas – białe skarpetki, lekkie, krótkie buty co chwila zapadające się w rozmiękłym, gliniastym podłożu, a mamusia na to: synku, nie pobrudź skarpetek 😀 Odpadliśmy…

Resztę pominę milczeniem 😉

Wracamy na parking. Niestety leje, więc rezygnujemy z innych planów. Tu też muszę rozdzielić się z grupą, bo w przeciwieństwie do zeszłych lat nie będę nocował i wracał jak zwykle w niedzielny poranek. Muszę jeszcze dziś wsiąść w auto i przejechać te swoje 400 kilometrów na moje Podlasie. Czego się nie robi dla córek 😉

Pakowanie idzie szybko, jeszcze tylko kawka i ciastko w Lesku (taka tradycja) i w drogę. Za Rzeszowem łapie mnie mgła, która ciągnie się przez około 100 kilometrów. Jazda w ciemności w takich okolicznościach, w dodatku bez pasów na jezdni, bo trwa remont, trochę mnie sponiewierała 🙂 Ale było przynajmniej spokojnie, nikt nie szalał i po 6 godzinach z ulgą zawitałem w domu, gdzie jak zwykle przywitał mnie kot, patrząc wymownie na miskę.

Wyprawa na górę Uszeście

Sierpień się kończy więc wypadaloby odnieść jakiś spektakularny sukces górski. Prognozy pogody na ostatni sierpniowy weekend wskazywały, że okno pogodowe będzie w sobotę. Po długiej i pełnej przygód drodze docieram w okolice szlaku podejściowego. Najpierw przedzieram się przez ogromne lasy, mijam gigantyczne zbiorniki, na których napisy sugerują, że mieszczą po 100 tys litrów czegoś tam. To zapewne składowiska tlenu dla wypraw komercyjnych 🙂 Skręcam w długą leśna drogą, w której przewaga dziur nad nawierzchnią nadającą się do płynnej jazdy jest zdecydowana. Droga staje się coraz bielsza i jest to znak że zbliżam się do ogromnej dziury w ziemi. 

Zapewne młodzież w szkole już nie wie, co to kreda, ale tych co wiedzą mogę uświadomić, że pochodzi właśnie z tej dziury – jedynej czynnej kopalni kredy w Polsce.

Przede mną masyw będący celem mojej wyprawy. Muszę go niestety objechać wokoło, bo próby znalezienia drogi od strony, skąd przyjechałem, kończą się niepowodzeniem. Chociaż kuszący jest pomysł wytyczenia nowej drogi i przejścia do historii.

Trafiam więc do centrum tutejszego ośrodka dla wspinaczy i zajeżdżam w miejsce, gdzie zaczynają się wszystkie wyprawy. Samochód ląduje w cieniu pod drzewem, a ja najpierw oglądam szeroką dolinę, której dno zostało pracowicie wygładzone przez maszyny wydobywające kredę.

Dalszych oznaczeń brak, więc ruszam trawersem po zboczu.

Wybór nie do końca jest dobry, bo w pewnym momencie dostrzegam, że droga właściwa znajduje się powyżej na zboczu. Pozostaje pójść na skróty przez łąkę i podwórko, gdzie zdziwieni miejscowi akurat rżną deski w tartaku 🙂

No dobra, teraz już widzę swój cel. Początek trasy jest dobrze wytyczony, bo zapewne widoczny już szczyt jest masowo odwiedzany.

Dość szybko udaje się go zdobyć. Tu jednak niespodzianka.

Nie jest to właściwy szczyt a Wierzchołek Południowy.

Dopiero za nim zaczyna się właściwa droga podejściowa na wierzchołek główny. No cóż, pozostaje zacząć przebijać się przez dżunglę. Najpierw czeka mnie trochę zejścia, a za chwilę na przełęczy trafiam na obóz szturmowy.

Droga jest mało uczęszczana, bo też i trudności znaczne. Gąszcz dżungli wymaga ciągłego machania rękami, a tropikalne komary brzęczą na głową.

Wyprawa jest w stylu alpejskim, więc mijam obóz nie zatrzymując się i zaczynam podejście.

Trafiam na zaporęczowany odcinek szlaku tuż przed kopułą szczytową. Są nawet drabiny, i to w całkiem dobrym stanie

Wreszcie szczyt. Może mało oczywisty, ale oznaczenia na słupku wskazują, że osiągnąłem kulminację. Główny szczyt ma 8031 npm (*)

Fotografia pamiątkowa i czas na odwrót. Po długiej drodze powrotnej w ciągu 20 minut jestem znowu przy aucie.

Piękny był dzień.

(*) – cali

Galeria z wyprawy:

17 Letni Zlot Ircowników

Niechybnie zmierzamy ku pełnoletności… Tegoroczny zlot nosi numerek siedemnaście. I ciągle jest zapał i chęć do organizacji naszych corocznych letnich spotkań górskich. W niezmiennym składzie.

W tym roku postanowiliśmy zobaczyć coś nowego. Padło na Tatry Niżne. Wspólnie z Kasią dokonaliśmy przeglądu okolicy Doliny Demianowskiej i spośród dwóch wypatrzonych chałup wybraliśmy tą lepiej wyglądającą. Jak się okazało na miejscu – był to strzał w dziesiątkę.

Same przygotowania to już standard – ubezpieczenia, znaczki zlotowe, uzgodnienia godzin… i już jesteśmy w drodze. Pierwsza wyrusza Kasia bladym świtem i przeciera nam szlak. My ruszamy prawie punktualnie. Prawie. Piotrek jak zwykle zapomniał grzebienia 😉 Potem zgarniamy jeszcze po drodze ircowniczkę Basię i znanymi od lat skrótami zmierzamy do Puław, aby dalej złapać trasę S7. Kasia dzwoni, że przed Krakowem zwinęli asfalt, ale ryzykujemy jazdę przez miasto smoka wawelskiego, bo trasa jest jednak najkrótsza. Trzeba przyznać, że widok jest budujący – przybywa otwieranych odcinków, jedzie się coraz przyjemniej, a przede wszystkim szybciej. Postój na rozprostowanie kości i kawę w Radomiu i zaraz lecimy pięknym nowym kawałkiem dwupasmówki. Niektóre odcinki nie są jeszcze otwarte, ale nie przeszkadza to w płynnej jeździe. Bardzo szybko jesteśmy za Kielcami. Tu też budowa ruszyła. Wreszcie Kraków – faktycznie jest krótki odcinek, gdzie trwa remont i stoimy około 20 minut. Mijamy miasto i już Zakopianka. Tu też widać, że budowa ma się dobrze. Kasia zdecydowała się pojechać w stronę Łysej Polany, my zaś ruszamy na Chyżne. Już przed Krakowem dostajemy od niej sygnał, że jest na miejscu. Po niej dociera Wojtek z Dorotką i Bacą. Wysyłają nam prowokacyjne fotki z miejscowej knajpy… a my jeszcze 3 godziny… Do Chyżnego droga mija szybciutko i już Słowacja. Mijamy kolejne urokliwe miasteczka, mijamy Zuberec, wspominając nasz zlot sprzed 3 lat i znajomą knajpkę 🙂

Teraz czas na przełęcz. To jest właśnie powód, że Kasia nie chciała tędy pojechać i wolała narzucić trochę kilometrów. Kolejnymi serpentynami wspinamy się coraz wyżej a ich końca nie widać. Do tego dochodzi fantastyczny zachód słońca nad górami. Wreszcie szczyt. Przed sobą mamy całą Słowację, błyszczącą taflę Liptovskiej Mary i Liptowski Mikulasz u stóp. Zjazd jest jeszcze bardziej karkołomny od wjazdu. Przeżyliśmy 🙂

Do końca trasy już niedużo, ale Piotrowa nawigacja twierdzi, że jest krótsza trasa i nagle ściąga nas na wąziutką nitkę asfaltu, która ciągnie się gdzieś pośród wzgórz, łąk, owiec i krów 🙂 I ma dużo dziur… Jest prawie ciemno, więc robi się ciekawie, bo kompletnie nie wiemy, gdzie jedziemy. Na pewno do przodu. Wreszcie jakaś wioska, mostek, kawałek wąskiej żwirówki i wyjazd na główną trasę 🙂 Nie wiem ile zyskaliśmy, ale na pewno bezcenne wrażenia 🙂

Jeszcze tylko mijamy Mikulasz i już podążamy w kierunku Doliny Demianowskiej. Skręcamy do naszego przysiółka i jest nasza chałupka 🙂 Witają nas Kasia z Elą i Adasiem, bo reszta jeszcze się raczy w knajpie piwem rezanym 🙂 Zostaje tylko oczekiwać na Radka, który wyruszył dopiero po pracy, a miał dystans zbliżony do naszego. Ja niestety odpływam, bo 600 kilometrów jazdy trochę mnie sponiewierało. Zostaje jednak silna delegacja powitalna, która nie dość że przejęła Radka, to jeszcze zrobiła mały bal powitalny zakończony nad ranem 🙂

I dzień zlotu

Rano szybka narada nad mapą i plan mamy ułożony. Postanawiamy trochę wykorzystać infrastrukturę 🙂 Dziewczyny z Adasiem wjadą na Chopok kolejką, a chłopaki ruszą z buta. Dojazd w głąb Doliny Demianowskiej zajmuje kilka minut i już jesteś my w Jasnej. Tu niespodzianka – parking jest darmowy 🙂 Rozdzielamy grupę i zaczynamy pierwsze zlotowe podejście. Dodam, że jest z nami Amelka, dzielna córa Radka, która wybiera wariant na własnych nogach i idzie z nami zdobywać góry 🙂 Szybko znajdujemy początek szlaku, który pokrywa się tu ze ścieżką edukacyjną. Kilka minut i mamy nieduże jeziorko Vrbskie. Miejsce jest bardzo urokliwe. Mijamy kolejne hotele, bo okolica jest znanym słowackim ośrodkiem narciarskim. Wreszcie nasz szlak schodzi z wyasfaltowanych dróg na szutrowe. Na początek idziemy nartostradą. Pogoda jest idealna – nie za gorąco, ale słonecznie. Po chwili szlak odbija w las. Tu jest już bardzo przyjemnie, przeprawiamy się przez mostek z bali i nabieramy wysokości. Jakkolwiek Chopok ma około 2000 metrów, to podejście jest całkiem spore, bo zaczynamy w okolicach 1000 metrów npm.

Szlak wychodzi z lasu i zaczyna trawersować zakosami strome zbocze wśród kosówki. Tempo mamy chyba dobre, a przynajmniej zgodne z czasami podanymi na mapie. Docieramy do stacji przesiadkowej na Chopok. Pusto, cicho, knajpy pozamykane, nieliczni turyści – jesteśmy poza sezonem 😉 Robimy dziesięć minut odpoczynku i czas na kolejny odcinek. Dość stromy, kamienisty, prowadzący na kopułę szczytową, na której ulokował się wielki krążek górnej stacji kolejki. Ścieżka prowadzi zygzakiem i przecina co chwilę drogę zjazdową ze szczytu. Wreszcie jesteśmy! Czas całkiem niezły, trzy godziny. Zarządzamy chwilę przerwy. Tutaj tłum już całkiem spory, bo kolejka wwozi kolejnych turystów z dwóch stron góry. Lokujemy się za barierką z groźnym napisem „na własną odpowiedzialność” 🙂

Trochę się rozciągnęliśmy na podejściu, ale w ciągu kilku minut jest komplet. Dziewczyny tymczasem zmierzają gdzieś przed nami w stronę Dumbiera. Właściwy wierzchołek Chopoka znajduje się tuż obok. Wygląda nawet dość efektownie. Zerkamy na niego i rzucam hasło, że za 5 minut jesteśmy na wierzchołku… Byliśmy w 6 minut 🙂

Wpadamy zadowoleni na szczyt, wymieniamy „żółwiki”, chwilę się naradzamy, gdzie jest dalej szlak, aby gonić dziewczyny. Niestety – okazuje się, że szlak nie prowadzi granią, jak przypuszczałem, tylko trawersuje całe pasmo od południa. A tak ładnie wygląda ta grań z dołu…

Oznacza to konieczność zejścia ze szczytu pod stację kolejki i odnalezienie ścieżki poniżej. Schodząc, spotykamy na drodze pana w niebieskim sweterku, starych skórzanych butach i nienagannie uprasowanych spodniach. Prowadzi go za rękę ktoś na oko 50 lat młodszy od niego 🙂 Wymieniamy z Wojtkiem znaczące spojrzenia: Można? Można. Oby tylko dożyć takiego wieku…

Idziemy spokojnym tempem po ładnie ułożonej ścieżce. Jest czas pogadać, powspominać, porobić zdjęcia i przede wszystkim podziwiać fantastyczne widoki we wszystkie strony świata. Góry otaczają nas z każdej strony. Udaje nam się nawiązać kontakt z dziewczynami. Okazuje się, że idą na tyle wolno, że jesteśmy za nimi około pół godziny. Ze względu na porę robimy mała zmianę pierwotnego planu i zamiast do Chaty Stefanika, gdzie planowaliśmy zjeść posiłek, uzgadniamy wejście na Dumbier i stamtąd powrót na przełęcz, skąd mamy drogę odwrotu zielonym szlakiem.

Docieramy na przełęcz pod szczytem. Tu siedzi Ela, która założyła obóz szturmowy i pilnuje plecaków 🙂 Pozostali poszli na lekko na szczyt. Ruszamy za nimi i jesteśmy tam wszyscy niemal równocześnie. Co za idealne zgranie 🙂

Samo wejście jest łatwe i przyjemne, na pewno prostsze niż myślałem. Południowa strona jest łagodna, z ładnie poprowadzoną ścieżką na szczyt. 

Teraz mamy czas na tradycyjne świętowanie zwycięstwa 🙂 Na szczycie jak to na Słowacji – oprócz nas nie ma prawie nikogo. Wyciągamy zapasy z plecaków, my też się wyciągamy 🙂 Są i pieczarki – tym razem przy kupnie trzy razy sprawdziłem czy marynowane 🙂 Jest czas na zdjęcia pamiątkowe solo i w grupie. 

Pozostał powrót. Dość szybko wracamy do obozu szturmowego. Tu czeka na nas stęskniona Ela. Zerkamy na mapę. „O, zielony zygzak śmierci”. Tak mi się wyrwało 🙂

Zejście jest faktycznie karkołomne. Na szczęście poprowadzone klasycznymi trawersami. Błyskawicznie straciliśmy wysokość, ale wymagało to i wysiłku i uwagi. Zaczyna siadać morale, bo zaczynamy sobie uświadamiać, że to będzie długa trasa. Kierowcy wpadają na pomysł, by pobiec szybciej przodem i sprowadzić samochody z górnego parkingu, do którego od wylotu szlaku jest jeszcze ze trzy kilometry. Pomysł jest dobry, więc Wojtek, Piotrek i Radek błyskawicznie znikają nam z oczu. My zaś pomału człapiemy, bo wszyscy odczuwają już trudy wycieczki. Wychodzimy „ze ściany” i nareszcie nogi mogą trochę odpocząć. Obok świstaki urządzają nam koncert, a jeden nawet się ujawnia w pobliżu ścieżki, patrząc czy na pewno słuchamy 😉

Tempo siada, a kilometrów nie ubywa… Mimo, że się mocno rozciągamy na trasie, staramy się kontrolować wizualnie. Udaje się to długi czas, aż do wejścia w las. Od tej pory łapiemy się na telefon. Ułatwia to zniesiony roaming, dzięki czemu możemy bez dodatkowych kosztów prowadzić rozmowy. Regularnie ślę SMS z informacją, jak wygląda trasa i jakie są punkty charakterystyczne. Dowiaduję się że morale na końcu stawki jest równe zeru… Siadam więc na zwalonym pniu i czekam dość długo, dopóki między drzewami nie pojawia się moja grupka. Ostatnia prosta. Niby droga dobra, żwirowa, ale dłuży się niemiłosiernie. Wreszcie parking. Są chłopaki z samochodami. Piotrek rzuca hasło negocjacji z leśnikiem strzegącym drogi do lasu i dostajemy pozwolenie na wjazd na leśną drogę. Wojtek rusza pierwszy z prawdziwym rajdowym zacięciem i nim kurz opadł, ruszam za nim 🙂 Bardziej przydałyby się terenówki, ale pomalutku udaje się dotrzeć do naszych i zapakować ekipę do aut. Wszyscy zostają uratowani 🙂

Cała dzisiejsza trasa to prawie 20 kilometrów. Chyba każdy poczuł. Jest dwudziesta, więc wędrowaliśmy 10 godzin. Od razu przypominają nam się Otargańce. Wracamy do naszej chatki, auta wędrują na podwórko a my do knajpki. Zamawiamy tradycyjne słowackie danie czyli pizzę 🙂 Okazuje się, że w naszej wsi jest to jedyna knajpa i oferują jedno danie 🙂 Ale trzeba przyznać, że robią to dobrze, co stwierdzamy zgodnie po trzech dniach monotematycznej diety 😉 Nie możemy jednak narzekać, bo jest też słynne słowackie „rezane”, czyli piwo jasne z ciemnym wlane tak, by się nie mieszały 🙂

Brzuchy pełne, humory wracają 🙂 Ruszamy więc do chatki pointegrować się. Jak zwykle 🙂 Trwa to jednak niezbyt długo, bo trudy dnia większość zmogły a i najwytrwalsi padli koło północy.

II dzień zlotu

Rano wszyscy stękają ciężko po trudach poprzedniego dnia. No, nie wszyscy 🙂 Frakcja sportowa, czyli Wojtek z Radkiem już przed zlotem wspominali, że jeden dzień chcą zrobić na sportowo, czyli gdzieś pobiec. Dajemy im wolną rękę w tej kwestii i chłopaki ruszają znowu na Chopok, ale innym wariantem. Pozostali zaś postanawiają zostać jaskiniowcami. W Dolinie Demianowskiej są dwie jaskinie uznawane za najpiękniejsze na Słowacji i to one będą dziś naszym celem. Obie dzieli dystans około 3 kilometrów a nas od pierwszej z nich ledwie 5 kilometrów. Grzech nie skorzystać. I odpocząć.

Chłopaki pędzą znowu do Jasnej, a my do Demianowskiej Jaskini Svobody. Króciutkie podejście, kupujemy bilety i ruszamy z polską grupą. Jaskinia… jest niesamowita. Trasa we wnętrzu góry mam około 1200 metrów, pokonujemy ponad 900 stopni, a różnica wysokości osiąga 80 metrów. Jest chłodno, kolorowo, mnóstwo atrakcyjnych wizualnie elementów, ale nauczony doświadczeniem nawet nie próbuje robić zdjęć, tym bardziej, że ta przyjemność kosztuje 10 euro. Piotrek dzielnie zastępuję mnie z komórką 🙂 Ja wolę podziwiać. Robi wrażenie podziemna rzeka Demianowka, 70-metrowy wodospad naciekowy, podziemne jeziorka, długie korytarze i niesamowite formy naciekowe. Inny świat. Zadziwiające, co natura potrafi stworzyć.

Trochę faktów: Słowacki narodowy zabytek przyrody Jaskinie Demianowskie, leżący po północnej stronie Tatr Niskich, jest najdłuższym systemem jaskiń na Słowacji. Jedną z głównych jaskiń tego systemu jest Demianowska Jaskinia Wolności, która od wielu lat przyciąga wzrok zwiedzających bogatą sintrową ornamentyką w różnych kolorach, tajemniczym podziemnym korytem Demianowki i czarującymi jeziorkami. Jest najczęściej odwiedzaną udostępnioną jaskinią na Słowacji. 

Tradycyjna trasa okrężna ma długość 1150 m i różnicę wysokości 86 m. Na trasie jest do pokonania 913 schodów. Ekskluzywna (wielka) trasa okrężna ma długość 2150 m, taką samą różnicę wysokości i 1 118 schodów. Zwiedzania tradycyjnej trasy okrężnej zajmuje około 60 min, a wielkiej trasy okrężnej około 100 min. Temperatura powietrza w jaskini waha się od 6,1 do 7,0 °C. [źródło: SSJ].

Galeria Piotra:

Wracamy na powierzchnię. Siadamy na ławeczce, aby się pozbierać i zdziwieni stwierdzamy, że… zgubił nam się Baca. Człowiek który w górach nigdy się nie gubi, zrobił to w jaskini 🙂 Lekka panika, ale za chwilę nam się odnajduje… jest niżej 🙂 Ruszamy więc w dół na parking.

Czas na drugą jaskinię – Lodową. Parking, który rano był zabity, już trochę opustoszał, więc bez problemu znajdujemy na nim wolne miejsce. Rzucamy okiem na tablicę informacyjną  – do najbliższego wejścia jest 20 minut. Odruchowo zerkam w górę, szukając wejścia i ze dziwieniem odkrywam, że jest strasznie wysoko. Podrywamy się do boju i wbiegamy na górę… w 10 minut. Brawo my! Czoła przetarte z potu, bilety kupione, bluzy zapięte i znowu pochłania nas wnętrze góry. 

Jaskinia jest kompletnie inna. Zimniejsza. Zaskakują mnie ogromne przestrzenie i brak kolorów. Jest szara. Trasa jest nieco krótsza. Znowu setki schodków, korytarze, pionowe szczeliny. I na końcu największa atrakcja: schodzimy poziom niżej i już jesteśmy w lodowym królestwie. Jest wyraźnie chłodniej (a turyści oczywiście trzęsą się z zimna w letnich strojach , bo kto by czytał, jak się przygotować do wycieczki 😉 ) i niesamowite widoki. Są lodowe szable sterczące pionowo, jęzory lodu opadające ze stropu i wspinające się po ścianach, lodowe czapy i ślizgawki wzdłuż trasy zwiedzania. 

Fakty z SSJ: Okrężna trasa zwiedzania ma 650 m i przewyższenie 48 m. Wejście i wyjście jaskini są na tym samym poziomie, a odległość między nimi wynosi tylko 40 m. Zwiedzanie zajmuje około 45 min. Temperatura w jaskini podczas letnich miesięcy waha się od +0,4°C do +3°C.

Trasa zwiedzania przechodzi przez ogromne korytarze rzeczne, poprzeplatane stromymi odcinkami. Pierwsza część trasy prowadzi przez pomieszczenia ozdobione sintrową szatą naciekową, druga część przez korytarze i sale jaskiniowe z nagromadzonym lodem [źródło: SSJ].

I też galeria Piotra:

Wyjście z lodowego królestwa na rozgrzane powietrze jest jak skok do sauny 🙂 Tym razem nikt się nie zgubił, więc pomalutku schodzimy na parking.

Wycieczka udana, ale w okolicy nie ma nic do zjedzenia. A przecież spacery wyciągnęły z nas trochę sił i żołądki już domagają się napełnienia. Ruszamy na kwatery z myślą o knajpie. Bo tam znowu czeka pizza 🙂 Najedzony i zadowolony z życia wracam po aparat i namawiam ekipę na spacer gdzieś poza wieś. Nie jest jeszcze późno, widać pięknie Tatry, a tego dnia nie zrobiłem jeszcze żadnego zdjęcia.

Warto było wyjść. Idziemy kompletnie na przełaj przez łąki i pola. Odkrywamy wieżę widokową ze szczegółowo opisanymi panoramami na trzy strony świata. W oddali widać w zachodzącym słońcu całe Tatry Zachodnie, gdzieś na końcu odkrywamy Krywań. Cisza i spokój, miejsce na wyłączność. Spotykam znowu samotne drzewo, które jest ostatnio moim ulubionym motywem fotograficznym 🙂 Aż nie chce się wracać. No ale trzeba. Zaraz wrócą chłopaki z Chopoka.

Po powrocie ucinam drzemkę, a potem jest wieczór z gitarą i wspomnieniami tego dnia. I zacnym trunkiem, który w oczekiwaniu na wszystkich pokrył się grubą warstwą szronu 🙂 Jest to w pewnym sensie „powrót do korzeni”, albowiem właśnie śliwowica łącka zagościła na pierwszym naszym zlocie 17 lat temu. Mogliśmy znowu podelektować się i „poczuć tę moc” 🙂

III dzień zlotu

Dziwne zjawisko – budzę się po raz kolejny wyspany skoro świt. Fajny tutaj mają klimat 🙂 Jak zwykle zaczynamy od śniadania, rozkładamy przy okazji mapę i zachęceni utrzymującą się pogodę ustalamy kolejną wycieczkę. Postanawiamy po raz kolejny podejść na Chopok, ale zupełnie inną trasą, odwiedzając po drodze Sedlo Polany. To tędy poprzedniego dnia weszli nasi koledzy, więc postanawiają podejść „drogą normalną”, aby wyjść nam naprzeciw od strony Chopoka. 

W parę minut znowu parkujemy w Jasnej. Gratis, a jakże 🙂 Pogoda jest piękna, ruszamy więc ochoczo, za chwilkę mijamy znane już Vrbskie Pleso, plac zabaw i hotelik. Na rozstaju szlaków tym razem skręcamy w prawo – wzdłuż żółtych znaków. Asfaltowy początek wkrótce zamienia się w szutrową drogę, a po kilkuset metrach skręcamy w wąską leśną ścieżkę. Okolica jest wyjątkowo urokliwa, idzie sie bardzo przyjemnie. Pomalutku nabieramy wysokości.

Docieramy do rozstaju Tri Vody, gdzie w bok odchodzi ścieżka edukacyjna. My jednak ruszamy dalej w górę szlakiem żółtym.

Pojawiają się pierwsze chmury…. my jednak niestrudzenie zdobywamy kolejne metry, zachwycając się ścieżką, która wije się wzdłuż potoku. Gdzieś daleko coś mruczy… Niedźwiedź? Chcielibyśmy…. to mruczy burza, która nagle – jak to w górach – wyskakuje zza grani. Robi się ciemno, zaczyna błyskać i walić piorunami! Zmiana aury następuje w kilka minut. Lecą pierwsze krople – ledwo zdążyliśmy wyjąć stroje na deszcz, a już leją się na nas potoki wody. Z góry pędzą kompletnie zaskoczeni i przemoczeni do nitki turyści. A my spokojnie i systematycznie… wiejemy ile sił w nogach w dół 🙂

Odwrót można zaliczyć do udanych – przeżyliśmy 🙂 Nim dojdziemy do parkingu, całkiem się wypogodzi. Nie powiem, żebym nie żałował… skręca nas wszystkich. Co zrobić.

Łapiemy kontakt z grupą szturmową z góry. Przeczekali burzę w schronisku na Chopoku i kontynuują trasę. Wygląda, że wybrali lepszy wariant, a my mieliśmy po prostu pecha. Będą więc podążali dalej zgodnie z planem, a nam zostaje cos zrobić z popołudniem. 

Wracamy więc na kwatery. Robi się pełnia lata, słoneczko pali. W tej sytuacji wyciągamy Zlatego Bażanta kupionego chwilę wcześniej w potravinach i wygrzewamy się na ławkach przed naszą chatką. Błogość absolutna. Ekipa z góry przysyła nam obrazki – zdjęli koszulki i robią to samo tylko na grani między Chopokiem a Sedlem 🙂 No nie – musimy ich przebić. Zarządzamy plażę, obracamy ławki w stronę słońca, zmiana stroju i mamy plażowanie przed chatką 🙂 Odsyłamy chłopakom stosowne zdjęcie. Wiadomości przestają przychodzić, więc chyba przebiliśmy stawkę 😉

Wygrzani przez słoneczko nieco zgłodnieliśmy. Plażowanie zakończone i pędzimy do knajpy. Raczymy się chłodnym „rezanym”, z bogatego menu wybieramy znowu .. pizzę 🙂 W końcu tylko ona jedna króluje w karcie 😉 

W oczekiwaniu na grupę szturmową postanawiamy zrobić jeszcze jeden spacer na wieżę. Zabieram aparat i ciągnę ekipę na łąkę. Tu polegujemy na dłużej na trawie z Tatrami w tle. Potem ruszamy szukać tajemniczych ruin. Po bohaterskim przedarciu się z Kasią przez zarośla w końcu je znaleźliśmy, ale na miejscu okazało się, że to jest miejsce po ruinach a nie ruiny 🙂 Pozostali tymczasem podziwiają owieczki. Słychać je w promieniu kilometra, bo każda dzwoni swoim dzwonkiem, w efekcie czego po okolicy niesie się „owcza muzyka”.

Robi się ciemno, więc wracamy do chatki, gdzie wreszcie pojawia się druga grupka.

Czas na wieczór pożegnalny. Sączymy tradycyjną szarlotkę, wspominając dzień i snując plany na kolejny zlot. Pomysłów jest mnóstwo. Ale najważniejszy z  nich to Czerwone Wierchy na najbliższych zlocie zimowym. Oparły się już dwa razy, musi się w końcu udać!

I to już koniec? Tak, niestety… Wczesnym rankiem szybkie pakowanie, wyściskaliśmy się i w drogę. Ta przebiegła bez niespodzianek, no może poza jedną – na zakopiance złapała nas burza gradowa… Po 10 godzinach jazdy jestem w domu i już tęsknię do gór.

14 Zimowy Górski Zlot Ircowników

Każda opowieść musi mieć swój tytuł. Tegoroczna może mieć tylko jeden.

Gdzie raki zimują.

Zeszłoroczna próba rezerwacji schroniska w Pięciu Stawach nie miała szans powodzenia, skoro zabraliśmy się za nią w styczniu. Tym razem poszło lepiej – w listopadzie udało mi się ustalić skład i „klepnąć” miejsca. W zasadzie nie było zaskoczeniem, że skład w międzyczasie trochę zubożał, bo wypadki chodzą po ludziach, a i życie bywa nieprzewidywalne. Ostatecznie zostało nas ośmioro, co nawet dobrze się składało, bo mieliśmy dwie „czwórki” w schronisku na wyłączność i nikomu nie przeszkadzały nasze nocne rozmowy.

Czwartek. Ruszamy jak zwykle z małym opóźnieniem, bo niespodziewanie poduszka zaatakowała Piotra o 3 rano, co skończyło się godzinną obsuwą 🙂 Po godzinnej jeździe przygarniamy jak zwykle Basię i ruszamy na południe. Przysypiam na chwilę i budzę się zdziwiony, że jedziemy na Wrocław 🙂 Hm, coś poszło nie tak 🙂 Piotrek przeoczył zjazd na Kraków i tym sposobem mamy wycieczkę krajoznawczą: zaliczamy Częstochowę, Katowice i wreszcie Kraków 🙂 Rekompensatą jest szybka jazda samymi ekspresówkami. Dalej poszło gładko – zakopianka jest w miarę luźna, kilometry lecą. Oczywiście, aby było śmieszniej, nie mam pojęcia w którym momencie – ale przegapiamy Nowy Targ i na Łysą Polanę musimy jechać przez Poronin 🙂 Uff…. po ośmiu godzinach jazdy z ulgą parkujemy przy schronisku na Głodówce. Grasia biegnie już od dwóch godzin do schroniska w Pięciu Stawach, a my w oczekiwaniu na Lenkę napełniamy żołądki tutejszym plackiem po zbójnicku 🙂 Pycha! Do tego taaaki widok za oknem…

DSC_4284

Wreszcie dociera Lenka i możemy zacząć przygodę. Na parking na Palenicy jest kilka kilometrów, więc w parę minut docieramy na miejsce. Tu niestety przykra niespodzianka. Spotyka nas klasyczne „dojenie ceprów”. Parkingowy w brzydki sposób obwieszcza, że kasuje nas nie za 3 doby a za 4 dni. Nie będę tego komentował…

Samochód ląduje za płotem, by go czasem misie nie odwiedziły, przebieramy się, plecaki w górę i czas w drogę. Zaczynamy!

Szlak do Pięciu Stawów początkowo wiedzie asfaltem prowadzącym do Morskiego Oka. Jest czwartek, więc ruch niewielki, ale wystarczający, by podziwiać rewię mody ceperskiej, osobników z wbitym w ziemię wzrokiem i z telefonem przy uchu – a nie – niektórzy robią zdjęcia tymże telefonem 🙂 Na szczęście to tylko 5 kilometrów i już jesteśmy przy Wodogrzmotach Mickiewicza. Nic nie grzmoci, bo są zamarznięte.

Skręcamy w Dolinę Roztoki. Kilkadziesiąt metrów stromego podejścia i dalej już spokojnie idziemy w kierunku schroniska. Na jednym z odcinków szlak na chwilę ma dwa warianty – pieszy i zaopatrzeniowy – i tam udaje mi się „przeskoczyć” wszystkich, bo poszedłem letnim skrótem. Idę więc w samotności, aż w końcu docieram pod platformę zaopatrzeniową.

DSC_4290

Zakładam raki. Niestety zasięgu sieci komórkowej już dawno nie mam, więc pozostaje mi czekać na resztę ekipy. Zaraz zjawia się Basia. Ruszamy pomału, bo zaczyna się strome podejście wariantem zimowym do Doliny Pięciu Stawów. Idę trochę szybciej, ale staram się cały czas widzieć resztę grupy. Podchodzi się w miarę dobrze, ale już czuję, że w drugą stronę będzie gorzej. Na dole pojawiają się Piotr z Lenką i również ruszają w górę. Ci sobie poradzą, ale na Basię co jakiś czas czekam. Idzie spokojnie swoim tempem, od czasu do czasu machamy do siebie 🙂 Wreszcie jest wypłaszczenie i zaczynają się tyczki szlakowe, więc tu już mogę swoich towarzyszy zostawić, bo do schroniska zostało z 10 minut. Wpadam do niego, zrzucam plecak, by powitać się z Grasią, która tu rządzi już od dłuższego czasu. Pokoje, które dostaliśmy, to pokoje z przepychem. Są tak wąskie, że trzeba się przepychać 🙂

Widziałem ostatnio w internecie zabawne obrazki z informacją, że na drodze do Morskiego Oka po zmroku będzie ciemno 🙂 Nie przypuszczałem, że i mnie to spotka… 20 minut po mnie dociera spanikowana Basia i mówi że drogi nie widziała, bo „ciemno się zrobiło”. „A czołówkę masz?” „Mam” „Włączyłaś?” „Nie”. Niezbadana jest kobieca logika 🙂

Chwilę czekamy na Piotra i Lenkę. Mija trochę czasu a ich nie widać, więc ubieram się i ruszam naprzeciw. Natykam się na nich tuż za schroniskiem. Też bez czołówek…. Z kim ja pracuję 😉

Zostaje już tylko zaczekać na ostatnią grupkę pod wodzą Wojtka. Są i oni – Wojtek, Dorotka i wchodzący resztką sił Baca 🙂 Trochę go podejście sponiewierało. Dostaje szybko porcję kalorii i odżywa. Oto jesteśmy w komplecie. Wieczór spędzamy w prawie pustej jadalni schroniska przy piwku, opowieściach i zgłębianiu polsko – słowackich niuansów językowych. Zmęczenie daje znać o sobie i chociaż czuję się trochę nieswojo, włażąc w śpiwór przed 22-ą, to szybko – podobnie jak pozostali – zasypiam.

Piątek. O szóstej rano zaczyna dzwonić jakiś szalony budzik. Nikt nie reaguje… Wyglądam przez okno. Poranek jest wietrzny, mroźny, ale pogoda jeszcze znośna. Pogodynka obiecała okno pogodowe w sobotę, ale już dziś widoczność jest dobra i przed nami skrzy się w śniegu cała Dolina Pięciu Stawów. 🙂 Postanawiamy się trochę rozchodzić, wiec ruszamy rozpoznać teren. Wzdłuż Stawu Przedniego docieramy do mostka na pierwszą sesję fotograficzną. Sesja kończy się tragicznie. No tak – „klątwa Siklawy”. Mieciona porywistym wiatrem leci w kierunku przepaści a potem znika… moja osłona obiektywu 🙂 Od wakacji gubiłem ją regularnie, bo wskutek zderzenia z rowerem pękło mocowanie i powstał luz – więc ledwo się trzymała… I tym sposobem coś tam po sobie pozostawiłem w górach 😉 

DSC_4322

Ruszamy dalej. Wieje całkiem mocno, żeby nie powiedzieć – dech zatyka. Dzielnie zdobywamy jednak kolejne metry. Docieramy to pierwszego dziś słupka szlakowego. A w zasadzie jego czubka 🙂 Na nowych ircownikach robi to wrażenie 🙂 Gorączka szczytowa powoduje, że są osobniki, które próbują dosiąść słupka 🙂

Tak, właśnie tu zimują raki. 

DSC_4331

Ruszamy dalej w głąb Doliny. Warunki niestety dalej wietrzne. Mija nas kilka ekip, zawiedzionych, że nikt przed nimi nie przeciera szlaku 😉 Część grup odbija na Kozi Wierch. Widać jednak gołym okiem, że dziś walka będzie skazana na niepowodzenie. My też w okolicy kolejnego słupka rezygnujemy z dalszej wędrówki i postanawiamy rozbić biwak. Chwilę szukamy odpowiedniego, osłoniętego miejsca. Jest… wiatka. No tak, ale jak do niej wejść? Spod śniegu wystaje jedynie czubek dachu 🙂

DSC_4360

Niestety – nie da się biwakować zbyt długo. Lodowaty wiatr wyciaga z nas ciepło i decydujemy się na powrót. Przeszliśmy zaledwie w okolice rozstaju szlaku na Kozi Wierch i Zawrat, co i tak jest sukcesem. Za chwilę spotykamy wracających z nieudanego podejścia na Kozi Wierch. Dziś wszyscy wracają.

DSC_4370

Docieramy do schroniska, zjadamy trochę zapasów i w większości wpadamy w drzemkę poobiednią 🙂 

DSC_4398

Teraz czas na realizację planu związanego z odkrytym po drodze igloo 🙂 Chociaż bardziej przypomina ono wulkan, bo jest u góry odkryte 🙂 Pomalutku się ściemnia, więc postanawiamy ruszyć czarnym szlakiem podejściowym na obadanie przyczyn wczorajszych problemów z orientacją 🙂 Opadu nie ma, ślady nie są zasypane, jednak w zapadającym zmroku ścieżka jest faktycznie słabo widoczna. Tyczki też. Jednak włączenie czołówek ukazuje autostradę prosto do schroniska 🙂 Robimy kilka prób hamowania czekanem na stoku i decydujemy się na powrót.

Zapadła noc, zaczyna lekko prószyć. Płatki śniegu wirują w świetle czołówki, więc wczuwam się w nastrój chwili i samotnie wyruszam ponownie w głąb Doliny. Wiatru prawie nie ma, wszędzie biel śniegu i ta cisza… Idzie się rewelacyjne.

Idealne miejsce i czas na wyciszenie. Siadam na dłuższą chwilę na mostku, gaszę światło.

Ciekawe czy niedźwiedzie śpią? 🙂

Szkoda wracać, ale w końcu podnoszę się i wracam do schroniska, by przyłączyć się do pozostałych, którzy już okupują stolik w jadalni. Trwają kolejne szkolenia językowe. Lenka dowiaduje się, że „persona non grata” to „facet bez mebli”, a srogość to taki gość co… hm 😉 Tematem rozważań staje się też burak inaczej carpacio 🙂 Rysiek dokonuje odkrycia: „ze wszystkich przyrządów do herbaty mam tylko gębę”.

Pogaduchy trwają do 22 i będzie to nasz ostatni wieczór w prawie pustej jadalni. Jutro wszystko się tu zmieni. Póki co szykujemy się na zapowiadane sobotnie „okno pogodowe”.

Sobota. O szóstej znowu dzwonią budziki. Złe budziki 🙂 Śmierć budzikom! Zerkam przez okno, a tu… zadymka! A gdzie okno pogodowe?? Pomału wszyscy złażą z łóżek i szykujemy się na wyprawę. Dziś ma paść Zawrat. W teorii, bo w praktyce….docieramy niewiele dalej niż wczoraj. Dziś do wietrznych warunków doszła śnieżyca, a świeży opad śniegu w połączeniu z wiatrem daje natychmiast znikające za nami ślady.

DSC_4432

Ubrani cieplutko nie poddajemy się. Już obok schroniska okazuje się, że wczorajsze ścieżki zniknęły. Nacieram pierwszy i przechodzę do historii – wytyczam nową drogę na mostek 🙂 Zamiast przez garbik robię mały łuk wokół, co i tak kończy się tam gdzie planowaliśmy… Margines błędu zachowałem 🙂 Może kiedyś na mapach pojawi się „obejście Wiesia”.

DSC_4441

Wbijamy się nieco wyżej. Wiatr jest dziś trochę lżejszy, ale wieje prosto w twarze. Docieramy do pierwszego słupka. Napis „Zawrat” został zasypany. Przecieranie idzie ciężko, bo przysłowiowe „3 centymetry” (wymyślone na szybko przysłowie mego autorstwa, by poderwać ludzi do boju) to w rzeczywistości nawet 15 centymetrów świeżo nawianego śniegu. Połowa ekipy twierdzi, że nie czują się na siłach i „wrócą po śladach”. Jakich śladach? Po tych już dawno zostało wspomnienie… No cóż, rozsądek mówi, że trzeba odpuścić, więc ruszamy w komplecie w drogę powrotną. Przez chwilę prowadzi Basia, ale jak to kobieta – zwodzi nas na manowce 😉

Po przejściu przez mostek pogoda zaczyna się klarować. Od razu wstępuję w nas duch bojowy i zdobywamy „niewybitny” szczyt obok mostka, czyli kilkunastometrowe na oko wzgórze 🙂 Miał być szczyt i jest szczyt! Z uczuciem triumfu wyciągam pieczarki. No i wtopa – pieczarki okazują się w sosie własnym a nie w occie. Co za niedopatrzenie…

DSC_4457

Jest oczywiście zdjęcie szczytowe, a pogoda coraz lepsza…

Przed dwunastą wpadamy przed schronisko.

DSC_4468

Tu ci, co najbardziej zmarzli, decydują się pozostać w schronisku. Pozostali się dopiero rozkręcają. Ruszamy – trochę bez celu – na drogę zejściową. Pogoda wyklarowała się już zupełnie, widoki piękne. Wpada nam w oko kolejne wzgórze. Wystarczyło jedno spojrzenie i już wiemy co robić. Bez zbędnego oblężenia, w stylu alpejskim zdobywamy kolejny szczyt. Nawet poręczować nie musieliśmy 🙂 A tu odsłania się przed nami cała Dolina Pięciu Stawów. Latem zapewne nie wolno tu wchodzić, więc mamy – można rzec – widok jedyny w swoim rodzaju. W dole schronisko, dalej zasypane śniegiem tafle jezior a dookoła skalne ściany: z jednej strony Orla Perć, z drugiej Miedziane. Uznajemy, że jest to pierwsze wejście na szczyt i mamy prawo go nazwać. Jednogłośnie zostaje ochrzczony jako Pik Ircowników. Rysio zwykł w takich wypadkach mieć różne alternatywy, więc dodaje, że gdybyśmy tu zginęli, to szczyt zapewne nazwano by „Pościel Ircowników”.

DSC_4500

Kolejne pół godziny urwane, ale mamy jeszcze pół tak pięknego dnia. Z Piku Ircowników rzuca nam się w oczy dopiero co wydeptana ścieżka na Szpiglasową Przełącz. Strzał adrenaliny, świecące oczy i już mamy cel. Wpadam na chwilę do schroniska uzupełnić plecak w jadalne drobiazgi, bo szkoda czasu na dłuższe siedzenie.

O trzynastej rusza nasza czteroosobowa wyprawa. Pozostali zostają w schronisku, które zaczyna się zapełniać w zaskakującym stopniu.

Ze pewną nieśmiałością wchodzimy na jezioro. Pomni wydarzeń z poprzedniego zlotu w „piątce”, kroczymy najkrótszą drogą w kierunku ćwiczących poszukiwania ludzi pod śniegiem. Na tafli leży z pół metra śniegu, którego zlodowaciała powierzchnia pęka co jakiś czas pod naszym ciężarem, więc idzie się ciężko. Tym razem jednak bez niespodzianek w postaci zebranej pod śniegiem wody docieramy na drugi brzeg.

Grasia niesie tylko aparat, Wojtek termos i czekoladki 🙂 I dwa czekany, bo mu się nie chciało odpinać jednego od plecaka. Dodatkowy czekan przyda się na zejściu, o czym się wkrótce przekonamy.

DSC_4554

Nasze okno pogodowe rozkwita w pełne krasie!

Zdobywamy kolejne moreny, robiąc krótkie przerwy, wychodzimy nad kosówkę, wkraczamy w skały. Oto nasza nagroda. Błękitne niebo, jakieś obłoczki, prawie nie wieje, dobrze trzymający, związany śnieg i wyraźny, przetarty szlak. Pomysł obejrzenia przełęczy z dołu zaczyna przekształcać się w myśl o jej zdobyciu. Schodzący z góry przekazują informację, że w żlebie są wyraźne stopnie, brak luźnego śniegu i wejście i zejście będzie w miarę łatwe.

DSC_4574

Ani się obejrzeliśmy i jesteśmy pod przełęczą. Teraz czeka nas 50-metrowe podejście śnieżnym polem. Ślad wiedzie na wprost bez żadnych zakosów, idziemy zrobionymi przez poprzedników stopniami, obok widać wyślizgane przez schodzących, a raczej zjeżdżających na swoim czterech literach – rynny lodowe. Stok stopniowo nabiera stromości i pod skałami ma pewnie z 60 stopni.

DSC_4586

Docieramy tam bezpiecznie i w komplecie. Teraz czeka nas lodowo-śnieżna rynna. Łańcuchy leżą głęboko pod śniegiem, a my wyraźnymi stopniami, pomału wychodzimy kolejne 30 metrów w górę na skalną ścieżkę. Tu łańcuch wisi na ścianie, ale tak naprawdę nie jest potrzebny, o ile kogoś nie przeraża widok 100 metrowej dziury tuż obok 🙂

Jeszcze jeden zakręt i jest! Stajemy na przełęczy!

DSC_4599

Widok oczarowuje. Stoimy na wysokości prawie równej Zawratowi. Z jednej strony u stóp cała Dolina Pięciu Stawów Polskich, z drugiej Dolina Rybiego Potoku. Na wprost gdzieś pod śniegiem najsłynniejsze górskie jezioro – Morskie Oko. Poniżej widać niedużą skałę – to Mnich. Zupełnie inaczej wygląda z perspektywy Morskiego Oka. Widać Rysy, całe pasmo Mięguszowieckich. Wieje lekki wiaterek, jest też trochę ludzi. Mamy dobry czas, ale nie rozsiadamy się na dłużej, bo weszliśmy trochę późno i nie chcemy schodzić po ciemku. 

DSC_4607

Po 15 minutach ruszamy ostrożnie w dół. Pierwsze metry do żlebu to spacerek, dalej jednak trzeba maksymalnie się skupić. Kije lądują w plecaku, teraz czekan w dłoń, sprawdzenie raków i zaczynamy zejście. 

„Shrek nie patrz w dół”. Schodzimy tyłem. Czekan w lód, sprawdzenie czy trzyma, szukanie stopnia poniżej i krok w dół. Piętnaście minut i problem z głowy 🙂

Teraz kolejny odcinek – śnieżne pole. Jest w cieniu, więc przymarzło. Tą samą metodą, pojedynczo, w dużych odstępach tracimy kolejne 50 metrów. Na dupozjazd nikt jakoś nie ma ochoty. Raz, że jesteśmy w rakach, dwa – a co jak się nie zatrzymamy 🙂

Kluczowe trudności za nami. Znowu kije w dłoń i bez pośpiechu idziemy w dół, podziwiając przedstawienie, jakie zgotowała nam natura. Wieczór ogarnia dolinę, pojawiają się długie cienie, część stoków błyszczy bielą, w oddali niebo zmienia barwy na bardziej kolorowe.

DSC_4666

Do schroniska docieramy przed zmrokiem. Już z daleka widzimy spacerującą Dorotkę, z drugiej strony nadciąga Baca. Pozostałe niewiasty zarzucają sieć wdzięków na bywalców schroniska i siedzą w jadalni wśród tłumu, który się tam pojawił podczas naszej nieobecności. Rządzi tam niepodzielnie „Krzysztof z telewizji”, jednak nasze dzielne koleżanki są odporne na próby poderwania 🙂

Tego wieczoru integrujemy się w pokoju, bo do jadalni – jak mówi stare powiedzenie – „gdyby nie kobiety, nie byłoby gdzie palca włożyć” 🙂 Jest weekend – przyszło sporo turystów, do tego kurs lawinowy. Ludzie śpią wszędzie – zajęte są podłogi, korytarze, parapety, ławy, a nawet podłoga w kuchni turystycznej.

Wyciągamy wszystkie smakowitości, których nie mamy ochoty nieść w dół. Jest smalczyk, suszona wołowina, kabanosy. Zapada też podjęta kolektywnie historyczna decyzja, że może czas zamienić szarlotkę inny trunek zlotowy… Zostaje przyjęta przez aklamację 🙂

Po tradycyjnym wieczorze integracyjnym my też padamy. Trochę nas ta dzisiejsza wycieczka zmęczyła.

 

Wersje trochę obrobione z zacięciem artystycznym:

Niedziela. Daleka droga przed nami. Nic dziwnego, że rano mocno się sprężamy. O siódmej wszyscy się zrywają i pakują. Śniadanie oczywiście zjadamy w pokoju, kawy nie będzie, bo automat do wrzątku nie działa, a kuchnia czynna jest od ósmej.

Pierwszy rusza w dół Wojtek, bo ma jeszcze na dziś plany biegowe w Zakopanem. Taki twardziel. My spokojnie wyruszamy przed ósmą.

Czeka nas trudne zejście po stromym stoku. Staram się wyszukać optymalną trasę, pracowicie dziobię rakami stopnie, wspierając się na kijach. Zejście trwa ponad godzinę. Szybciej się nie da. Za mną w sporych odstępach idą pozostali.

DSC_4676

Będąc już prawie na dole, natykam się na siedzącą w kosówce parę – to Krzysztof i Ania, poznani dzień wcześniej w schronisku. Hitem w ich wykonaniu były oświadczyny na środku stawu 🙂 Dziś jednak nastrój prysł – Krzysztof schodząc wykręcił nogę w kostce i niestety nie jest w stanie się poruszać. Mają jedną folię NRC na dwoje, więc szybko wyciągam swoją. Okazuje się że TOPR już wezwał… Wojtek 🙂 Czekam przy nich aż do przyjazdu ratowników.

DSC_4679

W międzyczasie z góry nadciągają moi towarzysze wędrówki. Puszczam ich przodem, a gdy ratownik fachowo zajmuje się nogą Krzyśka, dołączam do reszty czekającej przy platformie. Tam rozbijamy się na dwie grupy. Chwila pożegnania i ruszam z Piotrem, Lenką i Basią w kierunku parkingu. Za nami pozostaje Baca z Grasią i Dorotką. Oni wyjeżdżają po południu, więc nie muszą się śpieszyć.

DSC_4683

My zaś, szybkim tempem docieramy do Palenicy. Przepakowanie, zakupy i w drogę. W Krakowie opuszcza nas Lenka a pozostała trójka bez przeszkód dociera na 21 do domu 🙂

Latem sprawdzimy, gdzie raki pływają 🙂

Statystka:

 

 

 

 

 

 

 

Jesienne wędrówki w Bieszczadach

Znowu jesień. Szybko minął kolejny rok. I znowu czekają kolorowe Bieszczady. W tym roku jednak bardziej mokre niż słoneczne.

Poszukiwania ciekawej trasy kończą się decyzją, że idziemy na Okrąglik i przez Jasło schodzimy do Cisnej. Ilość kilometrów wydaje się rozsądna, zważywszy, że do tegorocznej  wyprawy dołączyło trochę nowicjuszy. Ponownie udaje się wymyślić rozwiązanie logistycznej, dzięki któremu zaoszczędzamy sporo zbędnego dystansu po asfalcie.

Tegoroczna pogoda to osobny temat… Tydzień wcześniej Bieszczady pokryły się śniegiem. Teraz jednak nie ma  po nim śladu, jest za to legendarne bieszczadzkie błoto. Zrobiło się względnie ciepło, na górami wiszą gęste i mokre chmury. Zgodnie z prognozą – niestety. Mam jednak nadzieję, że zapowiadany brak opadu wytrzyma. I na szczęście wytrzymał 🙂

Ruszamy na Ruską Przełęcz (inna nazwa to Przełęcz nad Roztokami). Jedno auto tradycyjnie w ramach logistyki zostaje w Cisnej, bo tam planujemy zakończyć naszą dzisiejszą wyprawę. Posłuży nam ono później do szybkiego przemieszczenia kierowców w celu przejęcia pozostałych aut i zaoszczędzenia około 10 kilometrów asfaltingu 🙂

DSC_2323b1

Mijamy Majdan i nieczynną już kolejkę bieszczadzką i ruszamy w stronę przełęczy. Jesień wokół jest piękna, nawet mimo chmur, które stopniowo spowijają okolicę. We wszelkich możliwych odcieniach żółtego i czerwieni zdobywamy wysokość. Jeszcze tylko mostek i już granica. Droga się kończy a my stoimy w chmurze. Chwila na przepakowanie i już ruszamy granicznym szlakiem w stronę Okrąglika. Mgła sprawia, że jest niezwykle nastrojowo. Do szczytu mamy około dwóch kilometrów. Część odcinków pozwala zdobyć wysokość, ale od czasu do czasu dla równowagi idziemy całkiem płaskimi fragmentami szlaku. Grupka tradycyjnie co jakiś czas zadaje pytanie „czy daleko jeszcze”, a ja niezmiennie odpowiadam, że „15 minut” 🙂

DSC_2347b1

Wreszcie szczyt. Rozległy widok zapewne gdzieś tam jest – nasz obejmuje krąg o promieniu 20 metrów 🙂 Chwila na herbatkę i kanapki i ruszamy czerwonym szlakiem w stronę Cisnej. Jest to fragment Głównego Szlaku Beskidzkiego, którego sporą część przy okazji różnych wyjazdów udało mi się już przejść.

DSC_2357b1

Idziemy przez nastrojowy las, wokół poskręcane buki majaczące we mgle. Kolejny cel na dziś to Jasło. Las się kończy i wychodzimy na łąkę.

Tu nareszcie wiatr trochę rozgania mgłę i pojawia się rozległa panorama. I w końcu mogę zrobić użytek z aparatu fotograficznego, który do tej pory wisiał bezużyteczny na szyi.

dsc_2410b1-panorama

Tuż przed dojściem w okolice punktu widokowego zaczyna wiać i kropić, horyzont znowu zaciąga się chmurami. Uciekamy więc szybko w kierunku najbliższego lasu. I tak dziś będzie na całej trasie. Od czasu do czasu pojawi się okienko widokowe, ktore pozwoli się nacieszyć widokami i za chwilę znowu wszystko się schowa. Mijamy kolejne kulminacje szlaku, kilometry lecą. dsc_2477b1-panorama

Na tym odcinku powstaje większość tegorocznych zdjęć. To była „chwila dla fotoreportera” 🙂 Pracowicie zapełniam kartę materiałem do obróbki a potem ruszam za resztą wycieczki, która mi trochę uciekła 🙂

DSC_2385b1_6b1_7b1_tonemapped DSC_2404b1_5b1_6b1_tonemapped DSC_2424b1_5b1_6b1_tonemapped DSC_2496b1_7b1_8b1_tonemapped

Doganiam ich w pięknym jesiennym lesie. Mimo braku słońca, kolory są intensywne, bo powietrze jet bardzo przejrzyste. Sama przyjemność wędrować takim szlakiem.

DSC_2504b1

Zejście jest dość długie i mozolne, a młodszym uczestnikom wycieczki trochę się dłuży 🙂

DSC_2554b1_5b1_6b1_tonemapped

Mijamy jeszcze pamiątkową tablicę poświęconą poległym w katastrofie śmigłowca w 1991 roku.

Wkrótce zaczyna padać. Teraz jednak już nam to nie przeszkadza. Pogoda wytrzymała prawie do końca 🙂 Ostatni odcinek jest dość błotnisty, wiedzie głębokimi wąwozami i kończy się przy potoku, którego brzegiem docieramy do mostu kolejki bieszczadzkiej.

Za chwilę jesteśmy w Cisnej. Kilkanaście minut zajmuje nam ściągnięcie aut z przełęczy i zostaje tylko wpaść do regionalnej knajpki, bo ekipa mocno zgłodniała 🙂

Drugiego dnia niestety pada. Trzeba organizować plan B. Wpadamy bo Ustrzyk Dolnych na zwiedzanie wszystkiego co się da pod dachem 🙂 Po obejrzeniu ekspozycji w Muzeum Bieszczadzkiego Parku Narodowego, przeglądamy jeszcze wystawę zdjęć.

Najciekawszym jednak obiektem okazuje się młyn przerobiony na Muzeum Młynarstwa.

Muzeum zostało otworzone w lipcu 2010 r. i od tej pory służy turystom, którzy poznają nie tylko historię młynarstwa, ale także mogą prześledzić skomplikowany proces mielenia zboża. Mogą także prześledzić interesujące dzieje tego budynku wraz z najbliższym otoczeniem. Powstał on w 1925 r. i przeznaczony był przede wszystkim do produkcji wysokogatunkowej białej mąki, wówczas znacznie droższej niż powszechnie używana mąka razowa. W historii dzisiejszego Muzeum istotną rolę odegrało zakończenie II Wojny Światowej. Wtedy całkowicie zmienił się kształt granicy wschodniej, a Ustrzyki wraz z okolicznymi terenami znalazły się w granicach ZSRR. Dopiero w 1951 r. na mocy ustawy o wymianie terenów przygranicznych ta część Bieszczadów – 480 km kwadratowych – została zwrócona Polsce, w zamian za tzw. „Kolano Bugu”.

DSC_2579

Budynek młyna w dobrym stanie przetrwał wojnę i sześcioletnią przynależność do Związku Radzieckiego. Jednak, kiedy do Ustrzyk przybyli nowi osadnicy, nie zastali w młynie ani jednej maszyny. Z tego powodu zakład ten miał dwuletnią przerwę, podczas której kompletowano urządzenia niezbędne do wznowienia pracy. Przywieziono wówczas wyposażenie z jakiegoś niezidentyfikowanego młyna – najprawdopodobniej z Pomorza, o czym może świadczyć konstrukcja drewniana oparta na sośnie wejmutce rosnącej na północy Polski – i od roku 1953 wznowiono mielenie zboża. W porównaniu z okresem przedwojennym zmienił się system napędu, ponieważ wprowadzono silnik spalinowy, który po dziewięciu latach został zastąpiony dwoma silnikami elektrycznymi pracującymi do czasu zamknięcia młyna, co nastąpiło w roku 2007.

DSC_2588

Muzeum Młynarstwa i Wsi w Ustrzykach Dolnych jest jedynym muzeum w Polsce dającym możliwość poznania kompletnych linii służących do czyszczenia i mielenia zboża w młynach z nowoczesnym napędem. Zwiedzającym udostępniono 1100 m kwadratowych na czterech kondygnacjach. W ramach stałej ekspozycji prezentowane są maszyny pochodzące z XIX w. Stulecie to określono „wiekiem pary i elektryczności”, ze względu na olbrzymi postęp techniczny, który wówczas nastąpił. Chociaż o tym fakcie pamiętamy wszyscy, to jednak niewielu z nas zdaje sobie sprawę z tego, jak wielki krok uczyniło w tym czasie młynarstwo odchodząc od kamieni młyńskich oraz silników wiatrowych i wodnych. W pełni można to sobie uzmysłowić w Muzeum oglądając maszyny wymyślone w tym czasie na potrzeby młynarstwa parowego. Najbardziej znaczącym zabytkiem znajdującym się w zbiorach Muzeum jest gniotownik walcowy pochodzący z lat trzydziestych XIX w. Pierwsze takie urządzenie pojawiło się dopiero w 1815 r., a więc to znajdujące si w Ustrzykach Dolnych należy do najstarszych nie tylko w Polsce, ale także w Europie.

Uzupełnienie ekspozycji wewnętrznej stanowi wystawa plenerowa. Wokół budynku Muzeum można oglądać liczne urządzenia i maszyny służące do uprawy ziemi, czyszczenia i młócenia zboża oraz mielenia ziarna. Wszystkie te urządzenia były wykorzystywane w gospodarstwach wiejskich w XIX i XX wieku [źródło: Młyn w Ustrzykach].

Jak na złość w dzień powrotu powraca słońce. Budzę się świtem, by podziwiać zamglone obrazy poranka.

DSC_2597 DSC_2609

Kręcę się jeszcze chwilę po okolicy, fotografując poranną rosę.

DSC_2616

Zjadamy śniadanie, żegnamy się z gospodarzem Leśniczówki i w drogę. Jeszcze tylko trochę zdjęć kropelek rosy, potem obowiązkowe zdjęcie na tamie w Solinie. 

DSC_2627 DSC_2647

Mam nadzieję, że nie będę czekał roku na kolejną wizytę w tych pięknych górach – marzą mi się dla odmiany zimowe Bieszczady 🙂