Kto o nich nie słyszał? Chyba każdy. Najsłynniejszy symbol tatrzańskiej wiosny, ściągający co roku tysiące spragnionych jego widoku turystów.

Internet znowu zalała fala zdjęć Polany Chochołowskiej pełnej fioletowych kwiatów i narodził się szalony pomysł  – jedziemy w weekend na jeden dzień obejrzeć krokusy 🙂 Jakoś tak zawsze chciałem je zobaczyć, ale myśl o tym, żeby przejechać 500 kilometrów i zaraz wracać studziła zapał. W tym roku jednak stwierdziłem, że kiedy jak nie teraz.

Drogi ekspresowej w kierunku Krakowa przybywa, więc jedzie się coraz lepiej i szybciej. Docieramy rodzinnie w piątkowy późny wieczór w okolice Kościeliska, gdzie mamy zarezerwowany nocleg. Zjadamy kolację i postanawiamy wstać wcześnie, by zdążyć przed tłumem, którego jutro się spodziewamy w Dolinie Chochołowskiej.

Wszystko idzie zgodnie z planem – pogoda zgodna z prognozą: jest lekki przymrozek, na trawie widać szron, ani jednej chmurki, brak wiatru. Zrywamy się po szóstej, pakowanie plecaków, przygotowanie kanapek i herbaty, jeszcze tylko śniadanie i podjeźdżamy pod wylot Siwej Polany, oddalonej o 5 kilometrów od naszej kwatery.

Pierwszy szok. Jest po siódmej i wszystkie parkingi są już pełne! Wciskamy się na ostatnim, gdzie jest jeszcze trochę wolnych miejsc, szybkie przepakowanie i ruszamy.

Przed nami około 9 kilometrów Doliny. Znam ją na pamięć, tyle razy nią szedlem. Niestety – widoki zamiast cieszyć – przygnębiają. Wszędzie trwa zrywka drewna, drogi są zryte ciągnikami, okoliczne zbocza zieją pustką, bo większość drzew wyłamał halny. Piękne tatrzańskie doliny to już chyba zostaną tylko w moich wspomnieniach.

Idziemy całą piątką, a obok ciągnie w górę gigantyczny tłum. Liczyłem się z tym, więc nie narzekam. Przecież czekają na nas krokusy. Te witają nas tuż po wkroczeniu na Polanę Chochołowską. Na razie zwinięte po porannym przymrozku. Po dwugodzinnym marszu robi się jednak całkiem ciepło.

Rozsiadamy się chwilę w schronisku, odstajemy swoje w kolejce po szarlotkę, wypijamy kawkę i czas na realizację dalszej części planu. Poprzedniego dnia gościłem w bazie lotniczej TOPR i dowiedziałem się, że spokojnie mogę spróbować wyciągnąć chętnych na Grzesia. Moja piękniejsza połówka postanawia założyć obóz szturmowy połączony ze spacerem po Polanie, czytaniem książek i podziwianiem krokusów. Ja zaś montuję ekipę złożoną z części młodzieżowej i za chwilę zaczynamy podejście. Szlak znam na pamięć, więc skupiam się na pilnowaniu moich wędrowców, a przy okazji opowiadam, co widzą i jak sobie radzić z drogą w zimowych warunkach.

No właśnie. Weszliśmy znowu w zimę. Początek szlaku jest trochę błotnisty i oblodzony, ale dość sprawnie przeprowadzam grupkę wyżej, gdzie idziemy już po śniegu. Wiosenne słońce powoduje, że jest on ciężki, zbity i śliski. Tu ludzi prawie nie ma, więc możemy spokojnie swoim tempem zdobywać wysokość i nie obawiać się, że ktoś na nas zjedzie. Pokonujemy pierwszy, stromy odcinek, przed Przełęczą Bobrowiecką, skręcamy w trawersujący odcinek szlaku, gdzie w punktach widokowych podziwiamy panoramy na Kominiarski Wierch. Pogoda nadal trzyma.

Kolejny zwrot i czeka na ostatnia prosta na grzbiet, gdzie wychodzimy z lasu. Tu wypoczywa kilka grupek – my też robimy przystanek na herbatkę i kanapki. Widok jest wyśmienity. Jak zwykle w takich warunkach wrażenie robi Babia Góra, która świeci w słońcu jak szczyt Fujijamy.

Jak że jest „zima” a trochę się zgrzaliśmy, zarządzam wymarsz. Naciągamy czapki, wkładamy rękawice i kaptury na głowy bo leciutko wieje. Młodzieży zimowe wejście bardzo się podoba.

Czas na atak szczytowy. To dość stromy odcinek, mocno ośnieżony, nadal jest pewnie koło 1-1,5 metra śniegu, który skrywa rosnącą pod nim kosówkę. Pokazuję młodzieży kilka otworów po nogach osób, które się zapadły 🙂 Robią wrażenie. Wielokrotnie grzany i mrożony śnieg utworzył jednak stabilne podłoże i idąc po nim szybko zdobywamy kolejne metry.

Pierwsza na szczyt wpada oczywiście najmłodsza w ekipie – córcia Weronika. Brawa dla niej! Cieszy się i macha do nas z góry ręką. Zaraz dołącza do niej kolejna dwójka czyli Karolina i Tomek. Cała trójka to zimowi debiutanci. Już mówią, że im się to podoba 🙂

Ostatni wkraczam ja 🙂 Widoki są rewelacyjne. Wokół zimowe Tatry, na uboczu Osobita, na którą odchodzi nieprzetarty słowacki szlak. Ludzi sporo. Część z nich rusza dalej w kierunku Rakonia i Wołowca, dla nas to jednak koniec wycieczki. Cel osiągnięty. Czeka nas w końcu jeszcze zejście do schroniska a potem powrót na Siwą Polanę.

Na szczycie siedzimy około pół godziny. Przestało wiać, jest bardzo przyjemnie. Kończymy herbatkę, Tomek jak rasowy turysta wyciąga czekoladę, którą tu wniósł. Ludzi przybywa, a my zarządzamy odwrót. Czas na wyciągnięcie raków. Trzeba jakoś asekurować ekipę. Idę pierwszy robiąc stopnie, a krok w krok za mną pozostali. Szybko i bez problemów dochodzimy do lasu. Tu jest już bezpieczniej ale pamiętam, że na dole czeka nas jeszcze oblodzony odcinek. Tam raki w kilku miejscach się przydają, bo robię na lodzie stopnie z własnych butów i udaje się sprawnie pokonać kilka trudniejszych miejsc. Tylko Karolince nie udaje się uniknąć kontaktu z błotem 🙂

Jesteśmy znowu pod schroniskiem. Dość szybko odnajdujemy się w tłumie z dyżurującą obsadą obozu szturmowego 🙂 Krokusy rozkwitły na całego, ale też tłum zgęstniał. To co widzieliśmy rano, to była gra wstępna 😉 Są też klasyczne przypadki ceprów, którzy nic nie robią są z zakazu wstępu na krokusowe pole. Zwracam im uwagę, ale jedyną reakcją jest wzruszenie ramion. To jeszcze jeden powód, dla którego tu nie wrócę. Byłem, zobaczyłem i wystarczy.

Teraz przed nami dwie godziny marszu w dół. Droga się dłuży, w górę ciągną kolejne tłumy. Nad głową przelatuje Sokół. Śmigłowiec TOPR. Na szczęście tylko na ćwiczenia. Na pokładzie jest tata Tomka, więc mamy wiadomości z pierwszej ręki 🙂 A my – chcemy szybko stąd uciekać. Wreszcie jest parking. Czujemy dzisiejsze 26 kilometrów w nogach. Wracamy do kwatery, przebranie się i szukamy knajpki. Próba wbicia się do kultowej Kolibecki kończy się niepowodzeniem. Brak miejsc.

Zostają Krupówki, gdzie o dziwo ludzi jest mało 🙂 Czyżby wszyscy byli w Chochołowskiej?

Placek po zbójnicku przywraca siły 🙂 I powoduje chęć przyłożenia głowy do poduszki. Wracamy do Kościeliska i padamy 🙂

Rano mieliśmy jeszcze spotkać ekipę od Sokoła TOPR, więc ponownie wpadamy do bazy. Niestety – od rana mocno wieje, pogoda jest dużo gorsza. Śmigłowiec stoi w hangarze, a my po 15 minutach pogawędki ruszamy do domu.

Weekend był udany 🙂

Od lata rozmawialiśmy na temat powrotu na Halę Kondratową. Odbyły się tu już dwa zloty i dwa razy zakończyliśmy naszą przygodę na przełęczy pod Kopą Kondracką. W okolicznościach dość wietrznych i mało widokowych..

Skład zacząłem kompletować jeszcze w listopadzie, bo schronisko na Kondratowej jest malutkie, a przy licznej ekipie dostępność łóżek może być problematyczna. O ile ze składem poszło szybko, to z terminem było nieco gorzej… weekendy były już zajęte i zaproponowałem nowy wariant zlotu – od niedzieli do środy. Większości pasowało, więc szybko dokonałem rezerwacji i zostało odliczanie dni.

Obóz szturmowy

Ruszamy w niedzielny poranek o 7 rano i z wielkim zdziwieniem stwierdzamy, że kraj jakiś wymarły, na drodze prawie nie ma ruchu i w efekcie lądujemy w Krakowie po zaledwie 4,5 godzinach jazdy. Niesamowite. Mamy więc szansę dołączyć do pozostałych, którzy przybywają do Zakopanego pociągiem i busem na umówioną w okolicy czternastej zbiórkę. 

Wpadamy na Zakopiankę i szukamy jakiś przydrożnej knajpki, by coś zjeść. Jeden raz szedłem głodny do schroniska z ciężkim plecakiem i byłem na granicy „odcięcia mocy”, więc przysiągłem sobie więcej nie powtórzyć tego błędu 🙂

Knajpka okazała się całkiem fajna, z bali, w góralskim stylu, a placek po zbójnicku wyśmienity 🙂 Po pół godzinie jedziemy do centrum Zakopanego, gdzie u zaprzyjaźnionej góralki mam zostawić pod domem auto. W mieście istne szaleństwo – bo jest to dzień, w którym ma się odbyć indywidualny konkurs Pucharu Świata w skokach narciarskich. Tysiące ludzi krążą w biało-czerwonych czapach, szalikach, pelerynach trąbiąc z całych sił w wielkie wuwuzele. Przejmuje nas nasza gospodyni i zachęca do pozostania na kawie, ale szkoda nam trochę światła dziennego, więc umawiamy się, że siądziemy na chwilę schodząc z gór. Dorota pakuje nas w swoje auto, jedziemy na kuźnickie rondo, a tu wszystkie drogi obstawione policją i gęsto od ludzi. Wszyscy pędzą na skocznię. Dorota się jednak nie zraża i wywozi nas tajnymi i sekretnymi dróżkami znanymi tylko miejscowym w miejsce, skąd mamy 10 minut do Kuźnic 🙂

Zarzucamy plecaki i ruszamy z Piotrem na szlak w kierunku Kalatówek. Nareszcie!

Przed nami ruszyła Kasia z Koziołkiem i Elą, Rysiek, Wojtek i Dorotka. Ruszamy dziarsko, ale już początek szlaku na Kalatówki daje się we znaki – jest ślisko. Na razie jednak dajemy radę bez raków. Sprawnie docieramy na leśną odnogę szlaku, jeszcze parę minut i Kalatówki. Mijamy polanę i wchodzimy na wąską ścieżkę w kierunku Hali Kondratowej. Tu już jest gorzej, na stromych odcinkach buty się ślizgają, a ciężki plecak wcale nie pomaga w łapaniu równowagi. Szybka decyzja i zakładamy raki.

Teraz od razu nabieramy tempa i w ciągu kilku minut łapiemy kontakt z ekipą przed nami 🙂 Jak zwykle radość ze spotkania i za chwilę spokojnie maszerujemy do schroniska. Tylko Wojtek nas trochę pogania, bo wygląda, że ma w plecaku zapasy na dwa miesiące 🙂

Dzielnie radzi sobie również Ela, która ma pierwszy raz na butach raki. Nigdy nie jest za późno by spróbować czegoś nowego 🙂

Jeszcze parę minut, ostatnia prosta i widać światełko schroniska. Witają nas jego nowi gospodarze. Szybko nawiązujemy nić porozumienia 🙂 Wszyscy wyciągają dokumenty, tylko Piotr stoi i drapie się w głowę… bo zdziwiony stwierdza brak portfela. Na szczęście – jak się później okaże – zostawił go w kurtce, w której przyjechał i która leży teraz w samochodzie. No i teraz musi sobie przypomnieć wszystkie dane z dowodu. Na szczęście pamięć go jeszcze nie zawodzi 🙂 Zostaje też zmuszony ustalić cenę na swoje usługi, bo musi zarobić na schronisko – pięć euro za wszystko 🙂

Po około godzinie jako ostatni dojeżdża do nas Radek. No to jesteśmy prawie w komplecie. Baca ma w tym roku dołączyć do nas dzień później.

Znaczki zlotowe rozdane – zlot można zaczynać 🙂

Przemieszczamy się do naszego ulubionego pokoju czyli dwójki ośmioosobowej 🙂 I oczywiście musimy się nagadać, jednak koło 22 znikamy w śpiworach – każdy jest trochę zmęczony po podróży.

Dzień ataku

Rano pogoda nie rozpieszcza, jest powyżej zera, lekka mżawka, mgła. Wierzymy jednak w odmianę i zaraz po śniadaniu ruszamy cała grupka w głąb doliny w kierunku Przełęczy pod Kopą Kondracką.

Tuż przed nami szykuje się inna ekipa. Może bym o niej nie wspominał, gdyby nie jej skład: Marek idzie ze swoimi dziećmi – starsze ma 7 lat a młodsze – 3 lata! Będziemy dziś śledzić z uwagą ich drogę na szczyt.

W miarę nabierania wysokości, ostry na początku horyzont zaczyna się rozmywać w lekkiej mgiełce. Docieramy do Kamienia, gdzie zarządzamy pierwszy mały postój. Tu się rozdzielamy. Ekipa babska pod wodzą Adasia decyduje się na odwrót, a pozostali zagłębiają się w mgłę otulającą zbocze. Podejście robi się strome i szybko zdobywamy wysokość, tracąc jednocześnie orientację w terenie. GPS z grubsza wskazuje, że szlak jest gdzieś pod nami, ale gdzie jest przełęcz, wiemy tylko orientacyjne. Przecinamy nieduży żleb, by wyjść na wypukłe żeberko – każda wypukła formacja to dodatkowe bezpieczeństwo. Jest trochę oblodzone, ale raki dobrze trzymają. Rysiek ma je na nogach pierwszy raz i uczy się zaufania do sprzętu. Jeszcze trochę wysiłku i wychodzimy… 100 metrów od przełęczy i sporo wyżej ponad nią. Za to bliżej Kopy…

I teraz następuje cud natury. Chmury w parę minut się rozstępuję i roztacza się przed nami niesamowity widok na wszystkie strony świata. Po słowackiej stronie doliny toną w chmurach, a nad nimi górują wszystkie okoliczne granie skąpane w zimowym słońcu. Kopa Kondracka lśni nieskazitelną bielą na tle intensywnie niebieskiego nieba, po polskiej stronie mamy widok aż po horyzont zakończony poduchą chmur i na deser na wschodzie pokazują się Tatry Wysokie. Euforia 🙂 Spełniło się moje marzenie chodzenia ponad chmurami 🙂

Troszkę wieje, niektóre porywy są nawet dość silne, ale decydujemy – idziemy na Kopę. To w końcu trzecia próba, poprzednie dwie skończyły się we mgle przy słupku na przełęczy. Podobnie było z Giewontem.

Szeroki grzbiet ułatwia nam zadanie, a bliskość szczytu sprawia, że stajemy na nim błyskawicznie. Tu porywy są jeszcze silniejsze. Zapieramy się mocno kijami i chwilę naradzamy co dalej.

Pada pomysł pójścia na Przełęcz Kondracką i może nawet na Giewont. Niestety – wieje zza Kopy, tam gdzie idzie szlak graniowy. Nie ma też pewności, jak wygląda zejście z Przełęczy w dół wprost do Piekła 😉 Decyduje rozsądek i wracamy drogą, którą przyszliśmy. Jest też z nami Rysiek – nowicjusz zimowy i nie chcemy go zbędnie narażać. Jest prawie pusto, ale Ci co dziś weszli, też decydują się na powrót drogą przez przełęcz pod Kopą.

Robimy szybko obowiązkowe zdjęcie szczytowe i ruszamy w dół. Tu natykamy się na dzielnych młodych taterników idących ze swoim tatą. Piotr proponuje asekurację małolatom, by nie odfrunęli z porywami wiatru 🙂 Radek z Wojtkiem i Piotrem ruszają jeszcze raz na szczyt, a ja pomału schodzę z Ryśkiem na przełęcz. Chwilę czekamy na pozostałych i już w komplecie, powoli schodzimy z Przełęczy wprost w dolinę. Oczywiście ze sporymi odstępami, by nie cisnąć niepotrzebnie na mocno ośnieżone zbocze. Zejście żlebem jest nieco łatwiejsze niż nasza droga podejściowa – śnieg zamiast lodu ułatwia stawianie kroków, więc błyskawicznie tracimy wysokość i spokojnie docieramy do schroniska.

Jeszcze wieczorne fotografowanie chmur.

I to była ta nudniejsza część dnia 😉

Siadamy do obiadu i udajemy się na zasłużoną poobiednią drzemkę. Bardzo krótką… Od jakiegoś czasu potwierdza się fakt, że rejon Kalatówek jest wyjątkowo niebezpieczny i podstępny 🙂 Około siedemnastej ciśnienie podnosi wszystkim Baca, który miał dziś dojechać i właśnie dzwoni z alarmem, że podchodził od Kuźnic i teraz nie za bardzo wie gdzie jest, a poza tym to wyszedł bez posiłku i trochę go odcina…

Spontaniczna akcja ratunkowa kończy się tym, że Wojtek wybiega tak jak stał – czyli bez telefonu, czołówki i raków, a za nim kolejne dwie ekipy wyposażone tylko w telefon 🙂 Łapią na szczęście gorącą herbatę i czekoladę dla Bacy. Po 15 minutach odbieram telefon, że w sumie to raki i czołówki by się jednak przydały, więc dziewczyny pakują mi wielki worek akcesoriów, który zarzucam na plecy. Wyglądam trochę jak Mikołaj 🙂 W progu natykam się na naszego starego przyjaciela Olafa – mocno zdziwionego moim wyposażeniem… Rzucam tylko „ja tu jeszcze wrócę”  i pędzę na odsiecz dzielnym ratownikom 🙂

Ruszam w dół nie bardzo wiedząc gdzie też podziewają się pozostałem ekipy. Wojtek zbiegł już – jak się później okazało – do Kuźnic, Dorotka rwie włosy z głowy, jedna ekipa biega nartostradą, druga ponad Kalatówkami, a Bacy nie ma… W pewnym momencie wszyscy szukają wszystkich 🙂 Tylko Radek, który podobnie jak Baca chodzi własnymi ścieżkami, pakuje się w jakąś niedźwiedzią dróżkę leśną w okolicach stoku narciarskiego i… trafia swój na swego 🙂 

W międzyczasie odnajduję wracające ekipy ratunkowe i obdarowuję je zawartością swojego worka. Ci jednak nie wiedzą jeszcze, że Baca się już odnalazł, więc ruszają ponownie w dół nartostradą. Ja zaś wracam na kwaterę, by szykować kolejną herbatkę dla powracających z akcji. Na szczęście mamy kontakt telefoniczny, więc udaje nam się ustalić, że wszyscy szczęśliwie zmierzają w kierunku schroniska 🙂 Takiej akcji Kondratowa pewnie jeszcze nie widziała 🙂 Jesteśmy znowu w komplecie i można w końcu zasiąść przy stole z Olafem i jego towarzyszką Gośką.

Baca dostaje górę czekolady i wraca do żywych 🙂

Olaf zaś wyciąga Colę. Z puszczy – jak twierdzi. Białowieskiej. Jeden łyk utwierdza nas w przekonaniu, że to wyjątkowa Cola. Nawet nie pytam ile miała procent 😉 Wypada dodać, że Olafa spotkaliśmy na jednym z naszym zlotów i od tamtej pory utrzymujemy kontakt. Wielki ukłon od ircowników, bo specjalnie dla nas przeciągnął urlop i wpadł na Kondratową, by się z nami spotkać.

Jako że obsługa schroniska pozwoliła nam posiedzieć na dole i mieliśmy jadalnię na wyłączność, miły i sympatyczny wieczór trwał prawie do dwudziestej trzeciej. W międzyczasie zdążyliśmy zaliczyć morsowanie w klapkach, które zakończyło się efektownym zjazdem na tychże, tudzież na innych częściach ciała, w efekcie czego trzeba było szukać plastrów na obtarcia 😉 Oczywiście czujne niewiasty wszystko wypatrzyły z góry przez okno…

W międzyczasie padały też co śmielsze pomysły przejścia do historii. Jednak moja propozycja, by dokonać pierwszego zimowego wejścia na Giewont w klapkach nocą – jakkolwiek wzbudziła aplauz, nie znalazła chętnych do realizacji 🙂 Sława musi poczekać.

A może by na Giewont?

Noc była piękna, księżycowa, z milionem gwiazd, ale w nocy się zasnuło i rankiem stwierdzamy, że widoczność siadła, w dodatku świeży opad zasypał wszystkie ślady z poprzedniego dnia.

Postanawiamy ruszyć w stronę Giewontu, by sprawdzić, jak wygląda sytuacja i czy są jakieś szanse podejść wyżej. Lekko prószy śnieg, temperatura jednak poniżej zera, co daje jakieś szanse na fajną wycieczkę.

Ponownie ruszamy w głąb doliny. Przedzieramy się przez świeży śnieg. Przed nami widać pojedynczy ślad – ktoś przeciera pewnie drogę i ma zapewne podobny do naszego plan. Wkrótce go spotkamy – wycofał się powyżej Piekła – rozsądek zwyciężył.

My też docieramy w okolice Piekła, wcześniej jednak Koziołek ponownie ciągnie babską część grupy w swoją stronę, bo chce pobrykać w świeżym śniegu. Siła charakteru i urok osobisty sprawiają, że kobiety nie potrafią mu odmówić. A co będzie jak dorośnie 😉

My idziemy dalej. Z trzech stron czają się ściany pełne śniegu. Czekają… A środkiem płynie lodowiec. Spiętrzone lawinisko straszy śmiałków, a sterczące seraki przypominają, że żarty się skończyły. Pierwszy raz widzę tak groźnie wyglądający żleb.

No cóż, Giewont nie jest nam pisany tym razem. Naszą uwagę przykuwa jednak całkiem zgrabna górka z lewej strony. Od razu mamy gotową nazwę – to Kondratowy Pik Ircowników – potem na mapie sprawdzamy, że to żebro nazywa się Krokiew – gdybyśmy wiedzieli, można by podjąć próbę zejścia z lądowaniem telemarkiem 🙂

Natychmiast powstaje plan zdobycia Piku Ircowników. Radek fachowo toruje drogę wzdłuż żeberka. Idzie nam całkiem dobrze, bo śnieg jest dobrze zmrożony i rzadko się w nim zapadamy. Dwadzieścia minut i jesteśmy na szczycie.

Na szczycie zakładamy biwak i wyciągamy z plecaka pieczareczki – w occie, a jakże.

Towarzyszą nam kozice. Stoją niedaleko na zboczu i ignorują silny wiatr. Zastanawiamy się głośno czy jest im zimno 🙂 

Schodząc, odkrywamy niewielki nawis śnieżny. Nadaje się świetnie na próby lawinowe 🙂 Pierwszy naciera Radek i roznosi lawinę w pył 🙂 Zostaje nam tylko przejść środkiem i sprawdzić, że śnieg jest jednak stabilny i mamy niewielką szanse zjechać w białym puchu.

Za chwilę spotykamy parę młodych wędrowców, która również podjęła próbę wyjścia na Giewont. Za naszą radą zmieniają plan i pójdą na Pik Ircowników. Giewont jest dziś zresztą skryty w chmurach i mgle i jeszcze go dzisiaj nie widzieliśmy.

My zaś odkrywamy ekipę Koziołka, który harcuje w śniegu. Dziewczyny rozbiły biwak i czekają, kiedy mu się w końcu znudzi. No to sobie poczekają 😉 Przyłączamy się do nich i już w komplecie rozkręcamy małą imprezę śnieżną. 

Piotrek robi nam szkolenie, jak się otwiera piwo rakiem 😉 Całkiem niechcący sam się chwilę wcześniej tego nauczył, wdeptując w puszkę, która chłodziła się w śniegu 🙂 Na szczęście niewiele cennego trunku uciekło w śnieg.

Zapasy zużyte, piwa brak – wracamy. Wszyscy ruszają ścieżką, tylko ja wbijam się z dziką rozkoszą w sam środek doliny i wytyczam nowy ślad na nietkniętej ludzką stopą wielkiej śnieżnej pościeli 🙂 Ale radocha! Cała Dolina Kondratowa moja 🙂

Spotykamy się ponownie pod schroniskiem i zarządzamy odpoczynek. Wpadamy na nasze łóżka zadowoleni z życia. Nie wszyscy 🙂 Z okna naszej „dwójeczki” widzimy Wojtka, który zagaduje spotkaną dziś pod Giewontem pannę. Szybka akcja i z pokoju leci do Wojtka MMS ze stosownym foto. „Ona ma chłopaka”. Mina Wojtka bezcenna.

Zapada zmierzch, skończył się krótki, zimowy dzień, a przed nami kolejny punkt planu – wyprawa na Kalatówki na szarlotkę i piwo. Schodząc mamy okazję podyskutować o szczegółach wczorajszej akcji ratowniczej i poznać zawiłości i zdradliwość tutejszej topografii 🙂 Półgodzinny spacer kończy się w kawiarence, wciągamy pyszne ciastko, gadamy, planujemy, śmiejemy się i wspominamy. Zostałem w końcu uświadomiony, jakie jest rozwinięcie często widzianego na murach skrótu – to oczywiście Chwała Wszystkich Dzielnym Policjantom 🙂

Robi się sennie, więc podrywamy się i kolejne pół godziny mija nam na podejściu na Halę Kondratową. Uff, nie zgubiliśmy się 🙂 Radek pokazuje nam, gdzie odnalazł Bacę. No w zasadzie to trudne nawigacyjnie miejsce. Co prawda stoi drogowskaz, że trzeba skręcić w ścieżkę, ale kto by tam zwraca uwagę na drogowskazy 🙂 Szczególnie po ciemku.

Przed schroniskiem zarządzam performens. Wszyscy mają biegać z czołówkami. Ma się ten posłuch. Biegają.

Znowu rozsiadamy się w jadalni, by wyciągnąć resztki zapasów. Taka tradycja. Po co znosić w plecaku jak można zjeść 😉 Zagląda do nas schroniskowy kot zwabiony zapachami. Zostaje przechwycony i chwilę tłumaczymy mu, jak ma pozować do zdjęcia. Posłuchał. A mówią, że koty są charakterne.

Przez cały wieczór telefon Bacy jak zwykle na zlotach wydaje dziwne dźwięki, a po każdym z nich dzielny Baca biegnie odbierać tajemnicze komunikaty z Centrali. Dyskretny jest chłop  – nigdy się nie przyznał dla kogo pracuje 😉

Powrót

Dzień powrotu to już stały schemat. Pobudka, pakowanie przed śniadaniem. Wchodząc do jadalni, Piotr kolejny raz zaczepia głową o framugę drzwi. Stoi chwilę nieruchomy i zdziwiony, ale nie widzę gwiazdek wirujących wokół głowy, więc chyba przeżył. Potem śniadanie, plecak na plecy i schodzimy.

Ostatni rzut oka na schronisko.

Nie śpieszymy się bardzo, w końcu to tylko godzina. Chcemy się jeszcze nacieszyć swoim towarzystwem. W Kuźnicach łapiemy busa i ostania niespodzianka zlotu – Kolibecka zamknięta – otwarcie o dwunastej. Tyle niestety nie możemy czekać. Pędzimy więc do centrum Zakopanego, gdzie się rozstajemy – ja z Piotrem idziemy do auta, reszta wbija się do regionalnej knajpki.

Tym razem nie wymigaliśmy się od kawy i siedzimy jeszcze chwilę w mieszkaniu Doroty, podziwiając Giewont za oknem, a potem jazda w drogę. Bez niespodzianek i na spokojnie docieramy na dwudziestą do domu.

A na letni coś się znowu wymyśli 🙂

Statystyki zlotowe:

28 stycznia

29 stycznia

30 stycznia

31 stycznia

I kroczki:

Za moich czasów szkolnych październik był „miesiącem oszczędzania”, ale od kilku lat stał się dla mnie miesiącem wydawania 😉 Wydawania na dojazd i pobyt w Bieszczadach. Odkąd odkryłem piękno jesiennych bieszczadzkich pejzaży, z nadejściem października trwa odliczanie dni do wyprawy na pokryte szeleszczącymi, suchymi liśćmi łagodne górskie ścieżki.

Tak jak lato było chłodne i mało pogodne, jesień wcale nie była w tym roku lepsza. Stąd miła niespodzianka, że prognoza na dni naszej wyprawy była całkiem pomyślna. 

Nadchodzi czwartek, wszystkie niezbędne przedmioty spakowane i ruszamy w 400-kilometrową trasę. Jedzie się całkiem spokojnie, po drodze jest kilka remontów – szczególnie jeden zapadł nam w pamięć: na moście odbywa się ruch wahadłowy, ale z jakiegoś powodu światła odmawiają posłuszeństwa. Budowa jest obstawiona przez… hm.. Bojowców Imperium 😉 Nowiutkie stroje, obwieszeni jak choinki sprzętem tylko… kompletnie nie ogarniają sytuacji i generują dodatkowy chaos, patrząc na zepsuty sygnalizator i próbując dokonać naprawy metodą szturchania butem 🙂 Dopiero kilku starej daty drogowców w tradycyjnych kufajkach po przejęciu inicjatywy sprawnie zaczyna kierować ruchem i po kilku minutach korek znika. Aha – mam przeczucie że widziałem nowo powołane Wojska Obrony Terytorialnej 🙂

Druga niespodzianka – tym razem miła, to nowo otwarty odcinek ekspresówki wokół Rzeszowa. Teraz już szybko i bezpiecznie docieramy do naszej Leśniczówki.

Rankiem okolicę spowija mgła, ale widać że prognoza się sprawdzi. Z każdą minutą widać coraz więcej błękitnego nieba i nim zjemy śniadanie, całkiem się wypogodzi. Nasz gospodarz musiał wyjechać, ale dzielnie zastępuje go gospodarz junior, czyli Mateusz 🙂 Wygląda trochę jak ksero zrobione z Artura 🙂 Zgodnie stwierdzamy, że tradycje rodzinne zostały przekazane, bo śniadanko niczym nie różni się od tych, jakie przygotowywał nam zawsze Artur 🙂

Przygotowałem jak zwykle kilka tras i dziś przez aklamację została przyjęta trasa zahaczająca o fragment zeszłorocznej. Coś mnie jednak tknęło, by dopytać o szczegóły Artura i ten po krótkich konsultacjach z miejscowymi przewodnikami radzi nam inny wariant, bo szlaku, o którym myślałem, podobno nie ma… A ten inny wariant, to dokładnie wariant zeszłoroczny. Chwila namysłu i pomysł chwyta – przecież przeszliśmy go w deszczu – więc nie zaszkodzi zobaczyć go teraz w słońcu 🙂

Tak jak ostatnio – zostawiamy jedno auto w Cisnej – a pozostałymi wjeżdżamy na Ruską Przełęcz. To wyjątkowo piękna trasa, a świecące w słońcu kolorowe liście dodatkowo pogłębiają to wrażenie.

Kilka minut i jesteśmy gotowi do wymarszu. Wspólne foto i już biegniemy pod górkę. Liści na drzewach jest w tym roku znacznie mniej, bo jakoś wcześniej opadły. Grabina szeleści pod stopami, a na bukach zostały rude resztki. 

Pierwszy odcinek wiedzie szlakiem granicznym i prowadzi na Okrąglik. Początkowe metry wytapiają trochę potu, ale za chwilę trasa pomalutku zaczyna piąć się łagodnym grzbietem. Idziemy piękną aleją, wokół otacza nas jesień w swojej najpiękniejszej odsłonie. 

Wychodzimy na polanę i nareszcie są jakieś widoki. I to nie byle jakie! Będąc tu ostatnio, mogliśmy podziwiać wszystko dookoła… w promieniu 50 metrów 🙂 Dziś jest uczta dla wzroku.

Przecinamy polankę i przed nami ostatnie podejście na Okrąglik. Szczyt osiągamy po około 20 minutach. Tu oczywiście zarządzamy dłuższy biwak. W ruch idą termosy, kanapki, dzieci robią sesje fotograficzne na słupku a starsi leżą… Sielanka 🙂

Po kilku minutach wjeżdża… rowerzysta. Można i tak. Oceniam na oko, że rower sporo kosztował 😉

A wokół góry…

Jest południe, czas poderwać ekipę. Teraz czeka nas zejście… raptem 10 kilometrów 🙂 Pogoda jednak sprawia, że najmłodsi uczestnicy wycieczki dostali dziś przysłowiowego „pałera” i przez chwilę widziałem ich plecy, a potem spotkaliśmy się dopiero na dole 🙂 Przynajmniej uniknąłem ciągłego odpowiadania na pytania „daleko jeszcze?” 🙂

My zaś dostojnie i niespiesznie maszerowaliśmy bukowymi alejami w kierunku Jasła. Wyjście z lasu przed szczytem znowu odsłoniło przed nami piękne panoramy na wszystkie strony świata. 

Odbijamy na chwilę na szczyt znajdujący się około 5 minut drogi od głównego szlaku. Przy drodze leży… rowerzysta 🙂 To ten z Okrąglika – położył się w falujących trawach i patrzy w niebo 🙂 A  na niebie oprócz obłoków – paralotnie.

Upewniwszy się, że rowerzysta żyje, ruszam dalej 🙂

Mijam kolejne kulminacje, laski i łąki, dochodzę do Małego Jasła.

Teraz droga zaczyna pomału opadać. Ostatni kilometr przed Cisną jest już całkiem stromo. Pomalutku sprowadzam całą wycieczkę w dół, udzielając bezcennych rad, jak najlepiej schodzić metodą zygzakowania. Narciarze natychmiast łapią tą technikę, pozostali kombinują po swojemu 🙂

Jeszcze tylko ostatnie przeszkody w postaci stromego gliniastego zejścia do rzeki, potem idziemy chwilę nad samą rzeką, znajdując przy okazji kilka rydzów i jesteśmy na nasypie kolejowym. Przekraczamy most i już Cisna. Nad rzeczką toczy się dyskusja kilku „zakapiorów”, których chyba kojarzę z Przystanku Bieszczady, oglądanego ostatnio na kanale Discovery. Oglądają jakąś … kropkę namalowaną na drodze 🙂 Niestety, nie dane mi było zgłębić jak ważna była ta kropka dla rozwoju cywilizacji 🙂

Jeszcze parę minut i jesteśmy w komplecie na parkingu. Szybki wybór knajpy, kierowcy pakują się do czekającego tu od paru godzin auta i w ciągu 20 minut ściągamy pozostałe stojące na przełęczy.

Zamawiam placek po bieszczadzku. Niestety – nie zmieścił się… Porcja mnie trochę przerosła 🙂 Najedzeni, wymieniamy się wrażeniami, a potem wracamy do Leśniczówki na wieczorne pogaduchy. I smażone rydze, których „nazbieraliśmy” od miejscowego pana z parkingu w Cisnej 😉

Kolejny dzień wita nas gęstą mgłą. Mateusz jak zwykle trzyma najwyższy poziom i zjadamy pyszne śniadanie przy kominku.

Ruszamy w drogę: Polańczyk, Wołkowyja i już jedziemy nad Zalewem Solińskim. Wrażenie jest niesamowite, bo wyjeżdżamy trochę wyżej i jedziemy ponad mgłą, która skrywa wody Zalewu, a podświetlona słońcem sama świeci niezwykłym blaskiem. Aż żałuję, że nie było jak się zatrzymać i sfotografować to piękne zjawisko. 

Znowu przejeżdżamy widokową trasą przez Terkę i Buk. Lubię tędy jeździć – droga pusta, dzikie Bieszczady w najlepszym wydaniu. W jesiennym barwach bardzo nastrojowe. W Dołżycy tym razem skręcamy w lewo i po 20 minutach jesteśmy na Przełęczy Wyżnej na parkingu. Cel na dziś – Połonina Wetlińska, a jak pogoda pozwoli – podejście do Roha.

Na początek zimny prysznic – parking kosztuje 20 zł. Bieszczady gonią Tatry 🙁

Początek trasy pozwala cieszyć się pogodą i niestety ogromnymi tłumami. Suną całe wycieczki – starzy młodzi, panie z pieskiem i inni, których lista zajęłaby kilka stron 😉 No cóż, Wetlińska to taki bieszczadzki samograj. Nasza grupka też niemała. Poruszamy się jednak dobrym tempem i udaje nam się oderwać od trzydziestoosobowej wycieczki, która startuje razem z nami.

Czekam kilka minut, żeby zrobić zdjęcie pustego szlaku 🙂

Idziemy praktycznie bez zatrzymania i pod Chatką jesteśmy w rekordowo krótkim czasie. Z każdym wejściem tutaj mam wrażenie, że trasa jest coraz krótsza 🙂

Niestety… kończy się nasze szczęście do pogody. Najpierw się zaciąga, za chwilę zaczyna wiać a potem padać. Czuć, że temperatura siadła i jest pewnie koło zera stopni. Przezbrajamy się w zapasy z plecaka… w ruch idą czapki, rękawice, kurtki. Chwilę się naradzamy i postanawiamy po krótkiej przerwie zrobić pamiątkowe foto i uciekać na dół. Tak też czynimy.

Grupa rusza w dół, a ja jeszcze zostaje na kilka fotek. Żal będzie schodzić, więc te parę minut mam dla siebie i widoków. Za chwilę deszcz też mnie zgania, więc ruszam za pozostałymi, których doganiam w okolicy lasu.

Dalej spokojnie schodzimy już całą grupą. A w drugą stronę wciąż idą tłumy.Ubrani na lekko, czasem w krótkie spodnie do kolan, letnie koszulki, że nie wspomnę o obuwiu, które bardziej nadawałoby się do grania w tenisa czy biegania. Chyba nie wiedzą, co ich czeka po wyjściu z lasu…

Taki też bardzo młody człowiek idzie na wprost nas – białe skarpetki, lekkie, krótkie buty co chwila zapadające się w rozmiękłym, gliniastym podłożu, a mamusia na to: synku, nie pobrudź skarpetek 😀 Odpadliśmy…

Resztę pominę milczeniem 😉

Wracamy na parking. Niestety leje, więc rezygnujemy z innych planów. Tu też muszę rozdzielić się z grupą, bo w przeciwieństwie do zeszłych lat nie będę nocował i wracał jak zwykle w niedzielny poranek. Muszę jeszcze dziś wsiąść w auto i przejechać te swoje 400 kilometrów na moje Podlasie. Czego się nie robi dla córek 😉

Pakowanie idzie szybko, jeszcze tylko kawka i ciastko w Lesku (taka tradycja) i w drogę. Za Rzeszowem łapie mnie mgła, która ciągnie się przez około 100 kilometrów. Jazda w ciemności w takich okolicznościach, w dodatku bez pasów na jezdni, bo trwa remont, trochę mnie sponiewierała 🙂 Ale było przynajmniej spokojnie, nikt nie szalał i po 6 godzinach z ulgą zawitałem w domu, gdzie jak zwykle przywitał mnie kot, patrząc wymownie na miskę.

Sierpień się kończy więc wypadaloby odnieść jakiś spektakularny sukces górski. Prognozy pogody na ostatni sierpniowy weekend wskazywały, że okno pogodowe będzie w sobotę. Po długiej i pełnej przygód drodze docieram w okolice szlaku podejściowego. Najpierw przedzieram się przez ogromne lasy, mijam gigantyczne zbiorniki, na których napisy sugerują, że mieszczą po 100 tys litrów czegoś tam. To zapewne składowiska tlenu dla wypraw komercyjnych 🙂 Skręcam w długą leśna drogą, w której przewaga dziur nad nawierzchnią nadającą się do płynnej jazdy jest zdecydowana. Droga staje się coraz bielsza i jest to znak że zbliżam się do ogromnej dziury w ziemi. 

Zapewne młodzież w szkole już nie wie, co to kreda, ale tych co wiedzą mogę uświadomić, że pochodzi właśnie z tej dziury – jedynej czynnej kopalni kredy w Polsce.

Przede mną masyw będący celem mojej wyprawy. Muszę go niestety objechać wokoło, bo próby znalezienia drogi od strony, skąd przyjechałem, kończą się niepowodzeniem. Chociaż kuszący jest pomysł wytyczenia nowej drogi i przejścia do historii.

Trafiam więc do centrum tutejszego ośrodka dla wspinaczy i zajeżdżam w miejsce, gdzie zaczynają się wszystkie wyprawy. Samochód ląduje w cieniu pod drzewem, a ja najpierw oglądam szeroką dolinę, której dno zostało pracowicie wygładzone przez maszyny wydobywające kredę.

Dalszych oznaczeń brak, więc ruszam trawersem po zboczu.

Wybór nie do końca jest dobry, bo w pewnym momencie dostrzegam, że droga właściwa znajduje się powyżej na zboczu. Pozostaje pójść na skróty przez łąkę i podwórko, gdzie zdziwieni miejscowi akurat rżną deski w tartaku 🙂

No dobra, teraz już widzę swój cel. Początek trasy jest dobrze wytyczony, bo zapewne widoczny już szczyt jest masowo odwiedzany.

Dość szybko udaje się go zdobyć. Tu jednak niespodzianka.

Nie jest to właściwy szczyt a Wierzchołek Południowy.

Dopiero za nim zaczyna się właściwa droga podejściowa na wierzchołek główny. No cóż, pozostaje zacząć przebijać się przez dżunglę. Najpierw czeka mnie trochę zejścia, a za chwilę na przełęczy trafiam na obóz szturmowy.

Droga jest mało uczęszczana, bo też i trudności znaczne. Gąszcz dżungli wymaga ciągłego machania rękami, a tropikalne komary brzęczą na głową.

Wyprawa jest w stylu alpejskim, więc mijam obóz nie zatrzymując się i zaczynam podejście.

Trafiam na zaporęczowany odcinek szlaku tuż przed kopułą szczytową. Są nawet drabiny, i to w całkiem dobrym stanie

Wreszcie szczyt. Może mało oczywisty, ale oznaczenia na słupku wskazują, że osiągnąłem kulminację. Główny szczyt ma 8031 npm (*)

Fotografia pamiątkowa i czas na odwrót. Po długiej drodze powrotnej w ciągu 20 minut jestem znowu przy aucie.

Piękny był dzień.

(*) – cali

Galeria z wyprawy:

Niechybnie zmierzamy ku pełnoletności… Tegoroczny zlot nosi numerek siedemnaście. I ciągle jest zapał i chęć do organizacji naszych corocznych letnich spotkań górskich. W niezmiennym składzie.

W tym roku postanowiliśmy zobaczyć coś nowego. Padło na Tatry Niżne. Wspólnie z Kasią dokonaliśmy przeglądu okolicy Doliny Demianowskiej i spośród dwóch wypatrzonych chałup wybraliśmy tą lepiej wyglądającą. Jak się okazało na miejscu – był to strzał w dziesiątkę.

Same przygotowania to już standard – ubezpieczenia, znaczki zlotowe, uzgodnienia godzin… i już jesteśmy w drodze. Pierwsza wyrusza Kasia bladym świtem i przeciera nam szlak. My ruszamy prawie punktualnie. Prawie. Piotrek jak zwykle zapomniał grzebienia 😉 Potem zgarniamy jeszcze po drodze ircowniczkę Basię i znanymi od lat skrótami zmierzamy do Puław, aby dalej złapać trasę S7. Kasia dzwoni, że przed Krakowem zwinęli asfalt, ale ryzykujemy jazdę przez miasto smoka wawelskiego, bo trasa jest jednak najkrótsza. Trzeba przyznać, że widok jest budujący – przybywa otwieranych odcinków, jedzie się coraz przyjemniej, a przede wszystkim szybciej. Postój na rozprostowanie kości i kawę w Radomiu i zaraz lecimy pięknym nowym kawałkiem dwupasmówki. Niektóre odcinki nie są jeszcze otwarte, ale nie przeszkadza to w płynnej jeździe. Bardzo szybko jesteśmy za Kielcami. Tu też budowa ruszyła. Wreszcie Kraków – faktycznie jest krótki odcinek, gdzie trwa remont i stoimy około 20 minut. Mijamy miasto i już Zakopianka. Tu też widać, że budowa ma się dobrze. Kasia zdecydowała się pojechać w stronę Łysej Polany, my zaś ruszamy na Chyżne. Już przed Krakowem dostajemy od niej sygnał, że jest na miejscu. Po niej dociera Wojtek z Dorotką i Bacą. Wysyłają nam prowokacyjne fotki z miejscowej knajpy… a my jeszcze 3 godziny… Do Chyżnego droga mija szybciutko i już Słowacja. Mijamy kolejne urokliwe miasteczka, mijamy Zuberec, wspominając nasz zlot sprzed 3 lat i znajomą knajpkę 🙂

Teraz czas na przełęcz. To jest właśnie powód, że Kasia nie chciała tędy pojechać i wolała narzucić trochę kilometrów. Kolejnymi serpentynami wspinamy się coraz wyżej a ich końca nie widać. Do tego dochodzi fantastyczny zachód słońca nad górami. Wreszcie szczyt. Przed sobą mamy całą Słowację, błyszczącą taflę Liptovskiej Mary i Liptowski Mikulasz u stóp. Zjazd jest jeszcze bardziej karkołomny od wjazdu. Przeżyliśmy 🙂

Do końca trasy już niedużo, ale Piotrowa nawigacja twierdzi, że jest krótsza trasa i nagle ściąga nas na wąziutką nitkę asfaltu, która ciągnie się gdzieś pośród wzgórz, łąk, owiec i krów 🙂 I ma dużo dziur… Jest prawie ciemno, więc robi się ciekawie, bo kompletnie nie wiemy, gdzie jedziemy. Na pewno do przodu. Wreszcie jakaś wioska, mostek, kawałek wąskiej żwirówki i wyjazd na główną trasę 🙂 Nie wiem ile zyskaliśmy, ale na pewno bezcenne wrażenia 🙂

Jeszcze tylko mijamy Mikulasz i już podążamy w kierunku Doliny Demianowskiej. Skręcamy do naszego przysiółka i jest nasza chałupka 🙂 Witają nas Kasia z Elą i Adasiem, bo reszta jeszcze się raczy w knajpie piwem rezanym 🙂 Zostaje tylko oczekiwać na Radka, który wyruszył dopiero po pracy, a miał dystans zbliżony do naszego. Ja niestety odpływam, bo 600 kilometrów jazdy trochę mnie sponiewierało. Zostaje jednak silna delegacja powitalna, która nie dość że przejęła Radka, to jeszcze zrobiła mały bal powitalny zakończony nad ranem 🙂

I dzień zlotu

Rano szybka narada nad mapą i plan mamy ułożony. Postanawiamy trochę wykorzystać infrastrukturę 🙂 Dziewczyny z Adasiem wjadą na Chopok kolejką, a chłopaki ruszą z buta. Dojazd w głąb Doliny Demianowskiej zajmuje kilka minut i już jesteś my w Jasnej. Tu niespodzianka – parking jest darmowy 🙂 Rozdzielamy grupę i zaczynamy pierwsze zlotowe podejście. Dodam, że jest z nami Amelka, dzielna córa Radka, która wybiera wariant na własnych nogach i idzie z nami zdobywać góry 🙂 Szybko znajdujemy początek szlaku, który pokrywa się tu ze ścieżką edukacyjną. Kilka minut i mamy nieduże jeziorko Vrbskie. Miejsce jest bardzo urokliwe. Mijamy kolejne hotele, bo okolica jest znanym słowackim ośrodkiem narciarskim. Wreszcie nasz szlak schodzi z wyasfaltowanych dróg na szutrowe. Na początek idziemy nartostradą. Pogoda jest idealna – nie za gorąco, ale słonecznie. Po chwili szlak odbija w las. Tu jest już bardzo przyjemnie, przeprawiamy się przez mostek z bali i nabieramy wysokości. Jakkolwiek Chopok ma około 2000 metrów, to podejście jest całkiem spore, bo zaczynamy w okolicach 1000 metrów npm.

Szlak wychodzi z lasu i zaczyna trawersować zakosami strome zbocze wśród kosówki. Tempo mamy chyba dobre, a przynajmniej zgodne z czasami podanymi na mapie. Docieramy do stacji przesiadkowej na Chopok. Pusto, cicho, knajpy pozamykane, nieliczni turyści – jesteśmy poza sezonem 😉 Robimy dziesięć minut odpoczynku i czas na kolejny odcinek. Dość stromy, kamienisty, prowadzący na kopułę szczytową, na której ulokował się wielki krążek górnej stacji kolejki. Ścieżka prowadzi zygzakiem i przecina co chwilę drogę zjazdową ze szczytu. Wreszcie jesteśmy! Czas całkiem niezły, trzy godziny. Zarządzamy chwilę przerwy. Tutaj tłum już całkiem spory, bo kolejka wwozi kolejnych turystów z dwóch stron góry. Lokujemy się za barierką z groźnym napisem „na własną odpowiedzialność” 🙂

Trochę się rozciągnęliśmy na podejściu, ale w ciągu kilku minut jest komplet. Dziewczyny tymczasem zmierzają gdzieś przed nami w stronę Dumbiera. Właściwy wierzchołek Chopoka znajduje się tuż obok. Wygląda nawet dość efektownie. Zerkamy na niego i rzucam hasło, że za 5 minut jesteśmy na wierzchołku… Byliśmy w 6 minut 🙂

Wpadamy zadowoleni na szczyt, wymieniamy „żółwiki”, chwilę się naradzamy, gdzie jest dalej szlak, aby gonić dziewczyny. Niestety – okazuje się, że szlak nie prowadzi granią, jak przypuszczałem, tylko trawersuje całe pasmo od południa. A tak ładnie wygląda ta grań z dołu…

Oznacza to konieczność zejścia ze szczytu pod stację kolejki i odnalezienie ścieżki poniżej. Schodząc, spotykamy na drodze pana w niebieskim sweterku, starych skórzanych butach i nienagannie uprasowanych spodniach. Prowadzi go za rękę ktoś na oko 50 lat młodszy od niego 🙂 Wymieniamy z Wojtkiem znaczące spojrzenia: Można? Można. Oby tylko dożyć takiego wieku…

Idziemy spokojnym tempem po ładnie ułożonej ścieżce. Jest czas pogadać, powspominać, porobić zdjęcia i przede wszystkim podziwiać fantastyczne widoki we wszystkie strony świata. Góry otaczają nas z każdej strony. Udaje nam się nawiązać kontakt z dziewczynami. Okazuje się, że idą na tyle wolno, że jesteśmy za nimi około pół godziny. Ze względu na porę robimy mała zmianę pierwotnego planu i zamiast do Chaty Stefanika, gdzie planowaliśmy zjeść posiłek, uzgadniamy wejście na Dumbier i stamtąd powrót na przełęcz, skąd mamy drogę odwrotu zielonym szlakiem.

Docieramy na przełęcz pod szczytem. Tu siedzi Ela, która założyła obóz szturmowy i pilnuje plecaków 🙂 Pozostali poszli na lekko na szczyt. Ruszamy za nimi i jesteśmy tam wszyscy niemal równocześnie. Co za idealne zgranie 🙂

Samo wejście jest łatwe i przyjemne, na pewno prostsze niż myślałem. Południowa strona jest łagodna, z ładnie poprowadzoną ścieżką na szczyt. 

Teraz mamy czas na tradycyjne świętowanie zwycięstwa 🙂 Na szczycie jak to na Słowacji – oprócz nas nie ma prawie nikogo. Wyciągamy zapasy z plecaków, my też się wyciągamy 🙂 Są i pieczarki – tym razem przy kupnie trzy razy sprawdziłem czy marynowane 🙂 Jest czas na zdjęcia pamiątkowe solo i w grupie. 

Pozostał powrót. Dość szybko wracamy do obozu szturmowego. Tu czeka na nas stęskniona Ela. Zerkamy na mapę. „O, zielony zygzak śmierci”. Tak mi się wyrwało 🙂

Zejście jest faktycznie karkołomne. Na szczęście poprowadzone klasycznymi trawersami. Błyskawicznie straciliśmy wysokość, ale wymagało to i wysiłku i uwagi. Zaczyna siadać morale, bo zaczynamy sobie uświadamiać, że to będzie długa trasa. Kierowcy wpadają na pomysł, by pobiec szybciej przodem i sprowadzić samochody z górnego parkingu, do którego od wylotu szlaku jest jeszcze ze trzy kilometry. Pomysł jest dobry, więc Wojtek, Piotrek i Radek błyskawicznie znikają nam z oczu. My zaś pomału człapiemy, bo wszyscy odczuwają już trudy wycieczki. Wychodzimy „ze ściany” i nareszcie nogi mogą trochę odpocząć. Obok świstaki urządzają nam koncert, a jeden nawet się ujawnia w pobliżu ścieżki, patrząc czy na pewno słuchamy 😉

Tempo siada, a kilometrów nie ubywa… Mimo, że się mocno rozciągamy na trasie, staramy się kontrolować wizualnie. Udaje się to długi czas, aż do wejścia w las. Od tej pory łapiemy się na telefon. Ułatwia to zniesiony roaming, dzięki czemu możemy bez dodatkowych kosztów prowadzić rozmowy. Regularnie ślę SMS z informacją, jak wygląda trasa i jakie są punkty charakterystyczne. Dowiaduję się że morale na końcu stawki jest równe zeru… Siadam więc na zwalonym pniu i czekam dość długo, dopóki między drzewami nie pojawia się moja grupka. Ostatnia prosta. Niby droga dobra, żwirowa, ale dłuży się niemiłosiernie. Wreszcie parking. Są chłopaki z samochodami. Piotrek rzuca hasło negocjacji z leśnikiem strzegącym drogi do lasu i dostajemy pozwolenie na wjazd na leśną drogę. Wojtek rusza pierwszy z prawdziwym rajdowym zacięciem i nim kurz opadł, ruszam za nim 🙂 Bardziej przydałyby się terenówki, ale pomalutku udaje się dotrzeć do naszych i zapakować ekipę do aut. Wszyscy zostają uratowani 🙂

Cała dzisiejsza trasa to prawie 20 kilometrów. Chyba każdy poczuł. Jest dwudziesta, więc wędrowaliśmy 10 godzin. Od razu przypominają nam się Otargańce. Wracamy do naszej chatki, auta wędrują na podwórko a my do knajpki. Zamawiamy tradycyjne słowackie danie czyli pizzę 🙂 Okazuje się, że w naszej wsi jest to jedyna knajpa i oferują jedno danie 🙂 Ale trzeba przyznać, że robią to dobrze, co stwierdzamy zgodnie po trzech dniach monotematycznej diety 😉 Nie możemy jednak narzekać, bo jest też słynne słowackie „rezane”, czyli piwo jasne z ciemnym wlane tak, by się nie mieszały 🙂

Brzuchy pełne, humory wracają 🙂 Ruszamy więc do chatki pointegrować się. Jak zwykle 🙂 Trwa to jednak niezbyt długo, bo trudy dnia większość zmogły a i najwytrwalsi padli koło północy.

II dzień zlotu

Rano wszyscy stękają ciężko po trudach poprzedniego dnia. No, nie wszyscy 🙂 Frakcja sportowa, czyli Wojtek z Radkiem już przed zlotem wspominali, że jeden dzień chcą zrobić na sportowo, czyli gdzieś pobiec. Dajemy im wolną rękę w tej kwestii i chłopaki ruszają znowu na Chopok, ale innym wariantem. Pozostali zaś postanawiają zostać jaskiniowcami. W Dolinie Demianowskiej są dwie jaskinie uznawane za najpiękniejsze na Słowacji i to one będą dziś naszym celem. Obie dzieli dystans około 3 kilometrów a nas od pierwszej z nich ledwie 5 kilometrów. Grzech nie skorzystać. I odpocząć.

Chłopaki pędzą znowu do Jasnej, a my do Demianowskiej Jaskini Svobody. Króciutkie podejście, kupujemy bilety i ruszamy z polską grupą. Jaskinia… jest niesamowita. Trasa we wnętrzu góry mam około 1200 metrów, pokonujemy ponad 900 stopni, a różnica wysokości osiąga 80 metrów. Jest chłodno, kolorowo, mnóstwo atrakcyjnych wizualnie elementów, ale nauczony doświadczeniem nawet nie próbuje robić zdjęć, tym bardziej, że ta przyjemność kosztuje 10 euro. Piotrek dzielnie zastępuję mnie z komórką 🙂 Ja wolę podziwiać. Robi wrażenie podziemna rzeka Demianowka, 70-metrowy wodospad naciekowy, podziemne jeziorka, długie korytarze i niesamowite formy naciekowe. Inny świat. Zadziwiające, co natura potrafi stworzyć.

Trochę faktów: Słowacki narodowy zabytek przyrody Jaskinie Demianowskie, leżący po północnej stronie Tatr Niskich, jest najdłuższym systemem jaskiń na Słowacji. Jedną z głównych jaskiń tego systemu jest Demianowska Jaskinia Wolności, która od wielu lat przyciąga wzrok zwiedzających bogatą sintrową ornamentyką w różnych kolorach, tajemniczym podziemnym korytem Demianowki i czarującymi jeziorkami. Jest najczęściej odwiedzaną udostępnioną jaskinią na Słowacji. 

Tradycyjna trasa okrężna ma długość 1150 m i różnicę wysokości 86 m. Na trasie jest do pokonania 913 schodów. Ekskluzywna (wielka) trasa okrężna ma długość 2150 m, taką samą różnicę wysokości i 1 118 schodów. Zwiedzania tradycyjnej trasy okrężnej zajmuje około 60 min, a wielkiej trasy okrężnej około 100 min. Temperatura powietrza w jaskini waha się od 6,1 do 7,0 °C. [źródło: SSJ].

Galeria Piotra:

Wracamy na powierzchnię. Siadamy na ławeczce, aby się pozbierać i zdziwieni stwierdzamy, że… zgubił nam się Baca. Człowiek który w górach nigdy się nie gubi, zrobił to w jaskini 🙂 Lekka panika, ale za chwilę nam się odnajduje… jest niżej 🙂 Ruszamy więc w dół na parking.

Czas na drugą jaskinię – Lodową. Parking, który rano był zabity, już trochę opustoszał, więc bez problemu znajdujemy na nim wolne miejsce. Rzucamy okiem na tablicę informacyjną  – do najbliższego wejścia jest 20 minut. Odruchowo zerkam w górę, szukając wejścia i ze dziwieniem odkrywam, że jest strasznie wysoko. Podrywamy się do boju i wbiegamy na górę… w 10 minut. Brawo my! Czoła przetarte z potu, bilety kupione, bluzy zapięte i znowu pochłania nas wnętrze góry. 

Jaskinia jest kompletnie inna. Zimniejsza. Zaskakują mnie ogromne przestrzenie i brak kolorów. Jest szara. Trasa jest nieco krótsza. Znowu setki schodków, korytarze, pionowe szczeliny. I na końcu największa atrakcja: schodzimy poziom niżej i już jesteśmy w lodowym królestwie. Jest wyraźnie chłodniej (a turyści oczywiście trzęsą się z zimna w letnich strojach , bo kto by czytał, jak się przygotować do wycieczki 😉 ) i niesamowite widoki. Są lodowe szable sterczące pionowo, jęzory lodu opadające ze stropu i wspinające się po ścianach, lodowe czapy i ślizgawki wzdłuż trasy zwiedzania. 

Fakty z SSJ: Okrężna trasa zwiedzania ma 650 m i przewyższenie 48 m. Wejście i wyjście jaskini są na tym samym poziomie, a odległość między nimi wynosi tylko 40 m. Zwiedzanie zajmuje około 45 min. Temperatura w jaskini podczas letnich miesięcy waha się od +0,4°C do +3°C.

Trasa zwiedzania przechodzi przez ogromne korytarze rzeczne, poprzeplatane stromymi odcinkami. Pierwsza część trasy prowadzi przez pomieszczenia ozdobione sintrową szatą naciekową, druga część przez korytarze i sale jaskiniowe z nagromadzonym lodem [źródło: SSJ].

I też galeria Piotra:

Wyjście z lodowego królestwa na rozgrzane powietrze jest jak skok do sauny 🙂 Tym razem nikt się nie zgubił, więc pomalutku schodzimy na parking.

Wycieczka udana, ale w okolicy nie ma nic do zjedzenia. A przecież spacery wyciągnęły z nas trochę sił i żołądki już domagają się napełnienia. Ruszamy na kwatery z myślą o knajpie. Bo tam znowu czeka pizza 🙂 Najedzony i zadowolony z życia wracam po aparat i namawiam ekipę na spacer gdzieś poza wieś. Nie jest jeszcze późno, widać pięknie Tatry, a tego dnia nie zrobiłem jeszcze żadnego zdjęcia.

Warto było wyjść. Idziemy kompletnie na przełaj przez łąki i pola. Odkrywamy wieżę widokową ze szczegółowo opisanymi panoramami na trzy strony świata. W oddali widać w zachodzącym słońcu całe Tatry Zachodnie, gdzieś na końcu odkrywamy Krywań. Cisza i spokój, miejsce na wyłączność. Spotykam znowu samotne drzewo, które jest ostatnio moim ulubionym motywem fotograficznym 🙂 Aż nie chce się wracać. No ale trzeba. Zaraz wrócą chłopaki z Chopoka.

Po powrocie ucinam drzemkę, a potem jest wieczór z gitarą i wspomnieniami tego dnia. I zacnym trunkiem, który w oczekiwaniu na wszystkich pokrył się grubą warstwą szronu 🙂 Jest to w pewnym sensie „powrót do korzeni”, albowiem właśnie śliwowica łącka zagościła na pierwszym naszym zlocie 17 lat temu. Mogliśmy znowu podelektować się i „poczuć tę moc” 🙂

III dzień zlotu

Dziwne zjawisko – budzę się po raz kolejny wyspany skoro świt. Fajny tutaj mają klimat 🙂 Jak zwykle zaczynamy od śniadania, rozkładamy przy okazji mapę i zachęceni utrzymującą się pogodę ustalamy kolejną wycieczkę. Postanawiamy po raz kolejny podejść na Chopok, ale zupełnie inną trasą, odwiedzając po drodze Sedlo Polany. To tędy poprzedniego dnia weszli nasi koledzy, więc postanawiają podejść „drogą normalną”, aby wyjść nam naprzeciw od strony Chopoka. 

W parę minut znowu parkujemy w Jasnej. Gratis, a jakże 🙂 Pogoda jest piękna, ruszamy więc ochoczo, za chwilkę mijamy znane już Vrbskie Pleso, plac zabaw i hotelik. Na rozstaju szlaków tym razem skręcamy w prawo – wzdłuż żółtych znaków. Asfaltowy początek wkrótce zamienia się w szutrową drogę, a po kilkuset metrach skręcamy w wąską leśną ścieżkę. Okolica jest wyjątkowo urokliwa, idzie sie bardzo przyjemnie. Pomalutku nabieramy wysokości.

Docieramy do rozstaju Tri Vody, gdzie w bok odchodzi ścieżka edukacyjna. My jednak ruszamy dalej w górę szlakiem żółtym.

Pojawiają się pierwsze chmury…. my jednak niestrudzenie zdobywamy kolejne metry, zachwycając się ścieżką, która wije się wzdłuż potoku. Gdzieś daleko coś mruczy… Niedźwiedź? Chcielibyśmy…. to mruczy burza, która nagle – jak to w górach – wyskakuje zza grani. Robi się ciemno, zaczyna błyskać i walić piorunami! Zmiana aury następuje w kilka minut. Lecą pierwsze krople – ledwo zdążyliśmy wyjąć stroje na deszcz, a już leją się na nas potoki wody. Z góry pędzą kompletnie zaskoczeni i przemoczeni do nitki turyści. A my spokojnie i systematycznie… wiejemy ile sił w nogach w dół 🙂

Odwrót można zaliczyć do udanych – przeżyliśmy 🙂 Nim dojdziemy do parkingu, całkiem się wypogodzi. Nie powiem, żebym nie żałował… skręca nas wszystkich. Co zrobić.

Łapiemy kontakt z grupą szturmową z góry. Przeczekali burzę w schronisku na Chopoku i kontynuują trasę. Wygląda, że wybrali lepszy wariant, a my mieliśmy po prostu pecha. Będą więc podążali dalej zgodnie z planem, a nam zostaje cos zrobić z popołudniem. 

Wracamy więc na kwatery. Robi się pełnia lata, słoneczko pali. W tej sytuacji wyciągamy Zlatego Bażanta kupionego chwilę wcześniej w potravinach i wygrzewamy się na ławkach przed naszą chatką. Błogość absolutna. Ekipa z góry przysyła nam obrazki – zdjęli koszulki i robią to samo tylko na grani między Chopokiem a Sedlem 🙂 No nie – musimy ich przebić. Zarządzamy plażę, obracamy ławki w stronę słońca, zmiana stroju i mamy plażowanie przed chatką 🙂 Odsyłamy chłopakom stosowne zdjęcie. Wiadomości przestają przychodzić, więc chyba przebiliśmy stawkę 😉

Wygrzani przez słoneczko nieco zgłodnieliśmy. Plażowanie zakończone i pędzimy do knajpy. Raczymy się chłodnym „rezanym”, z bogatego menu wybieramy znowu .. pizzę 🙂 W końcu tylko ona jedna króluje w karcie 😉 

W oczekiwaniu na grupę szturmową postanawiamy zrobić jeszcze jeden spacer na wieżę. Zabieram aparat i ciągnę ekipę na łąkę. Tu polegujemy na dłużej na trawie z Tatrami w tle. Potem ruszamy szukać tajemniczych ruin. Po bohaterskim przedarciu się z Kasią przez zarośla w końcu je znaleźliśmy, ale na miejscu okazało się, że to jest miejsce po ruinach a nie ruiny 🙂 Pozostali tymczasem podziwiają owieczki. Słychać je w promieniu kilometra, bo każda dzwoni swoim dzwonkiem, w efekcie czego po okolicy niesie się „owcza muzyka”.

Robi się ciemno, więc wracamy do chatki, gdzie wreszcie pojawia się druga grupka.

Czas na wieczór pożegnalny. Sączymy tradycyjną szarlotkę, wspominając dzień i snując plany na kolejny zlot. Pomysłów jest mnóstwo. Ale najważniejszy z  nich to Czerwone Wierchy na najbliższych zlocie zimowym. Oparły się już dwa razy, musi się w końcu udać!

I to już koniec? Tak, niestety… Wczesnym rankiem szybkie pakowanie, wyściskaliśmy się i w drogę. Ta przebiegła bez niespodzianek, no może poza jedną – na zakopiance złapała nas burza gradowa… Po 10 godzinach jazdy jestem w domu i już tęsknię do gór.