W ramach podtrzymania tradycji i szukania spokoju wśród kolorowych wzgórz kolejny raz zabieram się w Bieszczady. 

Termin został ustalony dużo wcześniej, urlopy zgrane, ale okazuje się że ta strategia tym razem nieco zawiodła. Patrzę na prognozy, oglądam cały tydzień poprzedający wyjazd, co tam widać w kamerach internetowych… dużo widać. Wygląda to tak cudnie, że zostaje tylko modły czynić by wytrzymało. Ku rozpaczy wszystkich – nie wytrzymało. 

Nasza pierwsza wycieczka odbywa się pod znakiem zaciągającego się chmurami horyzontu, wyblakłych kolorów i tylko na pocieszenie nie pada cały dzień. 

Ambitny plan zakładał atak na Worek Bieszczadzki. Zdyscyplinowana grupa, pamiętająca jeszcze poprzedni nocny powrót, tudzież opowieści o biegających po zmierzchu niedźwiedziach – szybko i sprawnie zrywa się o siódmej rano, sprawnie połyka śniadanie i wyrusza w w drogę. Nawet wieczorek powitalny, który przeciągnął się poprzedniego dnia do pory dość późnej, nie był w stanie zmóc ducha walki. 

Wielokrotnie przejechaną już drogą ruszamy na Wołkowyję i …pierwsza zmiana planu. Droga przez Terkę jest zamknięta 🙁 Tego nie przewidzieliśmy… trzeba jechać dokoła przez Czarną. To oznacza że dzień nam się skurczy. Szkoda czasu na zastanawianie się – ruszamy i po godzinie jesteśmy w Ustrzykach Górnych. Stąd już tylko kilka kilometrów do Wołosatego, gdzie znowu bardzo szybko jesteśmy gotowi do wymarszu.

Jest nawet dość spokojnie, bo jak się potem dowiedzieliśmy, kilka dni wcześniej z powodu rewelacyjnej pogody szły tu tabuny ludzi. 

Pierwszy odcinek pokonujemy jak zwykle szybciutko, bo też chodzenie po łące nie dość że nudne, to nadzwyczajnym wyczynem nie jest 🙂

Potem jednak zaczynają się schody. Dosłownie i w przenośni. Ścieżka robi się dość stroma, co powoduje, że tracimy jednego „ludzia”. Nasz dzielny wędrowiec postanawia założyć obóz szturmowy, co oznacza, że przyda nam się, bo szykuje się kolejna zmiana planu. 

A co do schodów… trudno to komentować. Z jednej strony BPN zapewne chciał ratować przyrodę, ale z drugiej… wyglądają nijak i tak samo się po nich chodzi, albo jeszcze gorzej. I podobno jest plan, żeby całe Bieszczady ustroić tymi schodami. Pewnie wtedy ruszę na ich ukraińską część, żeby się nie denerwować.

Póki co zdobywamy wysokość dobrym tempem i pojawiamy się pod Tarnicą. Zerkamy na zegarek, chwila narady i jest nowy plan. Tym razem zostawimy Worek w spokoju i decydujemy się wejść w komplecie na szczyt. Ludzi trochę jest, ale znajdujemy kawałek wolnego miejsca dla siebie. Szczyt został dokładnie wygrodzony i pozostało niewielkie „pastwisko”, by turyści nie deptali trawników wokół. Cena rozwoju cywilizacji 😉

Schodzimy na przelęcz, by zacząć realizować nasz nowy plan. Szybki przegląd mapy zasugerował możliwość przejścia innego worka – tym bardziej, że nikt łącznie ze mną tym szlakiem nie szedł. Ruszamy czerwonym szlakiem do Ustrzyk. Co tu dużo pisać – nikt nie jest zawiedziony. Szeroki Wierch ma charakter typowej połoniny, idzie się dość długim grzbietem, jest kilka kulminacji i w końcu zejście do lasu.

Pogoda trzyma, widoki są, wycieczka zdecydowanie jest udana.

Po wejściu w las kolejna niespodzianka. Wspominam wiele leśnych zejść w doliny i zawsze były one dość strome i męczące. A tu miła odmiana. Szlak wiedzie przez piękny, jesienny las i łagodnie schodzi w dolinę aż do Ustrzyk Górnych.

Ani się obejrzeliśmy i jesteśmy w Ustrzykach. Gdzie oczywiście czeka na nas zgubiony pod Tarnicę Mirek, który zgarnia kierowców i zawozi do Wołosatego po resztę aut. Wracamy na zasłużone pierogi do Berezki, gdzie jak co roku jest nasza baza.

Wypada jeszcze tylko wspomnieć o pewnym wyjątkowym spotkaniu w drodze powrotnej. Z pewnym miejscowym. Słynne są opowieści o bieszczadzkich niedźwiedziach, ale tym razem stanął na naszej drodze… ryś. Piękne dostojne zwierzę przedefilowało nam przed autem, każąc zwolnić i się podziwiać. Na odchodne jeszcze się obejrzał, czy na pewno widać w naszych oczach wyrazy szacunku 🙂

 

Trasa:

Kolejny dzień… no cóż – jak mawia zaprzyjaźniony wędrowiec górski „pogoda klękła”. Wieczorem w trakcie dyskusji wymyśliliśmy przejazd drezynami w Uhercach, jednak zgodnie uznajemy, że nikt nie przeżyje dwugodzinnej jazdy w temperaturze około zera stopni i padającej mżawce. Brak widoczności, wilgoć, mgła – w tej sytuacji wymyślamy plan alternatywny. Sine Wiry odpadają, bo droga przez Terkę zamknięta. Jak nam później wyjaśni nasz gospodarz – przyczyną jest budowa nowego mostu.

Więc…Solina zawsze niezawodnie czeka 🙂 Odbywamy spacerek po tamie, przejeżdżamy przez Myczkowce. Drezyny w Uhercach stoją we mgle…

A my trafiamy do Leska. Słodki Domek czeka! Najpierw jednak wymyślam zwiedzanie Leska. Jakoś zawsze je omijaliśmy (poza bankomatem i Słodkim Domkiem). 

Pewien dobry znajomy wywodzący się z Leska wspominał mi kiedyś o kirkucie. No to szukamy go. Kirkutu oczywiście. Mijamy synagogę – niestety jest zamknięta. Lesko jest malutkie i za chwilę jest też kirkut. No i zaliczam przysłowiowy „opad szczęki”. Drugi będzie po dostaniu się na teren kirkutu. Miejsce jest zamknięte, ale jest telefon do klucznika. Pan pojawia się dość szybko, negocjujemy cenę za wejście i kłódka opada. 

Widziałem już kilka kirkutów, ale ten zdecydowanie zrobił na mnie największe wrażenie. Mieści się na szczycie całkiem dużego wzgórza, na które trzeba się wspiąć, porastają go stuletnie dęby, ogromna ilość macew, a do tego przebłyskuje słońce, podkreślające kolory jesieni. No to jest zdecydowanie główne danie dnia. Spacerujemy dobre pół godziny, patrząc na przemijanie, zapomnienie, oczarowanie i zamyśleni.

Cmentarz żydowski w Lesku ze względu na wiek zachowanych nagrobków uważany jest za jedną z najcenniejszych nekropolii w Polsce. Na powierzchni około 3,2 ha przetrwało ponad dwa tysiące kamieni nagrobnych. W materiałach archiwalnych cmentarz po raz pierwszy jest wzmiankowany w 1611 r., kiedy to dwaj chłopi sprzedali leskim Żydom „cztery zagony roli (…) na okopisko żydowskie od wiertchu do sadzawki jako okopisko długie za złotych czterdzieści polskich”, jednak daty zgonów na macewach świadczą, że pochówków dokonywano tu już w pierwszej połowie szesnastego wieku. Legenda głosi, że jest to miejsce spoczynku sefardyjskich rabinów wypędzonych z Hiszpanii i Portugalii w XVI wieku, jednak historycy nie potwierdzają tej tezy.

Cmentarz położony jest za synagogą, przy ul. Słowackiego. Wąskie schody wiodą stromo pod górę. Właśnie w tym miejscu, na zboczu zalesionego wzgórza znajduje się najstarsza część nekropolii, z nagrobkami pochodzącymi z pierwszej połowy XVI wieku. Są to płyty wykonane z miejscowego piaskowca, pozbawione zdobień, z inskrypcjami o prostej, archaicznej w swym kroju czcionce. Czas i oddziaływanie czynników atmosferycznych sprawiły, że nagrobki w zdecydowanej większości nie znajdują się na swych właściwych miejscach. Po lewej stronie ścieżki widoczny jest stojący nieco skosem blok piaskowca, rozszerzający się ku górze. Jest to najstarsza zachowana macewa na cmentarzu w Lesku. Wykuty w niej hebrajski napis głosi: „Tu pochowany mąż, bojący się Boga, Eliezer syn Meszulama (pamięć sprawiedliwego niech będzie błogosławiona), we wtorek 9 dnia miesiąca tiszri 309 roku według krótkiej rachuby” (źródło tłumaczenia: A. Trzciński, M. Wodziński „Cmentarz żydowski w Lesku” ).
Na szczycie wzgórza odnajdziemy młodszą część nekropolii, wykorzystywaną jako miejsce grzebalne od XVIII w. do XX wieku. Największą grupę – około tysiąca czterystu – zachowanych nagrobków tworzą macewy z XIX wieku. Mimo zniszczeń z okresu II wojny światowej, wyraźnie widoczny jest rzędowy układ grobów. W zwieńczeniach macew wyrzeźbiono charakterystyczne dla żydowskiej sztuki sepulkralnej zdobienia, przedstawiające między innymi: korony, świeczniki, ptaki, jelenie, lwy, dzbany i misy. Uwagę zwraca zadaszony nagrobek z dwiema płytami. Jest to grób zmarłego w dniu 9 października 1803 r. Menachema Mendla Horowica, rabina i cadyka z Rozwadowa i Leska, ojca znanego cadyka Naftalego Cwi Horowica z Ropczyc. Napis na jego macewie głosi: „Tu spoczywa święty rabin Menachem Mendel (oby jego zasługi były dla nas ochroną), ojciec świętego rabina Naftalego Cwi z Ropczyc (oby jego zasługi były dla nas ochroną), powołany do niebiańskiej jesziwy w dniu święta Simchat Tora 23 Tiszri 5564. Niech jego dusza związana będzie w węźle życia wiecznego. W otoczeniu jego grobu pochowani są jego ojciec, r. Jaakow i jego syn r. Szmuel Szmelka, i jego wnukowie r. Menachem Mendel syn r. Szmuela Szmelki i r. Menachem Mendel syn r. Abrahama Chaima” (tłum. Wojciech Tworek).

Podczas II wojny światowej cmentarz był miejscem egzekucji wielu Żydów. Tu rozstrzelano grupę około stu osób, starców i chorych, pozostałych w mieście po likwidacji getta w Lesku. Później dokonywano tu doraźnych egzekucji Żydów, ukrywających się w okolicach Leska. Wspomnieniem tych tragicznych wydarzeń są symboliczne groby ofiar Holocaustu.

W 1969 roku nekropolia została wpisana do rejestru zabytków. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych minionego stulecia, cmentarz w Lesku był przedmiotem badań Andrzeja Trzcińskiego i Pawła Synowskiego z Uniwersytetu Marii-Curie Skłodowskiej i Marcina Wodzińskiego z Uniwersytetu Wrocławskiego. W wyniku ich zaangażowania wydana została książka zatytułowana „Cmentarz żydowski w Lesku”, zawierająca inwentaryzację nagrobków pochodzących z XVI i XVII w. W 2010 r. opublikowana została druga część, obejmująca macewy z XVIII w. [źródło: Kirkuty]

 

Klucznik zamyka za nami bramę i ruszamy wreszcie na zasłużony deser. Kawę i ciacho w Słodkim Domku. Wpadamy tuż przed autokarem pełnym wycieczkowiczów. No cóż, miejsce cieszy się sławą w okolicy 🙂 Nic dziwnego, że trochę czasu nam tu zeszło 😉

Ale w Berezce czeka nas wieczór w altanie u Artura, więc długo się nie ociągamy. Wieczór na powietrzu przerywa deszcz, przenosimy się więc do kwatery, gdzie kontynuujemy w miłej atmosferze naszą integrację. Nawet nocna akcja „zaginiony harcerz” będzie następnego dnia mile wspominana 😉

I to by było na tyle… za rok zmieniamy strategię i ruszamy za pogodą 🙂

Oj ciężko szła w tym roku organizacja letniego zlotu. Przyczyny są na tyle banalne że pominę je milczeniem. Co najważniejsze jednak – znalazła się silna grupa, która niemal kopniakiem zmusiła mnie, by ruszyć szanowne cztery litery 🙂 Tak więc letni zlot odbył się… we wrześniu 🙂 Najważniejsze, że przed dwudziestym trzecim – byle zdążyć przed jesienią.

Kasia szybko ogarnęła kwatery i zgodnie z planem atakujemy Tatry Bielskie.

Pakujemy się z Piotrem w auto trochę później niż zwykle i koło szesnastej ruszamy w drogę. Po  wakacyjnym wyjeździe oceniłem, że najszybszy i najbardziej komfortowy dojazd na Słowację wiedzie teraz przez Rzeszów, skąd autostradą A4 błyskawicznie przemieszczamy się do Krakowa. Na Zakopiance spokój, podziwiamy ogromne wiadukty, które rosną na budowie i którymi mamy nadzieję wkrótce jeździć, potem w Nowym Targu odbijamy w stronę Łysej Polany i przed północą jesteśmy w Żdiarze. To taka mała wieś około 15 kilometrów od granicy, gdzie umieściliśmy naszą bazę szturmową. Dzięki precyzyjnym informacjom od tych co przybyli wcześniej wbijamy się prosto… na patrol słowackiej policji 🙂 A wystarczyło skręcić 100 metrów wcześniej 😉 Piotrek zalicza badanie trzeźwości, na oczach zdziwionych policjantów robimy piękny nawrót i wjeżdżamy do wsi.  Tu już bez problemów trafiamy pod chatkę, gdzie czeka komitet powitalny.

Krótkie powitanie przeciąga się do czwartej rano 🙂 Wcale mnie to nie dziwi.

Ranek odkładamy do godziny dziesiątej 😉 Raz, że wieczór był długi, a dwa – pogoda jakaś taka dziwna 🙂 Grunt, ze w końcu się zbieramy. Pierwszy plan na rozruszanie to Dolina Bachledowa z jej największą atrakcją – nowo otwartą ścieżką ponad koronami drzew. W ramach rozchodzenia postanawiamy pójść piechotą.

Natura postanowiła nam jednak pokrzyżować plany i gdzieś w dali pojawiają się chmury i zaczyna coś mruczeć.

Bokiem przejdzie.

Ruszamy. Po dwóch kilometrach docieramy do głównej drogi. Słońce pomału chowa się za chmurami, nad Tatrami coś się kłębi. U nas spokojnie. Bokiem przejdzie 🙂

Kasia, która tu siedzi od poprzedniego dnia,  na wszelki wypadek informuje nas, że jeżdżą tu jakieś autobusy, więc jak coś to skokami od przystanku do przystanku i może coś złapiemy. I tak lecą kilometry. Burzę słychać całkiem dobrze, ale nadal twierdzę, że przejdzie bokiem 🙂 Dorotka patrzy na mnie z wyrzutem, bo nie wzięła kurtki „bo przecież mówiłem że bokiem przejdzie”. Przy jednym z przystanków Ela z Dorotką łapią stopa i za chwilę tylko kurz opada na drogę i tyle je widzieliśmy.

My zaś dobrym tempem docieramy do wylotu Doliny. Tu dopadają nas pierwsze krople. Jest jednak przystanek, gdzie można się schronić. Stoi też sympatyczna Słowaczka, która twierdzi, że zaraz będzie autobus i zawiezie nas na miejsce. Faktycznie – przyjeżdża po około piętnastu minutach i zawozi nas na samą górę.  Okazało się, że to jeszcze około trzech kilometrów. W tzw. „międzyczasie” zaczyna się regularna ulewa. Wypadamy z autobusu i chronimy się w drewnianej wiatce robiącej za przystanek. Chwilę gadamy na temat pogody, deszcz słabnie i stwierdzamy, że teraz to na pewno bokiem przejdzie 🙂

Ruszamy w górę w pogoni za dziewczynami, które zapewne już gdzieś pod szczytem na nas czekają. Znajdujemy początek ścieżki … zaczyna padać. Trochę. Na tyle jednak skutecznie, że szybko odczuwamy wilgoć 🙂 Do tego trwają tu prace budowlane przy stacji narciarskiej i zaczyna nas wciągać wszechobecne błoto. No i nic nie widać. Docieramy do lasu i stwierdzamy, że w tych warunkach to tylko odwrót. Wojtek rusza na górę ratować Dorotkę i Elę, reszta ociekając wodą ponownie przemierza błotniste parkingi.

Jest autobus. Wsiadamy do niego z ulgą. Tuż przed odjazdem docierają pozostali, których ściągnął z góry Wojtek. Dojeżdżamy do centrum Żdiaru, autobus zajeżdża na parking i … za chwilę dzielna negocjatorka Kasia każe nam się pakować z powrotem na pokład 🙂 Autobus rusza i wywozi nas prawie pod kwatery. Oczywiście jak to w takich przypadkach bywa – po dotarciu na miejsce wychodzi słońce i robi się całkiem miło. Przynajmniej nieco wyschliśmy.

Ogarniamy się chwilę i czas poszukać knajpy. Aura jest jaka jest – nie pada, chociaż chciałoby 😉 Nadal twierdzę że bokiem przejdzie 😉 Do knajpy na szczęście jest 100 metrów.

Dziwnym zbiegiem okoliczności wszyscy zamawiają „syr wyprażany”. Jadałem lepsze 😉 Ale Zlaty Bażant niezmiennie dobry. My do wyjścia, a tu – znowu leje.

Nie przeszło bokiem.

 

Biegiem docieramy do chatki i teraz to już może sobie padać. Liczymy na cud, że jutro będzie pięknie. Wieczór mija jak zwykle w pięknych okolicznościach wspomnień, śmiechów i tylko gitary brak.

Mocne postanowienie porannego wstawania skutecznie studzi odgłos lejącej się na dachowe okno nade mną wody. Nasze „podkrowi” czyli poddasze jest dość specyficzne i trochę przypomina trumnę 🙂 Jest długie, wąskie i chodzi się w nim będąc lekko pochylonym. Za to łóżka są wygodne i jest ciepło 🙂

Całość dopełnia centralnie umieszczone okienko w suficie.

Dziś nie ma szans, że przejdzie bokiem, więc zostaje czekanie. Zjadamy śniadanie, czas mija na pogaduchach, a tych nigdy dosyć. Około 11 przejaśnia się. Wstępuje w nas otucha. Pakujemy się do aut i jazda do Bachledowej. Musi się udać. Rzeczywiście – gdy docieramy, pogoda robi się znośna. Nawet coś widać, może trochę mokro, ale dziś uzbroiliśmy się jak na największą ulewę.

Dorotka się uśmiecha spod swojej deszczowej kurtki, za którą tak wczoraj tęskniła.

Przemarsz na górę zajmuje około godziny. Z każdą chwilę robi się ładniej, możemy nawet podziwiać Tatry. Robi się na tyle ciepło, że kurtki idą do plecaków i paradujemy w samych koszulkach. Ale tylko na chwilę. Dość szybko dostajemy od natury komunikat – jest wrzesień i opalania nie będzie 🙂

Widać już słynny chodnik nad drzewami. Wpadamy pod kasę a wraz z nami… czarna i gęsta chmura.

Przejdzie bokiem? Raczej nie… Bilety kupione. Całe dziewięć euro. Tylko Piotrek szczerzy ząbki – a ma powody. Został emerytem, bo jakimś cudem kupił bilet dla emerytów.

Wpadamy na pomost a wraz z nami chmura. Nie przeszła bokiem. Brrrr…. Robi się przeraźliwie zimno i mokro. Opatulamy się ciepło w kurtki, kaptury na głowę i ruszamy ku przygodzie.

Pomost ma około kilometra, chwilami osiąga wysokość 30 metrów nad gruntem i na pewno są z niego przepiękne widoki. Trochę dane nam będzie je podziwiać w drodze powrotnej. Teraz jednak idziemy w gęstej chmurze, z której za chwilę wyłania się kolejna atrakcja ścieżki.

Wieża. Wysoka na około 30 metrów. Wchodzi się na nią lekko nachylonym chodnikiem robiąc kilkanaście kółek. W środku wieży widać metalową rurę służącą do szybkiego zjechania w dół. Na razie zjeżdżalnia jest nieczynna.

Wreszcie po około 15 minutach wyłazimy na szczyt. Czeka tu na nas wisienka. Czyli trampolina. Szczyt wieży zamiast dachu ma siatkę, po której można chodzić. Krąg o średnicy 20 metrów budzi w pierwszej chwili lekki niepokój. Do czasu, póki się na niego nie wejdzie. Frajda niesamowita 🙂

Biegamy po trampolinie jak dzieci, tylko nasz emeryt ma opory 🙂 W asyście Kasi i Wojtka stawia jedną nogę na siatce i …. wycofuje się 🙂 Widok 30 metrów powietrza pod stopami nie każdemu służy 🙂

Aura pomału daje się we znaki. Zaczyna kropić, wiać, robi się zimno, więc szybko sięgamy po tradycyjne pieczarki, by uwiecznić ten wyjątkowy sukces wyprawy 😉

Schodzimy. W połowie wieży zaczynają się odsłaniać widoki. Chmura pomału odchodzi, a my wreszcie możemy podziwiać panoramy wokół. Jest na co popatrzeć. Z jednak strony Tatry Bielskie, z drugiej Pieniny. Widać nawet Trzy Korony. Aż żal schodzić.

Jeszcze raz przechodzimy cały pomost nad drzewami i docieramy do punktu startu. Tu tak naprawdę jest jeszcze wielki plac budowy – Słowacy szykują wielką stację narciarską, ale podziwiamy już teraz ich zmysł do interesów, bo pomost jest oblegany przez tłumy – mimo nie najlepszej pogody. 

Schodząc zahaczamy jeszcze o sąsiednią wieżę – już tradycyjną, a potem, nie spiesząc się schodzimy na dolny parking. 

Wracamy na kwaterę i postanawiamy rozejrzeć się za inną knajpą. Poszukiwania kończą się fiaskiem i ponownie lądujemy w Żdiarance. Dziś dajemy szansę plackowi po zbójnicku. Jadałem lepsze 😉

Wypogadza się…. 

Ostatni wieczór jak zwykle przeznaczony jest na spożycie tego, co przywieźliśmy, by przypadkiem za dużo nie wróciło z nami do domów 🙂

A rano… pozostawię to bez komentarza… aura jak z bajki. Wojtek z Dorotką ruszają jeszcze w góry, bo mają najbliżej do domu. Chatka Plesnivec miała być naszym celem dzień wcześniej. Dziś w imieniu wszystkich postawi tam stopę nasza dzielna grupa szturmowa.

A my ruszamy do Polski. Zakopianka w niedzielę jest trochę zapchana, ale reszta trasy mija nam spokojnie. O dwudziestej witam się z domem, gdzie czekają na mnie moje dziewczyny 🙂

 

 

 

 

Przyszła w końcu pora na realizację śmiałego planu rodzinnego, który chodził za nami już od kilku lat. Wspólne wejście na Rysy.

W maju zawiązujemy wspólnie ze znajomymi silną grupę atakującą, stosowną rezerwację poczyniłem oczywiście u Palo i Mariana i odliczamy dni do urlopu.

Wreszcie jest – wyczekiwany. Pakowanie, planowanie, sprawdzanie pogody i jedziemy. Poszło wyjątkowo szybko.  Wyjazd zaplanowany na szóstą rano – praktycznie bez obsuwy. Nowa trasa przez Rzeszów sprawdziła się. Nowa obwodnica Lublina pozwała gładko ominąć miasto, pod Rzeszowem też jest kawałek ekspresówki, potem A4 i już jesteśmy pod Nowym Sączem. Tuu jak zwykle wolniej, bo droga kręta, ale ruch niewielki i zaraz jesteśmy na Słowacji. Tutaj czuję się już jak u siebie. Z przyjemności pokonuję kolejne zakręty znanej na pamięć drogi i około czternastej meldujemy się u naszego gospodarza. Niedługo po nas dojeżdża druga grupka.

Oczywiście zasiadamy do „rezanego”, potem jeszcze obiad i kolejne „rezane”. Ustalamy plan pierwszego dnia – trzeba się rozruszać, więc coś „lajcikowego” 😉

Wyprawa pierwsza

Wybór pada na Chatę Teryho. W tej grupie próbowaliśmy już kiedyś podejść, ale wybraliśmy się jak pamiętam zbyt późno i morale upadło 😉 Tym razem idzie bardzo sprawnie. Wjeżdżamy na Hrebienok i zaraz ruszamy na szlak w kierunku Chaty Zamkovskiego. Most na Białej Wodzie tydzień wcześniej odpłynął wraz z ulewnymi deszczami, które nawiedziły Tatry, ale już stoi nowy – jeszcze pachnący świeżym drewnem. Mijamy wodospad, gdzie obowiązkowo po raz nie wiem który zatrzymuję się, by zrobić zdjęcie. Wspinamy się łagodną ścieżką, podziwiając przy okazji rozległą panoramę Słowacji. Pogoda jest doskonała na wędrówkę: nie za gorąco, słonecznie, trochę obłoków.

Wreszcie przed nami Chata Zamkovskiego. Robimy obowiązkowy przystanek na czesnakową i kufel kofoli 🙂 Siedzi się całkiem miło, ale plan „rozchodzenia” czeka. Podrywamy ekipę i już maszerujemy w głąb Malej Studenej Doliny. Dolina jest jak z bajki – zieleń, kwiaty, środkiem płynie kaskadami potok a po obu stronach wysokie ściany skalne. Po prawej mam Łomnicę, na szczycie której błyszczy w słońcu stacja.

Pokazuję schronisko – nasz cel. Reakcja: ooo reety, taam mamy wejść?

Ano tam. Dochodzimy do końca Doliny. Teraz czeka nas 400 metrów podejścia w skale. Nagle okazuje się, że nie jest tak strasznie. Skaczemy po kamieniach jak kozice, przeskakujemy wodospad, jeszcze trochę zygzaków i jesteśmy w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich – ponad 2000 metrów nad poziomem morza. Krajobraz surowy ale piękny. Głodomory wciągają „buchty na pare”, które po kilku dniach zgodnie zostają okrzyknięte jako najlepsze w całych Tatrach. Potem jeszcze spacerek pośród jeziorek, drzemki na kamieniach, podziwianie krajobrazów i czas na odwrót.

Spokojnie schodzimy bez strat w ludziach i sprzęcie do Zamkovskiego, zahaczamy jeszcze o Rainerową Chatę, by wypić pyszny „bylinowy czaj” i pogapić się na lisa, który usiadł obok schroniska i czeka, co by tu skubnąć turystom 😉

Zdążamy na ostatnią kolejkę w dół i w parę minut jesteśmy znowu w Novej Lesnej.

 

Wyprawa druga

Poczuliśmy trochę rozruch poprzedniego dnia, więc kolejny plan zakłada, że nie szalejemy. Pogoda dalej trzyma wbrew prognozom a my ruszamy w głąb Doliny Mięguszowieckiej z zamiarem wejścia na Przełęcz pod Ostervą. Lub odwrót, gdyby duch w ekipie siadł.

Spokojnie docieramy w okolice szlaku na Cmentarz Ofiar Gór i mając nadmiar czasu skręcamy oczywiście w bok, bo nasza ostatnia wizyta tutaj odbyła się w mało sprzyjających warunkach pogodowych.

Przechodzimy w zadumie cała trasę, zaglądamy na polską ścianę chwały, gdzie możemy chwilę pobyć w towarzystwie m.in. Kukuczki, Morawskiego i Rutkiewicz.

Okrążamy Popradskie Pleso i zasiadamy w schronisku. „Buchty na pare” idą na pierwszy ogień. Ale gdzie im tam do tych z Chaty Teryho 🙂

Trwa debata na temat zdobycia ściany pod Ostervę. Jej widok budzi na przemian trwogę i zachwyt 🙂 Tłumaczę, że to tylko godzina, ale dziś jestem mało przekonujący i nie cisnę towarzystwa 🙂

Rodzi się na szybko plan B.  Wyruszamy Magistralą w kierunku Strbskiego Plesa. To bardzo widokowy odcinek i pomimo, że krótki i mało wymagający, warto nim przejść. Biegnie on zboczem Grani Baszt, ścieżka jest chwilami przylepiona do zbocza, a tuż obok można podziwiać „przepaścistości”.

Niecałe dwie godzinki i jesteśmy nad Strbskim Plesem. Zaglądamy na chwilę nad jezioro na pamiątkowe foto i kanapki. Zostaje nam jeszcze przejść na stację kolejki elektrycznej i w 10 minut jesteśmy przy autach zaparkowanych u wylotu Doliny Mięguszowieckiej, gdzie zaczynaliśmy naszą wycieczkę.

 

Wyprawa trzecia

To w zasadzie miał być główny punkt naszego tygodniowego pobytu w Tatrach. Dwa poprzednie dni były traktowane jako przygotowania kondycyjne do wyprawy na Rysy.

Śniadanie zjadamy o siódmej i sprawnie przemieszczamy się do Doliny Mięguszowieckiej, gdzie dzień wcześniej zakończyliśmy wycieczkę. Jeszcze przed ósmą jesteśmy na szlaku. Przed nami cztery kilometry asfaltu i znowu jesteśmy nad Popradskim Plesem.

Tym razem postój jest krótki i wchodzimy na właściwy szlak. Podążamy najpierw dnem Doliny, mijamy pierwszy mostek, potem odejście szlaku na Koprowy Szczyt i zmierzamy do widocznego już kolejnego piętra Doliny. Forma dopisuje i jestem mile zaskoczony tempem zdobywania wysokości.

Wspominam swoje ostanie wejście w upalny dzień, gdy co chwila stawałem złapać oddech i wypić łyk wody. Dziś jest lekko pochmurnie, od czasu do czasu przebija się słońce a my pracowicie zdobywamy kolejne zakosy i już jesteśmy nad Żabimi Plesami. Jeszcze kilka minut i stajemy przed „kluczowymi trudnościami”. Bardzo jestem ciekaw, jak wyglądają słynne „schody na Rysy”, które montowano tu w czasie mego ostatniego pobytu. Dramatu nie ma. Podesty są zaskakująco wąskie i małe i mam wrażenie, że chyba łatwiej wchodzi się po starych łańcuchach, które biegną równolegle. Przejście po nowych podestach wymaga sporego zmysłu równowagi 🙂 

Krytyczne miejsce przechodzimy szybko i sprawnie, a największą frajdę ma najmłodsza część ekipy. Teraz została tylko wspinaczka skalnym terenem w kierunku schroniska. Niestety – sprzyjająca dotychczas aura postanowiła zrobić nam dowcip. Nagle słyszę w oddali pomruk. I niestety – nie jest to niedźwiedź. Docieramy do schroniska w całkiem dobrym czasie, ale trochę się zaciąga. Zasiadamy chwilę na naradę. Pomruki, jakkolwiek bardzo odlegle, powtarzają się. Nie wróży to nic dobrego. Słowacka strona wygląda jeszcze całkiem dobrze, ale nie wiemy co jest po polskiej, dopóki nie wyjdziemy na przełęcz Waga.

Podrywam grupke do boju, informując jednocześnie, że tam podejmiemy decyzję. Wyjście na przełęcz jest błyskawiczne.

Widok jak zwykle zapiera dech w piersiach. W zasadzie wszyscy poza mną są pierwszy raz w takim terenie, nic więc dziwnego, że szczęki im opadają. Strome, kilkusetmetrowe zerwy, Galeria Gankowa, ogromna przestrzeń, w dole Morskie Oko i Czarny Staw i no i same Rysy gdzieś na głowami. Te giną co jakiś czas w chmurze. No i niestety jest gorzej niż myślałem.

Decyzja będzie tylko jedna – odwrót. Jest sporo ludzi, więc wejście też nie będzie błyskawiczne. Gorączka szczytowa już niektórych dopadła, ale bezwzględnie zawracam grupę. Pomruki są coraz wyraźniejsze. Schodzimy z Wagi, jeszcze tylko odwiedziny słynnego kibelka i pędem w dół. Aby do lasu. Łańcuchy pokonujemy dość sprawnie, mijamy Żabie Plesa i dochodzimy do zejścia w dolinę.

Tu nareszcie widać, co tak mruczy. Co więcej – dość szybko zmierza ku nam na spotkanie. Burza jest już w okolicach Ostervy, więc tempo zejścia rośnie. Na szczęście jeszcze przed głównym uderzeniem udaje nam się zejść w okolice rozstaju szlaków. Przy mostku walą w nas pierwsze krople wody. A potem to już jest potop 🙂 Nad głowami huczą grzmoty, ale my już jesteśmy w lesie i bezpiecznie docieramy w pół godziny do schroniska. Ulewa jest na tyle skuteczna, że wszyscy są przemoczeni. Ale cali, zdrowi i zadowoleni z wycieczki.

Przeczekujemy około pół godziny i gdy deszcz słabnie, ruszamy w dół na parking. Wkrótce przestaje padać, wychodzi słońce, które – nim dotrzemy na parking – dość skutecznie nas podsuszy. Młodsza część ekipy przeżywa, że było tak blisko…. Tłumaczę cierpliwie, że Rysy będą stały i zaczekają.

 

Wyprawa czwarta

Poważna wyprawa na Rysy nieco nadwątliła siły, więc radzimy co by tu lżejszego znaleźć. Rzucam hasło: Słowacki Raj. Zaledwie 30 kilometrów jazdy od nas. Pomysł się podoba. Każdy gdzieś już słyszał o tej atrakcji, a ja jako jedyny widziałem 🙂

Wybór pada na najpopularniejszą Suchą Belę. Zaraz po śniadaniu i porannej kawie zbieramy się sprawnie,  pół godziny jazdy i jesteśmy na miejscu. Parking Podlesok znacznie się zmienił od czasu jak tu ostatnio byłem – przybyło kawiarenek, straganów, pojawiła się też budka z biletami 🙂 

Dzień wcześniej wieczorem pokazałem kilka zdjęć z tego rejonu i teraz padło sakramentalne pytanie: kto się czuje na siłach – idzie wąwozem, kto nie – szlakiem zejściowym. Spotkamy się na górze.  Samotnego wejścia nieznanym terenem postanawia dokonać moja piękniejsza połowa. Za czyn ten zostanie okrzyknięta bohaterem dnia 🙂

Podejście Suchą Belą to dwugodzinne zmaganie z wodą, kładkami, drabinami, łańcuchami, wąskimi szczelinami i dzika przyrodą. Widzę, jak duże wrażenie zrobiło przejście na mojej ekipie. Sporo fotografuję, by uwiecznić walkę z żywiołem 🙂 W wąwozie panuje półmrok, do tego ogromna wilgotność powietrza  – wszystko to powoduje, że czujemy się jak w tropikalnej dżungli. Każda kolejna kładka, każda drabina budzi w ekipie emocje. Ludzi jest sporo, czasem trzeba chwilę odstać w oczekiwaniu na swoją kolej.

Dwie godziny mijają błyskawicznie. To była piękna przygoda. Dzieci są bardzo zadowolone, dorośli nie mniej.

Docieramy do końca szlaku i spotykamy się w komplecie, bo niemal równocześnie dociera mój samotny wędrowiec 🙂 Zbierając zasłużone brawa. Robimy mały biwak i ruszamy w dół, słuchając opowieści o trudnościach szlaku zejściowego. Jakich trudnościach? Trudności to my mieliśmy 🙂

Nic bardziej mylnego. Większość trasy pokrywa się ze szlakiem rowerowym – jest szeroko i łagodnie, ale w końcówce okazuje się, że szlak pieszy idzie skrótami – nie dość że jest stromo, to jeszcze mnóstwo kamieni i korzeni. Wyrażamy słowa uznania dla mego bohatera, który tędy wszedł!

Zmęczeni i zadowoleni rozsiadamy się jeszcze na kufel kofoli w jednej z parkingowych kafejek.

 

Wyprawa piąta

Co tu dużo pisać… Po trudach poprzednich wypraw osiedliśmy na laurach i siedzieliśmy cały dzień w parku wodnym w Popradzie. Po tej wyprawie zeszła mi skóra z pleców 😉 W nagrodę nasz gospodarz zrobił nam na obiad „wyprażany syr” 🙂

W gratisie widok sprzed pensjonatu.

 

 

 

Kto o nich nie słyszał? Chyba każdy. Najsłynniejszy symbol tatrzańskiej wiosny, ściągający co roku tysiące spragnionych jego widoku turystów.

Internet znowu zalała fala zdjęć Polany Chochołowskiej pełnej fioletowych kwiatów i narodził się szalony pomysł  – jedziemy w weekend na jeden dzień obejrzeć krokusy 🙂 Jakoś tak zawsze chciałem je zobaczyć, ale myśl o tym, żeby przejechać 500 kilometrów i zaraz wracać studziła zapał. W tym roku jednak stwierdziłem, że kiedy jak nie teraz.

Drogi ekspresowej w kierunku Krakowa przybywa, więc jedzie się coraz lepiej i szybciej. Docieramy rodzinnie w piątkowy późny wieczór w okolice Kościeliska, gdzie mamy zarezerwowany nocleg. Zjadamy kolację i postanawiamy wstać wcześnie, by zdążyć przed tłumem, którego jutro się spodziewamy w Dolinie Chochołowskiej.

Wszystko idzie zgodnie z planem – pogoda zgodna z prognozą: jest lekki przymrozek, na trawie widać szron, ani jednej chmurki, brak wiatru. Zrywamy się po szóstej, pakowanie plecaków, przygotowanie kanapek i herbaty, jeszcze tylko śniadanie i podjeźdżamy pod wylot Siwej Polany, oddalonej o 5 kilometrów od naszej kwatery.

Pierwszy szok. Jest po siódmej i wszystkie parkingi są już pełne! Wciskamy się na ostatnim, gdzie jest jeszcze trochę wolnych miejsc, szybkie przepakowanie i ruszamy.

Przed nami około 9 kilometrów Doliny. Znam ją na pamięć, tyle razy nią szedlem. Niestety – widoki zamiast cieszyć – przygnębiają. Wszędzie trwa zrywka drewna, drogi są zryte ciągnikami, okoliczne zbocza zieją pustką, bo większość drzew wyłamał halny. Piękne tatrzańskie doliny to już chyba zostaną tylko w moich wspomnieniach.

Idziemy całą piątką, a obok ciągnie w górę gigantyczny tłum. Liczyłem się z tym, więc nie narzekam. Przecież czekają na nas krokusy. Te witają nas tuż po wkroczeniu na Polanę Chochołowską. Na razie zwinięte po porannym przymrozku. Po dwugodzinnym marszu robi się jednak całkiem ciepło.

Rozsiadamy się chwilę w schronisku, odstajemy swoje w kolejce po szarlotkę, wypijamy kawkę i czas na realizację dalszej części planu. Poprzedniego dnia gościłem w bazie lotniczej TOPR i dowiedziałem się, że spokojnie mogę spróbować wyciągnąć chętnych na Grzesia. Moja piękniejsza połówka postanawia założyć obóz szturmowy połączony ze spacerem po Polanie, czytaniem książek i podziwianiem krokusów. Ja zaś montuję ekipę złożoną z części młodzieżowej i za chwilę zaczynamy podejście. Szlak znam na pamięć, więc skupiam się na pilnowaniu moich wędrowców, a przy okazji opowiadam, co widzą i jak sobie radzić z drogą w zimowych warunkach.

No właśnie. Weszliśmy znowu w zimę. Początek szlaku jest trochę błotnisty i oblodzony, ale dość sprawnie przeprowadzam grupkę wyżej, gdzie idziemy już po śniegu. Wiosenne słońce powoduje, że jest on ciężki, zbity i śliski. Tu ludzi prawie nie ma, więc możemy spokojnie swoim tempem zdobywać wysokość i nie obawiać się, że ktoś na nas zjedzie. Pokonujemy pierwszy, stromy odcinek, przed Przełęczą Bobrowiecką, skręcamy w trawersujący odcinek szlaku, gdzie w punktach widokowych podziwiamy panoramy na Kominiarski Wierch. Pogoda nadal trzyma.

Kolejny zwrot i czeka na ostatnia prosta na grzbiet, gdzie wychodzimy z lasu. Tu wypoczywa kilka grupek – my też robimy przystanek na herbatkę i kanapki. Widok jest wyśmienity. Jak zwykle w takich warunkach wrażenie robi Babia Góra, która świeci w słońcu jak szczyt Fujijamy.

Jak że jest „zima” a trochę się zgrzaliśmy, zarządzam wymarsz. Naciągamy czapki, wkładamy rękawice i kaptury na głowy bo leciutko wieje. Młodzieży zimowe wejście bardzo się podoba.

Czas na atak szczytowy. To dość stromy odcinek, mocno ośnieżony, nadal jest pewnie koło 1-1,5 metra śniegu, który skrywa rosnącą pod nim kosówkę. Pokazuję młodzieży kilka otworów po nogach osób, które się zapadły 🙂 Robią wrażenie. Wielokrotnie grzany i mrożony śnieg utworzył jednak stabilne podłoże i idąc po nim szybko zdobywamy kolejne metry.

Pierwsza na szczyt wpada oczywiście najmłodsza w ekipie – córcia Weronika. Brawa dla niej! Cieszy się i macha do nas z góry ręką. Zaraz dołącza do niej kolejna dwójka czyli Karolina i Tomek. Cała trójka to zimowi debiutanci. Już mówią, że im się to podoba 🙂

Ostatni wkraczam ja 🙂 Widoki są rewelacyjne. Wokół zimowe Tatry, na uboczu Osobita, na którą odchodzi nieprzetarty słowacki szlak. Ludzi sporo. Część z nich rusza dalej w kierunku Rakonia i Wołowca, dla nas to jednak koniec wycieczki. Cel osiągnięty. Czeka nas w końcu jeszcze zejście do schroniska a potem powrót na Siwą Polanę.

Na szczycie siedzimy około pół godziny. Przestało wiać, jest bardzo przyjemnie. Kończymy herbatkę, Tomek jak rasowy turysta wyciąga czekoladę, którą tu wniósł. Ludzi przybywa, a my zarządzamy odwrót. Czas na wyciągnięcie raków. Trzeba jakoś asekurować ekipę. Idę pierwszy robiąc stopnie, a krok w krok za mną pozostali. Szybko i bez problemów dochodzimy do lasu. Tu jest już bezpieczniej ale pamiętam, że na dole czeka nas jeszcze oblodzony odcinek. Tam raki w kilku miejscach się przydają, bo robię na lodzie stopnie z własnych butów i udaje się sprawnie pokonać kilka trudniejszych miejsc. Tylko Karolince nie udaje się uniknąć kontaktu z błotem 🙂

Jesteśmy znowu pod schroniskiem. Dość szybko odnajdujemy się w tłumie z dyżurującą obsadą obozu szturmowego 🙂 Krokusy rozkwitły na całego, ale też tłum zgęstniał. To co widzieliśmy rano, to była gra wstępna 😉 Są też klasyczne przypadki ceprów, którzy nic nie robią są z zakazu wstępu na krokusowe pole. Zwracam im uwagę, ale jedyną reakcją jest wzruszenie ramion. To jeszcze jeden powód, dla którego tu nie wrócę. Byłem, zobaczyłem i wystarczy.

Teraz przed nami dwie godziny marszu w dół. Droga się dłuży, w górę ciągną kolejne tłumy. Nad głową przelatuje Sokół. Śmigłowiec TOPR. Na szczęście tylko na ćwiczenia. Na pokładzie jest tata Tomka, więc mamy wiadomości z pierwszej ręki 🙂 A my – chcemy szybko stąd uciekać. Wreszcie jest parking. Czujemy dzisiejsze 26 kilometrów w nogach. Wracamy do kwatery, przebranie się i szukamy knajpki. Próba wbicia się do kultowej Kolibecki kończy się niepowodzeniem. Brak miejsc.

Zostają Krupówki, gdzie o dziwo ludzi jest mało 🙂 Czyżby wszyscy byli w Chochołowskiej?

Placek po zbójnicku przywraca siły 🙂 I powoduje chęć przyłożenia głowy do poduszki. Wracamy do Kościeliska i padamy 🙂

Rano mieliśmy jeszcze spotkać ekipę od Sokoła TOPR, więc ponownie wpadamy do bazy. Niestety – od rana mocno wieje, pogoda jest dużo gorsza. Śmigłowiec stoi w hangarze, a my po 15 minutach pogawędki ruszamy do domu.

Weekend był udany 🙂

Od lata rozmawialiśmy na temat powrotu na Halę Kondratową. Odbyły się tu już dwa zloty i dwa razy zakończyliśmy naszą przygodę na przełęczy pod Kopą Kondracką. W okolicznościach dość wietrznych i mało widokowych..

Skład zacząłem kompletować jeszcze w listopadzie, bo schronisko na Kondratowej jest malutkie, a przy licznej ekipie dostępność łóżek może być problematyczna. O ile ze składem poszło szybko, to z terminem było nieco gorzej… weekendy były już zajęte i zaproponowałem nowy wariant zlotu – od niedzieli do środy. Większości pasowało, więc szybko dokonałem rezerwacji i zostało odliczanie dni.

Obóz szturmowy

Ruszamy w niedzielny poranek o 7 rano i z wielkim zdziwieniem stwierdzamy, że kraj jakiś wymarły, na drodze prawie nie ma ruchu i w efekcie lądujemy w Krakowie po zaledwie 4,5 godzinach jazdy. Niesamowite. Mamy więc szansę dołączyć do pozostałych, którzy przybywają do Zakopanego pociągiem i busem na umówioną w okolicy czternastej zbiórkę. 

Wpadamy na Zakopiankę i szukamy jakiś przydrożnej knajpki, by coś zjeść. Jeden raz szedłem głodny do schroniska z ciężkim plecakiem i byłem na granicy „odcięcia mocy”, więc przysiągłem sobie więcej nie powtórzyć tego błędu 🙂

Knajpka okazała się całkiem fajna, z bali, w góralskim stylu, a placek po zbójnicku wyśmienity 🙂 Po pół godzinie jedziemy do centrum Zakopanego, gdzie u zaprzyjaźnionej góralki mam zostawić pod domem auto. W mieście istne szaleństwo – bo jest to dzień, w którym ma się odbyć indywidualny konkurs Pucharu Świata w skokach narciarskich. Tysiące ludzi krążą w biało-czerwonych czapach, szalikach, pelerynach trąbiąc z całych sił w wielkie wuwuzele. Przejmuje nas nasza gospodyni i zachęca do pozostania na kawie, ale szkoda nam trochę światła dziennego, więc umawiamy się, że siądziemy na chwilę schodząc z gór. Dorota pakuje nas w swoje auto, jedziemy na kuźnickie rondo, a tu wszystkie drogi obstawione policją i gęsto od ludzi. Wszyscy pędzą na skocznię. Dorota się jednak nie zraża i wywozi nas tajnymi i sekretnymi dróżkami znanymi tylko miejscowym w miejsce, skąd mamy 10 minut do Kuźnic 🙂

Zarzucamy plecaki i ruszamy z Piotrem na szlak w kierunku Kalatówek. Nareszcie!

Przed nami ruszyła Kasia z Koziołkiem i Elą, Rysiek, Wojtek i Dorotka. Ruszamy dziarsko, ale już początek szlaku na Kalatówki daje się we znaki – jest ślisko. Na razie jednak dajemy radę bez raków. Sprawnie docieramy na leśną odnogę szlaku, jeszcze parę minut i Kalatówki. Mijamy polanę i wchodzimy na wąską ścieżkę w kierunku Hali Kondratowej. Tu już jest gorzej, na stromych odcinkach buty się ślizgają, a ciężki plecak wcale nie pomaga w łapaniu równowagi. Szybka decyzja i zakładamy raki.

Teraz od razu nabieramy tempa i w ciągu kilku minut łapiemy kontakt z ekipą przed nami 🙂 Jak zwykle radość ze spotkania i za chwilę spokojnie maszerujemy do schroniska. Tylko Wojtek nas trochę pogania, bo wygląda, że ma w plecaku zapasy na dwa miesiące 🙂

Dzielnie radzi sobie również Ela, która ma pierwszy raz na butach raki. Nigdy nie jest za późno by spróbować czegoś nowego 🙂

Jeszcze parę minut, ostatnia prosta i widać światełko schroniska. Witają nas jego nowi gospodarze. Szybko nawiązujemy nić porozumienia 🙂 Wszyscy wyciągają dokumenty, tylko Piotr stoi i drapie się w głowę… bo zdziwiony stwierdza brak portfela. Na szczęście – jak się później okaże – zostawił go w kurtce, w której przyjechał i która leży teraz w samochodzie. No i teraz musi sobie przypomnieć wszystkie dane z dowodu. Na szczęście pamięć go jeszcze nie zawodzi 🙂 Zostaje też zmuszony ustalić cenę na swoje usługi, bo musi zarobić na schronisko – pięć euro za wszystko 🙂

Po około godzinie jako ostatni dojeżdża do nas Radek. No to jesteśmy prawie w komplecie. Baca ma w tym roku dołączyć do nas dzień później.

Znaczki zlotowe rozdane – zlot można zaczynać 🙂

Przemieszczamy się do naszego ulubionego pokoju czyli dwójki ośmioosobowej 🙂 I oczywiście musimy się nagadać, jednak koło 22 znikamy w śpiworach – każdy jest trochę zmęczony po podróży.

Dzień ataku

Rano pogoda nie rozpieszcza, jest powyżej zera, lekka mżawka, mgła. Wierzymy jednak w odmianę i zaraz po śniadaniu ruszamy cała grupka w głąb doliny w kierunku Przełęczy pod Kopą Kondracką.

Tuż przed nami szykuje się inna ekipa. Może bym o niej nie wspominał, gdyby nie jej skład: Marek idzie ze swoimi dziećmi – starsze ma 7 lat a młodsze – 3 lata! Będziemy dziś śledzić z uwagą ich drogę na szczyt.

W miarę nabierania wysokości, ostry na początku horyzont zaczyna się rozmywać w lekkiej mgiełce. Docieramy do Kamienia, gdzie zarządzamy pierwszy mały postój. Tu się rozdzielamy. Ekipa babska pod wodzą Adasia decyduje się na odwrót, a pozostali zagłębiają się w mgłę otulającą zbocze. Podejście robi się strome i szybko zdobywamy wysokość, tracąc jednocześnie orientację w terenie. GPS z grubsza wskazuje, że szlak jest gdzieś pod nami, ale gdzie jest przełęcz, wiemy tylko orientacyjne. Przecinamy nieduży żleb, by wyjść na wypukłe żeberko – każda wypukła formacja to dodatkowe bezpieczeństwo. Jest trochę oblodzone, ale raki dobrze trzymają. Rysiek ma je na nogach pierwszy raz i uczy się zaufania do sprzętu. Jeszcze trochę wysiłku i wychodzimy… 100 metrów od przełęczy i sporo wyżej ponad nią. Za to bliżej Kopy…

I teraz następuje cud natury. Chmury w parę minut się rozstępuję i roztacza się przed nami niesamowity widok na wszystkie strony świata. Po słowackiej stronie doliny toną w chmurach, a nad nimi górują wszystkie okoliczne granie skąpane w zimowym słońcu. Kopa Kondracka lśni nieskazitelną bielą na tle intensywnie niebieskiego nieba, po polskiej stronie mamy widok aż po horyzont zakończony poduchą chmur i na deser na wschodzie pokazują się Tatry Wysokie. Euforia 🙂 Spełniło się moje marzenie chodzenia ponad chmurami 🙂

Troszkę wieje, niektóre porywy są nawet dość silne, ale decydujemy – idziemy na Kopę. To w końcu trzecia próba, poprzednie dwie skończyły się we mgle przy słupku na przełęczy. Podobnie było z Giewontem.

Szeroki grzbiet ułatwia nam zadanie, a bliskość szczytu sprawia, że stajemy na nim błyskawicznie. Tu porywy są jeszcze silniejsze. Zapieramy się mocno kijami i chwilę naradzamy co dalej.

Pada pomysł pójścia na Przełęcz Kondracką i może nawet na Giewont. Niestety – wieje zza Kopy, tam gdzie idzie szlak graniowy. Nie ma też pewności, jak wygląda zejście z Przełęczy w dół wprost do Piekła 😉 Decyduje rozsądek i wracamy drogą, którą przyszliśmy. Jest też z nami Rysiek – nowicjusz zimowy i nie chcemy go zbędnie narażać. Jest prawie pusto, ale Ci co dziś weszli, też decydują się na powrót drogą przez przełęcz pod Kopą.

Robimy szybko obowiązkowe zdjęcie szczytowe i ruszamy w dół. Tu natykamy się na dzielnych młodych taterników idących ze swoim tatą. Piotr proponuje asekurację małolatom, by nie odfrunęli z porywami wiatru 🙂 Radek z Wojtkiem i Piotrem ruszają jeszcze raz na szczyt, a ja pomału schodzę z Ryśkiem na przełęcz. Chwilę czekamy na pozostałych i już w komplecie, powoli schodzimy z Przełęczy wprost w dolinę. Oczywiście ze sporymi odstępami, by nie cisnąć niepotrzebnie na mocno ośnieżone zbocze. Zejście żlebem jest nieco łatwiejsze niż nasza droga podejściowa – śnieg zamiast lodu ułatwia stawianie kroków, więc błyskawicznie tracimy wysokość i spokojnie docieramy do schroniska.

Jeszcze wieczorne fotografowanie chmur.

I to była ta nudniejsza część dnia 😉

Siadamy do obiadu i udajemy się na zasłużoną poobiednią drzemkę. Bardzo krótką… Od jakiegoś czasu potwierdza się fakt, że rejon Kalatówek jest wyjątkowo niebezpieczny i podstępny 🙂 Około siedemnastej ciśnienie podnosi wszystkim Baca, który miał dziś dojechać i właśnie dzwoni z alarmem, że podchodził od Kuźnic i teraz nie za bardzo wie gdzie jest, a poza tym to wyszedł bez posiłku i trochę go odcina…

Spontaniczna akcja ratunkowa kończy się tym, że Wojtek wybiega tak jak stał – czyli bez telefonu, czołówki i raków, a za nim kolejne dwie ekipy wyposażone tylko w telefon 🙂 Łapią na szczęście gorącą herbatę i czekoladę dla Bacy. Po 15 minutach odbieram telefon, że w sumie to raki i czołówki by się jednak przydały, więc dziewczyny pakują mi wielki worek akcesoriów, który zarzucam na plecy. Wyglądam trochę jak Mikołaj 🙂 W progu natykam się na naszego starego przyjaciela Olafa – mocno zdziwionego moim wyposażeniem… Rzucam tylko „ja tu jeszcze wrócę”  i pędzę na odsiecz dzielnym ratownikom 🙂

Ruszam w dół nie bardzo wiedząc gdzie też podziewają się pozostałem ekipy. Wojtek zbiegł już – jak się później okazało – do Kuźnic, Dorotka rwie włosy z głowy, jedna ekipa biega nartostradą, druga ponad Kalatówkami, a Bacy nie ma… W pewnym momencie wszyscy szukają wszystkich 🙂 Tylko Radek, który podobnie jak Baca chodzi własnymi ścieżkami, pakuje się w jakąś niedźwiedzią dróżkę leśną w okolicach stoku narciarskiego i… trafia swój na swego 🙂 

W międzyczasie odnajduję wracające ekipy ratunkowe i obdarowuję je zawartością swojego worka. Ci jednak nie wiedzą jeszcze, że Baca się już odnalazł, więc ruszają ponownie w dół nartostradą. Ja zaś wracam na kwaterę, by szykować kolejną herbatkę dla powracających z akcji. Na szczęście mamy kontakt telefoniczny, więc udaje nam się ustalić, że wszyscy szczęśliwie zmierzają w kierunku schroniska 🙂 Takiej akcji Kondratowa pewnie jeszcze nie widziała 🙂 Jesteśmy znowu w komplecie i można w końcu zasiąść przy stole z Olafem i jego towarzyszką Gośką.

Baca dostaje górę czekolady i wraca do żywych 🙂

Olaf zaś wyciąga Colę. Z puszczy – jak twierdzi. Białowieskiej. Jeden łyk utwierdza nas w przekonaniu, że to wyjątkowa Cola. Nawet nie pytam ile miała procent 😉 Wypada dodać, że Olafa spotkaliśmy na jednym z naszym zlotów i od tamtej pory utrzymujemy kontakt. Wielki ukłon od ircowników, bo specjalnie dla nas przeciągnął urlop i wpadł na Kondratową, by się z nami spotkać.

Jako że obsługa schroniska pozwoliła nam posiedzieć na dole i mieliśmy jadalnię na wyłączność, miły i sympatyczny wieczór trwał prawie do dwudziestej trzeciej. W międzyczasie zdążyliśmy zaliczyć morsowanie w klapkach, które zakończyło się efektownym zjazdem na tychże, tudzież na innych częściach ciała, w efekcie czego trzeba było szukać plastrów na obtarcia 😉 Oczywiście czujne niewiasty wszystko wypatrzyły z góry przez okno…

W międzyczasie padały też co śmielsze pomysły przejścia do historii. Jednak moja propozycja, by dokonać pierwszego zimowego wejścia na Giewont w klapkach nocą – jakkolwiek wzbudziła aplauz, nie znalazła chętnych do realizacji 🙂 Sława musi poczekać.

A może by na Giewont?

Noc była piękna, księżycowa, z milionem gwiazd, ale w nocy się zasnuło i rankiem stwierdzamy, że widoczność siadła, w dodatku świeży opad zasypał wszystkie ślady z poprzedniego dnia.

Postanawiamy ruszyć w stronę Giewontu, by sprawdzić, jak wygląda sytuacja i czy są jakieś szanse podejść wyżej. Lekko prószy śnieg, temperatura jednak poniżej zera, co daje jakieś szanse na fajną wycieczkę.

Ponownie ruszamy w głąb doliny. Przedzieramy się przez świeży śnieg. Przed nami widać pojedynczy ślad – ktoś przeciera pewnie drogę i ma zapewne podobny do naszego plan. Wkrótce go spotkamy – wycofał się powyżej Piekła – rozsądek zwyciężył.

My też docieramy w okolice Piekła, wcześniej jednak Koziołek ponownie ciągnie babską część grupy w swoją stronę, bo chce pobrykać w świeżym śniegu. Siła charakteru i urok osobisty sprawiają, że kobiety nie potrafią mu odmówić. A co będzie jak dorośnie 😉

My idziemy dalej. Z trzech stron czają się ściany pełne śniegu. Czekają… A środkiem płynie lodowiec. Spiętrzone lawinisko straszy śmiałków, a sterczące seraki przypominają, że żarty się skończyły. Pierwszy raz widzę tak groźnie wyglądający żleb.

No cóż, Giewont nie jest nam pisany tym razem. Naszą uwagę przykuwa jednak całkiem zgrabna górka z lewej strony. Od razu mamy gotową nazwę – to Kondratowy Pik Ircowników – potem na mapie sprawdzamy, że to żebro nazywa się Krokiew – gdybyśmy wiedzieli, można by podjąć próbę zejścia z lądowaniem telemarkiem 🙂

Natychmiast powstaje plan zdobycia Piku Ircowników. Radek fachowo toruje drogę wzdłuż żeberka. Idzie nam całkiem dobrze, bo śnieg jest dobrze zmrożony i rzadko się w nim zapadamy. Dwadzieścia minut i jesteśmy na szczycie.

Na szczycie zakładamy biwak i wyciągamy z plecaka pieczareczki – w occie, a jakże.

Towarzyszą nam kozice. Stoją niedaleko na zboczu i ignorują silny wiatr. Zastanawiamy się głośno czy jest im zimno 🙂 

Schodząc, odkrywamy niewielki nawis śnieżny. Nadaje się świetnie na próby lawinowe 🙂 Pierwszy naciera Radek i roznosi lawinę w pył 🙂 Zostaje nam tylko przejść środkiem i sprawdzić, że śnieg jest jednak stabilny i mamy niewielką szanse zjechać w białym puchu.

Za chwilę spotykamy parę młodych wędrowców, która również podjęła próbę wyjścia na Giewont. Za naszą radą zmieniają plan i pójdą na Pik Ircowników. Giewont jest dziś zresztą skryty w chmurach i mgle i jeszcze go dzisiaj nie widzieliśmy.

My zaś odkrywamy ekipę Koziołka, który harcuje w śniegu. Dziewczyny rozbiły biwak i czekają, kiedy mu się w końcu znudzi. No to sobie poczekają 😉 Przyłączamy się do nich i już w komplecie rozkręcamy małą imprezę śnieżną. 

Piotrek robi nam szkolenie, jak się otwiera piwo rakiem 😉 Całkiem niechcący sam się chwilę wcześniej tego nauczył, wdeptując w puszkę, która chłodziła się w śniegu 🙂 Na szczęście niewiele cennego trunku uciekło w śnieg.

Zapasy zużyte, piwa brak – wracamy. Wszyscy ruszają ścieżką, tylko ja wbijam się z dziką rozkoszą w sam środek doliny i wytyczam nowy ślad na nietkniętej ludzką stopą wielkiej śnieżnej pościeli 🙂 Ale radocha! Cała Dolina Kondratowa moja 🙂

Spotykamy się ponownie pod schroniskiem i zarządzamy odpoczynek. Wpadamy na nasze łóżka zadowoleni z życia. Nie wszyscy 🙂 Z okna naszej „dwójeczki” widzimy Wojtka, który zagaduje spotkaną dziś pod Giewontem pannę. Szybka akcja i z pokoju leci do Wojtka MMS ze stosownym foto. „Ona ma chłopaka”. Mina Wojtka bezcenna.

Zapada zmierzch, skończył się krótki, zimowy dzień, a przed nami kolejny punkt planu – wyprawa na Kalatówki na szarlotkę i piwo. Schodząc mamy okazję podyskutować o szczegółach wczorajszej akcji ratowniczej i poznać zawiłości i zdradliwość tutejszej topografii 🙂 Półgodzinny spacer kończy się w kawiarence, wciągamy pyszne ciastko, gadamy, planujemy, śmiejemy się i wspominamy. Zostałem w końcu uświadomiony, jakie jest rozwinięcie często widzianego na murach skrótu – to oczywiście Chwała Wszystkich Dzielnym Policjantom 🙂

Robi się sennie, więc podrywamy się i kolejne pół godziny mija nam na podejściu na Halę Kondratową. Uff, nie zgubiliśmy się 🙂 Radek pokazuje nam, gdzie odnalazł Bacę. No w zasadzie to trudne nawigacyjnie miejsce. Co prawda stoi drogowskaz, że trzeba skręcić w ścieżkę, ale kto by tam zwraca uwagę na drogowskazy 🙂 Szczególnie po ciemku.

Przed schroniskiem zarządzam performens. Wszyscy mają biegać z czołówkami. Ma się ten posłuch. Biegają.

Znowu rozsiadamy się w jadalni, by wyciągnąć resztki zapasów. Taka tradycja. Po co znosić w plecaku jak można zjeść 😉 Zagląda do nas schroniskowy kot zwabiony zapachami. Zostaje przechwycony i chwilę tłumaczymy mu, jak ma pozować do zdjęcia. Posłuchał. A mówią, że koty są charakterne.

Przez cały wieczór telefon Bacy jak zwykle na zlotach wydaje dziwne dźwięki, a po każdym z nich dzielny Baca biegnie odbierać tajemnicze komunikaty z Centrali. Dyskretny jest chłop  – nigdy się nie przyznał dla kogo pracuje 😉

Powrót

Dzień powrotu to już stały schemat. Pobudka, pakowanie przed śniadaniem. Wchodząc do jadalni, Piotr kolejny raz zaczepia głową o framugę drzwi. Stoi chwilę nieruchomy i zdziwiony, ale nie widzę gwiazdek wirujących wokół głowy, więc chyba przeżył. Potem śniadanie, plecak na plecy i schodzimy.

Ostatni rzut oka na schronisko.

Nie śpieszymy się bardzo, w końcu to tylko godzina. Chcemy się jeszcze nacieszyć swoim towarzystwem. W Kuźnicach łapiemy busa i ostania niespodzianka zlotu – Kolibecka zamknięta – otwarcie o dwunastej. Tyle niestety nie możemy czekać. Pędzimy więc do centrum Zakopanego, gdzie się rozstajemy – ja z Piotrem idziemy do auta, reszta wbija się do regionalnej knajpki.

Tym razem nie wymigaliśmy się od kawy i siedzimy jeszcze chwilę w mieszkaniu Doroty, podziwiając Giewont za oknem, a potem jazda w drogę. Bez niespodzianek i na spokojnie docieramy na dwudziestą do domu.

A na letni coś się znowu wymyśli 🙂

Statystyki zlotowe:

28 stycznia

29 stycznia

30 stycznia

31 stycznia

I kroczki: