Zaczynamy!

Zaczęło się od liczenia zimowych zlotów. Dopiero jak wyjąłem zeszłoroczny znaczek, nabrałem pewności, że ten będzie 17 🙂
Zamówienie na nowe znaczki zrobione u niezawodnego Radka i zaczynamy odliczanie. Miejsca w Morskim Oku czekają już od listopada (dzięki Grasia!)

Tegoroczny skład ku mej wielkiej radości wyszedł całkiem liczny, jakkolwiek tuż przed finiszem zabrakło w nim Bacy i Lenki. Nowością tegorocznego zimowego zlotu było przedłużenie go do trzech dni akcji górskiej i był to strzał w dziesiątkę. Nareszcie można było się nacieszyć górami i nachodzić aż nogi wrastały w przysłowiową część ciała 😉

Mamy oczywiście zimę stulecia – jest koniec lutego, a w mojej rodzinnej miejscowości śnieg nie leżał nawet przez jeden dzień. Klątwa zimowych opon? W tym sezonie postanowiłem kupić nowe…

Ruszamy nietypowo, bo w niedzielę. Jazda idzie bardzo sprawnie, odcinek od Radomia aż pod Kraków to już w całości ekspresówka, zakopiankę też pokonujemy w dobrym tempie i po 7 godzinach meldujemy się na parkingu w Palenicy.

W połowie drogi odbieramy telefon od Radka, który zaskakuje nas wiadomością, że przejechał właśnie 300 kilometrów i sobie przypomniał że zapomniał o butach górskich… ma chłop fantazję 🙂

Ma za to to wypasione buty firmy Lasocki kupione w CCC i będziemy się nimi doktoryzować przez cały zlot 🙂

W trakcie jazdy ustalamy strategię dotarcia do schroniska, bo część ekipy dojechała już pociągami i busami do Zakopanego. Ponieważ tradycyjnie chcemy się zatrzymać w schronisku na Głodówce na posiłek, pozostali ruszają w górę nie czekając na nas.

Jesteśmy w Palenicy. Próbuję coś wytargować u parkingowego, ale tu zasady są twarde – „płacz i płać”. Samochód będzie stał cztery doby, ale zapłacić trzeba za pięć. Ot góralska logika.

Przepakowujemy się w górski strój, plecaki wędrują tam, gdzie ich miejsce, czyli na plecy 🙂

Za 15 minut dociera Radek, parkuje obok nas, chwilę szykuje siebie i Juniora do wymarszu i już jesteśmy gotowi do startu. Lasocki zadaje szyku.

Zaczyna się nasza droga przez mękę. W każdych innych warunkach bym tak nie powiedział, ale w sytuacji, gdy w lutym zaczyna padać deszcz i z każdą chwilą przybiera na sile, robi się po prostu mało komfortowo. A droga nie należy do najkrótszych. Do schroniska mamy ponad dziewięć kilometrów.

Początek do Wodogrzmotów jeszcze dajemy radę, potem zaczynają się podmuchy wiatru, które fundują nam bicze wodne. Mimo to dzielnie idziemy. Ściemnia się. Morale zaczyna siadać. Nasi poprzednicy w tym miejscu byli na granicy wezwania bryczek z dołu 😉

Decydujemy się pójść skrótami, ale te są bardzo śliskie. Trochę walki i się udaje. W okolicach Włosienicy mamy nadzieję że powinno być już blisko – a tu się okazuje, że ponad godzinę. Morale spada do zera. Dołącza do nas chłopak, który wyjął czołówkę, więc mamy trochę światła. Idzie szybko, ale ciągniemy za nim jak za promykiem nadziei 😉

I tym sposobem docieramy do celu. Ufff….

Chwila poszukiwania Gazdówki i można się wreszcie wypakować. Większość ma wszystko przemoczone, łącznie z rzeczami w plecaku. Mój miał pokrowiec i przetrzymał. Pokoje zamieniają się w wielkie suszarnie. Nadzieja, że coś tu zdziałamy przez kolejne kilka dni, odeszła w niebyt.

Około 21 dociera ostatni Ircownik czyli Olaf.

Przebrani w suche resztki tego co ocalało, siadamy do krótkiej wieczornej integracji. Z ciekawostek – Piotrek wpada na korytarzu na ziomka z pracy 🙂 Świat to jednak mały jest… Ziomek jest z ekipą łojantów, którzy przewiną się jeszcze w tej opowieści nie raz 🙂

W nocy wieje. I to mocno. Rano w recepcji dowiem się, że obsługa na szybko uprzątała wokół schroniska wszystko, co mogło fruwać.

Dzień 1

A rano… okazuje się że Olaf zniknął. No tak, on już na szlaku. Zerkam przez okno i ulgą stwierdzam, że deszcz nie pada. Upadłe morale zaczyna łapać oddech 😉

Zbieramy się niezbyt szybko – bo też nie ma gdzie się śpieszyć. Aura powoli nabiera zimowej postaci – lekko prószy, jest chyba nawet przymrozek. Jest dobrze.

Panorama 3D (kliknij 🙂 )

Kliknij mnie!

Zaczynamy od śniadania w schronisku.

Ubrania i buty przeschły, więc wyłazimy przed schronisko gotowi do wymarszu dobrze po dziesiątej. Widok gór poprawia od razu humory a świeżo spadły śnieg ułatwia nam zejście nad jezioro.

Dorotka jak zwykle lekko protestuje, gdy decydujemy, że idziemy przez środek Morskiego Oka. Radek zadaje szyku w swoich Lasockich.

Dość szybko jesteśmy przy drugim brzegu. A tu niespodzianka – pod lodową skorupą zebrała się woda z nocnej ulewy 🙂 Przeprawa zamienia się w naukę skakania pomiędzy dołkami pozostałymi po tych, którzy się zapadli 🙂 Waga ma znaczenie! Zaliczam tylko jedno chlupnięcie 😉 Lasocki też daje radę.

Pogoda co chwilę się zmienia: albo prószy lekki śnieżek, albo nagle widoczność siada, a za chwilę wszystko znowu się odsłania. Jest pięknie. Gęba sama zaczyna się śmiać 🙂

Widać pierwsze kawałki błękitnego nieba. Oczywiście natychmiast wyciągam filtr polaryzacyjny. Zdjęcia od razu nabierają „himalajskiego” charakteru 🙂

Idzie nam się tak dobrze, że natychmiast decydujemy się na atak na Czarny Staw. Część grupy dopada gorączka szczytowa 😉

Mijamy ćwiczący kurs lawinowy i dość sprawnie zdobywamy cel wyprawy. Po świeżym i lekko rozmiękłym śniegu idzie się dość dobrze, mimo sporej stromizny.

Nad Czarnym Stawem łapiemy nasze okienko pogodowe. Chwilo trwaj! Tylko szkoda, że jest tu wystawa północna i słoneczko schowane za granią rzuca głębokie cienie. Cieszę się okrutnie widokami i jednocześnie cierpię jako fotograf 😉

Panorama 3D (kliknij 🙂 )

Kliknij mnie!

Kończymy celebrację sukcesu. Zarządzam zakładanie raków i schodzenie w dół. Tomek chce zejść bez raków, ale wraca po minucie. Wystarczyło, że spojrzał na drogę zejściową…

Szybko się chłopak uczy 🙂 Jeszcze nie wie co go czeka następnego dnia!

Po zejściu na dół dzielimy się na grupki. Jedna podąża na skróty przez jezioro, a ja zabieram swoją młodzież na wycieczkę brzegiem Morskiego Oka. Ścieżka jest przedeptana, widoki przednie – nie ma się gdzie śpieszyć.

Przed nami po śladach Olafa poszli tą drogą Wojtek z Radkiem, mając pod opieką najmłodszych Ircowników.

Docieramy do schroniska, a tu oczywiście rewia mody ceperskiej 🙂 Fascynujące zjawisko.

Na szczęście koło szesnastej tłumek znika i można udać się do prawie pustego schroniska na zasłużony obiad. Obok przysiedli przy piwie poznani dzień wcześniej łojanci. Teraz łoją jakieś trunki z czerwonej gaśnicy i nawet wykazują inicjatywę postawienia kolejki piwa, ale dziwnie szybko okazuje się, że nie mają przy sobie portfeli 😉

Po obiedzie chwila drzemki i zarządzamy kolejny wieczór integracyjny. Tym razem w dużo lepszych humorach. Szukam chętnych na nocny spacer na zdjęcia. Towarzystwo podrywa się partiami 😉

Pierwsza podejmuje wyzwanie Kasia. Zaliczamy ekstremalne zejście w dół po wyślizganych schodach i obserwujemy szaleństwa innych ekip na tafli Morskiego Oka. Nocne fotki zrobione, czas w górę. Pojawia się jednak Piotrek i Karolina. Znowu czeka nas karkołomne zejście. Właściwie to zjazd 🙂 Trzymamy się grubego sznura, a każdy upadek kończy się jazdą na zadku po kamieniach na sam dół. Chwila na podziwienie gór i schroniska i znowu do góry. Na horyzoncie pojawia się Radek… Będzie kolejny zjazd. Trzeci. Czy tak już będzie do rana? 🙂

Robimy artystyczny performance na lodzie. Niestety, nie chciał się uwiecznić, bo Piotrka telefon nie zdążył nic zarejestrować. Będzie kiedyś do powtórki 🙂

Wracamy na imprezkę. Zdecydowanie morale wróciło i jest wesoło. A jutro ma być jeszcze weselej, bo Tomek wykrył możliwość wypożyczenia gitary.

Dzień 2

Kolejny ranek jest podobny do poprzedniego. Przymrozek, chmury, lekko prószy.

Teoretycznie dziś mamy „danie główne”, czyli Szpiglasową Przełęcz. Olaf od wczoraj nakręcał Tomka na Rysy, ostatecznie jednak po telefonie do TOPR zapał Tomka ostygł, co nie znaczy, że zrezygnował z czegoś ambitniejszego 🙂 Nim więc się zbierzemy, obaj znikają na szlaku i pędzą w kierunku Szpiglasowej. Idzie z nimi kolejna dwójka – Grasia i Wojtek, a trzecia dwójka to ja i Karolina. Pozostali mają ruszyć za nami, jednak długo się nie pojawiają. Obstawiam, że przeoczyli wejście na szlak…

Oczywiście, że przeoczyli 🙂 Zbiegli z 500 metrów w dół nim się zorientowali. Z drugiej strony żeby zobaczyć znak, trzeba się odwrócić…

Po przetrawersowaniu zbocza robimy z Karoliną ostry skręt i wreszcie widzimy dwójkę przed nami. Ostro napierają w górę. To oczywiście Wojtek z Grasią. Gdzieś w dali przed nimi mignie nam przez chwilę Olaf z Tomkiem, którzy ostro wyrwali do przodu.

Mijają nas łojanci, bardzo uradowani, że ktoś im szlak przeciera.

Panorama 3D (kliknij 🙂 )

Kliknij mnie!

Tu szlak letni idzie zakosami, jednak zimowy wariant to jak zawsze marsz na azymut 🙂

Pogoda trzyma…. do czasu. Wychodzimy w okolice rozstaju szlaków na Wrota Chałubińskiego i zasłona opada. Nagle nie ma nieba ani ziemi i jesteśmy otoczeni bielą z każdej strony. Jeszcze przed chwilą widziałem obie dwójki przed nami, teraz jednak sytuacja zmienia się radykalnie. Stoimy na stromym zboczu, wiatr błyskawicznie zawiewa nasze ślady, czekanów nie mamy. Nie ma innej opcji – odwrót. Po drodze mijaliśmy mocno zmrożone odcinki, więc najpierw zakładamy raki. Po zejściu kilkadziesiąt metrów w dół wraca widoczność. Jesteśmy uratowani 🙂

Teraz można pomału schodzić, co wykorzystuję fotograficznie, co chwila przystając. Karolina ucieka do przodu, więc idę samotnie w cieniu Mnicha, aby jak najdłużej móc cieszyć się niesamowitą panoramą.

I oczywiście najsłynniejszy okoliczny szczyt w całej okazałości.

Na trawersie, już w lesie, natykam się na zagubioną ekipę 🙂 W końcu odnaleźli szlak i założyli obóz niedaleko schroniska. Świetnie się bawią: zbudowali śnieżną jamę, młodzież cieszy się śniegiem i zjeżdża co chwilę po zboczu. Starszyzna sączy piwko. Te szybko się kończy, ale niezawodny Piotrek robi szybki kurs do schroniska po kolejne. W międzyczasie powstaje incjatywa upamiętnienia tego wyczynu poprzez ulepienie śnieżnego pomnika Piotra. Fantazja nas trochę ponosi, więc pomnik jest jedyny i niepowtarzalny…

Atakującej czołówki nie widać, a nas trochę głód przyciska, więc schodzimy na kwatery, obserwując przy okazji lot śmigłowca TOPR. Krąży chwilę nad Czarnym Stawem, ale chyba nie może wylądować, bo wraca w okolice schroniska, gdzie desantuje ekipę ratunkową. Ta szybko biegnie przez Morskie Oko na miejsce wypadku.

Dociera do nas informacja o powracających z wyprawy, więc podrywamy się, by wyjść bohaterom na spotkanie 🙂

Przechwytujemy ich na końcu trawersu, przy Mnichu. Oczywiście są gratulacje i opowieści o trudnościach. Okazuje się, że wyszli… ale niezupełnie na przełęcz, tylko wbili się gdzieś obok w grań Miedzianego. Z szybkiej opowieści wynika, że Olaf skakał po grani jak kozica, Tomek przeszedł praktyczny kurs hamowania czekanem, a poza tym cel został osiągnięty i cieszą się okrutnie 🙂 Dla Tomka jest te pierwsza tak ambitna wyrypa i opowiada z przejęciem, jak dostał w cztery litery 😉

Tuż przed schroniskiem dopada nas okazja obejrzenia Sokoła całkiem z bliska – przechodzimy akurat obok lądowiska, gdy ten wypada z nad lasu i siada 10 metrów od nas, desantując kolejną ekipę. Podmuch mało nas nie przewraca, ale foty mamy!

Ratownicy biegną do poprzedniej grupy w okolicy Czarnego Stawu, a my w jedynym słusznym kierunku – czyli na obiad. Wpada nam w oko wiszące nad nami zdjęcie – na co reagujemy spontanicznie, że motyw jest przedni i musimy go powtórzyć! Dzięki Grasia za pomysł.

Rozsiadamy się na płocie przed schroniskiem i po kilku ujęciach stwierdzamy – mamy to 🙂

Jeszcze pamiątkowe 🙂

Siedzimy jeszcze chwilę obserwując najpierw gromadę bosych Chińczyków a potem działania TOPR, który właśnie przyniósł do schroniska swoją podopieczną i przekazuje ją przybyłej karetce.

Czas na „Sanatorium Morskie Oko”. Tym razem przenosimy integrację do pokoju Kasi. Na stół wędrują kolejno: Nałęczowianka, Żywiec Zdrój i Tymbark.

To epokowy wynalazek. Od razu czujemy jak zdrowie wraca 🙂 Przelane do butelek po wodzie mineralnej nalewki powodują, że waga plecaka dramatycznie spada 🙂 Tradycyjnie też szperamy po pokojach i na stół wędrują różne specjały, które mają zostać spożyte na miejscu, a nie zniesione z powrotem na dół. Jest też gitara, którą z recepcji pożyczył Tomek. Atmosfera jak w najlepszych schroniskowych czasach 🙂 Tylko z repertuarem słabo, bo pamięć zawodzi. Siła technologii ratuje nam skórę, bo na szczęście jest zasięg i można odnaleźć teksty w internecie za pomocą smartfonów 🙂 Solennie obiecujemy sobie jednak, że na kolejny zlot robimy prawdziwy turystyczny śpiewnik zlotowy.

Naszą rozbawioną ekipę namierzają oczywiście łojanci. Wpadają jak zwykle z pustymi rękami 😉 Mają za to dla nas milion opowieści, gdzie to oni nie byli i czego nie dokonali… Dyskretnie wychodzimy „w odstępach pięciomintowych”, że niby późna pora. Za chwilę sanatorium przenosi się do pokoju Wojtka i Radka 🙂 No i Grasi, Dorotki i Juniora 😉 I tak od zdroju do zdroju zastaje nas północ 🙂

Dzień 3

Rankiem tradycyjnie pierwszy znika Olaf. Poleciał samotnie na Rysy, co już nikogo nie dziwi. Pozostali zbierają się na kolejna wyprawę, która ponownie się rozdzieli na podgrupy.

Na początek następuje próba mocowania raków do Lasockiego. Oczywiście trzymają się rewelacyjnie. Zaczynam się zastanawiać, po co wydawać majątek na górskie buty, skoro wystarczy pójść do CCC z minimalnym budżetem 😉 Radkowi proponujemy, by zaczął pobierać opłatę za testy zmęczeniowe obuwia firmy Lasocki 🙂

Jedna grupa postanawia po raz kolejny przejść środkiem Morskiego Oka, zakładając, że wszystko przymarzło. W grupie tej jest Dorotka, dla której będzie to trzecia próba chodzenia po górskich jeziorach. Jest szansa, że jak przejdzie, będzie nieśmiertelna 🙂

Panorama 3D (kliknij 🙂 )

Kliknij mnie!

Druga grupa decyduje się przejścia prawą stroną Morskiego Oka, co okaże się wcale niełatwym zadaniem. Przeciwna strona, nie dość że krótsza, to jest prawie płaska i dobrze przedeptana. My wbijamy się w świeży śnieg po ledwo widocznych śladach Olafa, która dwa dni temu bohatersko przedzierał się tędy świtem, co skwitował później, że więcej bluzgów poleciało, niż na sławetnym niedzielnym podejściu w deszczu. My nie odpuszczamy i napieramy do przodu, od czasu do czasu zapadając się mocno aż do kosówki. Robi się całkiem ciepło 🙂 Od wysiłku. Jest kilka podejść, trochę trawersów i wreszcie widać ławeczkę na końcu obejścia.

Ekipa biegnąca przez środek Morskiego Oka już dawno widoczna jest w okolicach Czarnego Stawu. My za to mamy niezły ubaw, bo okazuje się, że tam gdzie ostatnio stała woda, wcale nie przymarzło. Idący środkiem ludzie uprawiają dziwne tańce, skacząc z miejsca na miejsce i próbując nie zapaść się w śniegu. Na naszych oczach rozgrywa się kilka dramatów 😉 Jeden z nich szczególnie utkwił nam w pamięci, gdy chłopak puszcza przodem dziewczynę na zbadanie terenu, co kończy się filmową kłótnią 🙂

Ubaw mamy po pachy, ale czas nagli i trzeba gonić dalej, bo na górze marznie nam pozostała część grupy. Podejście idzie nam sprawnie i szybko. Musimy jedynie uważać na dziewczę, które pomyka na czworaka w górę bez raków, mając nadzieję, że za chwilę nie zwali nam się na głowę.

No i jesteśmy po raz kolejny nad Czarnym Stawem.

Tym razem niemal w komplecie. Czyżby Dorotka dalej krążyła po jeziorze? 😉

Pogoda… zmienną jest. Tuż po wejściu wszystko znika w śnieżycy. Na długo się nie rozsiadamy. Trochę zdjęć, herbatka, zapasy z plecaka i czas na dół. Zejście odbywa się całkiem sprawnie, Piotr skutecznie asekuruje naszą seniorkę Elę, która mogłaby przyprawić swoją postawą o ból głowy niejednego małolata. Gdy przychodzi do dupozjazdów, z jej ust pada tylko jedno pytanie: ale założycie mi znowu na dole raki?

Jak zwykle przy zabawach na śniegu jest wesoło,  mnóstwo śmiechu i oczywiście zagadnień poważnych – dla chętnych jest nauka hamowania czekanem na stoku.

Przed Morskim Okiem jeszcze raz się rozdzielamy – mam dziś plan obejścia go w koło. Próbujemy jeszcze namówić pana w białych trampkach na przejście szlakiem, ale ten twardziel jest i wraca ze swoją ekipą przez Morskie Oko. Kilka razy obserwujemy efektowne chlup 😉

Przed nami  łatwiejszy odcinek, którym już szedłem dwa dni wcześniej. Za mną oczywiście podążają niezawodni Tomek z Karoliną. Pytanie, kto się o kogo bardziej troszczy – ojciec o córkę czy na odwrót 😉 Najważniejsze jednak, że pasja górskich wędrówek została skutecznie przekazana i można szukać fotela bujanego i zacząć robić skarpety na drutach 😉 No… może jeszcze nie teraz 🙂

Jako ostatni docieramy do schroniska. Szybkie przebranie się i jazda do schroniska na obiad. Jest już Olaf, który znowu przeszedł samego siebie, bo wbiegł i zbiegł z Rysów tak, jakby to była wyprawa do kiosku po gazetę.

Na wieczór ponownie wypożyczamy gitarę, ale tym razem drzwi zostają zamknięte. Impreza zamknięta. Łojanci się nie pojawiają 🙂

Trwa czyszczenie resztek zapasów, łącznie z tym co przynieśliśmy do sanatorium w butelkach po mineralnej 😉 

Powrót do rzeczywistości

I cóż… czas minął tak błyskawicznie, że ani się obejrzeliśmy i pora pakować plecaki. O 9 ruszamy sprzed schroniska w dół. Sympatyczna pani opowiada, że chodzi po Tatrach 60 lat, a pierwszy raz ją wnieśli, bo jeszcze nie chodziła.

Może i my damy radę tyle lat 🙂

Zejście jest błyskawiczne, co mnie nieco zaskakuje, bo wydawało się że to taki długi dystans.

Rozchodziliśmy się na tyle, że 9 kilometrów do parkingu w ogóle nie robi na nas wrażenia, Ostatnie fotki, ostatnie uściski.

Okazuje się jednak, że busy z Palenicy jeżdżą dziwnie rzadko i Wojtek z Dorotką i Grasią, którzy zeszli jako pierwsi, maja około 1.5 godziny czekania na odjazd. W tej sytuacji fundujemy sobie drugą kolejkę uścisków i zmotoryzowani ruszają jako pierwsi.

Znowu zakopianka, a na niej dziwne zjawiska pogodowe. Kilka razy wpadamy w chmury śnieżne i tak aż do Krakowa. Potem jeszcze ekspresówka do Radomia i… już jesteśmy u siebie 🙂

Znowu wiosna, ciepło… tuż przed finiszem w ciemności pędzi przed nami samotna solarka i posypuje piaskiem drogę 🙂

Składam wielkie podziękowania dla wszystkich za towarzystwo, ale przede wszystkim dla Grasi, która ten zlot ogarnęła logistycznie.

Mapki:

Dlaczego ekspres?

Ledwo zdążyłem zajechać i odbyć krótki spacer a już wracałem… Pokonało mnie oko z rowerowej wycieczki 😉

A spacer – byłby całkiem fajny, gdybym nie słabł z każdą chwilą… oko łzawiło, gorączka mnie trzęsła… słowem stan zapalny rozwijał się w najlepsze.

Warunki pogodowe były świetne i udało się dojść do Fereczatej. Tu niestety się poddałem. Pozostało wrócić do kwatery, spakować się i ruszyć w drogę powrotną prosto do szpitala 🙁

Z racji walki z przeciwnościami fotek mam niewiele… od czasu do czasu tylko sięgałem po aparat, a bardziej myślałem, jak tu szybko zejść ze szlaku… tym razem zostałem pokonany.

W drodze powrotnej nie mogłem sobie jednak odmówić, by zajrzeć jeszcze w pewne magiczne miejsce – w samo serce Bieszczadów.

Łopienka…. na końcu świata.

A po drodze kolejny kawałek historii… gdy tu ostatnio byłem jeszcze dymiły. Corz bardziej sobie uświadamiam, że pewnie rzeczy już nigdy nie wrócą.

Krótko wyszło… mam nauczkę, żeby na rower brać okulary 🙂

„Polami, polami, po miedzach po miedzach”… tak było w „Nucie z Ponidzia”, a na moim Podlasiu jest podobnie. „Nie za szybko, kroki drobiąc, idzie wiosna”. 

Kolejne marcowe weekendy stoją pod znakiem niskich temperatur, przewalających się chmur i ogólnie jest „marcowo”. Mimo to w niedzielne popołudnie podrywam swoja następczynię do boju i ruszamy na fotograficzne łowy. 

Nasz cel to Kołczyn – stoi tam w niedużym lasku w otoczeniu pomnikowych drzew mała kaplica. A obok klasyki krajobrazu: polna droga z wierzbami, krzyż na rozstaju. Jakoś chętnie tu wracam, bo temat fotograficzny należy do moich ulubionych. 

Kręcimy się chwilę wokół kaplicy, potem ruszamy przez wichrowe pola ku wierzbom. Jeszcze stoją. W szale cięcia wszystkiego co popadnie obawiam się, że ktoś je kiedyś też zgładzi 🙁

Dochodzimy do rozstaju. Nie ma słońca, kolory raczej pesymistyczne, więc ostatecznie zdecyduję się na obróbkę dzisiejszych zdjęć w szarościach. Na razie jednak walczymy z zimnem i wiatrem i po kilku minutach zarządzamy odwrót. Gdzieś tam na chwilę prześwituje niebieskie niebo.

Półgodzinny spacer uznajemy za udany i wracamy do auta. Bo w domu czeka na nas ciepła kawa 🙂

Na naszych zlotach robi się całkiem rodzinnie 🙂 Adaś jeździ z Kasią od czasu, gdy jeszcze go na tym świecie nie było, a w tym roku dołączył do niego kolejny młody góral – Radosław Junior 🙂 Jedyny facet, który trzy dni rąbał czekanem co popadło 😉

Ale też nie jest to koniec składów rodzinnych. Po kwietniowej wycieczce na Grzesia do grona zarażonych zimową turystyką dołączyła moja córcia Karolina i pewien zacny kawaler Tomek 🙂 Grudniowe listy do Mikołaja zawierały w zasadzie jedna prośbę – raki 🙂 Toteż Mikołaj nie mógł odmówić.

Do niezawodnego składu dołączyła jak zawsze Grasia, Ela, Wojtek z Dorotką oraz Radek. Piotrek stwierdził tylko że on jedzie, nawet jeśli nie wie gdzie.

Ruszamy świtem i idzie nam całkiem sprawnie. Kolejne odcinki trzęsących odcinków drogi zamieniły się w gładkie jak stół asfaltowe dywaniki. Mijamy Radom i wpadamy na ekspresówkę. Ani się obejrzymy i jesteśmy pod Krakowem. Tu niestety brakuje jeszcze kilkudziesięciu kilometrów i tempo siada. Na szczęście w samym mieście korków nie ma, bo pora wczesna i zaraz jesteśmy na Zakopiance. Tu też widać postęp prac, wiadukty już na nas czekają i pewnie na kolejny zlot już nimi pomkniemy.

Dzięki uprzejmości taty Tomka parkujemy w pobliżu bazy lotniczej TOPR i ruszamy do pobliskiej karczmy na placka po zbójnicku. Ponieważ reszta ekipy dojechała wcześniej, uzgadniamy, że ruszają na Ornak sami a my dołączymy później. Dłuższa chwila schodzi nam na napełnianiu żołądków a potem na poszukiwaniu wiosny (a raczej Biedronki). Żabka też jest, ale jako ekipa apolityczna omijamy ją szerokim łukiem 🙂

I tak jakoś nam zeszło do zmierzchu. W tej sytuacji tata Tomka, który kończy dyżur, proponuje nam podwózkę do Kir, gdzie czeka już Wojtek z plecakiem na biedronkowe zakupy 😉 Co prawda ustalał z Piotrem, że ruszy w dół 45 minut przed naszym wyjazdem, ale coś się słabo dogadali i biedak teraz się tam trzęsie z zimna, bo ubrany na lekko zbiegł za wcześnie ze schroniska do wylotu Doliny Kościeliskiej.

Zaczyna padać śnieg, droga po całodziennej odwilży przymarzła i już za chwilę są skutki – trafiamy na wypadek. Kolejne opóźnienie.

Wreszcie Kiry. Szybko odnajdujemy Wojtka, następuje przepakowanie, sprzęt na plecy i jazda ku przygodzie. Wkrótce spotykamy jeszcze Kasię i Grasię, które wyruszyły ku nam na spotkanie.

Wypada wspomnieć, że Wojtek z Dorotką i Grasią rządzą już jeden dzień w Tatrach i zdążyli zdobyć wybitny szczyt czyli Nosal 🙂

Droga do schroniska mija mi zadziwiająco szybko – czyżby dolina się skróciła? Jest też okazja na pierwsze pogaduchy – może dlatego ani się obejrzałem i już było przysłowiowe „5 minut do schroniska”.

I oto mamy ekipę w komplecie.

Wieczorna integracja trochę się przeciąga.

Nie wróży to „wyjścia na wschód słońca” następnego dnia 🙂 Mamy do swojej dyspozycji nasz ulubiony kąt na piętrze schroniska, wspominamy pierwszy zlot, który odbył się dokładnie w tym samym miejscu. Tylko sopli lodu za oknem brak, co powoduje nieutulony żal „królowej lodu” Grasi 😉 Za to śnieg leci w dużych ilościach. W połączeniu z prognozą pogody i zapowiedzią silnych porywów wiatru powoduje to korektę planów na jutro.

Dzień 1: Przełęcz Iwaniacka

Przed świtem słyszę nierówną walkę ze snem w wykonaniu Karoliny i Tomka. Zgodnie z przewidywaniem walka zostanie przegrana, ale i tak gratuluje im samozaparcia i próby wyjścia na wschód słońca nad Smreczyński Staw.

Ekipa powoli budzi się do życia. Bardzo powoli 🙂 W efekcie dzielimy się na podgrupy – pierwsza ogarnia się minimalnie szybciej i aby nie zgrzać się w pełnym rynsztunku górskim, decyduje się na wyjście. Ruszamy w stronę Przełęczy Iwaniackiej. Pada gęsty śnieg, drzewa pokryły się grubym puchem. Jakkolwiek marzyła mi się słoneczna pogoda, to ośnieżone drzewa też mi pasują i idzie mi się świetnie i w doskonałym nastroju. Dzielnie podążają ze mną Karolina z Tomkiem, dla których jest to zimowy debiut. Idzie też Kasia z Koziołkiem i niezawodna Ela, którą dopinguję tradycyjnym „jeszcze tylko 100 metrów po płaskim” 😉

W trakcie postoju odbywam mały pościg. Karolinie ucieka kawałek foliowej torebki, a że panna zrobiła się bardzo ekologiczna, ruszam w pościg po zboczu 🙂 Sunąc w gęstym śniegu jak czołg, w końcu ją łapię 🙂 Powrót wcale nie jest łatwy, ale wracam dumny z efektu! Czego się nie robi dla córki 😉

W tak pięknych okolicznościach w półtorej godziny osiągamy przełęcz. Trochę wieje, więc chowamy się pod drzewami i zakładamy biwak. Są „orzełki”, zabawy na śniegu, fotografowanie. Jest też gorąca herbata i kanapki. Lekko się wychładzamy, ale oto nadciąga druga grupa.

Radek Junior oczywiście asekuruje się czekanem, którego nawet na chwilę nie wypuszcza z ręki, pomimo, że na podejściu sprawdzał czołem jego twardość 😉

Świętujemy sukces pieczarkami i naleweczkami.

Jakkolwiek kusiło mnie, by wychylić nos ponad przełęcz, to napotkany turysta łamaną polszczyzną ostudził nasz zapał, mówiąc, że „wieje wiatr ponad forest”. On sam bardzo szybko zawrócił, a mijał nas całkiem niedawno na podejściu.

Wobec powyższego robię debiutantom ekspresowy kurs wiązania raków i ruszamy w dół. Szybko się rozgrzewamy. Śnieg nadal pada, płatki wirują, jest pięknie.

Przy drodze stoi Buka, a Muminki pewnie śpią.

Schodzimy do schroniska, rozciągając się nieco. Po drodze kusi mnie ośnieżona i nietknięta ludzką nogą Hala Ornak, ale nikogo nie namówiłem na nocny spacer.

Siadam sobie w kącie świetlicy i … odpływam 🙂 Po godzinie rusza
akcja poszukiwawcza 🙂 Moi przyjaciele odnaleźli zaginionego turystę na ławce schroniskowej świetlicy 😉

Gromadzimy się w pokoju na wieczorne pogaduchy. Wojtek dostaje do ręki nóż, przed nim lądują słoiki ze smalczykiem i bochenek chleba. Z miejsca zostaje uznany przez Karolinę za „fabrykę kanapek” 🙂 Jest miło i sympatycznie, Radek klepie się z zadowoleniem po swoich nieco zaokrąglonych od czasu jak go ostatnio widzieliśmy kształtach i stwierdza, że „wygrał z anoreksją” 😉

Schodzimy na kolację, gdzie dosięga nas technologia, czyli jedyny mający zasięg telefon, dzięki czemu możemy obejrzeć kolekcję zdjęć, które niedawno udostępniłem w ramach przygotowań do zlotu. Jest przy tym dużo śmiechu, bo niektóre z nich mają prawie 20 lat.

Potem zaszywamy się w śpiworach, by kolejnego dnia sprawnie poderwać się o świcie i ruszyć na kolejna wyprawę.

Dzień 2: Wąwóz Kraków

Tego dnia organizujemy się dość sprawnie i zaraz po śniadaniu ruszamy w dół Doliny Kościeliskiej.

Szybko odnajdujemy ścieżkę do wąwozu i schodzimy z głównego traktu. Nie bardzo wiemy co nas czeka, bo nikt z nas tu nie był. A wąwóz jest rzeczywiście widokowy.

Zaraz na początku spotykamy ekipę, która twierdzi, że nie da się przejść… My nie damy rady? Nacieramy, podziwiając wysokie skalne ściany. Ścieżka jest kręta i przeciska się chwilami dość wąsko pomiędzy urwiskami.

Szybko docieramy do miejsca, gdzie na zboczu straszy drabinka. U góry widać przymarznięty łańcuch. To zapewne o tym miejscu wspominali spotkani wędrowcy. Dalej drogę przegradza znak zakazu wstępu, więc sprawdzamy na mapie i wychodzi na to, że szlak wiedzie w górę.

Wojtek z Piotrkiem nie czekając długo wskakują na drabinę, sprawnie pokonują oblodzone zbocze i zaraz są na górze. Młodzież też nabiera chęci na przygodę. Zakładają raki i ruszają za poprzednikami. Chwila walki i trudności pokonane. Za to na dole został cały bagaż zwycięskiej czwórki. Wojtek ocenia trudności na „znaczne”, więc nie chcąc ciągnąć naszych najmłodszych i Eli na ekstremalne przygody ustalamy, że on bierze na siebie tych co weszli i biegną dalej przez jaskinię, a ja sprowadzę pozostałych i bagaż na dół drogą podejścia. Okazuje się, że to co najlepsze, czyli imbirówkę zabrał ze sobą do Smoczej Jamy 😉

Obładowani jak wielbłądy w kwadrans jesteśmy na dole. Tam też wkrótce spotykamy pozostałych. Tomek z Karoliną z przejęciem opowiadają o swojej pierwszej poważnej górskiej trasie w rakach 🙂

Wycieczka była dość krótka, więc czujemy niedosyt. Pojawiamy się przy schronisku i od razu kroki kierujemy w stronę Smreczyńskiego Stawu.

Dojście zajmuje nam pół godziny, za to biwak, który zakładamy – potrwa ze dwie. Jest pozowanie przez Grasię do powtórki kultowego zdjęcia sprzed lat 😉 Są też pieczarki, jest naleweczka. Wszystko zgodnie z tradycją.

Nowicjuszom nakazujemy kopać jamę śnieżną. Najpierw dziwnie patrzą a za chwilę kopią zawzięcie 🙂 Wyszła całkiem zgrabna, choć nieduża. Sesję fotograficzną w jamie zaliczają wszyscy bez wyjątku 🙂 Łącznie z trzypokoleniową rodzinką≤ która z rozbawieniem przyglądała się naszym harcom.

Żeby młodzi się za bardzo nie nudzili, a przy okazji poczuli moc śniegu, dostają kolejną propozycję: zdobyć wzgórze obok stawu, a za chwilę jeszcze jedną – obejść staw dookoła.

Chyba złapali „fazę” bo kopią się w śniegu z dziką radością 🙂

Czas ucieka, towarzystwo robi się głodne, więc zarządzamy odwrót. Całe zejście zamienia się w niekończący się zjazd najmłodszej dwójki na „jabłuszku”. Sztafeta rozstawiona wzdłuż ścieżki ubezpiecza zjeżdżających małolatów i na kolejnym spadku rytuał się powtarza.

Docieramy do schroniska i oczywiście wszyscy rzucają się na jedzenie. Bardzo pojętny Radek Junior zapamiętał z naszej nauki, że „kto nie ma znaczka tan zasuwa na górę po Nestie”. Radek Senior nie może niestety odmówić racji Juniorowi, bo byłoby to niewychowawcze i odbywa dodatkowy spacerek na piętro 🙂

Próbuję poderwać towarzystwo do boju na nocny wypad, ale wyczuwam ciemną stronę mocy emanowaną przez napełnione brzuchy, więc ostatecznie podrywam tylko swoją młodzież. Tych nie trzeba namawiać dwa razy 🙂

Czołówki na głowę i pędzimy drugi dziś raz nad Smreczyński Staw. Wycieczka młodzieży się podoba, ale tym razem nie siedzimy długo. Kilka zdjęć i wracamy. Jest wreszcie okazja na szkolenie z dupozjazdów. Ciemno, droga pusta. Siadamy, kilka odepchnięć kijami i już pędzimy w dół. Tak się rozpędziłem, że mijam zdziwioną Karolinę. Wiatr we włosach 😉

Szkolenie nocne uznajemy za udane. Powrót zajął nam koło kwadransa i był błyskawiczny 🙂 Przed schroniskiem oczywiście szaleje dwójka małolatów. Do których za chwilę dołączają nieco starsi i zaczynają ryć kolejną wielką jamę w zaspie. Wciąga ich to na dłużej.

Wpadamy na górę, gdzie trwa wieczorna impreza pożegnalna. Zerkając, jak idzie kopanie jamy odkrywamy, że można ich skutecznie bombardować śnieżkami z balkonu schroniska. Wojna rozkręca się w najlepsze, ale balkonowej ekipie szybko kończy się amunicja. Przenosimy się więc na dół, gdzie śniegu jest pod dostatkiem. Walka kończy się rozejmem i wszyscy zgodnie wskakują do jamy na pamiątkowe foto.

Znosimy wszystko co da się zjeść, aby oszczędzić sobie noszenia. A potem do łóżek. Strasznie szybko nam minął ten czas.

A rano Tomek zaczyna czytać regulamin… i odkrywa, że w schronisku jest do wypożyczenia gitara. Kolejny zlot zaczniemy od studiowania regulaminu 🙂

Jeszcze pakowanie, śniadanie, plecaki na plecy i tym razem dolina jakoś się dłuży…. W górę idą tłumy, są stylówy, Dżesiki i Brajany, sanie pełne turystów (150 za kurs, widząc baciki w rękach fiakrów nie miałem odwagi zapytać o podatki 😉 ). Z Kir łapiemy busa, ale jazda trwa dość długo. Korki są okrutne. Na Krupówkach dziki tłum. Szybko uciekamy na parking. Wpadamy jeszcze na kilka słów do ratowników, Piotrek robi sobie zdjęcie z Sokołem i w drogę.

Byłoby całkiem fajnie, gdyby nie to, że trafiamy na szczyt w Krakowie. Coś za coś. Jak się chce pokontemplować w samotności góry, trzeba się przemęczyć w drodze…

Koniec.

W ramach podtrzymania tradycji i szukania spokoju wśród kolorowych wzgórz kolejny raz zabieram się w Bieszczady. 

Termin został ustalony dużo wcześniej, urlopy zgrane, ale okazuje się że ta strategia tym razem nieco zawiodła. Patrzę na prognozy, oglądam cały tydzień poprzedający wyjazd, co tam widać w kamerach internetowych… dużo widać. Wygląda to tak cudnie, że zostaje tylko modły czynić by wytrzymało. Ku rozpaczy wszystkich – nie wytrzymało. 

Nasza pierwsza wycieczka odbywa się pod znakiem zaciągającego się chmurami horyzontu, wyblakłych kolorów i tylko na pocieszenie nie pada cały dzień. 

Ambitny plan zakładał atak na Worek Bieszczadzki. Zdyscyplinowana grupa, pamiętająca jeszcze poprzedni nocny powrót, tudzież opowieści o biegających po zmierzchu niedźwiedziach – szybko i sprawnie zrywa się o siódmej rano, sprawnie połyka śniadanie i wyrusza w w drogę. Nawet wieczorek powitalny, który przeciągnął się poprzedniego dnia do pory dość późnej, nie był w stanie zmóc ducha walki. 

Wielokrotnie przejechaną już drogą ruszamy na Wołkowyję i …pierwsza zmiana planu. Droga przez Terkę jest zamknięta 🙁 Tego nie przewidzieliśmy… trzeba jechać dokoła przez Czarną. To oznacza że dzień nam się skurczy. Szkoda czasu na zastanawianie się – ruszamy i po godzinie jesteśmy w Ustrzykach Górnych. Stąd już tylko kilka kilometrów do Wołosatego, gdzie znowu bardzo szybko jesteśmy gotowi do wymarszu.

Jest nawet dość spokojnie, bo jak się potem dowiedzieliśmy, kilka dni wcześniej z powodu rewelacyjnej pogody szły tu tabuny ludzi. 

Pierwszy odcinek pokonujemy jak zwykle szybciutko, bo też chodzenie po łące nie dość że nudne, to nadzwyczajnym wyczynem nie jest 🙂

Potem jednak zaczynają się schody. Dosłownie i w przenośni. Ścieżka robi się dość stroma, co powoduje, że tracimy jednego „ludzia”. Nasz dzielny wędrowiec postanawia założyć obóz szturmowy, co oznacza, że przyda nam się, bo szykuje się kolejna zmiana planu. 

A co do schodów… trudno to komentować. Z jednej strony BPN zapewne chciał ratować przyrodę, ale z drugiej… wyglądają nijak i tak samo się po nich chodzi, albo jeszcze gorzej. I podobno jest plan, żeby całe Bieszczady ustroić tymi schodami. Pewnie wtedy ruszę na ich ukraińską część, żeby się nie denerwować.

Póki co zdobywamy wysokość dobrym tempem i pojawiamy się pod Tarnicą. Zerkamy na zegarek, chwila narady i jest nowy plan. Tym razem zostawimy Worek w spokoju i decydujemy się wejść w komplecie na szczyt. Ludzi trochę jest, ale znajdujemy kawałek wolnego miejsca dla siebie. Szczyt został dokładnie wygrodzony i pozostało niewielkie „pastwisko”, by turyści nie deptali trawników wokół. Cena rozwoju cywilizacji 😉

Schodzimy na przelęcz, by zacząć realizować nasz nowy plan. Szybki przegląd mapy zasugerował możliwość przejścia innego worka – tym bardziej, że nikt łącznie ze mną tym szlakiem nie szedł. Ruszamy czerwonym szlakiem do Ustrzyk. Co tu dużo pisać – nikt nie jest zawiedziony. Szeroki Wierch ma charakter typowej połoniny, idzie się dość długim grzbietem, jest kilka kulminacji i w końcu zejście do lasu.

Pogoda trzyma, widoki są, wycieczka zdecydowanie jest udana.

Po wejściu w las kolejna niespodzianka. Wspominam wiele leśnych zejść w doliny i zawsze były one dość strome i męczące. A tu miła odmiana. Szlak wiedzie przez piękny, jesienny las i łagodnie schodzi w dolinę aż do Ustrzyk Górnych.

Ani się obejrzeliśmy i jesteśmy w Ustrzykach. Gdzie oczywiście czeka na nas zgubiony pod Tarnicę Mirek, który zgarnia kierowców i zawozi do Wołosatego po resztę aut. Wracamy na zasłużone pierogi do Berezki, gdzie jak co roku jest nasza baza.

Wypada jeszcze tylko wspomnieć o pewnym wyjątkowym spotkaniu w drodze powrotnej. Z pewnym miejscowym. Słynne są opowieści o bieszczadzkich niedźwiedziach, ale tym razem stanął na naszej drodze… ryś. Piękne dostojne zwierzę przedefilowało nam przed autem, każąc zwolnić i się podziwiać. Na odchodne jeszcze się obejrzał, czy na pewno widać w naszych oczach wyrazy szacunku 🙂

 

Trasa:

Kolejny dzień… no cóż – jak mawia zaprzyjaźniony wędrowiec górski „pogoda klękła”. Wieczorem w trakcie dyskusji wymyśliliśmy przejazd drezynami w Uhercach, jednak zgodnie uznajemy, że nikt nie przeżyje dwugodzinnej jazdy w temperaturze około zera stopni i padającej mżawce. Brak widoczności, wilgoć, mgła – w tej sytuacji wymyślamy plan alternatywny. Sine Wiry odpadają, bo droga przez Terkę zamknięta. Jak nam później wyjaśni nasz gospodarz – przyczyną jest budowa nowego mostu.

Więc…Solina zawsze niezawodnie czeka 🙂 Odbywamy spacerek po tamie, przejeżdżamy przez Myczkowce. Drezyny w Uhercach stoją we mgle…

A my trafiamy do Leska. Słodki Domek czeka! Najpierw jednak wymyślam zwiedzanie Leska. Jakoś zawsze je omijaliśmy (poza bankomatem i Słodkim Domkiem). 

Pewien dobry znajomy wywodzący się z Leska wspominał mi kiedyś o kirkucie. No to szukamy go. Kirkutu oczywiście. Mijamy synagogę – niestety jest zamknięta. Lesko jest malutkie i za chwilę jest też kirkut. No i zaliczam przysłowiowy „opad szczęki”. Drugi będzie po dostaniu się na teren kirkutu. Miejsce jest zamknięte, ale jest telefon do klucznika. Pan pojawia się dość szybko, negocjujemy cenę za wejście i kłódka opada. 

Widziałem już kilka kirkutów, ale ten zdecydowanie zrobił na mnie największe wrażenie. Mieści się na szczycie całkiem dużego wzgórza, na które trzeba się wspiąć, porastają go stuletnie dęby, ogromna ilość macew, a do tego przebłyskuje słońce, podkreślające kolory jesieni. No to jest zdecydowanie główne danie dnia. Spacerujemy dobre pół godziny, patrząc na przemijanie, zapomnienie, oczarowanie i zamyśleni.

Cmentarz żydowski w Lesku ze względu na wiek zachowanych nagrobków uważany jest za jedną z najcenniejszych nekropolii w Polsce. Na powierzchni około 3,2 ha przetrwało ponad dwa tysiące kamieni nagrobnych. W materiałach archiwalnych cmentarz po raz pierwszy jest wzmiankowany w 1611 r., kiedy to dwaj chłopi sprzedali leskim Żydom „cztery zagony roli (…) na okopisko żydowskie od wiertchu do sadzawki jako okopisko długie za złotych czterdzieści polskich”, jednak daty zgonów na macewach świadczą, że pochówków dokonywano tu już w pierwszej połowie szesnastego wieku. Legenda głosi, że jest to miejsce spoczynku sefardyjskich rabinów wypędzonych z Hiszpanii i Portugalii w XVI wieku, jednak historycy nie potwierdzają tej tezy.

Cmentarz położony jest za synagogą, przy ul. Słowackiego. Wąskie schody wiodą stromo pod górę. Właśnie w tym miejscu, na zboczu zalesionego wzgórza znajduje się najstarsza część nekropolii, z nagrobkami pochodzącymi z pierwszej połowy XVI wieku. Są to płyty wykonane z miejscowego piaskowca, pozbawione zdobień, z inskrypcjami o prostej, archaicznej w swym kroju czcionce. Czas i oddziaływanie czynników atmosferycznych sprawiły, że nagrobki w zdecydowanej większości nie znajdują się na swych właściwych miejscach. Po lewej stronie ścieżki widoczny jest stojący nieco skosem blok piaskowca, rozszerzający się ku górze. Jest to najstarsza zachowana macewa na cmentarzu w Lesku. Wykuty w niej hebrajski napis głosi: „Tu pochowany mąż, bojący się Boga, Eliezer syn Meszulama (pamięć sprawiedliwego niech będzie błogosławiona), we wtorek 9 dnia miesiąca tiszri 309 roku według krótkiej rachuby” (źródło tłumaczenia: A. Trzciński, M. Wodziński „Cmentarz żydowski w Lesku” ).
Na szczycie wzgórza odnajdziemy młodszą część nekropolii, wykorzystywaną jako miejsce grzebalne od XVIII w. do XX wieku. Największą grupę – około tysiąca czterystu – zachowanych nagrobków tworzą macewy z XIX wieku. Mimo zniszczeń z okresu II wojny światowej, wyraźnie widoczny jest rzędowy układ grobów. W zwieńczeniach macew wyrzeźbiono charakterystyczne dla żydowskiej sztuki sepulkralnej zdobienia, przedstawiające między innymi: korony, świeczniki, ptaki, jelenie, lwy, dzbany i misy. Uwagę zwraca zadaszony nagrobek z dwiema płytami. Jest to grób zmarłego w dniu 9 października 1803 r. Menachema Mendla Horowica, rabina i cadyka z Rozwadowa i Leska, ojca znanego cadyka Naftalego Cwi Horowica z Ropczyc. Napis na jego macewie głosi: „Tu spoczywa święty rabin Menachem Mendel (oby jego zasługi były dla nas ochroną), ojciec świętego rabina Naftalego Cwi z Ropczyc (oby jego zasługi były dla nas ochroną), powołany do niebiańskiej jesziwy w dniu święta Simchat Tora 23 Tiszri 5564. Niech jego dusza związana będzie w węźle życia wiecznego. W otoczeniu jego grobu pochowani są jego ojciec, r. Jaakow i jego syn r. Szmuel Szmelka, i jego wnukowie r. Menachem Mendel syn r. Szmuela Szmelki i r. Menachem Mendel syn r. Abrahama Chaima” (tłum. Wojciech Tworek).

Podczas II wojny światowej cmentarz był miejscem egzekucji wielu Żydów. Tu rozstrzelano grupę około stu osób, starców i chorych, pozostałych w mieście po likwidacji getta w Lesku. Później dokonywano tu doraźnych egzekucji Żydów, ukrywających się w okolicach Leska. Wspomnieniem tych tragicznych wydarzeń są symboliczne groby ofiar Holocaustu.

W 1969 roku nekropolia została wpisana do rejestru zabytków. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych minionego stulecia, cmentarz w Lesku był przedmiotem badań Andrzeja Trzcińskiego i Pawła Synowskiego z Uniwersytetu Marii-Curie Skłodowskiej i Marcina Wodzińskiego z Uniwersytetu Wrocławskiego. W wyniku ich zaangażowania wydana została książka zatytułowana „Cmentarz żydowski w Lesku”, zawierająca inwentaryzację nagrobków pochodzących z XVI i XVII w. W 2010 r. opublikowana została druga część, obejmująca macewy z XVIII w. [źródło: Kirkuty]

 

Klucznik zamyka za nami bramę i ruszamy wreszcie na zasłużony deser. Kawę i ciacho w Słodkim Domku. Wpadamy tuż przed autokarem pełnym wycieczkowiczów. No cóż, miejsce cieszy się sławą w okolicy 🙂 Nic dziwnego, że trochę czasu nam tu zeszło 😉

Ale w Berezce czeka nas wieczór w altanie u Artura, więc długo się nie ociągamy. Wieczór na powietrzu przerywa deszcz, przenosimy się więc do kwatery, gdzie kontynuujemy w miłej atmosferze naszą integrację. Nawet nocna akcja „zaginiony harcerz” będzie następnego dnia mile wspominana 😉

I to by było na tyle… za rok zmieniamy strategię i ruszamy za pogodą 🙂