14 Zimowy Górski Zlot Ircowników

Każda opowieść musi mieć swój tytuł. Tegoroczna może mieć tylko jeden.

Gdzie raki zimują.

Zeszłoroczna próba rezerwacji schroniska w Pięciu Stawach nie miała szans powodzenia, skoro zabraliśmy się za nią w styczniu. Tym razem poszło lepiej – w listopadzie udało mi się ustalić skład i „klepnąć” miejsca. W zasadzie nie było zaskoczeniem, że skład w międzyczasie trochę zubożał, bo wypadki chodzą po ludziach, a i życie bywa nieprzewidywalne. Ostatecznie zostało nas ośmioro, co nawet dobrze się składało, bo mieliśmy dwie „czwórki” w schronisku na wyłączność i nikomu nie przeszkadzały nasze nocne rozmowy.

Czwartek. Ruszamy jak zwykle z małym opóźnieniem, bo niespodziewanie poduszka zaatakowała Piotra o 3 rano, co skończyło się godzinną obsuwą 🙂 Po godzinnej jeździe przygarniamy jak zwykle Basię i ruszamy na południe. Przysypiam na chwilę i budzę się zdziwiony, że jedziemy na Wrocław 🙂 Hm, coś poszło nie tak 🙂 Piotrek przeoczył zjazd na Kraków i tym sposobem mamy wycieczkę krajoznawczą: zaliczamy Częstochowę, Katowice i wreszcie Kraków 🙂 Rekompensatą jest szybka jazda samymi ekspresówkami. Dalej poszło gładko – zakopianka jest w miarę luźna, kilometry lecą. Oczywiście, aby było śmieszniej, nie mam pojęcia w którym momencie – ale przegapiamy Nowy Targ i na Łysą Polanę musimy jechać przez Poronin 🙂 Uff…. po ośmiu godzinach jazdy z ulgą parkujemy przy schronisku na Głodówce. Grasia biegnie już od dwóch godzin do schroniska w Pięciu Stawach, a my w oczekiwaniu na Lenkę napełniamy żołądki tutejszym plackiem po zbójnicku 🙂 Pycha! Do tego taaaki widok za oknem…

DSC_4284

Wreszcie dociera Lenka i możemy zacząć przygodę. Na parking na Palenicy jest kilka kilometrów, więc w parę minut docieramy na miejsce. Tu niestety przykra niespodzianka. Spotyka nas klasyczne „dojenie ceprów”. Parkingowy w brzydki sposób obwieszcza, że kasuje nas nie za 3 doby a za 4 dni. Nie będę tego komentował…

Samochód ląduje za płotem, by go czasem misie nie odwiedziły, przebieramy się, plecaki w górę i czas w drogę. Zaczynamy!

Szlak do Pięciu Stawów początkowo wiedzie asfaltem prowadzącym do Morskiego Oka. Jest czwartek, więc ruch niewielki, ale wystarczający, by podziwiać rewię mody ceperskiej, osobników z wbitym w ziemię wzrokiem i z telefonem przy uchu – a nie – niektórzy robią zdjęcia tymże telefonem 🙂 Na szczęście to tylko 5 kilometrów i już jesteśmy przy Wodogrzmotach Mickiewicza. Nic nie grzmoci, bo są zamarznięte.

Skręcamy w Dolinę Roztoki. Kilkadziesiąt metrów stromego podejścia i dalej już spokojnie idziemy w kierunku schroniska. Na jednym z odcinków szlak na chwilę ma dwa warianty – pieszy i zaopatrzeniowy – i tam udaje mi się „przeskoczyć” wszystkich, bo poszedłem letnim skrótem. Idę więc w samotności, aż w końcu docieram pod platformę zaopatrzeniową.

DSC_4290

Zakładam raki. Niestety zasięgu sieci komórkowej już dawno nie mam, więc pozostaje mi czekać na resztę ekipy. Zaraz zjawia się Basia. Ruszamy pomału, bo zaczyna się strome podejście wariantem zimowym do Doliny Pięciu Stawów. Idę trochę szybciej, ale staram się cały czas widzieć resztę grupy. Podchodzi się w miarę dobrze, ale już czuję, że w drugą stronę będzie gorzej. Na dole pojawiają się Piotr z Lenką i również ruszają w górę. Ci sobie poradzą, ale na Basię co jakiś czas czekam. Idzie spokojnie swoim tempem, od czasu do czasu machamy do siebie 🙂 Wreszcie jest wypłaszczenie i zaczynają się tyczki szlakowe, więc tu już mogę swoich towarzyszy zostawić, bo do schroniska zostało z 10 minut. Wpadam do niego, zrzucam plecak, by powitać się z Grasią, która tu rządzi już od dłuższego czasu. Pokoje, które dostaliśmy, to pokoje z przepychem. Są tak wąskie, że trzeba się przepychać 🙂

Widziałem ostatnio w internecie zabawne obrazki z informacją, że na drodze do Morskiego Oka po zmroku będzie ciemno 🙂 Nie przypuszczałem, że i mnie to spotka… 20 minut po mnie dociera spanikowana Basia i mówi że drogi nie widziała, bo „ciemno się zrobiło”. „A czołówkę masz?” „Mam” „Włączyłaś?” „Nie”. Niezbadana jest kobieca logika 🙂

Chwilę czekamy na Piotra i Lenkę. Mija trochę czasu a ich nie widać, więc ubieram się i ruszam naprzeciw. Natykam się na nich tuż za schroniskiem. Też bez czołówek…. Z kim ja pracuję 😉

Zostaje już tylko zaczekać na ostatnią grupkę pod wodzą Wojtka. Są i oni – Wojtek, Dorotka i wchodzący resztką sił Baca 🙂 Trochę go podejście sponiewierało. Dostaje szybko porcję kalorii i odżywa. Oto jesteśmy w komplecie. Wieczór spędzamy w prawie pustej jadalni schroniska przy piwku, opowieściach i zgłębianiu polsko – słowackich niuansów językowych. Zmęczenie daje znać o sobie i chociaż czuję się trochę nieswojo, włażąc w śpiwór przed 22-ą, to szybko – podobnie jak pozostali – zasypiam.

Piątek. O szóstej rano zaczyna dzwonić jakiś szalony budzik. Nikt nie reaguje… Wyglądam przez okno. Poranek jest wietrzny, mroźny, ale pogoda jeszcze znośna. Pogodynka obiecała okno pogodowe w sobotę, ale już dziś widoczność jest dobra i przed nami skrzy się w śniegu cała Dolina Pięciu Stawów. 🙂 Postanawiamy się trochę rozchodzić, wiec ruszamy rozpoznać teren. Wzdłuż Stawu Przedniego docieramy do mostka na pierwszą sesję fotograficzną. Sesja kończy się tragicznie. No tak – „klątwa Siklawy”. Mieciona porywistym wiatrem leci w kierunku przepaści a potem znika… moja osłona obiektywu 🙂 Od wakacji gubiłem ją regularnie, bo wskutek zderzenia z rowerem pękło mocowanie i powstał luz – więc ledwo się trzymała… I tym sposobem coś tam po sobie pozostawiłem w górach 😉 

DSC_4322

Ruszamy dalej. Wieje całkiem mocno, żeby nie powiedzieć – dech zatyka. Dzielnie zdobywamy jednak kolejne metry. Docieramy to pierwszego dziś słupka szlakowego. A w zasadzie jego czubka 🙂 Na nowych ircownikach robi to wrażenie 🙂 Gorączka szczytowa powoduje, że są osobniki, które próbują dosiąść słupka 🙂

Tak, właśnie tu zimują raki. 

DSC_4331

Ruszamy dalej w głąb Doliny. Warunki niestety dalej wietrzne. Mija nas kilka ekip, zawiedzionych, że nikt przed nimi nie przeciera szlaku 😉 Część grup odbija na Kozi Wierch. Widać jednak gołym okiem, że dziś walka będzie skazana na niepowodzenie. My też w okolicy kolejnego słupka rezygnujemy z dalszej wędrówki i postanawiamy rozbić biwak. Chwilę szukamy odpowiedniego, osłoniętego miejsca. Jest… wiatka. No tak, ale jak do niej wejść? Spod śniegu wystaje jedynie czubek dachu 🙂

DSC_4360

Niestety – nie da się biwakować zbyt długo. Lodowaty wiatr wyciaga z nas ciepło i decydujemy się na powrót. Przeszliśmy zaledwie w okolice rozstaju szlaku na Kozi Wierch i Zawrat, co i tak jest sukcesem. Za chwilę spotykamy wracających z nieudanego podejścia na Kozi Wierch. Dziś wszyscy wracają.

DSC_4370

Docieramy do schroniska, zjadamy trochę zapasów i w większości wpadamy w drzemkę poobiednią 🙂 

DSC_4398

Teraz czas na realizację planu związanego z odkrytym po drodze igloo 🙂 Chociaż bardziej przypomina ono wulkan, bo jest u góry odkryte 🙂 Pomalutku się ściemnia, więc postanawiamy ruszyć czarnym szlakiem podejściowym na obadanie przyczyn wczorajszych problemów z orientacją 🙂 Opadu nie ma, ślady nie są zasypane, jednak w zapadającym zmroku ścieżka jest faktycznie słabo widoczna. Tyczki też. Jednak włączenie czołówek ukazuje autostradę prosto do schroniska 🙂 Robimy kilka prób hamowania czekanem na stoku i decydujemy się na powrót.

Zapadła noc, zaczyna lekko prószyć. Płatki śniegu wirują w świetle czołówki, więc wczuwam się w nastrój chwili i samotnie wyruszam ponownie w głąb Doliny. Wiatru prawie nie ma, wszędzie biel śniegu i ta cisza… Idzie się rewelacyjne.

Idealne miejsce i czas na wyciszenie. Siadam na dłuższą chwilę na mostku, gaszę światło.

Ciekawe czy niedźwiedzie śpią? 🙂

Szkoda wracać, ale w końcu podnoszę się i wracam do schroniska, by przyłączyć się do pozostałych, którzy już okupują stolik w jadalni. Trwają kolejne szkolenia językowe. Lenka dowiaduje się, że „persona non grata” to „facet bez mebli”, a srogość to taki gość co… hm 😉 Tematem rozważań staje się też burak inaczej carpacio 🙂 Rysiek dokonuje odkrycia: „ze wszystkich przyrządów do herbaty mam tylko gębę”.

Pogaduchy trwają do 22 i będzie to nasz ostatni wieczór w prawie pustej jadalni. Jutro wszystko się tu zmieni. Póki co szykujemy się na zapowiadane sobotnie „okno pogodowe”.

Sobota. O szóstej znowu dzwonią budziki. Złe budziki 🙂 Śmierć budzikom! Zerkam przez okno, a tu… zadymka! A gdzie okno pogodowe?? Pomału wszyscy złażą z łóżek i szykujemy się na wyprawę. Dziś ma paść Zawrat. W teorii, bo w praktyce….docieramy niewiele dalej niż wczoraj. Dziś do wietrznych warunków doszła śnieżyca, a świeży opad śniegu w połączeniu z wiatrem daje natychmiast znikające za nami ślady.

DSC_4432

Ubrani cieplutko nie poddajemy się. Już obok schroniska okazuje się, że wczorajsze ścieżki zniknęły. Nacieram pierwszy i przechodzę do historii – wytyczam nową drogę na mostek 🙂 Zamiast przez garbik robię mały łuk wokół, co i tak kończy się tam gdzie planowaliśmy… Margines błędu zachowałem 🙂 Może kiedyś na mapach pojawi się „obejście Wiesia”.

DSC_4441

Wbijamy się nieco wyżej. Wiatr jest dziś trochę lżejszy, ale wieje prosto w twarze. Docieramy do pierwszego słupka. Napis „Zawrat” został zasypany. Przecieranie idzie ciężko, bo przysłowiowe „3 centymetry” (wymyślone na szybko przysłowie mego autorstwa, by poderwać ludzi do boju) to w rzeczywistości nawet 15 centymetrów świeżo nawianego śniegu. Połowa ekipy twierdzi, że nie czują się na siłach i „wrócą po śladach”. Jakich śladach? Po tych już dawno zostało wspomnienie… No cóż, rozsądek mówi, że trzeba odpuścić, więc ruszamy w komplecie w drogę powrotną. Przez chwilę prowadzi Basia, ale jak to kobieta – zwodzi nas na manowce 😉

Po przejściu przez mostek pogoda zaczyna się klarować. Od razu wstępuję w nas duch bojowy i zdobywamy „niewybitny” szczyt obok mostka, czyli kilkunastometrowe na oko wzgórze 🙂 Miał być szczyt i jest szczyt! Z uczuciem triumfu wyciągam pieczarki. No i wtopa – pieczarki okazują się w sosie własnym a nie w occie. Co za niedopatrzenie…

DSC_4457

Jest oczywiście zdjęcie szczytowe, a pogoda coraz lepsza…

Przed dwunastą wpadamy przed schronisko.

DSC_4468

Tu ci, co najbardziej zmarzli, decydują się pozostać w schronisku. Pozostali się dopiero rozkręcają. Ruszamy – trochę bez celu – na drogę zejściową. Pogoda wyklarowała się już zupełnie, widoki piękne. Wpada nam w oko kolejne wzgórze. Wystarczyło jedno spojrzenie i już wiemy co robić. Bez zbędnego oblężenia, w stylu alpejskim zdobywamy kolejny szczyt. Nawet poręczować nie musieliśmy 🙂 A tu odsłania się przed nami cała Dolina Pięciu Stawów. Latem zapewne nie wolno tu wchodzić, więc mamy – można rzec – widok jedyny w swoim rodzaju. W dole schronisko, dalej zasypane śniegiem tafle jezior a dookoła skalne ściany: z jednej strony Orla Perć, z drugiej Miedziane. Uznajemy, że jest to pierwsze wejście na szczyt i mamy prawo go nazwać. Jednogłośnie zostaje ochrzczony jako Pik Ircowników. Rysio zwykł w takich wypadkach mieć różne alternatywy, więc dodaje, że gdybyśmy tu zginęli, to szczyt zapewne nazwano by „Pościel Ircowników”.

DSC_4500

Kolejne pół godziny urwane, ale mamy jeszcze pół tak pięknego dnia. Z Piku Ircowników rzuca nam się w oczy dopiero co wydeptana ścieżka na Szpiglasową Przełącz. Strzał adrenaliny, świecące oczy i już mamy cel. Wpadam na chwilę do schroniska uzupełnić plecak w jadalne drobiazgi, bo szkoda czasu na dłuższe siedzenie.

O trzynastej rusza nasza czteroosobowa wyprawa. Pozostali zostają w schronisku, które zaczyna się zapełniać w zaskakującym stopniu.

Ze pewną nieśmiałością wchodzimy na jezioro. Pomni wydarzeń z poprzedniego zlotu w „piątce”, kroczymy najkrótszą drogą w kierunku ćwiczących poszukiwania ludzi pod śniegiem. Na tafli leży z pół metra śniegu, którego zlodowaciała powierzchnia pęka co jakiś czas pod naszym ciężarem, więc idzie się ciężko. Tym razem jednak bez niespodzianek w postaci zebranej pod śniegiem wody docieramy na drugi brzeg.

Grasia niesie tylko aparat, Wojtek termos i czekoladki 🙂 I dwa czekany, bo mu się nie chciało odpinać jednego od plecaka. Dodatkowy czekan przyda się na zejściu, o czym się wkrótce przekonamy.

DSC_4554

Nasze okno pogodowe rozkwita w pełne krasie!

Zdobywamy kolejne moreny, robiąc krótkie przerwy, wychodzimy nad kosówkę, wkraczamy w skały. Oto nasza nagroda. Błękitne niebo, jakieś obłoczki, prawie nie wieje, dobrze trzymający, związany śnieg i wyraźny, przetarty szlak. Pomysł obejrzenia przełęczy z dołu zaczyna przekształcać się w myśl o jej zdobyciu. Schodzący z góry przekazują informację, że w żlebie są wyraźne stopnie, brak luźnego śniegu i wejście i zejście będzie w miarę łatwe.

DSC_4574

Ani się obejrzeliśmy i jesteśmy pod przełęczą. Teraz czeka nas 50-metrowe podejście śnieżnym polem. Ślad wiedzie na wprost bez żadnych zakosów, idziemy zrobionymi przez poprzedników stopniami, obok widać wyślizgane przez schodzących, a raczej zjeżdżających na swoim czterech literach – rynny lodowe. Stok stopniowo nabiera stromości i pod skałami ma pewnie z 60 stopni.

DSC_4586

Docieramy tam bezpiecznie i w komplecie. Teraz czeka nas lodowo-śnieżna rynna. Łańcuchy leżą głęboko pod śniegiem, a my wyraźnymi stopniami, pomału wychodzimy kolejne 30 metrów w górę na skalną ścieżkę. Tu łańcuch wisi na ścianie, ale tak naprawdę nie jest potrzebny, o ile kogoś nie przeraża widok 100 metrowej dziury tuż obok 🙂

Jeszcze jeden zakręt i jest! Stajemy na przełęczy!

DSC_4599

Widok oczarowuje. Stoimy na wysokości prawie równej Zawratowi. Z jednej strony u stóp cała Dolina Pięciu Stawów Polskich, z drugiej Dolina Rybiego Potoku. Na wprost gdzieś pod śniegiem najsłynniejsze górskie jezioro – Morskie Oko. Poniżej widać niedużą skałę – to Mnich. Zupełnie inaczej wygląda z perspektywy Morskiego Oka. Widać Rysy, całe pasmo Mięguszowieckich. Wieje lekki wiaterek, jest też trochę ludzi. Mamy dobry czas, ale nie rozsiadamy się na dłużej, bo weszliśmy trochę późno i nie chcemy schodzić po ciemku. 

DSC_4607

Po 15 minutach ruszamy ostrożnie w dół. Pierwsze metry do żlebu to spacerek, dalej jednak trzeba maksymalnie się skupić. Kije lądują w plecaku, teraz czekan w dłoń, sprawdzenie raków i zaczynamy zejście. 

„Shrek nie patrz w dół”. Schodzimy tyłem. Czekan w lód, sprawdzenie czy trzyma, szukanie stopnia poniżej i krok w dół. Piętnaście minut i problem z głowy 🙂

Teraz kolejny odcinek – śnieżne pole. Jest w cieniu, więc przymarzło. Tą samą metodą, pojedynczo, w dużych odstępach tracimy kolejne 50 metrów. Na dupozjazd nikt jakoś nie ma ochoty. Raz, że jesteśmy w rakach, dwa – a co jak się nie zatrzymamy 🙂

Kluczowe trudności za nami. Znowu kije w dłoń i bez pośpiechu idziemy w dół, podziwiając przedstawienie, jakie zgotowała nam natura. Wieczór ogarnia dolinę, pojawiają się długie cienie, część stoków błyszczy bielą, w oddali niebo zmienia barwy na bardziej kolorowe.

DSC_4666

Do schroniska docieramy przed zmrokiem. Już z daleka widzimy spacerującą Dorotkę, z drugiej strony nadciąga Baca. Pozostałe niewiasty zarzucają sieć wdzięków na bywalców schroniska i siedzą w jadalni wśród tłumu, który się tam pojawił podczas naszej nieobecności. Rządzi tam niepodzielnie „Krzysztof z telewizji”, jednak nasze dzielne koleżanki są odporne na próby poderwania 🙂

Tego wieczoru integrujemy się w pokoju, bo do jadalni – jak mówi stare powiedzenie – „gdyby nie kobiety, nie byłoby gdzie palca włożyć” 🙂 Jest weekend – przyszło sporo turystów, do tego kurs lawinowy. Ludzie śpią wszędzie – zajęte są podłogi, korytarze, parapety, ławy, a nawet podłoga w kuchni turystycznej.

Wyciągamy wszystkie smakowitości, których nie mamy ochoty nieść w dół. Jest smalczyk, suszona wołowina, kabanosy. Zapada też podjęta kolektywnie historyczna decyzja, że może czas zamienić szarlotkę inny trunek zlotowy… Zostaje przyjęta przez aklamację 🙂

Po tradycyjnym wieczorze integracyjnym my też padamy. Trochę nas ta dzisiejsza wycieczka zmęczyła.

 

Wersje trochę obrobione z zacięciem artystycznym:

Niedziela. Daleka droga przed nami. Nic dziwnego, że rano mocno się sprężamy. O siódmej wszyscy się zrywają i pakują. Śniadanie oczywiście zjadamy w pokoju, kawy nie będzie, bo automat do wrzątku nie działa, a kuchnia czynna jest od ósmej.

Pierwszy rusza w dół Wojtek, bo ma jeszcze na dziś plany biegowe w Zakopanem. Taki twardziel. My spokojnie wyruszamy przed ósmą.

Czeka nas trudne zejście po stromym stoku. Staram się wyszukać optymalną trasę, pracowicie dziobię rakami stopnie, wspierając się na kijach. Zejście trwa ponad godzinę. Szybciej się nie da. Za mną w sporych odstępach idą pozostali.

DSC_4676

Będąc już prawie na dole, natykam się na siedzącą w kosówce parę – to Krzysztof i Ania, poznani dzień wcześniej w schronisku. Hitem w ich wykonaniu były oświadczyny na środku stawu 🙂 Dziś jednak nastrój prysł – Krzysztof schodząc wykręcił nogę w kostce i niestety nie jest w stanie się poruszać. Mają jedną folię NRC na dwoje, więc szybko wyciągam swoją. Okazuje się że TOPR już wezwał… Wojtek 🙂 Czekam przy nich aż do przyjazdu ratowników.

DSC_4679

W międzyczasie z góry nadciągają moi towarzysze wędrówki. Puszczam ich przodem, a gdy ratownik fachowo zajmuje się nogą Krzyśka, dołączam do reszty czekającej przy platformie. Tam rozbijamy się na dwie grupy. Chwila pożegnania i ruszam z Piotrem, Lenką i Basią w kierunku parkingu. Za nami pozostaje Baca z Grasią i Dorotką. Oni wyjeżdżają po południu, więc nie muszą się śpieszyć.

DSC_4683

My zaś, szybkim tempem docieramy do Palenicy. Przepakowanie, zakupy i w drogę. W Krakowie opuszcza nas Lenka a pozostała trójka bez przeszkód dociera na 21 do domu 🙂

Latem sprawdzimy, gdzie raki pływają 🙂

Statystka:

 

 

 

 

 

 

 

13 Zimowy Zlot Ircowników

„Gdzie jest mój telefon?” – to pytanie słyszeliśmy na tegorocznym zimowym zlocie najczęściej 🙂 Wróćmy jednak na początek historii..

Organizacja przebiegała jak zwykle, czyli standardowe maile zapowiadające moc atrakcji, ustalanie wspólnego terminu, docieranie składu i utworzenie wydarzenia w Facebook’u… i tu się zaczęło. Zakładając jak zwykle nocny dojazd wklepałem nieopatrznie 24 luty jako datę początkowa. Co zostało odebrane jak dodatkowy dzień zlotowy i znaleźli się tacy co byli gotowi jechać dzień wcześniej 🙂 Całe szczęście, że są telefony 🙂 Ufff… wyjaśniamy szybko nieporozumienie, wysłuchuję przy okazji kilka uwag jako organizator i przyjmuję je głęboko do siebie na przyszłość 🙂

25 luty – zlot czas zacząć

Ruszamy świtem z niedużym opóźnieniem, bo Piotr standardowo zbyt długo szuka grzebienia 🙂 Zgarniamy po drodze jeszcze jedną zlotowiczkę i jedziemy spokojnie na Zakopane. Pozostali uczestnicy zlotu w osobach Wojtka i Doroty docierają jako pierwsi, zaraz po nich dociera Grasia swoim bolidem i czekają już tylko na nas. Oczywiście w naszej ulubionej Kolibecce. Dołączamy do nich po około pół godzinie i już w komplecie zamawiamy wielkie michy strawy drwala. Które zresztą kończymy z wielkim trudem, bo czego jak czego – ale jadła w Kolibecce nie żałują 🙂 Niespodziewanie pojawia się pewien sympatyczny góral, ale o nim jeszcze będzie dalej 🙂

DSC_6712_D1  Czas przemieścić się na Siwą Polanę. Pierwotny plan przewidywał zlot w Pięciu Stawach, ale zbyt późno ustaliliśmy szczegóły, by udało się tam zarezerwować cokolwiek, więc korekta planu skończyła się decyzją o organizacji zlotu na Chochołowskiej. Dolina jaka jest każdy wie 🙂 Długa, nudna i trzeba ją jak najszybciej mieć za sobą 🙂 Wyruszamy po szesnastej, mijamy kolejne odchodzące w bok szlaki, lawin nie widać, za to śniegu coraz więcej, ośnieżone świerki prezentują się bardzo ładnie. Mija nas jakiś kulig, na jednych z sań rodzice tłumaczą swojemu dziecku „popatrz, tak wyglądają prawdziwi wędrowcy!”. Poczułem się jak eksponat w muzeum 😉

Zerkamy na Ścieżkę nad Reglami. Zamknięta, zawalona drzewami. Kolejne odnogi na Przełęcz Iwaniacką, na Trzydniowiański i wreszcie Polana Chochołowska. Zapadł zmrok, włączamy czołówki, spomiędzy drzew widać już światła schroniska. Ale trzeba jeszcze przejść Polanę, a po pokonaniu prawie dziewięciu kilometrów z ciężkim plecakiem to i strawa drwala zostaje skutecznie zamienia na energię.

Wreszcie jest! Taszczymy nasze ciężary na piętro do „czternastki”, a tu czeka na nas Lenka 🙂 Jest zmordowana, bo przyjechała dzień wcześniej i za radą Wojtka nocowała w schronisku na Ornaku, a w ciągu dnia miała przejść przez Przełęcz Iwaniacką do Doliny Chochołowskiej. Nie przewidzieliśmy jednego – na przełęczy spotkała jakąś grupkę, z którą zabrała się na Ornak. Nie dość że podejście jest tam wyjątkowo ciężkie, to jeszcze trafili na potężną ilość śniegu i do tego wiatr, który zwalał z nóg. Całość przeprawiona gęstą mgłą… Szczęśliwie udało im się zejść ze szczytu na przełęcz, ale siły zostały znacznie uszczuplone.

Oczywiście wielka radość ze spotkania, powitania i uściski i nareszcie jesteśmy w komplecie. Zgodnie z planem, Lenka ma wyjść z nami na jedną wycieczkę kolejnego dnia, bo sprawy rodzinne ciągną ją na weekend na Słowację.

„Duch puszczy” krąży na powitanie, po czym biegniemy na piwo do jadalni, by zdążyć przed zamknięciem o dwudziestej. Potem rozsiadamy się na łóżkach i nadrabiamy zaległości w pogaduchach. Basia jak zwykle jęczy bo wpadła w fachowe łapki Piotra 🙂 Lenka opowiada o swoich studiach, pracy, dodatkowych zajęciach, planach życiowych. Robi to jak zwykle swoją świetną polszczyzną, która czasem jednak rozbawia nas do łez 🙂 Rozmawiamy między innymi o bieliźnie termicznej a nasza słowacka koleżanka włącza się po swojemu do dyskusji i ze śmiertelną powagą mówi, że „teraz mam biust sportowy ale mam też biust normalny” 😀 Ubaw mamy po pachy.

Udaje nam się w końcu rozpakować, wyciągamy „małe co nieco” i zajmujemy schody, by pozwolić spać pozostałym mieszkańcom pokoju. I prowadzimy długie wieczorne rozmowy. Nasza obecność co rusz przyciąga barwnych przechodniów. Grasia najpierw prawie jak Lewandowski podkręca w locie stojącą na podłodze szklankę, ale potem jest już lepiej bo rzuca swój osobisty urok na właściciela szklanki – fotografa z Tychów. Na drugi dzień twierdzi, że nie wie o czym mówimy 😉

Integrujemy się prawie do północy. Tak to się zawsze kończy, jak się długo nie widzimy… Z wyjątkiem Grasi: wraca do pokoju o piątej rano 🙂

26 luty – Grześ

DSC_6715_d2  O ile wieczorem było pochmurno, to rano nastrój poprawia nam słoneczna pogoda! Zjadamy śniadanie, pakujemy niezbędny na dzisiejszą wyprawę ekwipunek, zapas jedzenia i w miarę sprawnie stawiamy się w komplecie przed schroniskiem. Lenka decyduje, że jednak nie wyjdzie… buty ma przemoczone po wczorajszej wyprawie i nadal odczuwa jej skutki. „Chyba przesadziłam” tłumaczy wszystko… Pozostanie jej zejść samotnie na Siwą Polanę, jednak nieoczekiwanie będzie miała towarzystwo.

Mamy problem z rakami Basi, a właściwie to ona ma… but za mały albo raki za duże 😉 Tak czy inaczej okazuje się, że posiadaczka stópki rozmiar 37 po zapięciu raków stwierdza, że but dalej ma spory luz. Próby dopasowania kończą się niepowodzeniem, skracamy maksymalnie mechanizm regulacji a i tak nic to nie daje. Niepocieszona i w sumie zła Basia podejmuje decyzję o pozostaniu w schronisku i odprowadzeniu Lenki na Siwą Polanę. Trochę też jestem zły na siebie, bo wiedziałem o zakupie raków od dawna i nie przyszło mi do głowy doradzić, żeby spróbowała je przymierzyć do butów. Teraz niestety jest za późno na kombinowanie. Część grupy już ruszyła, Piotr jeszcze chwilę walczy, ale w końcu tez rusza za pozostałymi. Basia tego dnia nie będzie wspominać dobrze, ale nie da się przewidzieć wszystkiego 🙁 Życie…

DSC_6735_d2  My tymczasem zdobywamy metry w kierunku przełęczy Bobrowieckiej. Pod przełęczą ustalamy, że zajrzymy na nią w drodze powrotnej, teraz napieramy dalej w górę. Pomiędzy drzewami odsłania się widok na Polanę Chochołowską, w oddali pręży się Kominiarski Wierch. Pogoda wyraźnie sprzyja, jest mróz, trochę wysokich chmur, doskonała widoczność. Jeszcze jeden zakręt, ostatnia prosta i wychodzę z lasu. Jak to zwykle po dłuższej przerwie – zgromadzona energia gdzieś musi ujść – więc biegnę pierwszy i szybko pojawiam się na zboczu Grzesia na małej przełączce tuż pod szczytem. Leciutki wiatr powoduje, że chowam się za kosówką i postanawiam poczekać na resztę. Cała piątka pojawia się dość szybko i już w komplecie wkraczamy na szczyt. Pierwszy szczyt zlotowy 🙂 Oczywiście pojawia się zaraz słoik pieczarek, które Piotr pracowicie wyławia, a pozostali metodą wessania lub łapania w palce konsumują 🙂

Panorama1

Oglądam nasze letnie zejście w kierunki Zverovki. To tędy rok wcześniej Lenka wróciła do domu. Marnie to wygląda – nieprzetarte, głęboki śnieg – bez wsparcia kolegów ciężko byłoby jej zejść. Chyba o tym wiedziała, decydując się na powrót „drogą normalną”, czyli przez Siwą Polanę.

Panorama2

DSC_6799_d2  Na szczycie jest parę osób – zamieniamy kilka słów na temat planów, robimy pamiątkowe zdjęcia i chwilę zastanawiamy się nad decyzją, czy iść na Wołowca. Ten właśnie schował się w chmurze – ogólnie warunki nieco  się pogorszyły, od słowackiej strony nadciągnęła chmura, trochę wieje. Przeważa argument, że jest już trochę późno, a w obecnych warunkach potrzeba sporo  godzin na dojście do celu, więc po półgodzinnej okupacji szczytu zarządzamy zejście do schroniska. Oczywiście z planem biwakowania na Przełęczy Bobrowieckiej. Jak to zwykle bywa – schodzi się bardzo szybko. Dochodzimy do lasu, wspominając widok Babiej Góry sprzed wielu lat – teraz jednak widoczność jest za słaba i powtórki nie będzie. Prosta w dół, zakręt i już jestem przy odejściu na przełęcz. Stąd już tylko 5 minut i meldujemy się naszą grupką na polanie. Pora na dłuższy biwak. Miejsce jest piękne, cisza i spokój. Plecaki na śnieg, wyciągamy herbatkę, czekoladę. Pora na ostatnia prostą. Do schroniska mamy pół godziny, jest jeszcze widno, więc pośpiechu nie ma. Wykorzystujemy okazję i gadamy z Wojtkiem o naszych planach, pracy, pasjach, pomysłach na przyszłość.

DSC_6884_d2  Zmęczeni i głodni wpadamy do schroniska. Pędem lecę na górę zrzucić z siebie cały ekwipunek i mijam po drodze Piotra, które mina wyraża wielkie zdziwienie i zaskoczenie, żeby nie powiedzieć że jest w szoku… Słyszę tylko, że ktoś czeka w jadalni… Tak, wiem że ktoś czeka, ale nie wszyscy o tym wiedzieli 🙂

Tu wypada zrobić dygresję o Bacy. Nasz stary zlotowy druh i towarzysz w tym roku miał niestety gorszy okres w życiu. Brak pracy, schorowani rodzice, gorsza kondycja złożyły się na to, że w tym stanie ducha i ciała nie nadawał się zlot. Na szczęście walka o powrót Bacy do zdrowia trwa!

Teraz jednak prawie jak w historii o Helenie Trojańskiej (w roli Heleny Baca), najlepsza przyjaciółka Bacy i powierniczka jego sekretów postanowiła sprawdzić, kogo też Baca na płocie zobaczył 🙂 Tak więc wchodząc do naszego pokoju wpadłem prosto na …. Amelię 🙂 Oczywiście z nieodłączną Donatą i obstawą, na widok której musiałem zadzierać głowę w górę 🙂 Nie byli to na szczęście goście z łańcuchami na szyi a dorodne córki Donaty – siatkarki, jak się okazało 🙂 W zasadzie to Amelia chciała spotkać Lenkę, ale się rozminęły, więc pozostało jej męczyć się z nami 😉 Na szczęście nie było tak źle. Amelia miała długą przerwę, jeśli chodzi o zloty i chyba po prostu zaczęło jej się „cknić” za ircownikami, stąd jej przybycie, a przy okazji też pojawiła się możliwość wyprostowania paru nieporozumień 😉

Jako że dziewczyny dopiero co przyszły do schroniska, a był jeszcze czas na spacer, wysyłam je prędko na Przełęcz Bobrowiecką. Będzie chwila spokoju 😉 Schodzimy na obiad i zasłużone piwko do jadalni. Zamawiam „wyprażany ser”, ale to jednak nie to co na Słowacji…

Dziewczyny wracają nadspodziewanie szybko, więc wracamy do pokoju pogadać.

Na dobry początek pojawił się „wątek łóżkowy”. W trakcie naszych pierwszych rozmów w pokoju pojawił się pan…. „Oooo Dżepetto – zakrzyknęła Amelia”. Dżepetto na to dziarskim rokiem maszeruje w kierunku łóżka Amelii i wygodnie się rozsiada.  No może niezupełnie tak było, ale pan, który zamieszkał z nami w pokoju już do końca zlotu został „Dżepettem” i łóżka swego nie opuścił 🙂 Problem jednak pozostał, bo okazało się, że nieświadomie Amelia zajęła panu łóżko pod jego nieobecność 🙂 Na szczęście po krótkich negocjacjach udało się go rozwiązać. Niekoniecznie po myśli Amelii, bo ostatecznie spała obok Dżepetta, ale rano twierdziła, że „było spokojnie i pan się nie ruszał” 🙂 Dodajmy – starszy pan 🙂 Rozmowny staruszek opowiedział nam swoja historię fascynacji górami: „aaa późno zacząłem, chodzę 5 lat, a zacząłem w wieku 61 lat”. Da się? Da się!

No to czas na kolejne piwko – wracamy do jadalni. Amelia przedstawia swoją wersję historii (patrz: Helena Trojańska z Bacą w roli Heleny), a potem zgodnie z moim przewidywaniem krew się polała 🙂 Trzeba uważać, jak się opowieść ilustruje rękami 😉

DSC_6908_d2  Leżące w pobliżu aparaty fotograficzne oczywiście inspirują cała ekipę i każdy odkrywa w sobie talent portrecisty. Niestety o dwudziestej miła pani z baru obwieszcza, że lokal zostaje zamknięty. Przemieszczamy się więc na korytarz. Za chwilę przyłącza się do nas para poszukująca kogoś z recepcji, bo przyszli przed chwilą i nie mają się gdzie podziać. Impreza się rozrasta. Nagle wpada z „zieloną torbą” nasz „góral z Kolibecki” – Mirek i obwieszcza, że jest solenizantem. W torbie ma pierniczki i „imieninowe wzmacniacze smaku pierników”. Krąg się poszerza, coraz więcej ludzi spontanicznie się przyłącza, coraz więcej schodów jest zajętych. Ogólne szaleństwo, tłumy w górę, tłumy w dół. Pojawiają się kluczowe trudności w przejściu klatką schodową, więc formujemy „skrzyżowanie szlaków” i kierujemy ruchem: na Rysy na lewo, na Mont Blanc na prawo 😉

Niestety, chyba jest zbyt głośno, o co nietrudno przy takiej liczbie ludzi i zostajemy przegonieni do salki piętro niżej. Szkoda, że drzwi pożarowe nie są jednocześnie dźwiękochłonne… Tu już nikomu nie przeszkadzamy, za to zaczynają znikać telefony. „Gdzie jest mój telefon?” Tak – właśnie o tym jest wstęp 🙂 Ciekawe zjawisko – rano odnajdują się w łóżkach właścicieli 🙂

Z czasem pojawiają się zajęcia w podgrupach: łojanci skalni, skiturowcy, fotografowie mają milion tematów do przedyskutowania 🙂 Pierniczki znikają, a po północy również my 🙂 Na takich imieninach jeszcze nie byłem 🙂

27 luty – Trzydniowiański

DSC_6943_d3  Ranek… jest cudny. Pogoda jak marzenie. Lekki mróz, brak wiatru, błękitne niebo, biel szczytów. Nic dziwnego, że ekspresem jesteśmy gotowi do wymarszu. Cel na dziś – Trzydniowiański. Do serii tradycyjnych pytań zlotowych dochodzi „Gdzie są moje kije?” 😉

Najpierw jednak żegnamy Amelię i Donatę, które dziś już wracają. Oczywiście z życzeniem zobaczenia się na zlocie letnim. Dorotka czuje się trochę zmęczone i decyduje się na samotny rajd Doliną Chochołowską po oscypki. Potem okaże się, że zagnało ją aż na Przełęcz Iwaniacką 🙂 Za co Wojtek pogroził jej paluszkiem 🙂 Dorotka broni się dzielnie: „Co to za zlot bez Iwaniackiej?”

DSC_6960_d3  Aby dodać otuchy Basi i zrehabilitować się ruszamy kolektywnie w trasę bez raków. Tylko Basia  w rakach Piotra 🙂 Początek to jak zwykle przejście przez Polanę w dół Doliny, aż do odejścia czerwonego szlaku. Tam najpierw około pół kilometra idziemy lasem, potem się zaczyna… ostatnie podejście tutaj kilka lat temu musieliśmy ze względu na ilość śniegu wykonać przez zbocze poza szlakiem, by nie wchodzić w schodzący w dół żleb. Tym razem przedeptane jest normalnie, co nie znaczy że będzie lżej. Na krótkim odcinku zdobywamy błyskawicznie wysokość, co okupione jest sporym wysiłkiem. Nachylenie stoku sięga miejscami 45-50 stopni, latem szlak idzie zygzakiem, teraz jednak jest pod śniegiem a wydeptany ślad prowadzi wprost pod górę. Mija dobra godzina, nim udaje nam się dotrzeć do pierwszego wypłaszczenia. Brak raków przy podejściu za bardzo nie przeszkadza, ale już na zejście będą obowiązkowe.

DSC_7001_d3  Las stopniowo rzednie, za to widoki coraz szersze. Tatry fantastycznie lśnią w słońcu na tle intensywnie niebieskiego nieba. Do tego brak wiatru – tak dobrych warunków już dawno nie mieliśmy. Przechodzimy długim grzbietem, zbliżając się do naszego celu – Trzydniowańskiego Wierchu. Ostatnie kilka czujnych metrów i już można świętować sukces! Jesteśmy w komplecie.

Panorama1

DSC_7028_d3  Widok jest oszałamiający. Umiejscowienie szczytu sprawia, że jesteśmy w „sercu Tatr”. Jest Kominiarski, Bobrowiec, w oddali Osobita, na horyzoncie pojawia się Babia Góra, dalej cała grań od Grzesia, przez Rakoń, Wołowiec, Łopatę po Jarząbczy. Za nimi widać Rohacze, kawałek Barańca. Z Jarząbczego grań ciągnie się dalej do Kończystego, na którego mamy chęć, bo znaki mówią że to tylko 55 minut. Z lewej mamy Ornak, dalej widać kawałek Czerwonych Wierchów, a jeszcze dalej Tatry Wysokie. Raj dla fotografów górskich panoram 🙂

 

Panorama2

DSC_7090_d3  Otwieramy kolejny słoik pieczarek 🙂 Herbatka, kanapki, jeszcze tylko zakładamy raki  i już gotowi do drogi. Ustalamy, że mamy czas a warunki są świetne – więc Kończysty powinien paść. Po dwudziestu minutach jesteśmy pod Czubikiem. Tu pojawia się mały problem. Jest pewnie około 1900 metrów npm, więc i zbocza, mimo małej ilości śniegu – wysmagane wiatrem i zlodowaciałe. Piotr ma ostre parcie w górę, ale że oddał swoje raki Basi, stanowczo perswadujemy mu pomysł dalszej wspinaczki. Idzie się tu dość czujnie, na zębach raków, więc żarty się skończyły. Kolejne ekipy też maja ten sam problem. Decydujemy się na odwrót. Było blisko… ale bezpieczeństwo ważniejsze. W okolicach Kończystego czuć było też lekki podmuch, a niebo pokryły smugi drobnych chmur, więc tym bardziej była to jedyna słuszna decyzja. Wracamy w okolice Trzydniowiańskiego i decydujemy się schodzić w drugą stronę – czerwonym szlakiem ostro w dół w stronę Doliny Jarząbczej. W warunkach większego opadu pewnie tędy nikt nie chodzi, ale teraz zbocze jest mocno przewiane i miejscami widać nawet trawę. Szybko tracimy wysokość, docieramy do kosówek. Szlak jest ładny, ale podchodzenie nim musi być mordercze. Dziś wszyscy tędy schodzą – mijamy po drodze kilka grup – albo oni nas 🙂

DSC_7147_d3  Docieramy do lasu. Piotr nie byłby sobą, gdyby nie skorzystał z okazji do dupozjazdu piękną śnieżną rynną pomiędzy drzewami. My niestety w rakach się tego nie podejmujemy 🙂 Nareszcie dno doliny. Nasz szlak łączy się teraz ze szlakiem papieskim. Rozciągamy się, każdy idzie własnym tempem. Idę sam – jest czas na kontemplowanie przyrody, rozmyślania. Po godzinie marszu jestem w Dolinie Chochołowskiej, skąd mam 5 minut do schroniska.

Zrzucam plecak i czas na zasłużone piwko. Na początek jednak zupka gulaszowa, po której stwierdzam, że tak się najadłem, że drugie danie mogę sobie odpuścić. Za to szarlotki z jagodami już nie 🙂

Dziś jest spokojnie, każdy zmęczony po wycieczce. Wracamy na górę z postanowieniem przejrzenia zapasów celem ich „wyzerowania” 😉 Odkrywam gdzieś na dnie torby smalec z mięsem i cebulą! To jest dopiero strzał! Słoik zostaje pochłonięty nie wiadomo kiedy. Tylko mój błyskawiczny refleks ratuje resztki dla Grasi, która akurat wybrała się pod prysznic 🙂

Wyciągamy z toreb wszystko, co nadaje się do zjedzenia, a nie mamy chęci tego znosić na dół. Uczta pożegnalna kończy się szerokim ziewaniem, po którym ładuję się w śpiwór i odpływam 🙂

28 luty – powrót

DSC_7166_D4  Już o siódmej zrywamy się z łóżek, bo spokojny wieczór i szybkie odpłynięcie w sen dało oczekiwany efekt – wszyscy są rześcy i z energią ruszają do pakowania. Mamy tez dodatkową motywację – jest ostatni dzień ferii i zakopianką ruszą wracający do domów turyści. Może być ciasno i wolno… Im szybciej się wyrwiemy, tym większe prawdopodobieństwo, że nie dopadnie nas słynny zakopiański korek…

Udaje się. Pożegnanie robimy przed schroniskiem i bialska część grupy rusza dość szybko w dół. Łapiemy wreszcie zasięg, można skontaktować się z rodziną, przejrzeć pocztę 🙂 Ech, te zdobycze cywilizacji…

O 11 już jedziemy, przed nami ponad pięćset kilometrów. Po ośmiu godzinach znajome drzwi 🙂

Epilog

Baca podjął walkę o bycie uczestnikiem zlotu letniego. Wielka jest tu zasługa Kasi i Michała, a także Amelii i wszystkich, którzy postanowili walczyć o naszego weterana 🙂

Zlot w wersji graficznej:

D1
D2
D3
D4

I w liczbach:

25
26
27
28

 

12 Zimowy Zlot Ircowników – 26.02-1.03.2015

…czyli „rozmówki polsko-słowackie” 😉

Plan znany był od dawna – niezałatwione porachunki z Giewontem. Mekka klapkowców już dwa razy pogroziła nam zimowym palcem – „nie jestem taka łatwa jakbyście chcieli” 😉

Postanowiliśmy więc oblegać złośnika aż do skutku – a przynajmniej w myśl przysłowia „do trzech razy sztuka”. Przygotowania rozpoczęliśmy tym razem dużo wcześniej. Nakręcanie zacząłem już w grudniu, aby sprawnie zgrać skład i szybko zarezerwować schronisko. Rok wcześniej zrobiłem to o wiele za późno i pozostał nam Ornak zamiast Hali Kondratowej. Ale może dobrze się stało, bo pogoda była niezimowa…

Stały skład ustalił się błyskawicznie, a Wojtek podsunął mi myśl, która już za mną chodziła od jakiegoś czasu – zaprośmy Lenkę, poznaną na letnim zlocie w Zubercu słowaczkę  🙂 Trochę pełny obaw – w końcu znała nas tylko jako konsumentów czernohorskiego i oravskiej pohutki – wysłałem zaproszenie. Ku wielkiej naszej radości odpowiedź była natychmiastowa – TAK! Jako że miał to być zimowy debiut Lenki, przygotowałem szybko pisemny „poradnik zimowego turysty ircownika” 🙂

Nasz skład miała uzupełnić w tym roku jeszcze jedna osoba, czyli Basia z zaprzyjaźnionego fotoklubu z Siedlec. Przegadaliśmy z Basią temat gór przy okazji jesiennych Warsztatów w Janowie Podlaskim i od razu wyczułem, że to pokrewna górska dusza i szybko się wśród nas odnajdzie 🙂

Ostatecznie już na początku grudnia wykonałem telefon do schroniska na Halę Kondratową i zarezerwowałem komplet miejsc. Pozostało czekanie…

Im bliżej zlotu, tym większe jednak zaczęły się kłopoty ze składem. Taka tradycja… Najpierw okazało się, że Radek przeszedł operację i lekarze zabronili mu większych wysiłków, a za chwilę Grasię dorwała „choroba norweskich biegaczek”  🙁 Dwa filary zlotów odpadły w przedbiegach… Poległ też Baca, któremu przyjazd uniemożliwiły choroby i kłopoty zawodowe. Ostatecznie zostało nas osiem osób, ale na kilka dni przed wyjazdem Kasia z żalem powiedziała, że nie jest w stanie zostawić Koziołka z nianią i będzie nam kibicować z Zakopanego.

No to została szczęśliwa siódemka 🙂

Wyjazd tradycyjnie zaczyna się wcześnie rano, chociaż tym razem wcześnie oznacza na szczęście tylko 4 rano 🙂

Piotrek zostaje gwałtowanie wyrwany ze snu i jak zwykle zapomina grzebienia 😉 Po godzinie jesteśmy już w Siedlcach, gdzie czeka Basia z bagażem i pudełkiem własnoręcznie robionych mufinek 🙂 Potem już bez żadnych przeszkód przemieszczamy się tam gdzie zwykle, czyli do ośrodka sportu w Zakopanem. Przed Zakopanem łapię kontakt telefoniczny z Lenką, którą przygarniamy z dworca PKP. Jest lekko wystraszona i wcale się jej nie dziwię 🙂

DSC_5639.jpg  Tu spotykamy Kasię, Koziołka i nianię Koziołka. Wbijamy się do naszej ulubionej Kolibecki, ostrzegając nowych załogantów, żeby uważali na zamówienia, bo będą trudności ze zjedzeniem 😉 Równo o 14 przebrani, spakowani, z ciężkimi plecakami podjeżdżamy busem do Kuźnic i zaczynamy podejście do schroniska. Brzuchy pełne, to i idzie się całkiem dobrze. Pogoda może nie rozpieszcza, jest klimatyczna mgiełka, ale za to widoki piękne – drzewa obsypane są białym puchem. Pot trochę płynie  z czoła, bo początek szlaku ma spore nachylenie. Koziołek dzielnie maszeruje, a jak mu się nudzi marsz, siada na sanki i Kasia pracuje za dwoje 🙂 Odejście szlaku za budką TPN daje już trochę wytchnienia, bo jest prawie płasko.

DSC_5650.jpg  Szybko osiągamy Kalatówki. Tu Kasia z wielkim żalem żegna się z nami. Dalej idziemy już sami i po 40 minutach jesteśmy w schronisku. Ciężkie plecaki lądują na łóżkach. Co za ulga 🙂

Nasz plan zakładał, że wejdziemy wszyscy razem, ale wskutek kłopotów z biletami, Wojtek z Dorotką dojeżdżają 2 godziny po nas. Po chwili odpoczynku i krótkiej naradzie wyruszamy im naprzeciw. Minęli akurat Kalatówki, więc spotykamy się dość szybko 🙂 Powitanie, toast „ludwiczkiem” i teraz możemy im kibicować, idąc na lekko. Szczególnie Wojtkowi, który kolejny raz przestrzega „nie kupujcie plecaków dziewięćdziesięciolitrowych” 😉

Wypakowujemy plecaki i nareszcie możemy oddać się ulubionemu zajęciu, czyli gadaniu 🙂 Lenka przez chwilę szuka „zdroju ciepła”. Patrzymy na siebie z niepokojem… i wreszcie odnajdujemy kaloryfer 🙂

Z racji tego, że schronisko jest malutkie, a nasz pokój przechodni, szybko łapiemy świetny kontakt z innym ekipami. Basia szaleje z aparatem, bo fotografowanie ludzi to jej żywioł. Lenka zaczyna się uczyć wersji polszczyzny, jakiej zapewne nie uświadczy w szkole 🙂 Nad całością czuwa Basia, która jest polonistką i przywołuje „nauczycieli” co jakiś czas do porządku. I tak nie unikniemy za 2 dni określenia naszego zlotu jako „perwersyjnego” 😉 A miał być podobno „międzynarodowy”…

Kończymy dobrze po północy, starając się jednak dać wyspać sąsiednim pokojom… Chociaż słychać, że bawią się nie gorzej od nas 🙂

DSC_5721.jpg  Rankiem przeżywam szok… wstałem bez budzika o 6:30. Zapowiadane na dziś okno pogodowe już nas kusi za oknem 🙂 Zbiegamy na śniadanie i sprawnie ubieramy się w stroje szturmowe. Giewont, bój się 😉

W międzyczasie Basia przeżywa małe załamanie nerwowe po konsultacjach z zaprzyjaźnionymi góralami, którzy straszą ją jako mogą, byle nie szła z nami 🙂 Udaje mi się ją uspokoić obietnicą, że zawróci kiedy tylko zechce, jeśli poczuje się niepewnie. Z każdym jednak krokiem widzę, że promienieje coraz bardziej i już wiem że jest moja 😉 Idziemy w głąb doliny, przed nami przebiegła ekipa w rakietach, ślad jest wyraźny. Sprawnie docieramy w okolice Piekła i tu nasi poprzednicy robią ostry zwrot w żleb i ciągną ślad na azymut, który wyznacza krzyż na Giewoncie. Ten świeci co chwila bielą w pięknym słońcu, by za chwilę skryć się w chmurach. Lekko wieje, pogoda jak marzenie. Pomni wszelkich przestróg, rozbijamy stawkę wędrowców w długi łańcuszek – idziemy co 20 metrów, błyskawicznie nabierając wysokości. Letni szlak pozostał gdzieś dalej pod śniegiem, a my kierujemy się w okolice Szczerby. Stok jest stromy, więc staramy się robić minimum przystanków, aby jak najszybciej opuścić żleb i wejść na pierwsze wypłaszczenie.

DSC_5738.jpg  Tam wreszcie robimy chwilę przerwy. Kolejny kawałek stromego płata śniegu i jesteśmy na grani. Chwila przebijania się przez kosówkę, kilka skałek i stoimy pod pierwszymi łańcuchami. Tu zaczyna się szlak letni na szczyt. Jesteśmy u stóp „narodowej góry Polaków”.

DSC_5820.jpg  Poprzednia ekipa urządziła tu sobie biwak, jest Paula, Olaf, Grzesiek. Urządzamy mały obóz szturmowy. Teraz czas na atak szczytowy. Widać lekką niepewność w oczach naszych koleżanek, no ale determinacja zwycięża – być 15 minut od szczytu i nie wejść? Mam wrażenie, że wejście zajmuje nam nie 15 a 5 minut 🙂 Po prostu wbiegliśmy na szczyt. Łańcuchy są dobrze widoczne, pewnie asekurują, raki wchodzą w zmarznięty śnieg – więc cała siódemka stoi za chwilę przy krzyżu. Nareszcie 🙂

Giewont

DSC_5832.jpg  Radość i widoki. Widoki i radość. Najbardziej cieszą się Basia i Lenka – pierwsze zimowe wyjście w Tatry i od razu takie osiągnięcie. To się nazywa debiut! Co chwila odsłaniają się widoki na całą Halę Kondratową, Długi Giewont, tylko Zakopane w dole skryte we mgle, tak jak i Wysokie Tatry.

Robimy obowiązkowy zestaw zdjęć, zjadamy pieczarki i… żal opuszczać to miejsce. Cisza, spokój, rozległa panorama i tylko my. Aż trudno uwierzyć, że latem tworzą się tu kolejki, w  których nieraz przychodzi czekać 2 godziny… Teraz czeka nas zejście. Wiadomo, że te zawsze są trudniejsze. Widać przed sobą sporo powietrza, początek drogi nie jest ubezpieczony, a przy tym zasypany śniegiem. Trzeba uwierzyć, że raki działają i czujnie krok za krokiem pokonać pierwsze kilka metrów w dół. Doświadczenie bierze górę i schodzę pewnie aż pod ścianę, wspomagając się chwilami łańcuchem. Nasze koleżanki jednak pierwszy raz doświadczają ekspozycji i idą krok za krokiem, asekurowane przez męską część grupy. Na łańcuchach jest już łatwiej, jeszcze trochę uwagi i jesteśmy znowu na biwaku pod szczytem. Czekają tam na nas nasi znajomi i wspólnie zaczynamy ostrożnie schodzić w dół. Znowu ustawiamy większe odstępy, obserwując się nawzajem. W drodze powrotnej niektórzy zaliczają kilka drobnych zjazdów, na szczęście bez strat – z wyjątkiem jednego złamanego kijka 🙂

DSC_5869.jpg  Część grupy pokonuje drogę w dół dość szybko – u wylotu żlebu czekamy na schodzących wolniej, bo idą ostrożnie i powoli. Miejsce jest trochę wietrzne, więc decydujemy się na zmianę miejscówki na bardziej zaciszne i bezpieczne miejsce.

DSC_5910.jpg  Rozsiadamy się na dmuchanej macie Grześka, dziewczyny przechodzą przyśpieszony kurs sikania na śniegu – niestety brak dokumentacji fotograficznej 😉 Podejmuję próbę udawania niedźwiedzia, który wyłazi z kosówki, ale ku memu rozczarowaniu, nikt misia nawet nie zauważył… Stuptuty Pauli zrobione z worek-texów niestety uległy zużyciu i chyba jej trochę zimno, bo nogawki ma przemoczone do kolan. Robię więc ze swoich pleców osłonę od wiatru i tak czekamy na pozostałych, którzy nadciągają po około pół godzinie. Pojawia się też niezawodny Olaf, który ma chyba napęd atomowy… Towarzyszą nam „ludwiczek” i imbirówka, które nie pozwalają zmarznąć – wznosimy kolejny toast za sukces.

Ruszamy do schroniska, w którym pojawiamy się około 14. Bigosik, odpoczynek. Nim zdołamy dojść do siebie, wpada po raz kolejny Olaf i tak od niechcenia informuje że był własnie na Giewoncie i zszedł (zbiegł???) w 18 minut na dół. Po czym… bierze czekan i przez pół godziny rozbija lód przed schroniskiem „coby się ludzie nie ślizgali”…. ciekawe co on bierze? 😉

Basia próbuje prostować barwny język Olafa i zostaje „profesorką” 🙂

Zapada zmrok, kręcimy się od stolika do pokoju i trochę nas nosi. Pierwsi na nocny wypad wyruszają Wojtek i Konrad. Wypogadza się zupełnie, na nocnym niebie pojawiają się miliony gwiazd, księżyc świeci tak intensywnie, że można chodzić bez czołówki. Zarządzam „szkolenie lawinowe” czyli zabawy na śniegu. Nim jednak się wyszykujemy, pierwszej dwójki już nie ma… Potem się pochwalą, że zabiegli aż pod Piekło. My tradycyjnie wbijamy się w wąwóz 100 metrów za schroniskiem. Jest dużo śmiechu, próby zjazdów w różnych położeniach, nauka obsługi czekana, hamowanie niekontrolowanego zjazdu i na koniec zasypanie śniegiem 🙂

DSC_5968.jpg  Kończymy zabawy po złapaniu porcji śniegu w miejsca do tego nieprzeznaczone 😉 Teraz grzane wino, pogaduchy, wspólne przeżywanie sukcesu. O 22 wynosimy się na górę. Jako ósma dołącza do naszej sali zakręcona Paula, której śmiech spod sufitu towarzyszy nam cały wieczór 🙂 Piotr jak zwykle sypie kawałami jak z rękawa, a Lenka przechodzi ekspresowy kurs polszczyzny, jakiej nigdy nie nauczyłaby się w szkole 😉 Tłumaczymy jej nasze „dziwne” pseudonimy z FB. Konrad zostaje „ty niedźwiedziu”, Piotr „ty kocie wyleniały”. Ja może przemilczę kim zostałem…

Nie da się tu opisać śpiewnej wymowy Lenki – połączenie słowackiej intonacji z polszczyzną daje coś, co brzmi jak balsam dla uszu 🙂 Myślę, że w tym momencie Lenka ostatecznie pozbyła się wszelkich wątpliwości co do przyjazdu i poczuła się wśród nas jak w rodzinie.

W trakcie wspólnych rozmów ustalamy że nie kopiemy grobów… w planach mieliśmy kopanie jam w śniegu, co trochę dziwiło Lenkę. Jak nam za chwilę wyjaśniła – u nich „jama” ma dość „podziemne” znaczenie 😉 Ponieważ jesteśmy sami w pokoju, w dodatku przyłączają się sąsiedzi, pozwalamy sobie na trochę dłuższą i głośniejszą integrację. Z dolnego łóżka towarzyszą nam jęki fachowo masowanej Basi 😉 Nie ma że boli – jutro będzie jak nowo narodzona 🙂

DSC_5991.jpg  Nasze spotkanie trwa w najlepsze, gdy rusza temat, który już znamy z opowieści Lenki – morsowanie. Skłania to co poniektórych do podjęcia próby wyjścia na zewnątrz w strojach lekko niekompletnych w celach badawczo-organoleptycznych 🙂
Nie wszyscy się odważyli, ale kilka morsów wybiegło przed schronisko, a nawet fotograf wychylił się na chwilę w celu uwiecznienia tegoż wydarzenia, jednak czując przeciąg od dołu szybko uciekł 😉

Zmęczenie powoduje, że pomału odpływamy.

DSC_5998.jpg  Rano o dziwo o 6:30 budzę się wyspany i rześki. Wieczorem podziwiałem fantastyczne rozgwieżdżone niebo z wielkim księżycem, teraz wszystko zasnuwa mgła.
Na razie pułap chmur jest dość wysoko i widać naszą dzisiejszą drogę przez dolinę, ale z dzisiejszej wycieczki będziemy już wracali z minimalną widocznością.

Po obfitym śniadaniu sprawnie szykujemy się do wymarszu i obieramy kierunek na Przełęcz pod Kopą Kondracką. Idziemy dłuższy czas dnem doliny, a pułap chmur stopniowo obniża się, by w końcu całkiem nas wchłonąć jak cukrowa wata 🙂

Basia i Dorotka decydują się na powrót do schroniska – zmęczenie dnia poprzedniego daje o sobie znać, a perspektywa braku widoków tylko utwierdza je w przekonaniu, że nie ma po co iść. W zasadzie swój plan wykonały dzień wcześniej i nikt nie ma do nich pretensji, że wracają 🙂 Basia zapewne zajmie się ściganiem z aparatem wszystkiego co żyje w schronisku i do tego nie ucieka, a Dorotka najpewniej będzie asystentką 😉

DSC_6019.jpg  My ruszamy dalej i szybko zbliżamy się do ściany kończącej dolinę, która stopniowo staje się coraz bardziej stroma. Mgła gęstnieje, widoczność spada do 10-15 metrów, nic nie widać, szlak skrył się głęboko pod śniegiem, tylko niezawodna aplikacja Trekbuddy w moim telefonie co jakiś czas utwierdza nas w przekonaniu, że idziemy we właściwym kierunku.
Wspinamy się zaśnieżonym żlebem w dużych, 10 metrowych odstępach, z jednej strony chcąc widzieć się nawzajem, a z drugiej próbując ograniczyć ryzyko zbyt dużego nacisku na zbocze. Wg wskazań GPS szlak najpierw trochę oddala się od naszej trasy a następnie zaczynają się zygzaki pod przełęczą, na które za chwilę się natykamy. Jeszcze parę metrów i stajemy z Wojtkiem przy słupku oznaczającym przełęcz 🙂
Tuż przed samym wyjściem na przełęcz tracimy na chwilę z oczu idących za nami – okazuje się że myśleli, że jeszcze sporo drogi przed nimi i 30 metrów niżej założyli biwak 🙂

DSC_6054.jpg  Pokrzykując we mgle naprowadzamy grupę stojąca niżej i już stoimy w komplecie. Zakładamy dłuższy biwak. Nie wieje, jest nawet niezbyt zimno, tylko ta mgła… Wkrótce zaczyna się z niej wyłaniać większa grupa, która podążała za idącym przed nami Grzegorzem. Grześ, mimo że nie jest ircownikiem, towarzyszył nam w wycieczkach na swoich rakietach już drugi dzień, bo chyba Lenka wpadła mu w oko. My jednak czuwamy nad naszą koleżanką, by nie straciła za bardzo głowy 🙂

Otwieramy plecaki i trwa świętowanie sukcesu. Zaskakujemy nowo przybyłych słoikiem pieczarek, ale okazuje się że oni też mają swoje zwyczaje – ekipa wyciąga paczkę białoruskich papierosów dla prawdziwych twardzieli a potem nogi…. i robi pompki 🙂

Mają też pigwówkę, którą dzielą się z nami 🙂
Zrzut ekranu 2015-03-02 o 18.56.19

Dłuższy popas trwa prawie godzinę. Wspominamy nasz ostatni pobyt tutaj – też nic nie było widać, ale wiało tak, że nie dało się ustać na nogach. Dziś jest cisza…
nie ma nawet odrobiny wiatru, więc się tak bardzo nie wyziębiamy. Niestety – rozjaśnienia, na które czekamy, też nie ma. Wszystko otula gęsta mgła. Docierają kolejne osoby i na przełęczy robi się całkiem spory tłum. Rozgrzewamy się gorącą herbatka z termosów.
Wojtek „łapie fazę” na Kopę Kondracką, ale brak perspetywy na widoki zniechęca mnie do tego pomysłu. Potem zbiorę za brak zdecydowania… ale artyści tak mają, szczególnie jak noszą kilka kg sprzętu foto na szyi i jedyną opcją jest testowanie balansu bieli 😉

DSC_6063.jpg  Czas schodzić. Po kilku metrach pada propozycja „dupozjazdu”. Pomysł trochę ryzykowny, bo w rakach, z plecakami i kijami w dłoniach. Ekipie idzie całkiem dobrze, podjeżdżają po kilka metrów, zwalniają, przyśpieszają. Ja niestety mam dodatkowy balast w postaci sprzętu foto na szyi. Siadam w rynnę śniegową, którą przed chwilą zjechali moi przyjaciele i błyskawicznie nabieram „speeda”. Hamowanie kijami idzie marnie, rakami nawet nie próbuję 🙂 Mając aparat przed sobą i brak perspektywy obrotu na brzuch na wypadek „utraty kontroli trakcji”, rezygnuję z jazdy już po kilkunastu metrach…
Nie wierzyłem, że można tak szybko nabrać prędkości na stoku, a jeszcze trudniej wyhamować tą szaloną jazdę. Teraz już wiem 🙂 I nie będę się dziwił wypadkom na stokach przy schodzeniu…

Moja rozpędzona ekipa znika we mgle, a ja depczę w mleku rynną zrobioną przez ich zadki. 10 minut zajmuje mi dotarcie do nich – czekają na mnie na małym wypłaszczeniu, zadowoleni z życia i jazdy bez trzymanki 🙂 Dalej dolina robi się płaska, nie da się już zjeżdżać i dość szybkim tempem po około pół godzinie docieramy do schroniska. Cała dalsza droga w dół odbywa się w gęstej mgle…

DSC_6071.jpg  Jest dość wcześnie, zjazd znacznie skrócił nasze zejście. Naszych pań nie ma, ustalamy że poszły na Kalatówki coś zjeść. Postanawiamy do nich dołączyć. 100 metrów za schroniskiem… spotykamy obie niewiasty dziarsko zdobywające wysokość na ostatnim podejściu 🙂 Dzięki naszemu urokowi osobistemu i sile perswazji decydują się na marsz z nami… W tył zwrot. Basia po kilku metrach kwituje nasz pomysł „chyba mam deja vu”… 😉 No, dwa razy w przeciągu kilku godzin iść na Kalatówki – tego jeszcze w historii zlotów nie było 🙂

Po pół godzinie jesteśmy na miejscu. Mgła nie odpuszcza. Lokujemy się w restauracji, zamawiamy miejscowe specjały… grzane wino rozleniwia…

Czas na mały wątek forumowy… od jakiegoś czasu utrzymuję kontakt z pewnym sympatycznym podróżnikiem imieniem Vlado. Jakkolwiek zarzekał się, że jest nietechniczny, udało mi się nauczyć go obsługi Trekbuddy 🙂  Przed zlotem pochwaliłem się, że będe na Kondratowej i ten postanowił mnie ścigać przez pół Polski, aby się w końcu spotkać… Co za determinacja 🙂 Nie ukrywam, że bardzo się ucieszyłem, że wreszcie pogadam z Vlado na żywo po godzinach spędzonych „na słuchawce” 🙂

Kończąc obiad na Kalatówkach, odbieram telefon od Vlada, że jest już w schronisku razem z Iwonką i Markiem S. No to lecimy 🙂

Wpadam i rozglądam się… sympatyczna dwójka na ławce pod ścianą – ale przecież w życiu nie widziałem moich forumowych przyjaciół. Jedno spojrzenie – nie ma innej możliwości – to muszą być oni 🙂 Okazuje się jednak że to Marek S nie Vlado 🙂 Vlado przed chwilą wybiegł i zasuwa właśnie po ciemku na Giewonta… ma zaraz wrócić. Zaraz?
Nam ta wyprawa zajęła cały dzień 🙂 Już sie boję gdziekolwiek wyruszać z nim na szlak 😉

My sobie rozmawiamy z Iwoną i Markiem,a tu nie mija pół godzinny i jest – przyjemne pogaduchy przerywa gość, który energicznie wpada do schroniska z szerokim uśmiechem i obwieszcza, że troche sobie pobłądził po Giewoncie, ale w gruncie rzeczy to był wypad jak do sklepu za rogiem 😉

Rozmawiam z całą trójką jak ze starymi znajomymi 🙂 Góry i podróże jednak łączą. Próba zdobycia miejsc w schronisku dla Vlada i Iwony, którą prowadziłem od dwóch dni, niestety nie powiodła się, więc moi gości muszą zejść do gościnnego domu Marka. Pożegnaliśmy się, mówiąc sobie „do zobaczenia” – i mam nadzieję że nie było to nasze ostatnie spotkanie.

DSC_6077.jpg  Wracamy do integracji, którą energicznie kończy szefowa schroniska równo o 22, ustawiając wszystkich do pionu w sposób zdecydowany acz niezwykle sympatyczny 🙂 Pośród śmiechów rozchodzimy się na swoje łóżka, by tam już znacznie ciszej spędzić resztę wieczoru. Nam na ósme łóżko zostaje przydzielony pan „elastyczny” 😉
Wbijamy wszyscy na dolna platformę połączonych łóżek. Gorący prysznic, grzaniec i zmęczenie powodują, że koło północy zaczynam odpływać i zostaję przepędzony do śpiwora. Do tego te kojące jęki masowanej Basi 😉

DSC_6095.jpg  Powrót… ta chwila, którą chcielibyśmy odwlec jak najdłużej… Już teraz wiemy, że zlot był wyjątkowy, nowe zlotowniczki wniosły mnóstwo świeżości, radości i pomysłów. Mamy nadzieję, że zechcą jechać na kolejne zloty. Powielamy stary schemat: śniadanie, pakowanie, wspólne zdjęcie i już czas do domu…

DSC_6161.jpg  Szybko schodzimy do Kuźnic, obiad w Kolibecce, spotkanie z Kasią i Koziołkiem. Lenkę pakujemy do busa na Siwą Polanę, skąd ma pójść do schroniska na Polanie Chochołowskiej. Zaskakuje nas swoim niezwykłym pomysłem powrotu do domu przez Grzesia – ale cóż – siła młodości 🙂 Na Grzesiu mają ją przejąć jej koledzy z Zuberca.  Niezwykła dziewczyna.

A my… jedziemy 8 godzin i o 21 jesteśmy w domu.

Suplement zdrowotny 🙂

Podejście
26Giewont
27Przełęcz pod Kopą Kondracką i Kalatówki
28Powrót
01

11 Zimowy Zlot Ircowników – 30 stycznia – 2 lutego 2014

Zlot zimowy czyli „Wiosna, ach to Ty” 😉

Pomieszały się zupełnie pory roku – z różnych powodów tegoroczny zimowy zlot rozpoczął się po raz pierwszy w historii zlotów w styczniu i tu kompletne zaskoczenie – w Tatrach nie ma śniegu. Przed schroniskiem na Ornaku, gdzie zorganizowaliśmy tegoroczny wyjazd, leżał może centymetr śniegu, który w trakcie naszego pobytu całkowicie zniknął, cała Dolina Kościeliska zaś pokryta była świeżymi kopcami kretowisk… brakowało tylko kwitnących krokusów 🙂

Ale po kolei. W Polsce szaleją zamiecie, więc Grasia zakłada duży poślizg swego pekaesa i umawia się z nami na 12. To oznacza, że możemy zamiast jechać całą noc jak zwykle, spokojnie wyruszyć około 4 rano. Zamiecie faktycznie są, ale tylko przez około pierwsze 50 km – śnieg leci przez drogę, a po każdej mijanej z przeciwka ciężarówce przez chwilę jedziemy w białej chmurze. Na szczęście w okolicach Puław robi się już spokojnie, a chwilę później świt rozjaśnia świat i droga jest już spokojna. Podziwiamy piękną szadź jadąc przez Góry Świętokrzyskie, mijamy Kraków i w okolicach Rabki zachwycamy się pokrytymi świeżym puchem świerkami. Za chwilę Zakopane i wiosna w pełni. Biały płat śniegu na Gubałówce wygląda dość abstrakcyjnie 🙂

Grasia dociera chwilę po nas i wbijamy się do Kolibecki na rewelacyjne jak zwykle jedzonko 🙂 Strawa drwala stawia mnie na nogi. Za chwilę ruszamy do Kir, parkujemy i w drogę na Ornak.

dsc_4445  Od razu rzuca się w oczy przygnębiający widok skutków halnego, który szalał w Tatrach w ostatni tydzień grudnia. W czasie świąt w Tatrach i na Podhalu porywy wiatru dochodziły do 180 km na godzinę. Efekt – drzewa popękane jak zapałki, całe zbocza do około 1/3 Doliny Kościeliskiej    pokryte zwalonymi pniami. Wygląda to trochę jak po meteorycie tunguskim… Na szczęście po przejściu połowy Doliny wszystko wygląda już lepiej, tu większość drzew ocalała, ale wszystkie po kolei odejścia szlaków w stronę Doliny Chochołowskiej są nieczynne. Idziemy po resztkach śniegu, czasem nie ma go w ogóle. Mijamy dość nielicznych turystów i jedną hałaśliwą wycieczkę małolatów, która chyba padła gdzieś po drodze, bo na Ornak nie dotarła. Małolaty szaleją i trafiają nam Grasię śnieżką. Przeżyła 🙂

Wreszcie schronisko, zmęczony Piotr po kolacji natychmiast odlatuje do krainy snów. Odbywamy wspominkowe pogaduchy, wbijamy się po czubek nosa w ciepłe śpiwory i momentalnie zasypiamy. Jeszcze tylko przez chwilę próbuję sobie przypomnieć czy Ornak zawsze był tak słabo ogrzewany…

dsc_4257  O 7 rano wyłażę ze śpiwora ocenić sytuację. Kaloryfer lodowaty, więc lecimy szybko na dół wypić ciepłą kawkę i napchać żołądki przed planowaną na dziś wycieczką. Piotr walczy dzielnie ze swoimi stuptutami, ale wreszcie trzecia próba udana. Gotowi do wymarszu, wychodzimy przed schronisko. Od strony hali Ornak powieszono na schronisku taką wielką ohydną tablicę, zeszpeciła kompletnie urok budynku. Nawet mi się nie chciało rozstawiać statywu na zdjęcia nocne, żeby się nie denerwować. Nie da się tego dyskretniej zrobić?

Ruszamy w stronę Wyżniej Polany Tomanowej. Na ścieżce, gdzie kilka lat temu zakopaliśmy się w śniegu po 100 metrach, dziś leży 1 cm śniegu. Trochę przygnębiające, bo to przecież zlot zimowy… ale na szczęście im wyżej tym go więcej. A swoją drogą – żeby w lutym nie było w górach śniegu??? Dolina Kościeliska zryta kretowiskami, do szczęścia brakowało tylko krokusów 😉

Po drodze napotykamy intrygujące zjawisko. Na drzewie wisi polar…. nic to, pewnie ktoś zgubił…. Ale 500 metrów dalej na następnym wisi koszula 🙂 Obiecujemy Grasi, że na kolejnym będą wisiały gatki, a na przełęczy czeka jakieś ciacho 😉 Niestety nie czekało …

dsc_4069  Po około godzinie osiągamy nasz cel. Zielony szlak na Ciemniak jest zamknięty, więc zostaje zwiedzanie okolicy. Według mapy czerwony szlak wiedzie w stronę Przełęczy Tomanowej, która jest drugą najniższą przełęczą w całej grani Tatr. Tu warstwa śniegu jest już pokaźna i trudno ocenić gdzie biegnie ścieżka, zostaje więc azymut. Wspomagając się wskazaniami GPS z telefonu, pomału pniemy się w górę, zapadając się co jakiś czas w kosówkę. Co prawda żlebem wiedzie w miarę prosta droga, wolimy go jednak unikać. Zalega w nim twarda i spękana deska, która zapewne czeka tylko, aby ruszyć w dół. Robię zdjęcia pęknięć, aby pokazać potomnym „szczelinę w lodowcu” 🙂 Gdzieś nad Przełęczą Iwaniacką przelatują chmury o dziwnym kształcie. Jedna z nim to zdecydowanie był Obcy 8 Pasażer Nostromo 🙂

dsc_4160_1_2_tonemapped  Ostatni trawers z długiej grzędy i wreszcie jesteśmy na przełęczy. Widok rzuca na kolana. Jest po prostu pięknie. Intensywny błękit nieba, pojedyncze chmury, biel szczytów. Nagroda za dwie godziny przedzierania się w górę. Jak to mamy we zwyczaju, wyciągamy naleweczkę i świętujemy sukces. Wiatr trochę wieje, chwilami nawet mocno, ale da się ustać 🙂 Pozytywnie naładowani, ruszamy w dół po własnych śladach. Tym razem poszło nam szybko, skróciliśmy nawet nieco drogę nie wbijając się w kosówkę, tylko idąc krawędzią żlebu w rozsądnych odległościach.

W schronisku lądujemy jeszcze przed zmrokiem. Marzy nam się placek po zbójnicku, szczególnie po kulinarnych wspomnieniach z Kolibecki, ale niestety ten serwowany w schronisku bardziej służy do zapchania żołądka i oszukania głodu niż do delektowania się smakiem. Ale też sprawiedliwie dodam, że zjeść się dał 🙂 Po obiadku oczywiście drzemka. Nadciąga wieczór, podrywamy się i zdzwaniamy z Wojtkiem i Dorotką, którzy mają do nas dołączyć w nocy. Ponieważ schroniskowe piwo do najtańszych nie należy, rodzi się pomysł zakupu tegoż przez jadącą do nas ekipę, a my zejdziemy do Kir i wniesiemy stosowny ładunek. Osobiście wniosłem w plecaku 10 puszek 🙂

W oczekiwaniu na wymarsz dzwonimy do Radka, który nie mógł nam w tym roku dotrzymać towarzystwa. Humor ma jednak – jak to on – dobry i zaskakuje nas cytatem z klasyka, że „wódka wprowadza element baśniowy do rzeczywistości”. Powiało patosem 🙂

Żarty żartami, a tu czas ruszać. Woda, która płynęła w dzień drogą z Kir, teraz przymarzła, więc tempo marszu jest nienadzwyczajne, bo zamiast kroków, jest jeden długi ślizg. Bardzo szybko Grasia wyłapuje efektowną glebę. Komentarzy nie zacytuję 😉  Próbujemy z Piotrem niewiastę ratować, ale ta uparta leży i mówi: „a jeszcze sobie poleżę”. Na szczęście obywa się bez strat, nie licząc obitego kuperka naszej koleżanki. Zachwalam przy tym umiejętności Piotra  w stosowaniu leczniczego masażu, ale entuzjazmu nie ma 😉 W kirach pojawiamy się około 22, a po 20 minutach są już Wojtek i Dorota. Powitania, graty na plecy i już bez niespodzianek docieramy około 1 w nocy do schroniska. Po wyjątkowo krótkiej integracji decydujemy, że „trzeba rano wstać”, w co nikt za bardzo nie wierzy 🙂

No i stało się, śpimy prawie do 9 🙂 Śniadanie, ubieranie się i do wyjścia jesteśmy gotowi przed 11. Późno, ale co tam – czołówki do plecaka, nie pierwszyzna. W międzyczasie Grasia opowiada nam swój fascynujący sen o jogurcie 😉

dsc_4279  Wieje… ale mamy nadzieję, że nie za mocno. Na szlaku na Przełęcz Iwaniacką wiosna. Idziemy po kamieniach, mocno zbulwersowani 🙂 Chwilami pojawiają się drobne płaty śniegu. Biało robi się dopiero pod samą przełęczą. Po drodze mijamy ciekawy okaz świerka, który pękł w pionie na długości kilku metrów i z każdym najlżejszym podmuchem wiatru wydaje tajemnicze skrzypiące odgłosy, co Wojtek kwituje sentencją „tu nie ma co podziwiać tylko trza sp…ć”. Na przełęczy kilka osób się przepakowuje, jedni ruszają w górę, inni już wracają. Spotkany wczoraj pod Tomanową krakus opowiada nam swoje przygody z grani pod Ornakiem – zjeżdżający po zboczu plecak, zabrany przez wiatr i próba jego odzyskania, zakończona wyjazdem deski śnieżnej spod stóp. Góra pogroziła mu palcem mimo dwójki lawinowej. Ostrzeżenie przyjmujemy również do siebie.

dsc_4324  Po 10 minutach kończy się las i tu wreszcie widać zimę, no ale jest około 1500 m npm. Zakładamy raki i w drogę. Wejście na grań Ornaku staje się dość ekstremalne, bo ściana staje mocno, a do tego gwałtowne porywy wiatru co rusz wstrzymują zdobywanie wysokości. Kilkusekundowe uderzenia mas powietrza powodują, że wbijamy się wszystkim co mamy w zbocze, aby przeczekać atak i po chwili szybko wykonać kilka zdecydowanych kroków w górę. Jest naprawdę stromo, bo zimowy szlak nie idzie zakosami, tylko najkrótszą drogą podchodzi w górę. Godzina walki i wreszcie grań. Co za widok! Warto było powalczyć.

Zbieramy się wszyscy i zwartą grupą ruszamy w stronę Ornaku. Nagłe porywy wiatru co chwila wstrzymują nasz marsz – w takich chwilach wbijamy mocno raki, kije robią za podpórki i tak wbici czterema punktami w śnieg dajemy odpór wichrowi, który próbuje zamienić nas w żagiel 🙂 Warunki świetnie nadają się do ćwiczenia pozycji „na Małysza” 🙂 Tylko telemarki trochę rozchwiane 😉

dsc_4385  Mijamy Suchy Wierch i zmierzamy w kierunku Ornaku. Niestety warunki się pogarszają, kończy się widoczność, ogarnia nas siwa chmura, a wściekły atak wiatru zatrzymuje nas na dobrą minutę. Do szczytu zostało pewnie ze 100 metrów, ale zgodnie ustalamy, że odpuszczamy. I tak mieliśmy nagrodę w postaci pięknych widoków na odwiedzany ostatnio Trzydniowiański Wierch, Dolinę Chochołowską, Babią Górę, Kominiarski Wierch i w drugą stronę – na halę Ornak i Tomanową Przełęcz.

W drodze powrotnej Dorotka przypomina sobie, że jest mistrzem podnoszenia ciśnienia i nagle zalicza szybki pięciometrowy zjazd. Wojtek zdefiniował w tym momencie na nowo pojęcie nanosekundy i przemieścił się w czasoprzestrzeni około 2 metry w bok, aby wyłapać ukochaną. Uff, na szczęście zaraz zatrzymała się sama. Zbocze było mocno zmrożone, do tego chwilami z 50 stopni, więc tempo zejścia siadło mocno, aby uniknąć kolejnych podobnych historii.

Na Przełęczy Iwaniackiej pojawiliśmy się wraz z zapadającym zmrokiem. Było jednak na tyle widno, że można było jeszcze wyczyścić plecaki z całych zapasów żywnościowych i gorącej herbaty 🙂 Potem czołówki na głowę i karkołomne zejście w rakach po kamieniach 🙂 W połowie trasy pokonujemy „lodowiec” i  w tym momencie z ulgą zdejmujemy raki i zbiegamy szybko do schroniska. Szło mi się na tyle dobrze , że nagle stwierdziłem, że oderwałem się od peletonu, więc chciałem trochę postraszyć ekipę. Muszę chyba jeszcze długo poćwiczyć, bo dzik w moim wykonaniu nie zrobił żadnego wrażenia 😉

dsc_4437  Nareszcie możemy siąść wszyscy razem i bez pośpiechu się zintegrować. Zajmujemy nasz stary kąt na piętrze schroniska, urządzamy obowiązkowe telekonferencje z nieobecnymi, likwidując przy okazji całe zapasy wniesione do schroniska. Jutro będzie lżej schodzić 🙂 Lodów za oknem niestety nie było, więc pozostaje tylko powspominać nasz pierwszy zlot na Ornaku. I pierwszy w ogóle. W drugim kącie siedzi inna ekipa, gra w karty i pogrywa na gitarach, więc klimat jest 🙂

Ostatni gasimy światło i do śpiworów.

Wstajemy z Piotrem przed ósmą, śniadanko i biegniemy w dół do Kir. Śnieg zniknął całkowicie, więc omijając kałuże w około godzinę jesteśmy na parkingu. Plecaki do bagażnika i w drogę. Zatrzymujemy się jeszcze na 15 minut przy rondzie w Kuźnicach, aby spotkać się z Kozicą, wyściskać, wręczyć zlotowe znaczki i jazda.

O 18 jesteśmy w domu i znowu mamy zimę. Jest ponad 10 stopni mrozu, zaspy przy drodze po 2 metry i więcej.

A wiosna została w Zakopanem…

Jeszcze załączniki z GPS:

Dzień 1:

tomanowa

Dzień 2:

ornak

X Zimowy Górski Zlot Ircowników (1-4 marca 2013)

Oszukać przeznaczenie. Właśnie tak postanowiliśmy określić tegoroczny – dziesiąty już – zimowy zlot górski. Z różnych powodów, o których nie warto już pamiętać, nastąpiła korekta terminu, efektem czego trafiliśmy na wręcz idealne warunki do wędrówek – jedynka lawinowa, bezwietrznie, przepiękne błękitne niebo i biel szczytów wokół Murowańca. To kolejne nasze podejście do Hali Gąsiennicowej i zawsze trafialiśmy na jakieś „apokaliptyczne” warunki – albo huragany, albo rekordowe opady śniegu. Jak to mówią – do trzech razy sztuka.

Skład stabilizował się do ostatniej chwili, nawet w trakcie zlotu – mieliśmy od miesiąca zarezerwowane 8 miejsc, ale ku naszemu rozczarowaniu zabrakło w tym roku dwóch weteranów – Radka i naszego „głosu rozsądku” w osobie Bacy. Przed zlotem dostałem jednak od Bacy specjalne pełnomocnictwa do pełnienia tej zaszczytnej funkcji 🙂 Na zwolnione miejsca dołączyli za to sympatyczni znajomi Grasi, którzy – mam nadzieję – dobrze czuli się w naszym zwariowanym towarzystwie. W sprawdzonej już formule porannej zbiórki dotarliśmy wszyscy nocą z 28 lutego na 1 marca do Zakopanego, by pierwszy dzień poświęcić na spokojne dotarcie do schroniska, rozpakowanie się, rozpoznanie terenu i niekończące się rozmowy i wspomnienia.

dsc_3705  Bialska ekipa wyruszyła około 1:30 w nocy, by po 7 godzinach jazdy wylądować jak zwykle w ośrodku COŚ, gdzie parkujemy od lat. Tym razem trafiliśmy na specjalną promocję – było chwilowe bezkrólewie, jeśli chodzi o najemcę parkingu, więc auto stało 4 dni za przysłowiową „darmochę” 🙂 Grasia z drugą torunianką – Paulą, tupały do schroniska już od wczesnych godzin porannych i jak szybko ustaliliśmy kończyły  właśnie porachunki ze Skupniów Upłazem. Grupa tarnowska miała mały poślizg, więc dostaliśmy polecenie gonienia torunianek 🙂 Chwilę później byliśmy już w Kuźnicach, gdzie wpadliśmy do dyżurnego baru na posilenie się, bo plecaki tego dnia mocno ciążyły od zapasów na kilka schroniskowych dni 🙂 Generalnie w tym roku postawiłem na optymalizację wagi plecaka i chyba nawet trochę się udało, bo przy ostatnich zakupach zacząłem zwracać uwagę na ten istotny parametr. Co z tego, że ręcznik, czy ciuchy były leciutkie, jak dobiłem do tradycyjnych 18 kg sprzętem foto 🙂 Nawet statyw się załapał 🙂

dsc_3715  Pełni sił ruszyliśmy ostro w kierunku schroniska. Pierwsze pół godziny szlaku do Murowańca wytapia wszystkie poty, ale w miarę zbliżania się do Boczania robi się łagodniej, obowiązkowy punkt widokowy na Kalatówki, jeszcze kawałek lasem i wreszcie Skupniów Upłaz. Tu lekki niepokój wzbudziły chmury, które nagle pojawiły się z dołu i za chwilę zasłoniły Zakopane i widok na Kopieniec. Na chwilę tylko otworzyło się okienko z widokiem na Jaworzynkę, ale dalej szliśmy już w chmurach. Jak zwykle czujnie brzegiem Wielkiej Królowej Kopy, potem szybciutko, bo prawie płasko i plecaki już tak nie ciążą, zrzucamy je za chwilę w pokoju i witamy się z Grasią 🙂 Pół godziny później wyruszamy ze schroniska na powitanie tarnowian. W międzyczasie drzewa pokrywają się piękną bielą szronu, bo zamglone powietrze jest wilgotne i trzyma lekki przymrozek. Jak tu nie szaleć z aparatem 🙂 Paula doznaje pierwszych objawów niedotlenienia i zaczyna tańce na tyczkach wytyczających szlak 🙂

Synchronizacja w czasie nie zawiodła i po kilku minutach z mgły wyłaniają się tajemnicze postacie, które przybierają kształt Wojtka i Dorotki. „Nie kupujcie nigdy dużych plecaków” – tymi słowami wita nas Wojtek 🙂

dsc_3774  Powitanie, toast „Ludwiczkiem” i pół godziny później jesteśmy w komplecie w schronisku. Tego dnia integrujemy się długo i wytrwale, wciągając do imprezy współlokatora Łukasza, który okazuje się niezłym łojantem. Przed północą „ściana się kładzie” i można iść spać 😉

dsc_3815  Rano niepokój dnia wczorajszego mija po wyjrzeniu przez okno. Mimo chmur widoczność jest znakomita i miejscami przebija się błękitne niebo. No tak – klątwa Gąsiennicowej przełamana. Błyskawiczna pobudka, pełna mobilizacja i już około 8 kończymy wspólne śniadanie. Zaraz potem jesteśmy gotowi na pierwszą wycieczkę. Na Zawrat! W ciągu pół godziny docieramy nad Czarny Staw Gąsiennicowy, podziwiając szybko zmieniającą się scenerię – najpierw widok na Kasprowy i Świnicę, za chwilę Mały Kościelec i wkrótce fantastyczna piramida Kościelca. Nad stawem zaś króluje skalny amfiteatr Orlej Perci. Puszczamy przodem Konrada i Dorotkę, jako wybitnych znawców problemu przekraczania jezior suchą stopą 😉 Ożywają wspomnienia z Doliny Pięciu Stawów, kiedy to nasi specjaliści próbowali skrócić sobie drogę przez Wielki Staw Polski, po czym dokonali błyskawicznej teleportacji na brzeg 🙂 Tym razem jednak nic nam nie grozi – przez staw ciągnie łańcuszek postaci – pół schroniska wybrało się tu dziś, aby odbywać najróżniejsze kursy turystyki zimowej. Istne tłumy 🙂 Kilka ekip odbija na prawo na Karb, my jednak śmiało podążamy na drugi brzeg. Stromym żlebem wspinamy się do wyżej położonej dolinki Zmarzłego Stawu, gdzie na lodospadzie ćwiczy spora grupka wspinaczy. My podążamy dalej, wychodząc coraz wyżej i oto „ostatnia droga” przed nami – strome, 400 metrowe podejście na przełęcz. Gdzieś głęboko pod śniegiem kryją się łańcuchy, które latem ubezpieczają podejście, teraz jednak żleb jest zasypany i zostaje pracowicie stopień za stopniem wspinać się aż na sam szczyt. Śnieg jest twardy, zmrożony, więc idę ostrożnie, asekurując każdy krok kijami i w ten oto sposób jako pierwszy osiągam Zawrat, zaskakując siebie i całą ekipę. No chyba jednak nie jestem jeszcze taki dziadek 😉

dsc_3950  W międzyczasie ścieżka którą podchodziłem skryła się w chmurze, która nadciągnęła od dołu. Tym większe wrażeni robiła druga strona przełęczy – fantastyczna panorama na Dolinę Pięciu Stawów Polskich oświetloną słońcem aż po horyzont, z królującym na wprost Krywaniem. Od czasu do czasu przez Dolinę przelatywały chmury przysłaniające na chwilę szczyty , ale i tak widok był rewelacyjny. W ciągu pół godziny byliśmy na przełęczy w komplecie. Sukces uczciliśmy jak zwykle – pieczarkami 🙂 Ponieważ jednak na przełęczy był lekki „cug”, aby mocno nie przemarznąć, zarządziliśmy odwrót. Zejście odbyło się bez problemów, jedynie trochę zmodyfikowaliśmy drogę, aby uniknąć przecinania żlebu. Praktycznie bez przystanków, jednak z mocno domagającymi się jedzenia pustymi brzuchami dotarliśmy pod 2 godzinach do schroniska.

Obiad zniknął w czeluściach naszych żołądków ekspresowo 🙂 Zmęczeni wpadliśmy do pokoju na dłuższe pogaduchy. Konrad wykombinował gitarę, więc zrobiło się całkiem swojsko, „żubry i renifery” towarzyszyły naszym śpiewom. I cóż tu dodać, wieczór stał pod znakiem nowych technologii. Zasięg sieci komórkowych pozwolił na wspominki z poprzednich zlotów ze wspomaganiem pamięci materiałami z www, które pracowicie od lat tutaj gromadzę 🙂 A poszukiwania muzyczne ułatwiło nam wbicie się w YouTube 😉 Szczególnie zapadł w pamięć Żywiołak z piosenką „Czarodzielnica” 🙂 Wieczór zakończył się turniejem „Jaka to melodia” – Konrad wynalazł radio internetowe z pełnym repertuarem Starego Dobrego Małżeństwa, a my na wyścigi odgadywaliśmy tytuły piosenek 🙂 Okazało się, że wszyscy jesteśmy znawcami SDM i mamy repertuar w paluszku…

dsc_4074  Kolejny poranek i znowu niespodzianka, a nawet dwie. Pierwsza – na zewnątrz pełna lampa, ani jednej chmurki. Druga – znowu wszyscy o 8 rano są gotowi do wymarszu. No chyba ciężko byśmy zgrzeszyli, ociągając się z wyjściem w takich warunkach 🙂 Szybko ruszamy znowu w stronę Czarnego Stawu Gąsiennicowego. Pół godziny i jesteśmy nad brzegiem, ponownie przeprawa na drugą stronę i tu następuje podział na obóz pierwszy i atakujących 😉 Grasia z Dorotką rozbijają biwak, pozostali wyruszając w stronę Żółtej Przełęczy. Z dołu droga wygląda na zwykły spacerek, ale stopniowo ściana staje dęba, śnieg jest twardy i zmrożony, chwilami nawet zęby raków ciężko jest wbić w stok. Po przejściu 1/3 stoku zawraca Paula, którą trudności lekko przestraszyły, a zaraz za nią Piotr, którego dosięga niemoc ze względu na ból nogi.

dsc_4164  Zostaje nas atakująca czwórka – Wojtek toruje szlak swoimi pancernymi butami, za nim Konrad „pogłębia” stopnie swoją wagą, ja jako trzeci z czekanem w jednej ręce i aparatem w drugiej uwieczniam wysiłki, stawkę zamyka Piotr „młody”. Czujnie, w pobliżu skalnych ścian, zbliżamy się do przełęczy. Jest naprawdę stromo,  chwilami z 60 stopni. Raki jednak pewnie trzymają, walimy czekanami w zmrożony stok dla lepszej asekuracji, choć nie zawsze chcą dać się wbić dostatecznie głęboko. Coś, co wydawało się półgodzinnym spacerkiem, zajęło 2 godziny i oto po pokonaniu ostatnich trawek stoimy na przełęczy. Widok na drugą stronę jest rozległy, ale nie zbliżamy się zbyt blisko krawędzi ze względu na nawis. Za to widok na stronę, skąd przyszliśmy, powala na kolana. Po lewej pręży się Orla Perć z pionową ścianą drogi na Zawrat, na wprost piramida Kościelca, w dole biała tafla Stawu, a za nią długa dolina opadająca w stronę Zakopanego. Wszystko oświetlone marcowym słońcem. Lekko wieje, nie przeszkadza nam to w podziwianiu widoków. Wyciągamy zapasy, chwila dla fotoreporterów i zaczynamy odwrót. Teraz dopiero skacze adrenalina, bo drogę w dół mamy cały czas przed oczami. Nie było jednak tak źle. Raki dobrze trzymają się śniegu, krótkie kroki, lekkie zakosy i stopniowo nasz stok kładzie się, a my pomału tracimy wysokość. Słońce pali nas jak na patelni, w końcu jest marzec. Na stawie pojawia się niesamowity cień Kościelca, jest coraz dłuższy i kryje stopniowo całą dolinkę, gdy docieramy na dół. Jeszcze spacer przez Staw i znowu jesteśmy w komplecie, gdzie wita nas opalająca się ekipa bazowa 🙂 Podziwiamy „słoneczko” Pauli, którą słońce ładnie usmażyło na czerwony kolor z wyjątkiem czoła skrytego pod czapką 🙂 Muszę jeszcze dodać, że w schronisku furorę zrobiło czerwone poncho Pauli, czyli koc  z dziurą na głowę 🙂 Do tego opalony „krążek” na twarzy i nie było chłopa, który by się nie obejrzał 😉

Pół godziny później „banda głodnych” wpada do schroniskowej jadalni na zasłużony posiłek i „zupkę piwną regeneracyjną”.

dsc_4422  Mimo zmęczenia, postanawiamy jeszcze wyjść na nocne szkolenie lawinowe 😉 Odpowiednie miejsce znajdujemy 100 metrów od schroniska. Ci, którzy jeszcze tego nie robili, dostają polecenie wykopania jamy noclegowej, pozostali uprawiają w tym czasie dupozjazdy modyfikowane, tzw. free style 😉 Po kolejnym zjeździe doceniam twardość czołówki i wrócę do domu z podrapanym nosem 🙂 No cóż, wypadki w górach się zdarzają 😉 A zabawa na śniegu i tak nie ma sobie równych! Mocno dotlenieni powracamy do schroniskowego pokoju.

dsc_4427  I tak kończy się kolejny, niepowtarzalny zlot. Poranek wita nas ponownie idealnie błękitnym niebem – po prostu żal opuszczać to miejsce. Śniadanie, pakowanie i ruszamy w dół. Podziwiamy całą okolicę Hali Gąsiennicowej, potem z Upłazu Giewont, w oddali Babia Góra jak Fujiyama i zaraz jesteśmy w Kuźnicach. Oczywiście nie ma zlotu bez Kolibecki, tym razem zamawiam kotleciki cielęce – pyycha! O 13 w drogę i po 7h jazdy witam się z domownikami 🙂