Na naszych zlotach robi się całkiem rodzinnie 🙂 Adaś jeździ z Kasią od czasu, gdy jeszcze go na tym świecie nie było, a w tym roku dołączył do niego kolejny młody góral – Radosław Junior 🙂 Jedyny facet, który trzy dni rąbał czekanem co popadło 😉

Ale też nie jest to koniec składów rodzinnych. Po kwietniowej wycieczce na Grzesia do grona zarażonych zimową turystyką dołączyła moja córcia Karolina i pewien zacny kawaler Tomek 🙂 Grudniowe listy do Mikołaja zawierały w zasadzie jedna prośbę – raki 🙂 Toteż Mikołaj nie mógł odmówić.

Do niezawodnego składu dołączyła jak zawsze Grasia, Ela, Wojtek z Dorotką oraz Radek. Piotrek stwierdził tylko że on jedzie, nawet jeśli nie wie gdzie.

Ruszamy świtem i idzie nam całkiem sprawnie. Kolejne odcinki trzęsących odcinków drogi zamieniły się w gładkie jak stół asfaltowe dywaniki. Mijamy Radom i wpadamy na ekspresówkę. Ani się obejrzymy i jesteśmy pod Krakowem. Tu niestety brakuje jeszcze kilkudziesięciu kilometrów i tempo siada. Na szczęście w samym mieście korków nie ma, bo pora wczesna i zaraz jesteśmy na Zakopiance. Tu też widać postęp prac, wiadukty już na nas czekają i pewnie na kolejny zlot już nimi pomkniemy.

Dzięki uprzejmości taty Tomka parkujemy w pobliżu bazy lotniczej TOPR i ruszamy do pobliskiej karczmy na placka po zbójnicku. Ponieważ reszta ekipy dojechała wcześniej, uzgadniamy, że ruszają na Ornak sami a my dołączymy później. Dłuższa chwila schodzi nam na napełnianiu żołądków a potem na poszukiwaniu wiosny (a raczej Biedronki). Żabka też jest, ale jako ekipa apolityczna omijamy ją szerokim łukiem 🙂

I tak jakoś nam zeszło do zmierzchu. W tej sytuacji tata Tomka, który kończy dyżur, proponuje nam podwózkę do Kir, gdzie czeka już Wojtek z plecakiem na biedronkowe zakupy 😉 Co prawda ustalał z Piotrem, że ruszy w dół 45 minut przed naszym wyjazdem, ale coś się słabo dogadali i biedak teraz się tam trzęsie z zimna, bo ubrany na lekko zbiegł za wcześnie ze schroniska do wylotu Doliny Kościeliskiej.

Zaczyna padać śnieg, droga po całodziennej odwilży przymarzła i już za chwilę są skutki – trafiamy na wypadek. Kolejne opóźnienie.

Wreszcie Kiry. Szybko odnajdujemy Wojtka, następuje przepakowanie, sprzęt na plecy i jazda ku przygodzie. Wkrótce spotykamy jeszcze Kasię i Grasię, które wyruszyły ku nam na spotkanie.

Wypada wspomnieć, że Wojtek z Dorotką i Grasią rządzą już jeden dzień w Tatrach i zdążyli zdobyć wybitny szczyt czyli Nosal 🙂

Droga do schroniska mija mi zadziwiająco szybko – czyżby dolina się skróciła? Jest też okazja na pierwsze pogaduchy – może dlatego ani się obejrzałem i już było przysłowiowe „5 minut do schroniska”.

I oto mamy ekipę w komplecie.

Wieczorna integracja trochę się przeciąga.

Nie wróży to „wyjścia na wschód słońca” następnego dnia 🙂 Mamy do swojej dyspozycji nasz ulubiony kąt na piętrze schroniska, wspominamy pierwszy zlot, który odbył się dokładnie w tym samym miejscu. Tylko sopli lodu za oknem brak, co powoduje nieutulony żal „królowej lodu” Grasi 😉 Za to śnieg leci w dużych ilościach. W połączeniu z prognozą pogody i zapowiedzią silnych porywów wiatru powoduje to korektę planów na jutro.

Dzień 1: Przełęcz Iwaniacka

Przed świtem słyszę nierówną walkę ze snem w wykonaniu Karoliny i Tomka. Zgodnie z przewidywaniem walka zostanie przegrana, ale i tak gratuluje im samozaparcia i próby wyjścia na wschód słońca nad Smreczyński Staw.

Ekipa powoli budzi się do życia. Bardzo powoli 🙂 W efekcie dzielimy się na podgrupy – pierwsza ogarnia się minimalnie szybciej i aby nie zgrzać się w pełnym rynsztunku górskim, decyduje się na wyjście. Ruszamy w stronę Przełęczy Iwaniackiej. Pada gęsty śnieg, drzewa pokryły się grubym puchem. Jakkolwiek marzyła mi się słoneczna pogoda, to ośnieżone drzewa też mi pasują i idzie mi się świetnie i w doskonałym nastroju. Dzielnie podążają ze mną Karolina z Tomkiem, dla których jest to zimowy debiut. Idzie też Kasia z Koziołkiem i niezawodna Ela, którą dopinguję tradycyjnym „jeszcze tylko 100 metrów po płaskim” 😉

W trakcie postoju odbywam mały pościg. Karolinie ucieka kawałek foliowej torebki, a że panna zrobiła się bardzo ekologiczna, ruszam w pościg po zboczu 🙂 Sunąc w gęstym śniegu jak czołg, w końcu ją łapię 🙂 Powrót wcale nie jest łatwy, ale wracam dumny z efektu! Czego się nie robi dla córki 😉

W tak pięknych okolicznościach w półtorej godziny osiągamy przełęcz. Trochę wieje, więc chowamy się pod drzewami i zakładamy biwak. Są „orzełki”, zabawy na śniegu, fotografowanie. Jest też gorąca herbata i kanapki. Lekko się wychładzamy, ale oto nadciąga druga grupa.

Radek Junior oczywiście asekuruje się czekanem, którego nawet na chwilę nie wypuszcza z ręki, pomimo, że na podejściu sprawdzał czołem jego twardość 😉

Świętujemy sukces pieczarkami i naleweczkami.

Jakkolwiek kusiło mnie, by wychylić nos ponad przełęcz, to napotkany turysta łamaną polszczyzną ostudził nasz zapał, mówiąc, że „wieje wiatr ponad forest”. On sam bardzo szybko zawrócił, a mijał nas całkiem niedawno na podejściu.

Wobec powyższego robię debiutantom ekspresowy kurs wiązania raków i ruszamy w dół. Szybko się rozgrzewamy. Śnieg nadal pada, płatki wirują, jest pięknie.

Przy drodze stoi Buka, a Muminki pewnie śpią.

Schodzimy do schroniska, rozciągając się nieco. Po drodze kusi mnie ośnieżona i nietknięta ludzką nogą Hala Ornak, ale nikogo nie namówiłem na nocny spacer.

Siadam sobie w kącie świetlicy i … odpływam 🙂 Po godzinie rusza
akcja poszukiwawcza 🙂 Moi przyjaciele odnaleźli zaginionego turystę na ławce schroniskowej świetlicy 😉

Gromadzimy się w pokoju na wieczorne pogaduchy. Wojtek dostaje do ręki nóż, przed nim lądują słoiki ze smalczykiem i bochenek chleba. Z miejsca zostaje uznany przez Karolinę za „fabrykę kanapek” 🙂 Jest miło i sympatycznie, Radek klepie się z zadowoleniem po swoich nieco zaokrąglonych od czasu jak go ostatnio widzieliśmy kształtach i stwierdza, że „wygrał z anoreksją” 😉

Schodzimy na kolację, gdzie dosięga nas technologia, czyli jedyny mający zasięg telefon, dzięki czemu możemy obejrzeć kolekcję zdjęć, które niedawno udostępniłem w ramach przygotowań do zlotu. Jest przy tym dużo śmiechu, bo niektóre z nich mają prawie 20 lat.

Potem zaszywamy się w śpiworach, by kolejnego dnia sprawnie poderwać się o świcie i ruszyć na kolejna wyprawę.

Dzień 2: Wąwóz Kraków

Tego dnia organizujemy się dość sprawnie i zaraz po śniadaniu ruszamy w dół Doliny Kościeliskiej.

Szybko odnajdujemy ścieżkę do wąwozu i schodzimy z głównego traktu. Nie bardzo wiemy co nas czeka, bo nikt z nas tu nie był. A wąwóz jest rzeczywiście widokowy.

Zaraz na początku spotykamy ekipę, która twierdzi, że nie da się przejść… My nie damy rady? Nacieramy, podziwiając wysokie skalne ściany. Ścieżka jest kręta i przeciska się chwilami dość wąsko pomiędzy urwiskami.

Szybko docieramy do miejsca, gdzie na zboczu straszy drabinka. U góry widać przymarznięty łańcuch. To zapewne o tym miejscu wspominali spotkani wędrowcy. Dalej drogę przegradza znak zakazu wstępu, więc sprawdzamy na mapie i wychodzi na to, że szlak wiedzie w górę.

Wojtek z Piotrkiem nie czekając długo wskakują na drabinę, sprawnie pokonują oblodzone zbocze i zaraz są na górze. Młodzież też nabiera chęci na przygodę. Zakładają raki i ruszają za poprzednikami. Chwila walki i trudności pokonane. Za to na dole został cały bagaż zwycięskiej czwórki. Wojtek ocenia trudności na „znaczne”, więc nie chcąc ciągnąć naszych najmłodszych i Eli na ekstremalne przygody ustalamy, że on bierze na siebie tych co weszli i biegną dalej przez jaskinię, a ja sprowadzę pozostałych i bagaż na dół drogą podejścia. Okazuje się, że to co najlepsze, czyli imbirówkę zabrał ze sobą do Smoczej Jamy 😉

Obładowani jak wielbłądy w kwadrans jesteśmy na dole. Tam też wkrótce spotykamy pozostałych. Tomek z Karoliną z przejęciem opowiadają o swojej pierwszej poważnej górskiej trasie w rakach 🙂

Wycieczka była dość krótka, więc czujemy niedosyt. Pojawiamy się przy schronisku i od razu kroki kierujemy w stronę Smreczyńskiego Stawu.

Dojście zajmuje nam pół godziny, za to biwak, który zakładamy – potrwa ze dwie. Jest pozowanie przez Grasię do powtórki kultowego zdjęcia sprzed lat 😉 Są też pieczarki, jest naleweczka. Wszystko zgodnie z tradycją.

Nowicjuszom nakazujemy kopać jamę śnieżną. Najpierw dziwnie patrzą a za chwilę kopią zawzięcie 🙂 Wyszła całkiem zgrabna, choć nieduża. Sesję fotograficzną w jamie zaliczają wszyscy bez wyjątku 🙂 Łącznie z trzypokoleniową rodzinką≤ która z rozbawieniem przyglądała się naszym harcom.

Żeby młodzi się za bardzo nie nudzili, a przy okazji poczuli moc śniegu, dostają kolejną propozycję: zdobyć wzgórze obok stawu, a za chwilę jeszcze jedną – obejść staw dookoła.

Chyba złapali „fazę” bo kopią się w śniegu z dziką radością 🙂

Czas ucieka, towarzystwo robi się głodne, więc zarządzamy odwrót. Całe zejście zamienia się w niekończący się zjazd najmłodszej dwójki na „jabłuszku”. Sztafeta rozstawiona wzdłuż ścieżki ubezpiecza zjeżdżających małolatów i na kolejnym spadku rytuał się powtarza.

Docieramy do schroniska i oczywiście wszyscy rzucają się na jedzenie. Bardzo pojętny Radek Junior zapamiętał z naszej nauki, że „kto nie ma znaczka tan zasuwa na górę po Nestie”. Radek Senior nie może niestety odmówić racji Juniorowi, bo byłoby to niewychowawcze i odbywa dodatkowy spacerek na piętro 🙂

Próbuję poderwać towarzystwo do boju na nocny wypad, ale wyczuwam ciemną stronę mocy emanowaną przez napełnione brzuchy, więc ostatecznie podrywam tylko swoją młodzież. Tych nie trzeba namawiać dwa razy 🙂

Czołówki na głowę i pędzimy drugi dziś raz nad Smreczyński Staw. Wycieczka młodzieży się podoba, ale tym razem nie siedzimy długo. Kilka zdjęć i wracamy. Jest wreszcie okazja na szkolenie z dupozjazdów. Ciemno, droga pusta. Siadamy, kilka odepchnięć kijami i już pędzimy w dół. Tak się rozpędziłem, że mijam zdziwioną Karolinę. Wiatr we włosach 😉

Szkolenie nocne uznajemy za udane. Powrót zajął nam koło kwadransa i był błyskawiczny 🙂 Przed schroniskiem oczywiście szaleje dwójka małolatów. Do których za chwilę dołączają nieco starsi i zaczynają ryć kolejną wielką jamę w zaspie. Wciąga ich to na dłużej.

Wpadamy na górę, gdzie trwa wieczorna impreza pożegnalna. Zerkając, jak idzie kopanie jamy odkrywamy, że można ich skutecznie bombardować śnieżkami z balkonu schroniska. Wojna rozkręca się w najlepsze, ale balkonowej ekipie szybko kończy się amunicja. Przenosimy się więc na dół, gdzie śniegu jest pod dostatkiem. Walka kończy się rozejmem i wszyscy zgodnie wskakują do jamy na pamiątkowe foto.

Znosimy wszystko co da się zjeść, aby oszczędzić sobie noszenia. A potem do łóżek. Strasznie szybko nam minął ten czas.

A rano Tomek zaczyna czytać regulamin… i odkrywa, że w schronisku jest do wypożyczenia gitara. Kolejny zlot zaczniemy od studiowania regulaminu 🙂

Jeszcze pakowanie, śniadanie, plecaki na plecy i tym razem dolina jakoś się dłuży…. W górę idą tłumy, są stylówy, Dżesiki i Brajany, sanie pełne turystów (150 za kurs, widząc baciki w rękach fiakrów nie miałem odwagi zapytać o podatki 😉 ). Z Kir łapiemy busa, ale jazda trwa dość długo. Korki są okrutne. Na Krupówkach dziki tłum. Szybko uciekamy na parking. Wpadamy jeszcze na kilka słów do ratowników, Piotrek robi sobie zdjęcie z Sokołem i w drogę.

Byłoby całkiem fajnie, gdyby nie to, że trafiamy na szczyt w Krakowie. Coś za coś. Jak się chce pokontemplować w samotności góry, trzeba się przemęczyć w drodze…

Koniec.

Kto o nich nie słyszał? Chyba każdy. Najsłynniejszy symbol tatrzańskiej wiosny, ściągający co roku tysiące spragnionych jego widoku turystów.

Internet znowu zalała fala zdjęć Polany Chochołowskiej pełnej fioletowych kwiatów i narodził się szalony pomysł  – jedziemy w weekend na jeden dzień obejrzeć krokusy 🙂 Jakoś tak zawsze chciałem je zobaczyć, ale myśl o tym, żeby przejechać 500 kilometrów i zaraz wracać studziła zapał. W tym roku jednak stwierdziłem, że kiedy jak nie teraz.

Drogi ekspresowej w kierunku Krakowa przybywa, więc jedzie się coraz lepiej i szybciej. Docieramy rodzinnie w piątkowy późny wieczór w okolice Kościeliska, gdzie mamy zarezerwowany nocleg. Zjadamy kolację i postanawiamy wstać wcześnie, by zdążyć przed tłumem, którego jutro się spodziewamy w Dolinie Chochołowskiej.

Wszystko idzie zgodnie z planem – pogoda zgodna z prognozą: jest lekki przymrozek, na trawie widać szron, ani jednej chmurki, brak wiatru. Zrywamy się po szóstej, pakowanie plecaków, przygotowanie kanapek i herbaty, jeszcze tylko śniadanie i podjeźdżamy pod wylot Siwej Polany, oddalonej o 5 kilometrów od naszej kwatery.

Pierwszy szok. Jest po siódmej i wszystkie parkingi są już pełne! Wciskamy się na ostatnim, gdzie jest jeszcze trochę wolnych miejsc, szybkie przepakowanie i ruszamy.

Przed nami około 9 kilometrów Doliny. Znam ją na pamięć, tyle razy nią szedlem. Niestety – widoki zamiast cieszyć – przygnębiają. Wszędzie trwa zrywka drewna, drogi są zryte ciągnikami, okoliczne zbocza zieją pustką, bo większość drzew wyłamał halny. Piękne tatrzańskie doliny to już chyba zostaną tylko w moich wspomnieniach.

Idziemy całą piątką, a obok ciągnie w górę gigantyczny tłum. Liczyłem się z tym, więc nie narzekam. Przecież czekają na nas krokusy. Te witają nas tuż po wkroczeniu na Polanę Chochołowską. Na razie zwinięte po porannym przymrozku. Po dwugodzinnym marszu robi się jednak całkiem ciepło.

Rozsiadamy się chwilę w schronisku, odstajemy swoje w kolejce po szarlotkę, wypijamy kawkę i czas na realizację dalszej części planu. Poprzedniego dnia gościłem w bazie lotniczej TOPR i dowiedziałem się, że spokojnie mogę spróbować wyciągnąć chętnych na Grzesia. Moja piękniejsza połówka postanawia założyć obóz szturmowy połączony ze spacerem po Polanie, czytaniem książek i podziwianiem krokusów. Ja zaś montuję ekipę złożoną z części młodzieżowej i za chwilę zaczynamy podejście. Szlak znam na pamięć, więc skupiam się na pilnowaniu moich wędrowców, a przy okazji opowiadam, co widzą i jak sobie radzić z drogą w zimowych warunkach.

No właśnie. Weszliśmy znowu w zimę. Początek szlaku jest trochę błotnisty i oblodzony, ale dość sprawnie przeprowadzam grupkę wyżej, gdzie idziemy już po śniegu. Wiosenne słońce powoduje, że jest on ciężki, zbity i śliski. Tu ludzi prawie nie ma, więc możemy spokojnie swoim tempem zdobywać wysokość i nie obawiać się, że ktoś na nas zjedzie. Pokonujemy pierwszy, stromy odcinek, przed Przełęczą Bobrowiecką, skręcamy w trawersujący odcinek szlaku, gdzie w punktach widokowych podziwiamy panoramy na Kominiarski Wierch. Pogoda nadal trzyma.

Kolejny zwrot i czeka na ostatnia prosta na grzbiet, gdzie wychodzimy z lasu. Tu wypoczywa kilka grupek – my też robimy przystanek na herbatkę i kanapki. Widok jest wyśmienity. Jak zwykle w takich warunkach wrażenie robi Babia Góra, która świeci w słońcu jak szczyt Fujijamy.

Jak że jest „zima” a trochę się zgrzaliśmy, zarządzam wymarsz. Naciągamy czapki, wkładamy rękawice i kaptury na głowy bo leciutko wieje. Młodzieży zimowe wejście bardzo się podoba.

Czas na atak szczytowy. To dość stromy odcinek, mocno ośnieżony, nadal jest pewnie koło 1-1,5 metra śniegu, który skrywa rosnącą pod nim kosówkę. Pokazuję młodzieży kilka otworów po nogach osób, które się zapadły 🙂 Robią wrażenie. Wielokrotnie grzany i mrożony śnieg utworzył jednak stabilne podłoże i idąc po nim szybko zdobywamy kolejne metry.

Pierwsza na szczyt wpada oczywiście najmłodsza w ekipie – córcia Weronika. Brawa dla niej! Cieszy się i macha do nas z góry ręką. Zaraz dołącza do niej kolejna dwójka czyli Karolina i Tomek. Cała trójka to zimowi debiutanci. Już mówią, że im się to podoba 🙂

Ostatni wkraczam ja 🙂 Widoki są rewelacyjne. Wokół zimowe Tatry, na uboczu Osobita, na którą odchodzi nieprzetarty słowacki szlak. Ludzi sporo. Część z nich rusza dalej w kierunku Rakonia i Wołowca, dla nas to jednak koniec wycieczki. Cel osiągnięty. Czeka nas w końcu jeszcze zejście do schroniska a potem powrót na Siwą Polanę.

Na szczycie siedzimy około pół godziny. Przestało wiać, jest bardzo przyjemnie. Kończymy herbatkę, Tomek jak rasowy turysta wyciąga czekoladę, którą tu wniósł. Ludzi przybywa, a my zarządzamy odwrót. Czas na wyciągnięcie raków. Trzeba jakoś asekurować ekipę. Idę pierwszy robiąc stopnie, a krok w krok za mną pozostali. Szybko i bez problemów dochodzimy do lasu. Tu jest już bezpieczniej ale pamiętam, że na dole czeka nas jeszcze oblodzony odcinek. Tam raki w kilku miejscach się przydają, bo robię na lodzie stopnie z własnych butów i udaje się sprawnie pokonać kilka trudniejszych miejsc. Tylko Karolince nie udaje się uniknąć kontaktu z błotem 🙂

Jesteśmy znowu pod schroniskiem. Dość szybko odnajdujemy się w tłumie z dyżurującą obsadą obozu szturmowego 🙂 Krokusy rozkwitły na całego, ale też tłum zgęstniał. To co widzieliśmy rano, to była gra wstępna 😉 Są też klasyczne przypadki ceprów, którzy nic nie robią są z zakazu wstępu na krokusowe pole. Zwracam im uwagę, ale jedyną reakcją jest wzruszenie ramion. To jeszcze jeden powód, dla którego tu nie wrócę. Byłem, zobaczyłem i wystarczy.

Teraz przed nami dwie godziny marszu w dół. Droga się dłuży, w górę ciągną kolejne tłumy. Nad głową przelatuje Sokół. Śmigłowiec TOPR. Na szczęście tylko na ćwiczenia. Na pokładzie jest tata Tomka, więc mamy wiadomości z pierwszej ręki 🙂 A my – chcemy szybko stąd uciekać. Wreszcie jest parking. Czujemy dzisiejsze 26 kilometrów w nogach. Wracamy do kwatery, przebranie się i szukamy knajpki. Próba wbicia się do kultowej Kolibecki kończy się niepowodzeniem. Brak miejsc.

Zostają Krupówki, gdzie o dziwo ludzi jest mało 🙂 Czyżby wszyscy byli w Chochołowskiej?

Placek po zbójnicku przywraca siły 🙂 I powoduje chęć przyłożenia głowy do poduszki. Wracamy do Kościeliska i padamy 🙂

Rano mieliśmy jeszcze spotkać ekipę od Sokoła TOPR, więc ponownie wpadamy do bazy. Niestety – od rana mocno wieje, pogoda jest dużo gorsza. Śmigłowiec stoi w hangarze, a my po 15 minutach pogawędki ruszamy do domu.

Weekend był udany 🙂

Od lata rozmawialiśmy na temat powrotu na Halę Kondratową. Odbyły się tu już dwa zloty i dwa razy zakończyliśmy naszą przygodę na przełęczy pod Kopą Kondracką. W okolicznościach dość wietrznych i mało widokowych..

Skład zacząłem kompletować jeszcze w listopadzie, bo schronisko na Kondratowej jest malutkie, a przy licznej ekipie dostępność łóżek może być problematyczna. O ile ze składem poszło szybko, to z terminem było nieco gorzej… weekendy były już zajęte i zaproponowałem nowy wariant zlotu – od niedzieli do środy. Większości pasowało, więc szybko dokonałem rezerwacji i zostało odliczanie dni.

Obóz szturmowy

Ruszamy w niedzielny poranek o 7 rano i z wielkim zdziwieniem stwierdzamy, że kraj jakiś wymarły, na drodze prawie nie ma ruchu i w efekcie lądujemy w Krakowie po zaledwie 4,5 godzinach jazdy. Niesamowite. Mamy więc szansę dołączyć do pozostałych, którzy przybywają do Zakopanego pociągiem i busem na umówioną w okolicy czternastej zbiórkę. 

Wpadamy na Zakopiankę i szukamy jakiś przydrożnej knajpki, by coś zjeść. Jeden raz szedłem głodny do schroniska z ciężkim plecakiem i byłem na granicy „odcięcia mocy”, więc przysiągłem sobie więcej nie powtórzyć tego błędu 🙂

Knajpka okazała się całkiem fajna, z bali, w góralskim stylu, a placek po zbójnicku wyśmienity 🙂 Po pół godzinie jedziemy do centrum Zakopanego, gdzie u zaprzyjaźnionej góralki mam zostawić pod domem auto. W mieście istne szaleństwo – bo jest to dzień, w którym ma się odbyć indywidualny konkurs Pucharu Świata w skokach narciarskich. Tysiące ludzi krążą w biało-czerwonych czapach, szalikach, pelerynach trąbiąc z całych sił w wielkie wuwuzele. Przejmuje nas nasza gospodyni i zachęca do pozostania na kawie, ale szkoda nam trochę światła dziennego, więc umawiamy się, że siądziemy na chwilę schodząc z gór. Dorota pakuje nas w swoje auto, jedziemy na kuźnickie rondo, a tu wszystkie drogi obstawione policją i gęsto od ludzi. Wszyscy pędzą na skocznię. Dorota się jednak nie zraża i wywozi nas tajnymi i sekretnymi dróżkami znanymi tylko miejscowym w miejsce, skąd mamy 10 minut do Kuźnic 🙂

Zarzucamy plecaki i ruszamy z Piotrem na szlak w kierunku Kalatówek. Nareszcie!

Przed nami ruszyła Kasia z Koziołkiem i Elą, Rysiek, Wojtek i Dorotka. Ruszamy dziarsko, ale już początek szlaku na Kalatówki daje się we znaki – jest ślisko. Na razie jednak dajemy radę bez raków. Sprawnie docieramy na leśną odnogę szlaku, jeszcze parę minut i Kalatówki. Mijamy polanę i wchodzimy na wąską ścieżkę w kierunku Hali Kondratowej. Tu już jest gorzej, na stromych odcinkach buty się ślizgają, a ciężki plecak wcale nie pomaga w łapaniu równowagi. Szybka decyzja i zakładamy raki.

Teraz od razu nabieramy tempa i w ciągu kilku minut łapiemy kontakt z ekipą przed nami 🙂 Jak zwykle radość ze spotkania i za chwilę spokojnie maszerujemy do schroniska. Tylko Wojtek nas trochę pogania, bo wygląda, że ma w plecaku zapasy na dwa miesiące 🙂

Dzielnie radzi sobie również Ela, która ma pierwszy raz na butach raki. Nigdy nie jest za późno by spróbować czegoś nowego 🙂

Jeszcze parę minut, ostatnia prosta i widać światełko schroniska. Witają nas jego nowi gospodarze. Szybko nawiązujemy nić porozumienia 🙂 Wszyscy wyciągają dokumenty, tylko Piotr stoi i drapie się w głowę… bo zdziwiony stwierdza brak portfela. Na szczęście – jak się później okaże – zostawił go w kurtce, w której przyjechał i która leży teraz w samochodzie. No i teraz musi sobie przypomnieć wszystkie dane z dowodu. Na szczęście pamięć go jeszcze nie zawodzi 🙂 Zostaje też zmuszony ustalić cenę na swoje usługi, bo musi zarobić na schronisko – pięć euro za wszystko 🙂

Po około godzinie jako ostatni dojeżdża do nas Radek. No to jesteśmy prawie w komplecie. Baca ma w tym roku dołączyć do nas dzień później.

Znaczki zlotowe rozdane – zlot można zaczynać 🙂

Przemieszczamy się do naszego ulubionego pokoju czyli dwójki ośmioosobowej 🙂 I oczywiście musimy się nagadać, jednak koło 22 znikamy w śpiworach – każdy jest trochę zmęczony po podróży.

Dzień ataku

Rano pogoda nie rozpieszcza, jest powyżej zera, lekka mżawka, mgła. Wierzymy jednak w odmianę i zaraz po śniadaniu ruszamy cała grupka w głąb doliny w kierunku Przełęczy pod Kopą Kondracką.

Tuż przed nami szykuje się inna ekipa. Może bym o niej nie wspominał, gdyby nie jej skład: Marek idzie ze swoimi dziećmi – starsze ma 7 lat a młodsze – 3 lata! Będziemy dziś śledzić z uwagą ich drogę na szczyt.

W miarę nabierania wysokości, ostry na początku horyzont zaczyna się rozmywać w lekkiej mgiełce. Docieramy do Kamienia, gdzie zarządzamy pierwszy mały postój. Tu się rozdzielamy. Ekipa babska pod wodzą Adasia decyduje się na odwrót, a pozostali zagłębiają się w mgłę otulającą zbocze. Podejście robi się strome i szybko zdobywamy wysokość, tracąc jednocześnie orientację w terenie. GPS z grubsza wskazuje, że szlak jest gdzieś pod nami, ale gdzie jest przełęcz, wiemy tylko orientacyjne. Przecinamy nieduży żleb, by wyjść na wypukłe żeberko – każda wypukła formacja to dodatkowe bezpieczeństwo. Jest trochę oblodzone, ale raki dobrze trzymają. Rysiek ma je na nogach pierwszy raz i uczy się zaufania do sprzętu. Jeszcze trochę wysiłku i wychodzimy… 100 metrów od przełęczy i sporo wyżej ponad nią. Za to bliżej Kopy…

I teraz następuje cud natury. Chmury w parę minut się rozstępuję i roztacza się przed nami niesamowity widok na wszystkie strony świata. Po słowackiej stronie doliny toną w chmurach, a nad nimi górują wszystkie okoliczne granie skąpane w zimowym słońcu. Kopa Kondracka lśni nieskazitelną bielą na tle intensywnie niebieskiego nieba, po polskiej stronie mamy widok aż po horyzont zakończony poduchą chmur i na deser na wschodzie pokazują się Tatry Wysokie. Euforia 🙂 Spełniło się moje marzenie chodzenia ponad chmurami 🙂

Troszkę wieje, niektóre porywy są nawet dość silne, ale decydujemy – idziemy na Kopę. To w końcu trzecia próba, poprzednie dwie skończyły się we mgle przy słupku na przełęczy. Podobnie było z Giewontem.

Szeroki grzbiet ułatwia nam zadanie, a bliskość szczytu sprawia, że stajemy na nim błyskawicznie. Tu porywy są jeszcze silniejsze. Zapieramy się mocno kijami i chwilę naradzamy co dalej.

Pada pomysł pójścia na Przełęcz Kondracką i może nawet na Giewont. Niestety – wieje zza Kopy, tam gdzie idzie szlak graniowy. Nie ma też pewności, jak wygląda zejście z Przełęczy w dół wprost do Piekła 😉 Decyduje rozsądek i wracamy drogą, którą przyszliśmy. Jest też z nami Rysiek – nowicjusz zimowy i nie chcemy go zbędnie narażać. Jest prawie pusto, ale Ci co dziś weszli, też decydują się na powrót drogą przez przełęcz pod Kopą.

Robimy szybko obowiązkowe zdjęcie szczytowe i ruszamy w dół. Tu natykamy się na dzielnych młodych taterników idących ze swoim tatą. Piotr proponuje asekurację małolatom, by nie odfrunęli z porywami wiatru 🙂 Radek z Wojtkiem i Piotrem ruszają jeszcze raz na szczyt, a ja pomału schodzę z Ryśkiem na przełęcz. Chwilę czekamy na pozostałych i już w komplecie, powoli schodzimy z Przełęczy wprost w dolinę. Oczywiście ze sporymi odstępami, by nie cisnąć niepotrzebnie na mocno ośnieżone zbocze. Zejście żlebem jest nieco łatwiejsze niż nasza droga podejściowa – śnieg zamiast lodu ułatwia stawianie kroków, więc błyskawicznie tracimy wysokość i spokojnie docieramy do schroniska.

Jeszcze wieczorne fotografowanie chmur.

I to była ta nudniejsza część dnia 😉

Siadamy do obiadu i udajemy się na zasłużoną poobiednią drzemkę. Bardzo krótką… Od jakiegoś czasu potwierdza się fakt, że rejon Kalatówek jest wyjątkowo niebezpieczny i podstępny 🙂 Około siedemnastej ciśnienie podnosi wszystkim Baca, który miał dziś dojechać i właśnie dzwoni z alarmem, że podchodził od Kuźnic i teraz nie za bardzo wie gdzie jest, a poza tym to wyszedł bez posiłku i trochę go odcina…

Spontaniczna akcja ratunkowa kończy się tym, że Wojtek wybiega tak jak stał – czyli bez telefonu, czołówki i raków, a za nim kolejne dwie ekipy wyposażone tylko w telefon 🙂 Łapią na szczęście gorącą herbatę i czekoladę dla Bacy. Po 15 minutach odbieram telefon, że w sumie to raki i czołówki by się jednak przydały, więc dziewczyny pakują mi wielki worek akcesoriów, który zarzucam na plecy. Wyglądam trochę jak Mikołaj 🙂 W progu natykam się na naszego starego przyjaciela Olafa – mocno zdziwionego moim wyposażeniem… Rzucam tylko „ja tu jeszcze wrócę”  i pędzę na odsiecz dzielnym ratownikom 🙂

Ruszam w dół nie bardzo wiedząc gdzie też podziewają się pozostałem ekipy. Wojtek zbiegł już – jak się później okazało – do Kuźnic, Dorotka rwie włosy z głowy, jedna ekipa biega nartostradą, druga ponad Kalatówkami, a Bacy nie ma… W pewnym momencie wszyscy szukają wszystkich 🙂 Tylko Radek, który podobnie jak Baca chodzi własnymi ścieżkami, pakuje się w jakąś niedźwiedzią dróżkę leśną w okolicach stoku narciarskiego i… trafia swój na swego 🙂 

W międzyczasie odnajduję wracające ekipy ratunkowe i obdarowuję je zawartością swojego worka. Ci jednak nie wiedzą jeszcze, że Baca się już odnalazł, więc ruszają ponownie w dół nartostradą. Ja zaś wracam na kwaterę, by szykować kolejną herbatkę dla powracających z akcji. Na szczęście mamy kontakt telefoniczny, więc udaje nam się ustalić, że wszyscy szczęśliwie zmierzają w kierunku schroniska 🙂 Takiej akcji Kondratowa pewnie jeszcze nie widziała 🙂 Jesteśmy znowu w komplecie i można w końcu zasiąść przy stole z Olafem i jego towarzyszką Gośką.

Baca dostaje górę czekolady i wraca do żywych 🙂

Olaf zaś wyciąga Colę. Z puszczy – jak twierdzi. Białowieskiej. Jeden łyk utwierdza nas w przekonaniu, że to wyjątkowa Cola. Nawet nie pytam ile miała procent 😉 Wypada dodać, że Olafa spotkaliśmy na jednym z naszym zlotów i od tamtej pory utrzymujemy kontakt. Wielki ukłon od ircowników, bo specjalnie dla nas przeciągnął urlop i wpadł na Kondratową, by się z nami spotkać.

Jako że obsługa schroniska pozwoliła nam posiedzieć na dole i mieliśmy jadalnię na wyłączność, miły i sympatyczny wieczór trwał prawie do dwudziestej trzeciej. W międzyczasie zdążyliśmy zaliczyć morsowanie w klapkach, które zakończyło się efektownym zjazdem na tychże, tudzież na innych częściach ciała, w efekcie czego trzeba było szukać plastrów na obtarcia 😉 Oczywiście czujne niewiasty wszystko wypatrzyły z góry przez okno…

W międzyczasie padały też co śmielsze pomysły przejścia do historii. Jednak moja propozycja, by dokonać pierwszego zimowego wejścia na Giewont w klapkach nocą – jakkolwiek wzbudziła aplauz, nie znalazła chętnych do realizacji 🙂 Sława musi poczekać.

A może by na Giewont?

Noc była piękna, księżycowa, z milionem gwiazd, ale w nocy się zasnuło i rankiem stwierdzamy, że widoczność siadła, w dodatku świeży opad zasypał wszystkie ślady z poprzedniego dnia.

Postanawiamy ruszyć w stronę Giewontu, by sprawdzić, jak wygląda sytuacja i czy są jakieś szanse podejść wyżej. Lekko prószy śnieg, temperatura jednak poniżej zera, co daje jakieś szanse na fajną wycieczkę.

Ponownie ruszamy w głąb doliny. Przedzieramy się przez świeży śnieg. Przed nami widać pojedynczy ślad – ktoś przeciera pewnie drogę i ma zapewne podobny do naszego plan. Wkrótce go spotkamy – wycofał się powyżej Piekła – rozsądek zwyciężył.

My też docieramy w okolice Piekła, wcześniej jednak Koziołek ponownie ciągnie babską część grupy w swoją stronę, bo chce pobrykać w świeżym śniegu. Siła charakteru i urok osobisty sprawiają, że kobiety nie potrafią mu odmówić. A co będzie jak dorośnie 😉

My idziemy dalej. Z trzech stron czają się ściany pełne śniegu. Czekają… A środkiem płynie lodowiec. Spiętrzone lawinisko straszy śmiałków, a sterczące seraki przypominają, że żarty się skończyły. Pierwszy raz widzę tak groźnie wyglądający żleb.

No cóż, Giewont nie jest nam pisany tym razem. Naszą uwagę przykuwa jednak całkiem zgrabna górka z lewej strony. Od razu mamy gotową nazwę – to Kondratowy Pik Ircowników – potem na mapie sprawdzamy, że to żebro nazywa się Krokiew – gdybyśmy wiedzieli, można by podjąć próbę zejścia z lądowaniem telemarkiem 🙂

Natychmiast powstaje plan zdobycia Piku Ircowników. Radek fachowo toruje drogę wzdłuż żeberka. Idzie nam całkiem dobrze, bo śnieg jest dobrze zmrożony i rzadko się w nim zapadamy. Dwadzieścia minut i jesteśmy na szczycie.

Na szczycie zakładamy biwak i wyciągamy z plecaka pieczareczki – w occie, a jakże.

Towarzyszą nam kozice. Stoją niedaleko na zboczu i ignorują silny wiatr. Zastanawiamy się głośno czy jest im zimno 🙂 

Schodząc, odkrywamy niewielki nawis śnieżny. Nadaje się świetnie na próby lawinowe 🙂 Pierwszy naciera Radek i roznosi lawinę w pył 🙂 Zostaje nam tylko przejść środkiem i sprawdzić, że śnieg jest jednak stabilny i mamy niewielką szanse zjechać w białym puchu.

Za chwilę spotykamy parę młodych wędrowców, która również podjęła próbę wyjścia na Giewont. Za naszą radą zmieniają plan i pójdą na Pik Ircowników. Giewont jest dziś zresztą skryty w chmurach i mgle i jeszcze go dzisiaj nie widzieliśmy.

My zaś odkrywamy ekipę Koziołka, który harcuje w śniegu. Dziewczyny rozbiły biwak i czekają, kiedy mu się w końcu znudzi. No to sobie poczekają 😉 Przyłączamy się do nich i już w komplecie rozkręcamy małą imprezę śnieżną. 

Piotrek robi nam szkolenie, jak się otwiera piwo rakiem 😉 Całkiem niechcący sam się chwilę wcześniej tego nauczył, wdeptując w puszkę, która chłodziła się w śniegu 🙂 Na szczęście niewiele cennego trunku uciekło w śnieg.

Zapasy zużyte, piwa brak – wracamy. Wszyscy ruszają ścieżką, tylko ja wbijam się z dziką rozkoszą w sam środek doliny i wytyczam nowy ślad na nietkniętej ludzką stopą wielkiej śnieżnej pościeli 🙂 Ale radocha! Cała Dolina Kondratowa moja 🙂

Spotykamy się ponownie pod schroniskiem i zarządzamy odpoczynek. Wpadamy na nasze łóżka zadowoleni z życia. Nie wszyscy 🙂 Z okna naszej „dwójeczki” widzimy Wojtka, który zagaduje spotkaną dziś pod Giewontem pannę. Szybka akcja i z pokoju leci do Wojtka MMS ze stosownym foto. „Ona ma chłopaka”. Mina Wojtka bezcenna.

Zapada zmierzch, skończył się krótki, zimowy dzień, a przed nami kolejny punkt planu – wyprawa na Kalatówki na szarlotkę i piwo. Schodząc mamy okazję podyskutować o szczegółach wczorajszej akcji ratowniczej i poznać zawiłości i zdradliwość tutejszej topografii 🙂 Półgodzinny spacer kończy się w kawiarence, wciągamy pyszne ciastko, gadamy, planujemy, śmiejemy się i wspominamy. Zostałem w końcu uświadomiony, jakie jest rozwinięcie często widzianego na murach skrótu – to oczywiście Chwała Wszystkich Dzielnym Policjantom 🙂

Robi się sennie, więc podrywamy się i kolejne pół godziny mija nam na podejściu na Halę Kondratową. Uff, nie zgubiliśmy się 🙂 Radek pokazuje nam, gdzie odnalazł Bacę. No w zasadzie to trudne nawigacyjnie miejsce. Co prawda stoi drogowskaz, że trzeba skręcić w ścieżkę, ale kto by tam zwraca uwagę na drogowskazy 🙂 Szczególnie po ciemku.

Przed schroniskiem zarządzam performens. Wszyscy mają biegać z czołówkami. Ma się ten posłuch. Biegają.

Znowu rozsiadamy się w jadalni, by wyciągnąć resztki zapasów. Taka tradycja. Po co znosić w plecaku jak można zjeść 😉 Zagląda do nas schroniskowy kot zwabiony zapachami. Zostaje przechwycony i chwilę tłumaczymy mu, jak ma pozować do zdjęcia. Posłuchał. A mówią, że koty są charakterne.

Przez cały wieczór telefon Bacy jak zwykle na zlotach wydaje dziwne dźwięki, a po każdym z nich dzielny Baca biegnie odbierać tajemnicze komunikaty z Centrali. Dyskretny jest chłop  – nigdy się nie przyznał dla kogo pracuje 😉

Powrót

Dzień powrotu to już stały schemat. Pobudka, pakowanie przed śniadaniem. Wchodząc do jadalni, Piotr kolejny raz zaczepia głową o framugę drzwi. Stoi chwilę nieruchomy i zdziwiony, ale nie widzę gwiazdek wirujących wokół głowy, więc chyba przeżył. Potem śniadanie, plecak na plecy i schodzimy.

Ostatni rzut oka na schronisko.

Nie śpieszymy się bardzo, w końcu to tylko godzina. Chcemy się jeszcze nacieszyć swoim towarzystwem. W Kuźnicach łapiemy busa i ostania niespodzianka zlotu – Kolibecka zamknięta – otwarcie o dwunastej. Tyle niestety nie możemy czekać. Pędzimy więc do centrum Zakopanego, gdzie się rozstajemy – ja z Piotrem idziemy do auta, reszta wbija się do regionalnej knajpki.

Tym razem nie wymigaliśmy się od kawy i siedzimy jeszcze chwilę w mieszkaniu Doroty, podziwiając Giewont za oknem, a potem jazda w drogę. Bez niespodzianek i na spokojnie docieramy na dwudziestą do domu.

A na letni coś się znowu wymyśli 🙂

Statystyki zlotowe:

28 stycznia

29 stycznia

30 stycznia

31 stycznia

I kroczki:

Każda opowieść musi mieć swój tytuł. Tegoroczna może mieć tylko jeden.

Gdzie raki zimują.

Zeszłoroczna próba rezerwacji schroniska w Pięciu Stawach nie miała szans powodzenia, skoro zabraliśmy się za nią w styczniu. Tym razem poszło lepiej – w listopadzie udało mi się ustalić skład i „klepnąć” miejsca. W zasadzie nie było zaskoczeniem, że skład w międzyczasie trochę zubożał, bo wypadki chodzą po ludziach, a i życie bywa nieprzewidywalne. Ostatecznie zostało nas ośmioro, co nawet dobrze się składało, bo mieliśmy dwie „czwórki” w schronisku na wyłączność i nikomu nie przeszkadzały nasze nocne rozmowy.

Czwartek. Ruszamy jak zwykle z małym opóźnieniem, bo niespodziewanie poduszka zaatakowała Piotra o 3 rano, co skończyło się godzinną obsuwą 🙂 Po godzinnej jeździe przygarniamy jak zwykle Basię i ruszamy na południe. Przysypiam na chwilę i budzę się zdziwiony, że jedziemy na Wrocław 🙂 Hm, coś poszło nie tak 🙂 Piotrek przeoczył zjazd na Kraków i tym sposobem mamy wycieczkę krajoznawczą: zaliczamy Częstochowę, Katowice i wreszcie Kraków 🙂 Rekompensatą jest szybka jazda samymi ekspresówkami. Dalej poszło gładko – zakopianka jest w miarę luźna, kilometry lecą. Oczywiście, aby było śmieszniej, nie mam pojęcia w którym momencie – ale przegapiamy Nowy Targ i na Łysą Polanę musimy jechać przez Poronin 🙂 Uff…. po ośmiu godzinach jazdy z ulgą parkujemy przy schronisku na Głodówce. Grasia biegnie już od dwóch godzin do schroniska w Pięciu Stawach, a my w oczekiwaniu na Lenkę napełniamy żołądki tutejszym plackiem po zbójnicku 🙂 Pycha! Do tego taaaki widok za oknem…

DSC_4284

Wreszcie dociera Lenka i możemy zacząć przygodę. Na parking na Palenicy jest kilka kilometrów, więc w parę minut docieramy na miejsce. Tu niestety przykra niespodzianka. Spotyka nas klasyczne „dojenie ceprów”. Parkingowy w brzydki sposób obwieszcza, że kasuje nas nie za 3 doby a za 4 dni. Nie będę tego komentował…

Samochód ląduje za płotem, by go czasem misie nie odwiedziły, przebieramy się, plecaki w górę i czas w drogę. Zaczynamy!

Szlak do Pięciu Stawów początkowo wiedzie asfaltem prowadzącym do Morskiego Oka. Jest czwartek, więc ruch niewielki, ale wystarczający, by podziwiać rewię mody ceperskiej, osobników z wbitym w ziemię wzrokiem i z telefonem przy uchu – a nie – niektórzy robią zdjęcia tymże telefonem 🙂 Na szczęście to tylko 5 kilometrów i już jesteśmy przy Wodogrzmotach Mickiewicza. Nic nie grzmoci, bo są zamarznięte.

Skręcamy w Dolinę Roztoki. Kilkadziesiąt metrów stromego podejścia i dalej już spokojnie idziemy w kierunku schroniska. Na jednym z odcinków szlak na chwilę ma dwa warianty – pieszy i zaopatrzeniowy – i tam udaje mi się „przeskoczyć” wszystkich, bo poszedłem letnim skrótem. Idę więc w samotności, aż w końcu docieram pod platformę zaopatrzeniową.

DSC_4290

Zakładam raki. Niestety zasięgu sieci komórkowej już dawno nie mam, więc pozostaje mi czekać na resztę ekipy. Zaraz zjawia się Basia. Ruszamy pomału, bo zaczyna się strome podejście wariantem zimowym do Doliny Pięciu Stawów. Idę trochę szybciej, ale staram się cały czas widzieć resztę grupy. Podchodzi się w miarę dobrze, ale już czuję, że w drugą stronę będzie gorzej. Na dole pojawiają się Piotr z Lenką i również ruszają w górę. Ci sobie poradzą, ale na Basię co jakiś czas czekam. Idzie spokojnie swoim tempem, od czasu do czasu machamy do siebie 🙂 Wreszcie jest wypłaszczenie i zaczynają się tyczki szlakowe, więc tu już mogę swoich towarzyszy zostawić, bo do schroniska zostało z 10 minut. Wpadam do niego, zrzucam plecak, by powitać się z Grasią, która tu rządzi już od dłuższego czasu. Pokoje, które dostaliśmy, to pokoje z przepychem. Są tak wąskie, że trzeba się przepychać 🙂

Widziałem ostatnio w internecie zabawne obrazki z informacją, że na drodze do Morskiego Oka po zmroku będzie ciemno 🙂 Nie przypuszczałem, że i mnie to spotka… 20 minut po mnie dociera spanikowana Basia i mówi że drogi nie widziała, bo „ciemno się zrobiło”. „A czołówkę masz?” „Mam” „Włączyłaś?” „Nie”. Niezbadana jest kobieca logika 🙂

Chwilę czekamy na Piotra i Lenkę. Mija trochę czasu a ich nie widać, więc ubieram się i ruszam naprzeciw. Natykam się na nich tuż za schroniskiem. Też bez czołówek…. Z kim ja pracuję 😉

Zostaje już tylko zaczekać na ostatnią grupkę pod wodzą Wojtka. Są i oni – Wojtek, Dorotka i wchodzący resztką sił Baca 🙂 Trochę go podejście sponiewierało. Dostaje szybko porcję kalorii i odżywa. Oto jesteśmy w komplecie. Wieczór spędzamy w prawie pustej jadalni schroniska przy piwku, opowieściach i zgłębianiu polsko – słowackich niuansów językowych. Zmęczenie daje znać o sobie i chociaż czuję się trochę nieswojo, włażąc w śpiwór przed 22-ą, to szybko – podobnie jak pozostali – zasypiam.

Piątek. O szóstej rano zaczyna dzwonić jakiś szalony budzik. Nikt nie reaguje… Wyglądam przez okno. Poranek jest wietrzny, mroźny, ale pogoda jeszcze znośna. Pogodynka obiecała okno pogodowe w sobotę, ale już dziś widoczność jest dobra i przed nami skrzy się w śniegu cała Dolina Pięciu Stawów. 🙂 Postanawiamy się trochę rozchodzić, wiec ruszamy rozpoznać teren. Wzdłuż Stawu Przedniego docieramy do mostka na pierwszą sesję fotograficzną. Sesja kończy się tragicznie. No tak – „klątwa Siklawy”. Mieciona porywistym wiatrem leci w kierunku przepaści a potem znika… moja osłona obiektywu 🙂 Od wakacji gubiłem ją regularnie, bo wskutek zderzenia z rowerem pękło mocowanie i powstał luz – więc ledwo się trzymała… I tym sposobem coś tam po sobie pozostawiłem w górach 😉 

DSC_4322

Ruszamy dalej. Wieje całkiem mocno, żeby nie powiedzieć – dech zatyka. Dzielnie zdobywamy jednak kolejne metry. Docieramy to pierwszego dziś słupka szlakowego. A w zasadzie jego czubka 🙂 Na nowych ircownikach robi to wrażenie 🙂 Gorączka szczytowa powoduje, że są osobniki, które próbują dosiąść słupka 🙂

Tak, właśnie tu zimują raki. 

DSC_4331

Ruszamy dalej w głąb Doliny. Warunki niestety dalej wietrzne. Mija nas kilka ekip, zawiedzionych, że nikt przed nimi nie przeciera szlaku 😉 Część grup odbija na Kozi Wierch. Widać jednak gołym okiem, że dziś walka będzie skazana na niepowodzenie. My też w okolicy kolejnego słupka rezygnujemy z dalszej wędrówki i postanawiamy rozbić biwak. Chwilę szukamy odpowiedniego, osłoniętego miejsca. Jest… wiatka. No tak, ale jak do niej wejść? Spod śniegu wystaje jedynie czubek dachu 🙂

DSC_4360

Niestety – nie da się biwakować zbyt długo. Lodowaty wiatr wyciaga z nas ciepło i decydujemy się na powrót. Przeszliśmy zaledwie w okolice rozstaju szlaku na Kozi Wierch i Zawrat, co i tak jest sukcesem. Za chwilę spotykamy wracających z nieudanego podejścia na Kozi Wierch. Dziś wszyscy wracają.

DSC_4370

Docieramy do schroniska, zjadamy trochę zapasów i w większości wpadamy w drzemkę poobiednią 🙂 

DSC_4398

Teraz czas na realizację planu związanego z odkrytym po drodze igloo 🙂 Chociaż bardziej przypomina ono wulkan, bo jest u góry odkryte 🙂 Pomalutku się ściemnia, więc postanawiamy ruszyć czarnym szlakiem podejściowym na obadanie przyczyn wczorajszych problemów z orientacją 🙂 Opadu nie ma, ślady nie są zasypane, jednak w zapadającym zmroku ścieżka jest faktycznie słabo widoczna. Tyczki też. Jednak włączenie czołówek ukazuje autostradę prosto do schroniska 🙂 Robimy kilka prób hamowania czekanem na stoku i decydujemy się na powrót.

Zapadła noc, zaczyna lekko prószyć. Płatki śniegu wirują w świetle czołówki, więc wczuwam się w nastrój chwili i samotnie wyruszam ponownie w głąb Doliny. Wiatru prawie nie ma, wszędzie biel śniegu i ta cisza… Idzie się rewelacyjne.

Idealne miejsce i czas na wyciszenie. Siadam na dłuższą chwilę na mostku, gaszę światło.

Ciekawe czy niedźwiedzie śpią? 🙂

Szkoda wracać, ale w końcu podnoszę się i wracam do schroniska, by przyłączyć się do pozostałych, którzy już okupują stolik w jadalni. Trwają kolejne szkolenia językowe. Lenka dowiaduje się, że „persona non grata” to „facet bez mebli”, a srogość to taki gość co… hm 😉 Tematem rozważań staje się też burak inaczej carpacio 🙂 Rysiek dokonuje odkrycia: „ze wszystkich przyrządów do herbaty mam tylko gębę”.

Pogaduchy trwają do 22 i będzie to nasz ostatni wieczór w prawie pustej jadalni. Jutro wszystko się tu zmieni. Póki co szykujemy się na zapowiadane sobotnie „okno pogodowe”.

Sobota. O szóstej znowu dzwonią budziki. Złe budziki 🙂 Śmierć budzikom! Zerkam przez okno, a tu… zadymka! A gdzie okno pogodowe?? Pomału wszyscy złażą z łóżek i szykujemy się na wyprawę. Dziś ma paść Zawrat. W teorii, bo w praktyce….docieramy niewiele dalej niż wczoraj. Dziś do wietrznych warunków doszła śnieżyca, a świeży opad śniegu w połączeniu z wiatrem daje natychmiast znikające za nami ślady.

DSC_4432

Ubrani cieplutko nie poddajemy się. Już obok schroniska okazuje się, że wczorajsze ścieżki zniknęły. Nacieram pierwszy i przechodzę do historii – wytyczam nową drogę na mostek 🙂 Zamiast przez garbik robię mały łuk wokół, co i tak kończy się tam gdzie planowaliśmy… Margines błędu zachowałem 🙂 Może kiedyś na mapach pojawi się „obejście Wiesia”.

DSC_4441

Wbijamy się nieco wyżej. Wiatr jest dziś trochę lżejszy, ale wieje prosto w twarze. Docieramy do pierwszego słupka. Napis „Zawrat” został zasypany. Przecieranie idzie ciężko, bo przysłowiowe „3 centymetry” (wymyślone na szybko przysłowie mego autorstwa, by poderwać ludzi do boju) to w rzeczywistości nawet 15 centymetrów świeżo nawianego śniegu. Połowa ekipy twierdzi, że nie czują się na siłach i „wrócą po śladach”. Jakich śladach? Po tych już dawno zostało wspomnienie… No cóż, rozsądek mówi, że trzeba odpuścić, więc ruszamy w komplecie w drogę powrotną. Przez chwilę prowadzi Basia, ale jak to kobieta – zwodzi nas na manowce 😉

Po przejściu przez mostek pogoda zaczyna się klarować. Od razu wstępuję w nas duch bojowy i zdobywamy „niewybitny” szczyt obok mostka, czyli kilkunastometrowe na oko wzgórze 🙂 Miał być szczyt i jest szczyt! Z uczuciem triumfu wyciągam pieczarki. No i wtopa – pieczarki okazują się w sosie własnym a nie w occie. Co za niedopatrzenie…

DSC_4457

Jest oczywiście zdjęcie szczytowe, a pogoda coraz lepsza…

Przed dwunastą wpadamy przed schronisko.

DSC_4468

Tu ci, co najbardziej zmarzli, decydują się pozostać w schronisku. Pozostali się dopiero rozkręcają. Ruszamy – trochę bez celu – na drogę zejściową. Pogoda wyklarowała się już zupełnie, widoki piękne. Wpada nam w oko kolejne wzgórze. Wystarczyło jedno spojrzenie i już wiemy co robić. Bez zbędnego oblężenia, w stylu alpejskim zdobywamy kolejny szczyt. Nawet poręczować nie musieliśmy 🙂 A tu odsłania się przed nami cała Dolina Pięciu Stawów. Latem zapewne nie wolno tu wchodzić, więc mamy – można rzec – widok jedyny w swoim rodzaju. W dole schronisko, dalej zasypane śniegiem tafle jezior a dookoła skalne ściany: z jednej strony Orla Perć, z drugiej Miedziane. Uznajemy, że jest to pierwsze wejście na szczyt i mamy prawo go nazwać. Jednogłośnie zostaje ochrzczony jako Pik Ircowników. Rysio zwykł w takich wypadkach mieć różne alternatywy, więc dodaje, że gdybyśmy tu zginęli, to szczyt zapewne nazwano by „Pościel Ircowników”.

DSC_4500

Kolejne pół godziny urwane, ale mamy jeszcze pół tak pięknego dnia. Z Piku Ircowników rzuca nam się w oczy dopiero co wydeptana ścieżka na Szpiglasową Przełącz. Strzał adrenaliny, świecące oczy i już mamy cel. Wpadam na chwilę do schroniska uzupełnić plecak w jadalne drobiazgi, bo szkoda czasu na dłuższe siedzenie.

O trzynastej rusza nasza czteroosobowa wyprawa. Pozostali zostają w schronisku, które zaczyna się zapełniać w zaskakującym stopniu.

Ze pewną nieśmiałością wchodzimy na jezioro. Pomni wydarzeń z poprzedniego zlotu w „piątce”, kroczymy najkrótszą drogą w kierunku ćwiczących poszukiwania ludzi pod śniegiem. Na tafli leży z pół metra śniegu, którego zlodowaciała powierzchnia pęka co jakiś czas pod naszym ciężarem, więc idzie się ciężko. Tym razem jednak bez niespodzianek w postaci zebranej pod śniegiem wody docieramy na drugi brzeg.

Grasia niesie tylko aparat, Wojtek termos i czekoladki 🙂 I dwa czekany, bo mu się nie chciało odpinać jednego od plecaka. Dodatkowy czekan przyda się na zejściu, o czym się wkrótce przekonamy.

DSC_4554

Nasze okno pogodowe rozkwita w pełne krasie!

Zdobywamy kolejne moreny, robiąc krótkie przerwy, wychodzimy nad kosówkę, wkraczamy w skały. Oto nasza nagroda. Błękitne niebo, jakieś obłoczki, prawie nie wieje, dobrze trzymający, związany śnieg i wyraźny, przetarty szlak. Pomysł obejrzenia przełęczy z dołu zaczyna przekształcać się w myśl o jej zdobyciu. Schodzący z góry przekazują informację, że w żlebie są wyraźne stopnie, brak luźnego śniegu i wejście i zejście będzie w miarę łatwe.

DSC_4574

Ani się obejrzeliśmy i jesteśmy pod przełęczą. Teraz czeka nas 50-metrowe podejście śnieżnym polem. Ślad wiedzie na wprost bez żadnych zakosów, idziemy zrobionymi przez poprzedników stopniami, obok widać wyślizgane przez schodzących, a raczej zjeżdżających na swoim czterech literach – rynny lodowe. Stok stopniowo nabiera stromości i pod skałami ma pewnie z 60 stopni.

DSC_4586

Docieramy tam bezpiecznie i w komplecie. Teraz czeka nas lodowo-śnieżna rynna. Łańcuchy leżą głęboko pod śniegiem, a my wyraźnymi stopniami, pomału wychodzimy kolejne 30 metrów w górę na skalną ścieżkę. Tu łańcuch wisi na ścianie, ale tak naprawdę nie jest potrzebny, o ile kogoś nie przeraża widok 100 metrowej dziury tuż obok 🙂

Jeszcze jeden zakręt i jest! Stajemy na przełęczy!

DSC_4599

Widok oczarowuje. Stoimy na wysokości prawie równej Zawratowi. Z jednej strony u stóp cała Dolina Pięciu Stawów Polskich, z drugiej Dolina Rybiego Potoku. Na wprost gdzieś pod śniegiem najsłynniejsze górskie jezioro – Morskie Oko. Poniżej widać niedużą skałę – to Mnich. Zupełnie inaczej wygląda z perspektywy Morskiego Oka. Widać Rysy, całe pasmo Mięguszowieckich. Wieje lekki wiaterek, jest też trochę ludzi. Mamy dobry czas, ale nie rozsiadamy się na dłużej, bo weszliśmy trochę późno i nie chcemy schodzić po ciemku. 

DSC_4607

Po 15 minutach ruszamy ostrożnie w dół. Pierwsze metry do żlebu to spacerek, dalej jednak trzeba maksymalnie się skupić. Kije lądują w plecaku, teraz czekan w dłoń, sprawdzenie raków i zaczynamy zejście. 

„Shrek nie patrz w dół”. Schodzimy tyłem. Czekan w lód, sprawdzenie czy trzyma, szukanie stopnia poniżej i krok w dół. Piętnaście minut i problem z głowy 🙂

Teraz kolejny odcinek – śnieżne pole. Jest w cieniu, więc przymarzło. Tą samą metodą, pojedynczo, w dużych odstępach tracimy kolejne 50 metrów. Na dupozjazd nikt jakoś nie ma ochoty. Raz, że jesteśmy w rakach, dwa – a co jak się nie zatrzymamy 🙂

Kluczowe trudności za nami. Znowu kije w dłoń i bez pośpiechu idziemy w dół, podziwiając przedstawienie, jakie zgotowała nam natura. Wieczór ogarnia dolinę, pojawiają się długie cienie, część stoków błyszczy bielą, w oddali niebo zmienia barwy na bardziej kolorowe.

DSC_4666

Do schroniska docieramy przed zmrokiem. Już z daleka widzimy spacerującą Dorotkę, z drugiej strony nadciąga Baca. Pozostałe niewiasty zarzucają sieć wdzięków na bywalców schroniska i siedzą w jadalni wśród tłumu, który się tam pojawił podczas naszej nieobecności. Rządzi tam niepodzielnie „Krzysztof z telewizji”, jednak nasze dzielne koleżanki są odporne na próby poderwania 🙂

Tego wieczoru integrujemy się w pokoju, bo do jadalni – jak mówi stare powiedzenie – „gdyby nie kobiety, nie byłoby gdzie palca włożyć” 🙂 Jest weekend – przyszło sporo turystów, do tego kurs lawinowy. Ludzie śpią wszędzie – zajęte są podłogi, korytarze, parapety, ławy, a nawet podłoga w kuchni turystycznej.

Wyciągamy wszystkie smakowitości, których nie mamy ochoty nieść w dół. Jest smalczyk, suszona wołowina, kabanosy. Zapada też podjęta kolektywnie historyczna decyzja, że może czas zamienić szarlotkę inny trunek zlotowy… Zostaje przyjęta przez aklamację 🙂

Po tradycyjnym wieczorze integracyjnym my też padamy. Trochę nas ta dzisiejsza wycieczka zmęczyła.

 

Wersje trochę obrobione z zacięciem artystycznym:

Niedziela. Daleka droga przed nami. Nic dziwnego, że rano mocno się sprężamy. O siódmej wszyscy się zrywają i pakują. Śniadanie oczywiście zjadamy w pokoju, kawy nie będzie, bo automat do wrzątku nie działa, a kuchnia czynna jest od ósmej.

Pierwszy rusza w dół Wojtek, bo ma jeszcze na dziś plany biegowe w Zakopanem. Taki twardziel. My spokojnie wyruszamy przed ósmą.

Czeka nas trudne zejście po stromym stoku. Staram się wyszukać optymalną trasę, pracowicie dziobię rakami stopnie, wspierając się na kijach. Zejście trwa ponad godzinę. Szybciej się nie da. Za mną w sporych odstępach idą pozostali.

DSC_4676

Będąc już prawie na dole, natykam się na siedzącą w kosówce parę – to Krzysztof i Ania, poznani dzień wcześniej w schronisku. Hitem w ich wykonaniu były oświadczyny na środku stawu 🙂 Dziś jednak nastrój prysł – Krzysztof schodząc wykręcił nogę w kostce i niestety nie jest w stanie się poruszać. Mają jedną folię NRC na dwoje, więc szybko wyciągam swoją. Okazuje się że TOPR już wezwał… Wojtek 🙂 Czekam przy nich aż do przyjazdu ratowników.

DSC_4679

W międzyczasie z góry nadciągają moi towarzysze wędrówki. Puszczam ich przodem, a gdy ratownik fachowo zajmuje się nogą Krzyśka, dołączam do reszty czekającej przy platformie. Tam rozbijamy się na dwie grupy. Chwila pożegnania i ruszam z Piotrem, Lenką i Basią w kierunku parkingu. Za nami pozostaje Baca z Grasią i Dorotką. Oni wyjeżdżają po południu, więc nie muszą się śpieszyć.

DSC_4683

My zaś, szybkim tempem docieramy do Palenicy. Przepakowanie, zakupy i w drogę. W Krakowie opuszcza nas Lenka a pozostała trójka bez przeszkód dociera na 21 do domu 🙂

Latem sprawdzimy, gdzie raki pływają 🙂

Statystka:

 

 

 

 

 

 

 

„Gdzie jest mój telefon?” – to pytanie słyszeliśmy na tegorocznym zimowym zlocie najczęściej 🙂 Wróćmy jednak na początek historii..

Organizacja przebiegała jak zwykle, czyli standardowe maile zapowiadające moc atrakcji, ustalanie wspólnego terminu, docieranie składu i utworzenie wydarzenia w Facebook’u… i tu się zaczęło. Zakładając jak zwykle nocny dojazd wklepałem nieopatrznie 24 luty jako datę początkowa. Co zostało odebrane jak dodatkowy dzień zlotowy i znaleźli się tacy co byli gotowi jechać dzień wcześniej 🙂 Całe szczęście, że są telefony 🙂 Ufff… wyjaśniamy szybko nieporozumienie, wysłuchuję przy okazji kilka uwag jako organizator i przyjmuję je głęboko do siebie na przyszłość 🙂

25 luty – zlot czas zacząć

Ruszamy świtem z niedużym opóźnieniem, bo Piotr standardowo zbyt długo szuka grzebienia 🙂 Zgarniamy po drodze jeszcze jedną zlotowiczkę i jedziemy spokojnie na Zakopane. Pozostali uczestnicy zlotu w osobach Wojtka i Doroty docierają jako pierwsi, zaraz po nich dociera Grasia swoim bolidem i czekają już tylko na nas. Oczywiście w naszej ulubionej Kolibecce. Dołączamy do nich po około pół godzinie i już w komplecie zamawiamy wielkie michy strawy drwala. Które zresztą kończymy z wielkim trudem, bo czego jak czego – ale jadła w Kolibecce nie żałują 🙂 Niespodziewanie pojawia się pewien sympatyczny góral, ale o nim jeszcze będzie dalej 🙂

DSC_6712_D1  Czas przemieścić się na Siwą Polanę. Pierwotny plan przewidywał zlot w Pięciu Stawach, ale zbyt późno ustaliliśmy szczegóły, by udało się tam zarezerwować cokolwiek, więc korekta planu skończyła się decyzją o organizacji zlotu na Chochołowskiej. Dolina jaka jest każdy wie 🙂 Długa, nudna i trzeba ją jak najszybciej mieć za sobą 🙂 Wyruszamy po szesnastej, mijamy kolejne odchodzące w bok szlaki, lawin nie widać, za to śniegu coraz więcej, ośnieżone świerki prezentują się bardzo ładnie. Mija nas jakiś kulig, na jednych z sań rodzice tłumaczą swojemu dziecku „popatrz, tak wyglądają prawdziwi wędrowcy!”. Poczułem się jak eksponat w muzeum 😉

Zerkamy na Ścieżkę nad Reglami. Zamknięta, zawalona drzewami. Kolejne odnogi na Przełęcz Iwaniacką, na Trzydniowiański i wreszcie Polana Chochołowska. Zapadł zmrok, włączamy czołówki, spomiędzy drzew widać już światła schroniska. Ale trzeba jeszcze przejść Polanę, a po pokonaniu prawie dziewięciu kilometrów z ciężkim plecakiem to i strawa drwala zostaje skutecznie zamienia na energię.

Wreszcie jest! Taszczymy nasze ciężary na piętro do „czternastki”, a tu czeka na nas Lenka 🙂 Jest zmordowana, bo przyjechała dzień wcześniej i za radą Wojtka nocowała w schronisku na Ornaku, a w ciągu dnia miała przejść przez Przełęcz Iwaniacką do Doliny Chochołowskiej. Nie przewidzieliśmy jednego – na przełęczy spotkała jakąś grupkę, z którą zabrała się na Ornak. Nie dość że podejście jest tam wyjątkowo ciężkie, to jeszcze trafili na potężną ilość śniegu i do tego wiatr, który zwalał z nóg. Całość przeprawiona gęstą mgłą… Szczęśliwie udało im się zejść ze szczytu na przełęcz, ale siły zostały znacznie uszczuplone.

Oczywiście wielka radość ze spotkania, powitania i uściski i nareszcie jesteśmy w komplecie. Zgodnie z planem, Lenka ma wyjść z nami na jedną wycieczkę kolejnego dnia, bo sprawy rodzinne ciągną ją na weekend na Słowację.

„Duch puszczy” krąży na powitanie, po czym biegniemy na piwo do jadalni, by zdążyć przed zamknięciem o dwudziestej. Potem rozsiadamy się na łóżkach i nadrabiamy zaległości w pogaduchach. Basia jak zwykle jęczy bo wpadła w fachowe łapki Piotra 🙂 Lenka opowiada o swoich studiach, pracy, dodatkowych zajęciach, planach życiowych. Robi to jak zwykle swoją świetną polszczyzną, która czasem jednak rozbawia nas do łez 🙂 Rozmawiamy między innymi o bieliźnie termicznej a nasza słowacka koleżanka włącza się po swojemu do dyskusji i ze śmiertelną powagą mówi, że „teraz mam biust sportowy ale mam też biust normalny” 😀 Ubaw mamy po pachy.

Udaje nam się w końcu rozpakować, wyciągamy „małe co nieco” i zajmujemy schody, by pozwolić spać pozostałym mieszkańcom pokoju. I prowadzimy długie wieczorne rozmowy. Nasza obecność co rusz przyciąga barwnych przechodniów. Grasia najpierw prawie jak Lewandowski podkręca w locie stojącą na podłodze szklankę, ale potem jest już lepiej bo rzuca swój osobisty urok na właściciela szklanki – fotografa z Tychów. Na drugi dzień twierdzi, że nie wie o czym mówimy 😉

Integrujemy się prawie do północy. Tak to się zawsze kończy, jak się długo nie widzimy… Z wyjątkiem Grasi: wraca do pokoju o piątej rano 🙂

26 luty – Grześ

DSC_6715_d2  O ile wieczorem było pochmurno, to rano nastrój poprawia nam słoneczna pogoda! Zjadamy śniadanie, pakujemy niezbędny na dzisiejszą wyprawę ekwipunek, zapas jedzenia i w miarę sprawnie stawiamy się w komplecie przed schroniskiem. Lenka decyduje, że jednak nie wyjdzie… buty ma przemoczone po wczorajszej wyprawie i nadal odczuwa jej skutki. „Chyba przesadziłam” tłumaczy wszystko… Pozostanie jej zejść samotnie na Siwą Polanę, jednak nieoczekiwanie będzie miała towarzystwo.

Mamy problem z rakami Basi, a właściwie to ona ma… but za mały albo raki za duże 😉 Tak czy inaczej okazuje się, że posiadaczka stópki rozmiar 37 po zapięciu raków stwierdza, że but dalej ma spory luz. Próby dopasowania kończą się niepowodzeniem, skracamy maksymalnie mechanizm regulacji a i tak nic to nie daje. Niepocieszona i w sumie zła Basia podejmuje decyzję o pozostaniu w schronisku i odprowadzeniu Lenki na Siwą Polanę. Trochę też jestem zły na siebie, bo wiedziałem o zakupie raków od dawna i nie przyszło mi do głowy doradzić, żeby spróbowała je przymierzyć do butów. Teraz niestety jest za późno na kombinowanie. Część grupy już ruszyła, Piotr jeszcze chwilę walczy, ale w końcu tez rusza za pozostałymi. Basia tego dnia nie będzie wspominać dobrze, ale nie da się przewidzieć wszystkiego 🙁 Życie…

DSC_6735_d2  My tymczasem zdobywamy metry w kierunku przełęczy Bobrowieckiej. Pod przełęczą ustalamy, że zajrzymy na nią w drodze powrotnej, teraz napieramy dalej w górę. Pomiędzy drzewami odsłania się widok na Polanę Chochołowską, w oddali pręży się Kominiarski Wierch. Pogoda wyraźnie sprzyja, jest mróz, trochę wysokich chmur, doskonała widoczność. Jeszcze jeden zakręt, ostatnia prosta i wychodzę z lasu. Jak to zwykle po dłuższej przerwie – zgromadzona energia gdzieś musi ujść – więc biegnę pierwszy i szybko pojawiam się na zboczu Grzesia na małej przełączce tuż pod szczytem. Leciutki wiatr powoduje, że chowam się za kosówką i postanawiam poczekać na resztę. Cała piątka pojawia się dość szybko i już w komplecie wkraczamy na szczyt. Pierwszy szczyt zlotowy 🙂 Oczywiście pojawia się zaraz słoik pieczarek, które Piotr pracowicie wyławia, a pozostali metodą wessania lub łapania w palce konsumują 🙂

Panorama1

Oglądam nasze letnie zejście w kierunki Zverovki. To tędy rok wcześniej Lenka wróciła do domu. Marnie to wygląda – nieprzetarte, głęboki śnieg – bez wsparcia kolegów ciężko byłoby jej zejść. Chyba o tym wiedziała, decydując się na powrót „drogą normalną”, czyli przez Siwą Polanę.

Panorama2

DSC_6799_d2  Na szczycie jest parę osób – zamieniamy kilka słów na temat planów, robimy pamiątkowe zdjęcia i chwilę zastanawiamy się nad decyzją, czy iść na Wołowca. Ten właśnie schował się w chmurze – ogólnie warunki nieco  się pogorszyły, od słowackiej strony nadciągnęła chmura, trochę wieje. Przeważa argument, że jest już trochę późno, a w obecnych warunkach potrzeba sporo  godzin na dojście do celu, więc po półgodzinnej okupacji szczytu zarządzamy zejście do schroniska. Oczywiście z planem biwakowania na Przełęczy Bobrowieckiej. Jak to zwykle bywa – schodzi się bardzo szybko. Dochodzimy do lasu, wspominając widok Babiej Góry sprzed wielu lat – teraz jednak widoczność jest za słaba i powtórki nie będzie. Prosta w dół, zakręt i już jestem przy odejściu na przełęcz. Stąd już tylko 5 minut i meldujemy się naszą grupką na polanie. Pora na dłuższy biwak. Miejsce jest piękne, cisza i spokój. Plecaki na śnieg, wyciągamy herbatkę, czekoladę. Pora na ostatnia prostą. Do schroniska mamy pół godziny, jest jeszcze widno, więc pośpiechu nie ma. Wykorzystujemy okazję i gadamy z Wojtkiem o naszych planach, pracy, pasjach, pomysłach na przyszłość.

DSC_6884_d2  Zmęczeni i głodni wpadamy do schroniska. Pędem lecę na górę zrzucić z siebie cały ekwipunek i mijam po drodze Piotra, które mina wyraża wielkie zdziwienie i zaskoczenie, żeby nie powiedzieć że jest w szoku… Słyszę tylko, że ktoś czeka w jadalni… Tak, wiem że ktoś czeka, ale nie wszyscy o tym wiedzieli 🙂

Tu wypada zrobić dygresję o Bacy. Nasz stary zlotowy druh i towarzysz w tym roku miał niestety gorszy okres w życiu. Brak pracy, schorowani rodzice, gorsza kondycja złożyły się na to, że w tym stanie ducha i ciała nie nadawał się zlot. Na szczęście walka o powrót Bacy do zdrowia trwa!

Teraz jednak prawie jak w historii o Helenie Trojańskiej (w roli Heleny Baca), najlepsza przyjaciółka Bacy i powierniczka jego sekretów postanowiła sprawdzić, kogo też Baca na płocie zobaczył 🙂 Tak więc wchodząc do naszego pokoju wpadłem prosto na …. Amelię 🙂 Oczywiście z nieodłączną Donatą i obstawą, na widok której musiałem zadzierać głowę w górę 🙂 Nie byli to na szczęście goście z łańcuchami na szyi a dorodne córki Donaty – siatkarki, jak się okazało 🙂 W zasadzie to Amelia chciała spotkać Lenkę, ale się rozminęły, więc pozostało jej męczyć się z nami 😉 Na szczęście nie było tak źle. Amelia miała długą przerwę, jeśli chodzi o zloty i chyba po prostu zaczęło jej się „cknić” za ircownikami, stąd jej przybycie, a przy okazji też pojawiła się możliwość wyprostowania paru nieporozumień 😉

Jako że dziewczyny dopiero co przyszły do schroniska, a był jeszcze czas na spacer, wysyłam je prędko na Przełęcz Bobrowiecką. Będzie chwila spokoju 😉 Schodzimy na obiad i zasłużone piwko do jadalni. Zamawiam „wyprażany ser”, ale to jednak nie to co na Słowacji…

Dziewczyny wracają nadspodziewanie szybko, więc wracamy do pokoju pogadać.

Na dobry początek pojawił się „wątek łóżkowy”. W trakcie naszych pierwszych rozmów w pokoju pojawił się pan…. „Oooo Dżepetto – zakrzyknęła Amelia”. Dżepetto na to dziarskim rokiem maszeruje w kierunku łóżka Amelii i wygodnie się rozsiada.  No może niezupełnie tak było, ale pan, który zamieszkał z nami w pokoju już do końca zlotu został „Dżepettem” i łóżka swego nie opuścił 🙂 Problem jednak pozostał, bo okazało się, że nieświadomie Amelia zajęła panu łóżko pod jego nieobecność 🙂 Na szczęście po krótkich negocjacjach udało się go rozwiązać. Niekoniecznie po myśli Amelii, bo ostatecznie spała obok Dżepetta, ale rano twierdziła, że „było spokojnie i pan się nie ruszał” 🙂 Dodajmy – starszy pan 🙂 Rozmowny staruszek opowiedział nam swoja historię fascynacji górami: „aaa późno zacząłem, chodzę 5 lat, a zacząłem w wieku 61 lat”. Da się? Da się!

No to czas na kolejne piwko – wracamy do jadalni. Amelia przedstawia swoją wersję historii (patrz: Helena Trojańska z Bacą w roli Heleny), a potem zgodnie z moim przewidywaniem krew się polała 🙂 Trzeba uważać, jak się opowieść ilustruje rękami 😉

DSC_6908_d2  Leżące w pobliżu aparaty fotograficzne oczywiście inspirują cała ekipę i każdy odkrywa w sobie talent portrecisty. Niestety o dwudziestej miła pani z baru obwieszcza, że lokal zostaje zamknięty. Przemieszczamy się więc na korytarz. Za chwilę przyłącza się do nas para poszukująca kogoś z recepcji, bo przyszli przed chwilą i nie mają się gdzie podziać. Impreza się rozrasta. Nagle wpada z „zieloną torbą” nasz „góral z Kolibecki” – Mirek i obwieszcza, że jest solenizantem. W torbie ma pierniczki i „imieninowe wzmacniacze smaku pierników”. Krąg się poszerza, coraz więcej ludzi spontanicznie się przyłącza, coraz więcej schodów jest zajętych. Ogólne szaleństwo, tłumy w górę, tłumy w dół. Pojawiają się kluczowe trudności w przejściu klatką schodową, więc formujemy „skrzyżowanie szlaków” i kierujemy ruchem: na Rysy na lewo, na Mont Blanc na prawo 😉

Niestety, chyba jest zbyt głośno, o co nietrudno przy takiej liczbie ludzi i zostajemy przegonieni do salki piętro niżej. Szkoda, że drzwi pożarowe nie są jednocześnie dźwiękochłonne… Tu już nikomu nie przeszkadzamy, za to zaczynają znikać telefony. „Gdzie jest mój telefon?” Tak – właśnie o tym jest wstęp 🙂 Ciekawe zjawisko – rano odnajdują się w łóżkach właścicieli 🙂

Z czasem pojawiają się zajęcia w podgrupach: łojanci skalni, skiturowcy, fotografowie mają milion tematów do przedyskutowania 🙂 Pierniczki znikają, a po północy również my 🙂 Na takich imieninach jeszcze nie byłem 🙂

27 luty – Trzydniowiański

DSC_6943_d3  Ranek… jest cudny. Pogoda jak marzenie. Lekki mróz, brak wiatru, błękitne niebo, biel szczytów. Nic dziwnego, że ekspresem jesteśmy gotowi do wymarszu. Cel na dziś – Trzydniowiański. Do serii tradycyjnych pytań zlotowych dochodzi „Gdzie są moje kije?” 😉

Najpierw jednak żegnamy Amelię i Donatę, które dziś już wracają. Oczywiście z życzeniem zobaczenia się na zlocie letnim. Dorotka czuje się trochę zmęczone i decyduje się na samotny rajd Doliną Chochołowską po oscypki. Potem okaże się, że zagnało ją aż na Przełęcz Iwaniacką 🙂 Za co Wojtek pogroził jej paluszkiem 🙂 Dorotka broni się dzielnie: „Co to za zlot bez Iwaniackiej?”

DSC_6960_d3  Aby dodać otuchy Basi i zrehabilitować się ruszamy kolektywnie w trasę bez raków. Tylko Basia  w rakach Piotra 🙂 Początek to jak zwykle przejście przez Polanę w dół Doliny, aż do odejścia czerwonego szlaku. Tam najpierw około pół kilometra idziemy lasem, potem się zaczyna… ostatnie podejście tutaj kilka lat temu musieliśmy ze względu na ilość śniegu wykonać przez zbocze poza szlakiem, by nie wchodzić w schodzący w dół żleb. Tym razem przedeptane jest normalnie, co nie znaczy że będzie lżej. Na krótkim odcinku zdobywamy błyskawicznie wysokość, co okupione jest sporym wysiłkiem. Nachylenie stoku sięga miejscami 45-50 stopni, latem szlak idzie zygzakiem, teraz jednak jest pod śniegiem a wydeptany ślad prowadzi wprost pod górę. Mija dobra godzina, nim udaje nam się dotrzeć do pierwszego wypłaszczenia. Brak raków przy podejściu za bardzo nie przeszkadza, ale już na zejście będą obowiązkowe.

DSC_7001_d3  Las stopniowo rzednie, za to widoki coraz szersze. Tatry fantastycznie lśnią w słońcu na tle intensywnie niebieskiego nieba. Do tego brak wiatru – tak dobrych warunków już dawno nie mieliśmy. Przechodzimy długim grzbietem, zbliżając się do naszego celu – Trzydniowańskiego Wierchu. Ostatnie kilka czujnych metrów i już można świętować sukces! Jesteśmy w komplecie.

Panorama1

DSC_7028_d3  Widok jest oszałamiający. Umiejscowienie szczytu sprawia, że jesteśmy w „sercu Tatr”. Jest Kominiarski, Bobrowiec, w oddali Osobita, na horyzoncie pojawia się Babia Góra, dalej cała grań od Grzesia, przez Rakoń, Wołowiec, Łopatę po Jarząbczy. Za nimi widać Rohacze, kawałek Barańca. Z Jarząbczego grań ciągnie się dalej do Kończystego, na którego mamy chęć, bo znaki mówią że to tylko 55 minut. Z lewej mamy Ornak, dalej widać kawałek Czerwonych Wierchów, a jeszcze dalej Tatry Wysokie. Raj dla fotografów górskich panoram 🙂

 

Panorama2

DSC_7090_d3  Otwieramy kolejny słoik pieczarek 🙂 Herbatka, kanapki, jeszcze tylko zakładamy raki  i już gotowi do drogi. Ustalamy, że mamy czas a warunki są świetne – więc Kończysty powinien paść. Po dwudziestu minutach jesteśmy pod Czubikiem. Tu pojawia się mały problem. Jest pewnie około 1900 metrów npm, więc i zbocza, mimo małej ilości śniegu – wysmagane wiatrem i zlodowaciałe. Piotr ma ostre parcie w górę, ale że oddał swoje raki Basi, stanowczo perswadujemy mu pomysł dalszej wspinaczki. Idzie się tu dość czujnie, na zębach raków, więc żarty się skończyły. Kolejne ekipy też maja ten sam problem. Decydujemy się na odwrót. Było blisko… ale bezpieczeństwo ważniejsze. W okolicach Kończystego czuć było też lekki podmuch, a niebo pokryły smugi drobnych chmur, więc tym bardziej była to jedyna słuszna decyzja. Wracamy w okolice Trzydniowiańskiego i decydujemy się schodzić w drugą stronę – czerwonym szlakiem ostro w dół w stronę Doliny Jarząbczej. W warunkach większego opadu pewnie tędy nikt nie chodzi, ale teraz zbocze jest mocno przewiane i miejscami widać nawet trawę. Szybko tracimy wysokość, docieramy do kosówek. Szlak jest ładny, ale podchodzenie nim musi być mordercze. Dziś wszyscy tędy schodzą – mijamy po drodze kilka grup – albo oni nas 🙂

DSC_7147_d3  Docieramy do lasu. Piotr nie byłby sobą, gdyby nie skorzystał z okazji do dupozjazdu piękną śnieżną rynną pomiędzy drzewami. My niestety w rakach się tego nie podejmujemy 🙂 Nareszcie dno doliny. Nasz szlak łączy się teraz ze szlakiem papieskim. Rozciągamy się, każdy idzie własnym tempem. Idę sam – jest czas na kontemplowanie przyrody, rozmyślania. Po godzinie marszu jestem w Dolinie Chochołowskiej, skąd mam 5 minut do schroniska.

Zrzucam plecak i czas na zasłużone piwko. Na początek jednak zupka gulaszowa, po której stwierdzam, że tak się najadłem, że drugie danie mogę sobie odpuścić. Za to szarlotki z jagodami już nie 🙂

Dziś jest spokojnie, każdy zmęczony po wycieczce. Wracamy na górę z postanowieniem przejrzenia zapasów celem ich „wyzerowania” 😉 Odkrywam gdzieś na dnie torby smalec z mięsem i cebulą! To jest dopiero strzał! Słoik zostaje pochłonięty nie wiadomo kiedy. Tylko mój błyskawiczny refleks ratuje resztki dla Grasi, która akurat wybrała się pod prysznic 🙂

Wyciągamy z toreb wszystko, co nadaje się do zjedzenia, a nie mamy chęci tego znosić na dół. Uczta pożegnalna kończy się szerokim ziewaniem, po którym ładuję się w śpiwór i odpływam 🙂

28 luty – powrót

DSC_7166_D4  Już o siódmej zrywamy się z łóżek, bo spokojny wieczór i szybkie odpłynięcie w sen dało oczekiwany efekt – wszyscy są rześcy i z energią ruszają do pakowania. Mamy tez dodatkową motywację – jest ostatni dzień ferii i zakopianką ruszą wracający do domów turyści. Może być ciasno i wolno… Im szybciej się wyrwiemy, tym większe prawdopodobieństwo, że nie dopadnie nas słynny zakopiański korek…

Udaje się. Pożegnanie robimy przed schroniskiem i bialska część grupy rusza dość szybko w dół. Łapiemy wreszcie zasięg, można skontaktować się z rodziną, przejrzeć pocztę 🙂 Ech, te zdobycze cywilizacji…

O 11 już jedziemy, przed nami ponad pięćset kilometrów. Po ośmiu godzinach znajome drzwi 🙂

Epilog

Baca podjął walkę o bycie uczestnikiem zlotu letniego. Wielka jest tu zasługa Kasi i Michała, a także Amelii i wszystkich, którzy postanowili walczyć o naszego weterana 🙂

Zlot w wersji graficznej:

D1
D2
D3
D4

I w liczbach:

25
26
27
28