Niechybnie zmierzamy ku pełnoletności… Tegoroczny zlot nosi numerek siedemnaście. I ciągle jest zapał i chęć do organizacji naszych corocznych letnich spotkań górskich. W niezmiennym składzie.

W tym roku postanowiliśmy zobaczyć coś nowego. Padło na Tatry Niżne. Wspólnie z Kasią dokonaliśmy przeglądu okolicy Doliny Demianowskiej i spośród dwóch wypatrzonych chałup wybraliśmy tą lepiej wyglądającą. Jak się okazało na miejscu – był to strzał w dziesiątkę.

Same przygotowania to już standard – ubezpieczenia, znaczki zlotowe, uzgodnienia godzin… i już jesteśmy w drodze. Pierwsza wyrusza Kasia bladym świtem i przeciera nam szlak. My ruszamy prawie punktualnie. Prawie. Piotrek jak zwykle zapomniał grzebienia 😉 Potem zgarniamy jeszcze po drodze ircowniczkę Basię i znanymi od lat skrótami zmierzamy do Puław, aby dalej złapać trasę S7. Kasia dzwoni, że przed Krakowem zwinęli asfalt, ale ryzykujemy jazdę przez miasto smoka wawelskiego, bo trasa jest jednak najkrótsza. Trzeba przyznać, że widok jest budujący – przybywa otwieranych odcinków, jedzie się coraz przyjemniej, a przede wszystkim szybciej. Postój na rozprostowanie kości i kawę w Radomiu i zaraz lecimy pięknym nowym kawałkiem dwupasmówki. Niektóre odcinki nie są jeszcze otwarte, ale nie przeszkadza to w płynnej jeździe. Bardzo szybko jesteśmy za Kielcami. Tu też budowa ruszyła. Wreszcie Kraków – faktycznie jest krótki odcinek, gdzie trwa remont i stoimy około 20 minut. Mijamy miasto i już Zakopianka. Tu też widać, że budowa ma się dobrze. Kasia zdecydowała się pojechać w stronę Łysej Polany, my zaś ruszamy na Chyżne. Już przed Krakowem dostajemy od niej sygnał, że jest na miejscu. Po niej dociera Wojtek z Dorotką i Bacą. Wysyłają nam prowokacyjne fotki z miejscowej knajpy… a my jeszcze 3 godziny… Do Chyżnego droga mija szybciutko i już Słowacja. Mijamy kolejne urokliwe miasteczka, mijamy Zuberec, wspominając nasz zlot sprzed 3 lat i znajomą knajpkę 🙂

Teraz czas na przełęcz. To jest właśnie powód, że Kasia nie chciała tędy pojechać i wolała narzucić trochę kilometrów. Kolejnymi serpentynami wspinamy się coraz wyżej a ich końca nie widać. Do tego dochodzi fantastyczny zachód słońca nad górami. Wreszcie szczyt. Przed sobą mamy całą Słowację, błyszczącą taflę Liptovskiej Mary i Liptowski Mikulasz u stóp. Zjazd jest jeszcze bardziej karkołomny od wjazdu. Przeżyliśmy 🙂

Do końca trasy już niedużo, ale Piotrowa nawigacja twierdzi, że jest krótsza trasa i nagle ściąga nas na wąziutką nitkę asfaltu, która ciągnie się gdzieś pośród wzgórz, łąk, owiec i krów 🙂 I ma dużo dziur… Jest prawie ciemno, więc robi się ciekawie, bo kompletnie nie wiemy, gdzie jedziemy. Na pewno do przodu. Wreszcie jakaś wioska, mostek, kawałek wąskiej żwirówki i wyjazd na główną trasę 🙂 Nie wiem ile zyskaliśmy, ale na pewno bezcenne wrażenia 🙂

Jeszcze tylko mijamy Mikulasz i już podążamy w kierunku Doliny Demianowskiej. Skręcamy do naszego przysiółka i jest nasza chałupka 🙂 Witają nas Kasia z Elą i Adasiem, bo reszta jeszcze się raczy w knajpie piwem rezanym 🙂 Zostaje tylko oczekiwać na Radka, który wyruszył dopiero po pracy, a miał dystans zbliżony do naszego. Ja niestety odpływam, bo 600 kilometrów jazdy trochę mnie sponiewierało. Zostaje jednak silna delegacja powitalna, która nie dość że przejęła Radka, to jeszcze zrobiła mały bal powitalny zakończony nad ranem 🙂

I dzień zlotu

Rano szybka narada nad mapą i plan mamy ułożony. Postanawiamy trochę wykorzystać infrastrukturę 🙂 Dziewczyny z Adasiem wjadą na Chopok kolejką, a chłopaki ruszą z buta. Dojazd w głąb Doliny Demianowskiej zajmuje kilka minut i już jesteś my w Jasnej. Tu niespodzianka – parking jest darmowy 🙂 Rozdzielamy grupę i zaczynamy pierwsze zlotowe podejście. Dodam, że jest z nami Amelka, dzielna córa Radka, która wybiera wariant na własnych nogach i idzie z nami zdobywać góry 🙂 Szybko znajdujemy początek szlaku, który pokrywa się tu ze ścieżką edukacyjną. Kilka minut i mamy nieduże jeziorko Vrbskie. Miejsce jest bardzo urokliwe. Mijamy kolejne hotele, bo okolica jest znanym słowackim ośrodkiem narciarskim. Wreszcie nasz szlak schodzi z wyasfaltowanych dróg na szutrowe. Na początek idziemy nartostradą. Pogoda jest idealna – nie za gorąco, ale słonecznie. Po chwili szlak odbija w las. Tu jest już bardzo przyjemnie, przeprawiamy się przez mostek z bali i nabieramy wysokości. Jakkolwiek Chopok ma około 2000 metrów, to podejście jest całkiem spore, bo zaczynamy w okolicach 1000 metrów npm.

Szlak wychodzi z lasu i zaczyna trawersować zakosami strome zbocze wśród kosówki. Tempo mamy chyba dobre, a przynajmniej zgodne z czasami podanymi na mapie. Docieramy do stacji przesiadkowej na Chopok. Pusto, cicho, knajpy pozamykane, nieliczni turyści – jesteśmy poza sezonem 😉 Robimy dziesięć minut odpoczynku i czas na kolejny odcinek. Dość stromy, kamienisty, prowadzący na kopułę szczytową, na której ulokował się wielki krążek górnej stacji kolejki. Ścieżka prowadzi zygzakiem i przecina co chwilę drogę zjazdową ze szczytu. Wreszcie jesteśmy! Czas całkiem niezły, trzy godziny. Zarządzamy chwilę przerwy. Tutaj tłum już całkiem spory, bo kolejka wwozi kolejnych turystów z dwóch stron góry. Lokujemy się za barierką z groźnym napisem „na własną odpowiedzialność” 🙂

Trochę się rozciągnęliśmy na podejściu, ale w ciągu kilku minut jest komplet. Dziewczyny tymczasem zmierzają gdzieś przed nami w stronę Dumbiera. Właściwy wierzchołek Chopoka znajduje się tuż obok. Wygląda nawet dość efektownie. Zerkamy na niego i rzucam hasło, że za 5 minut jesteśmy na wierzchołku… Byliśmy w 6 minut 🙂

Wpadamy zadowoleni na szczyt, wymieniamy „żółwiki”, chwilę się naradzamy, gdzie jest dalej szlak, aby gonić dziewczyny. Niestety – okazuje się, że szlak nie prowadzi granią, jak przypuszczałem, tylko trawersuje całe pasmo od południa. A tak ładnie wygląda ta grań z dołu…

Oznacza to konieczność zejścia ze szczytu pod stację kolejki i odnalezienie ścieżki poniżej. Schodząc, spotykamy na drodze pana w niebieskim sweterku, starych skórzanych butach i nienagannie uprasowanych spodniach. Prowadzi go za rękę ktoś na oko 50 lat młodszy od niego 🙂 Wymieniamy z Wojtkiem znaczące spojrzenia: Można? Można. Oby tylko dożyć takiego wieku…

Idziemy spokojnym tempem po ładnie ułożonej ścieżce. Jest czas pogadać, powspominać, porobić zdjęcia i przede wszystkim podziwiać fantastyczne widoki we wszystkie strony świata. Góry otaczają nas z każdej strony. Udaje nam się nawiązać kontakt z dziewczynami. Okazuje się, że idą na tyle wolno, że jesteśmy za nimi około pół godziny. Ze względu na porę robimy mała zmianę pierwotnego planu i zamiast do Chaty Stefanika, gdzie planowaliśmy zjeść posiłek, uzgadniamy wejście na Dumbier i stamtąd powrót na przełęcz, skąd mamy drogę odwrotu zielonym szlakiem.

Docieramy na przełęcz pod szczytem. Tu siedzi Ela, która założyła obóz szturmowy i pilnuje plecaków 🙂 Pozostali poszli na lekko na szczyt. Ruszamy za nimi i jesteśmy tam wszyscy niemal równocześnie. Co za idealne zgranie 🙂

Samo wejście jest łatwe i przyjemne, na pewno prostsze niż myślałem. Południowa strona jest łagodna, z ładnie poprowadzoną ścieżką na szczyt. 

Teraz mamy czas na tradycyjne świętowanie zwycięstwa 🙂 Na szczycie jak to na Słowacji – oprócz nas nie ma prawie nikogo. Wyciągamy zapasy z plecaków, my też się wyciągamy 🙂 Są i pieczarki – tym razem przy kupnie trzy razy sprawdziłem czy marynowane 🙂 Jest czas na zdjęcia pamiątkowe solo i w grupie. 

Pozostał powrót. Dość szybko wracamy do obozu szturmowego. Tu czeka na nas stęskniona Ela. Zerkamy na mapę. „O, zielony zygzak śmierci”. Tak mi się wyrwało 🙂

Zejście jest faktycznie karkołomne. Na szczęście poprowadzone klasycznymi trawersami. Błyskawicznie straciliśmy wysokość, ale wymagało to i wysiłku i uwagi. Zaczyna siadać morale, bo zaczynamy sobie uświadamiać, że to będzie długa trasa. Kierowcy wpadają na pomysł, by pobiec szybciej przodem i sprowadzić samochody z górnego parkingu, do którego od wylotu szlaku jest jeszcze ze trzy kilometry. Pomysł jest dobry, więc Wojtek, Piotrek i Radek błyskawicznie znikają nam z oczu. My zaś pomału człapiemy, bo wszyscy odczuwają już trudy wycieczki. Wychodzimy „ze ściany” i nareszcie nogi mogą trochę odpocząć. Obok świstaki urządzają nam koncert, a jeden nawet się ujawnia w pobliżu ścieżki, patrząc czy na pewno słuchamy 😉

Tempo siada, a kilometrów nie ubywa… Mimo, że się mocno rozciągamy na trasie, staramy się kontrolować wizualnie. Udaje się to długi czas, aż do wejścia w las. Od tej pory łapiemy się na telefon. Ułatwia to zniesiony roaming, dzięki czemu możemy bez dodatkowych kosztów prowadzić rozmowy. Regularnie ślę SMS z informacją, jak wygląda trasa i jakie są punkty charakterystyczne. Dowiaduję się że morale na końcu stawki jest równe zeru… Siadam więc na zwalonym pniu i czekam dość długo, dopóki między drzewami nie pojawia się moja grupka. Ostatnia prosta. Niby droga dobra, żwirowa, ale dłuży się niemiłosiernie. Wreszcie parking. Są chłopaki z samochodami. Piotrek rzuca hasło negocjacji z leśnikiem strzegącym drogi do lasu i dostajemy pozwolenie na wjazd na leśną drogę. Wojtek rusza pierwszy z prawdziwym rajdowym zacięciem i nim kurz opadł, ruszam za nim 🙂 Bardziej przydałyby się terenówki, ale pomalutku udaje się dotrzeć do naszych i zapakować ekipę do aut. Wszyscy zostają uratowani 🙂

Cała dzisiejsza trasa to prawie 20 kilometrów. Chyba każdy poczuł. Jest dwudziesta, więc wędrowaliśmy 10 godzin. Od razu przypominają nam się Otargańce. Wracamy do naszej chatki, auta wędrują na podwórko a my do knajpki. Zamawiamy tradycyjne słowackie danie czyli pizzę 🙂 Okazuje się, że w naszej wsi jest to jedyna knajpa i oferują jedno danie 🙂 Ale trzeba przyznać, że robią to dobrze, co stwierdzamy zgodnie po trzech dniach monotematycznej diety 😉 Nie możemy jednak narzekać, bo jest też słynne słowackie „rezane”, czyli piwo jasne z ciemnym wlane tak, by się nie mieszały 🙂

Brzuchy pełne, humory wracają 🙂 Ruszamy więc do chatki pointegrować się. Jak zwykle 🙂 Trwa to jednak niezbyt długo, bo trudy dnia większość zmogły a i najwytrwalsi padli koło północy.

II dzień zlotu

Rano wszyscy stękają ciężko po trudach poprzedniego dnia. No, nie wszyscy 🙂 Frakcja sportowa, czyli Wojtek z Radkiem już przed zlotem wspominali, że jeden dzień chcą zrobić na sportowo, czyli gdzieś pobiec. Dajemy im wolną rękę w tej kwestii i chłopaki ruszają znowu na Chopok, ale innym wariantem. Pozostali zaś postanawiają zostać jaskiniowcami. W Dolinie Demianowskiej są dwie jaskinie uznawane za najpiękniejsze na Słowacji i to one będą dziś naszym celem. Obie dzieli dystans około 3 kilometrów a nas od pierwszej z nich ledwie 5 kilometrów. Grzech nie skorzystać. I odpocząć.

Chłopaki pędzą znowu do Jasnej, a my do Demianowskiej Jaskini Svobody. Króciutkie podejście, kupujemy bilety i ruszamy z polską grupą. Jaskinia… jest niesamowita. Trasa we wnętrzu góry mam około 1200 metrów, pokonujemy ponad 900 stopni, a różnica wysokości osiąga 80 metrów. Jest chłodno, kolorowo, mnóstwo atrakcyjnych wizualnie elementów, ale nauczony doświadczeniem nawet nie próbuje robić zdjęć, tym bardziej, że ta przyjemność kosztuje 10 euro. Piotrek dzielnie zastępuję mnie z komórką 🙂 Ja wolę podziwiać. Robi wrażenie podziemna rzeka Demianowka, 70-metrowy wodospad naciekowy, podziemne jeziorka, długie korytarze i niesamowite formy naciekowe. Inny świat. Zadziwiające, co natura potrafi stworzyć.

Trochę faktów: Słowacki narodowy zabytek przyrody Jaskinie Demianowskie, leżący po północnej stronie Tatr Niskich, jest najdłuższym systemem jaskiń na Słowacji. Jedną z głównych jaskiń tego systemu jest Demianowska Jaskinia Wolności, która od wielu lat przyciąga wzrok zwiedzających bogatą sintrową ornamentyką w różnych kolorach, tajemniczym podziemnym korytem Demianowki i czarującymi jeziorkami. Jest najczęściej odwiedzaną udostępnioną jaskinią na Słowacji. 

Tradycyjna trasa okrężna ma długość 1150 m i różnicę wysokości 86 m. Na trasie jest do pokonania 913 schodów. Ekskluzywna (wielka) trasa okrężna ma długość 2150 m, taką samą różnicę wysokości i 1 118 schodów. Zwiedzania tradycyjnej trasy okrężnej zajmuje około 60 min, a wielkiej trasy okrężnej około 100 min. Temperatura powietrza w jaskini waha się od 6,1 do 7,0 °C. [źródło: SSJ].

Galeria Piotra:

Wracamy na powierzchnię. Siadamy na ławeczce, aby się pozbierać i zdziwieni stwierdzamy, że… zgubił nam się Baca. Człowiek który w górach nigdy się nie gubi, zrobił to w jaskini 🙂 Lekka panika, ale za chwilę nam się odnajduje… jest niżej 🙂 Ruszamy więc w dół na parking.

Czas na drugą jaskinię – Lodową. Parking, który rano był zabity, już trochę opustoszał, więc bez problemu znajdujemy na nim wolne miejsce. Rzucamy okiem na tablicę informacyjną  – do najbliższego wejścia jest 20 minut. Odruchowo zerkam w górę, szukając wejścia i ze dziwieniem odkrywam, że jest strasznie wysoko. Podrywamy się do boju i wbiegamy na górę… w 10 minut. Brawo my! Czoła przetarte z potu, bilety kupione, bluzy zapięte i znowu pochłania nas wnętrze góry. 

Jaskinia jest kompletnie inna. Zimniejsza. Zaskakują mnie ogromne przestrzenie i brak kolorów. Jest szara. Trasa jest nieco krótsza. Znowu setki schodków, korytarze, pionowe szczeliny. I na końcu największa atrakcja: schodzimy poziom niżej i już jesteśmy w lodowym królestwie. Jest wyraźnie chłodniej (a turyści oczywiście trzęsą się z zimna w letnich strojach , bo kto by czytał, jak się przygotować do wycieczki 😉 ) i niesamowite widoki. Są lodowe szable sterczące pionowo, jęzory lodu opadające ze stropu i wspinające się po ścianach, lodowe czapy i ślizgawki wzdłuż trasy zwiedzania. 

Fakty z SSJ: Okrężna trasa zwiedzania ma 650 m i przewyższenie 48 m. Wejście i wyjście jaskini są na tym samym poziomie, a odległość między nimi wynosi tylko 40 m. Zwiedzanie zajmuje około 45 min. Temperatura w jaskini podczas letnich miesięcy waha się od +0,4°C do +3°C.

Trasa zwiedzania przechodzi przez ogromne korytarze rzeczne, poprzeplatane stromymi odcinkami. Pierwsza część trasy prowadzi przez pomieszczenia ozdobione sintrową szatą naciekową, druga część przez korytarze i sale jaskiniowe z nagromadzonym lodem [źródło: SSJ].

I też galeria Piotra:

Wyjście z lodowego królestwa na rozgrzane powietrze jest jak skok do sauny 🙂 Tym razem nikt się nie zgubił, więc pomalutku schodzimy na parking.

Wycieczka udana, ale w okolicy nie ma nic do zjedzenia. A przecież spacery wyciągnęły z nas trochę sił i żołądki już domagają się napełnienia. Ruszamy na kwatery z myślą o knajpie. Bo tam znowu czeka pizza 🙂 Najedzony i zadowolony z życia wracam po aparat i namawiam ekipę na spacer gdzieś poza wieś. Nie jest jeszcze późno, widać pięknie Tatry, a tego dnia nie zrobiłem jeszcze żadnego zdjęcia.

Warto było wyjść. Idziemy kompletnie na przełaj przez łąki i pola. Odkrywamy wieżę widokową ze szczegółowo opisanymi panoramami na trzy strony świata. W oddali widać w zachodzącym słońcu całe Tatry Zachodnie, gdzieś na końcu odkrywamy Krywań. Cisza i spokój, miejsce na wyłączność. Spotykam znowu samotne drzewo, które jest ostatnio moim ulubionym motywem fotograficznym 🙂 Aż nie chce się wracać. No ale trzeba. Zaraz wrócą chłopaki z Chopoka.

Po powrocie ucinam drzemkę, a potem jest wieczór z gitarą i wspomnieniami tego dnia. I zacnym trunkiem, który w oczekiwaniu na wszystkich pokrył się grubą warstwą szronu 🙂 Jest to w pewnym sensie „powrót do korzeni”, albowiem właśnie śliwowica łącka zagościła na pierwszym naszym zlocie 17 lat temu. Mogliśmy znowu podelektować się i „poczuć tę moc” 🙂

III dzień zlotu

Dziwne zjawisko – budzę się po raz kolejny wyspany skoro świt. Fajny tutaj mają klimat 🙂 Jak zwykle zaczynamy od śniadania, rozkładamy przy okazji mapę i zachęceni utrzymującą się pogodę ustalamy kolejną wycieczkę. Postanawiamy po raz kolejny podejść na Chopok, ale zupełnie inną trasą, odwiedzając po drodze Sedlo Polany. To tędy poprzedniego dnia weszli nasi koledzy, więc postanawiają podejść „drogą normalną”, aby wyjść nam naprzeciw od strony Chopoka. 

W parę minut znowu parkujemy w Jasnej. Gratis, a jakże 🙂 Pogoda jest piękna, ruszamy więc ochoczo, za chwilkę mijamy znane już Vrbskie Pleso, plac zabaw i hotelik. Na rozstaju szlaków tym razem skręcamy w prawo – wzdłuż żółtych znaków. Asfaltowy początek wkrótce zamienia się w szutrową drogę, a po kilkuset metrach skręcamy w wąską leśną ścieżkę. Okolica jest wyjątkowo urokliwa, idzie sie bardzo przyjemnie. Pomalutku nabieramy wysokości.

Docieramy do rozstaju Tri Vody, gdzie w bok odchodzi ścieżka edukacyjna. My jednak ruszamy dalej w górę szlakiem żółtym.

Pojawiają się pierwsze chmury…. my jednak niestrudzenie zdobywamy kolejne metry, zachwycając się ścieżką, która wije się wzdłuż potoku. Gdzieś daleko coś mruczy… Niedźwiedź? Chcielibyśmy…. to mruczy burza, która nagle – jak to w górach – wyskakuje zza grani. Robi się ciemno, zaczyna błyskać i walić piorunami! Zmiana aury następuje w kilka minut. Lecą pierwsze krople – ledwo zdążyliśmy wyjąć stroje na deszcz, a już leją się na nas potoki wody. Z góry pędzą kompletnie zaskoczeni i przemoczeni do nitki turyści. A my spokojnie i systematycznie… wiejemy ile sił w nogach w dół 🙂

Odwrót można zaliczyć do udanych – przeżyliśmy 🙂 Nim dojdziemy do parkingu, całkiem się wypogodzi. Nie powiem, żebym nie żałował… skręca nas wszystkich. Co zrobić.

Łapiemy kontakt z grupą szturmową z góry. Przeczekali burzę w schronisku na Chopoku i kontynuują trasę. Wygląda, że wybrali lepszy wariant, a my mieliśmy po prostu pecha. Będą więc podążali dalej zgodnie z planem, a nam zostaje cos zrobić z popołudniem. 

Wracamy więc na kwatery. Robi się pełnia lata, słoneczko pali. W tej sytuacji wyciągamy Zlatego Bażanta kupionego chwilę wcześniej w potravinach i wygrzewamy się na ławkach przed naszą chatką. Błogość absolutna. Ekipa z góry przysyła nam obrazki – zdjęli koszulki i robią to samo tylko na grani między Chopokiem a Sedlem 🙂 No nie – musimy ich przebić. Zarządzamy plażę, obracamy ławki w stronę słońca, zmiana stroju i mamy plażowanie przed chatką 🙂 Odsyłamy chłopakom stosowne zdjęcie. Wiadomości przestają przychodzić, więc chyba przebiliśmy stawkę 😉

Wygrzani przez słoneczko nieco zgłodnieliśmy. Plażowanie zakończone i pędzimy do knajpy. Raczymy się chłodnym „rezanym”, z bogatego menu wybieramy znowu .. pizzę 🙂 W końcu tylko ona jedna króluje w karcie 😉 

W oczekiwaniu na grupę szturmową postanawiamy zrobić jeszcze jeden spacer na wieżę. Zabieram aparat i ciągnę ekipę na łąkę. Tu polegujemy na dłużej na trawie z Tatrami w tle. Potem ruszamy szukać tajemniczych ruin. Po bohaterskim przedarciu się z Kasią przez zarośla w końcu je znaleźliśmy, ale na miejscu okazało się, że to jest miejsce po ruinach a nie ruiny 🙂 Pozostali tymczasem podziwiają owieczki. Słychać je w promieniu kilometra, bo każda dzwoni swoim dzwonkiem, w efekcie czego po okolicy niesie się „owcza muzyka”.

Robi się ciemno, więc wracamy do chatki, gdzie wreszcie pojawia się druga grupka.

Czas na wieczór pożegnalny. Sączymy tradycyjną szarlotkę, wspominając dzień i snując plany na kolejny zlot. Pomysłów jest mnóstwo. Ale najważniejszy z  nich to Czerwone Wierchy na najbliższych zlocie zimowym. Oparły się już dwa razy, musi się w końcu udać!

I to już koniec? Tak, niestety… Wczesnym rankiem szybkie pakowanie, wyściskaliśmy się i w drogę. Ta przebiegła bez niespodzianek, no może poza jedną – na zakopiance złapała nas burza gradowa… Po 10 godzinach jazdy jestem w domu i już tęsknię do gór.

Formuła zlotów zdaje się być niewyczerpana. Kolejny znowu okazał się jedyny i niepowtarzalny. Czym nas zaskoczył? Na początek pogodą! W zasadzie chyba tak dobrych warunków jeszcze nie mieliśmy. Może aż za dobrych. Wbrew swoim zwyczajom nie sprawdzałem w tym roku prognozy pogody aż do ostatniego dnia przed wyjazdem. W końcu się złamałem i zajrzałem. Zaskoczenie! Cztery dni bez jednej chmurki…  niedowierzanie! I co najważniejsze – prognoza się sprawdziła 🙂

Wypada też wspomnieć o tradycyjnych kłopotach ze skompletowaniem składu 🙂 Pierwszy stabilny pojawił się w lipcu, a że termin wybraliśmy już wcześniej i miał to być koniec sierpnia – zbytnio się nie śpieszyliśmy z szukaniem kwatery. Pierwsze maile z zapytaniami poszły dopiero na początku sierpnia i okazało się, że jest problem. Wszyscy chyba zakochali się w tym roku w Słowacji, bo znalezienie 14 miejsc w okolicy Strby graniczyło z cudem.

Potem było jeszcze gorzej 😉 Pierwszy ze składu wykruszył się Radek, a wkrótce też Amelia z przyjaciółką Donatą i jej córkami. I nagle zrobiło się 9 osób. Kilka rozmów z Kasią i podejmujemy decyzję, że wracamy na „stare śmieci” czyli do Novej Lesnej. Jeden telefon i już mamy swoje „podkrovi” 🙂 Nareszcie z górki!

Plan… był. Bystre Sedlo, zwane z polska Bystrym Przechodem. Patrzyliśmy jednak z niepokojem na mapę, bo czasy przejścia były dość poważne, co w poniektórych natychmiast budziło wspomnienia z Otargańców 🙂 A tak naprawdę to postanowiliśmy improwizować.

Prolog

Zjeżdżamy się naszym zwyczajem w środę wieczór. Pierwsza jest na miejscu Kasia z Koziołkiem i Elą. Mojej ekipie idzie gorzej, bo wybrana trasa okazuje się dość powolna, w efekcie spóźniamy się na zbiórkę w Tarnowie i ruszamy prosto do Novej Lesnej. Około 23 kompletny skład jest na miejscu 🙂

Chwilkę pogadaliśmy i do łóżek. Ustalamy, że po całodziennej podróży trzeba nieco odpocząć i pobudkę zarządzamy na ósmą.

W nocy śniło mi się, że zapomnieliśmy butów trekingowych. Wkrótce okaże się, że to proroczy sen 🙂

Dzień 1. Chata Teryho

Na pierwszy ogień uradziliśmy znamy nam już szlak do schroniska Teryho. Po śniadaniu sprawnie umieszczamy naszą grupkę w dwóch autach i jazda do Smokovca. Wojtek jako rasowy maratończyk wbiega na Hrebienok „z buta”, my – cepry – wjeżdżamy kolejką 🙂 Aaa, no przecież Baca też wszedł, czym wzbudził podziw u pozostałych wędrowców. Realizujemy plan Adasia, który polega na zbieraniu pieczątek do książeczki PTTK. A to oznacza, że musimy dziś zaliczyć wszystkie schroniska na szlaku 🙂

DSC_1527_z16d1

Tak więc zaczynamy od Bilikowej Chaty, potem oczywiście wodospady Białej Wody, jest i Rainerowa Chata, a w końcu Chata Zamkovskiego. Zajmuje nam to… 3 godziny 🙂 Wojtek jest bliski załamania 🙂

DSC_1537_Panorama

Obowiązkowo wciągamy „cesnakovą”, kufelek Kofoli i czas na realizację drugiej części planu dnia. Rozdzielamy grupę, bo Dorotka nie najlepiej się czuje, a Adaś odkrywa plac zabaw. Zostaje nas piątka i w tym składzie ruszamy do Chaty Teryho. Jak zwykle zachwycam się Doliną Małej Zimnej Wody, chociaż jest końcówka sierpnia i wszystko już przekwitło. Jednak w pełnym słońcu nadal robi wrażenie swoim spokojem, ciszą, przestrzenią.  Dość szybko przebiegamy jej płaską część i oto widać w górze Chatę. Czas na godzinne podejście wśród skał, wodospadów i leżących wokół gigantycznych głazów. Jest chwila na wspominki i pogaduchy na temat naszych studentek. Taaaak, obaj z Wojtkiem dorobiliśmy się w tym roku studentek! Jak ten czas leci.

DSC_1550_z16d1

Basia jest tu pierwszy raz i wpada w dziki zachwyt. Bo Dolina Pięciu Stawów Spiskich rzeczywiście robi wrażenie. Jest tu już ponad 2000 metrów npm, klimat chłodny, skalny teren i piękne jeziora. Do tego fantastyczna pogoda – słońce rozświetla okolicę, po niebie snują się obłoki, wokół strzeliste turnie, słowem – sielanka.

DSC_1576_z16d1
DSC_1577_Panorama

Kręcimy się trochę po okolicy, robię zdjęcia, podziwiam i cieszę się naturą. Potem rozkładamy się nad jednym ze stawów, aby zjeść trochę zapasów z plecków. Oczywiście zdejmujemy buty, aby sprawdzić temperaturę wody 😉 Ziiimnaa…. Pieczareczki, kanapeczki, gdy nagle…

O [piii]! Gdzie jest moja podeszwa!„.

Dopisujemy kwestię Ryśka do listy kultowych powiedzeń zlotowych 🙂 Co się okazuje – nasz Baca stracił na podejściu podeszwę w bucie i nawet tego nie zauważył 🙂 Punkt dla mnie, a raczej dla mojego snu 🙂

DSC_1611_z16d1 DSC_1628_z16d1

Czas leci, robi się późno. Oceniamy możliwość zejścia na ostatnią kolejkę na Hrebionku. Powinno się udać. Pokonanie fragmentu drogi spod schroniska na dno doliny zajmuje nam pół godziny. Miłe zaskoczenie 🙂 No to nie musimy się dalej śpieszyć. Spokojnie schodzimy do Chaty Zamkovskiego, 5 minut odpoczynku i po kolejnych czterdziestu minutach jesteśmy na stacji. Zdążyliśmy – na przedostatnią 🙂 Tu czeka na nas Kasia z Adasiem, Elą i Dorotką. Wojtek z Bacą oczywiście zbiegają na dół na własnych nogach. 15 minut zajmuje nam powrót do naszego pensjonatu.

DSC_1635_z16d1

Za chwilę będzie kolejny punkt dla mnie. Opowiadamy historię z butem Ryśka, gdy Dorotka odkrywa, że w jej bucie również odpadła podeszwa. Już się bójcie moich kolejnych snów 😉

Mimo, że już ciemno, mobilizuję jeszcze ekipę na wyjście na „rezane” do naszych słowackich przyjaciół Pavla i Mariana. Niegdyś prowadzili oni kultowy „Gazdovski Dom”, teraz mają własny pensjonat, do którego zresztą co roku zaglądam z rodziną. Na nasz widok Pavel rzuca się na nas z radości 🙂  Pojawia się też na chwilę Marian, który od jakiegoś czasu chorował. Widać, że odżył, jest uśmiechnięty i przysiada się do nas na parę minut, aby porozmawiać.

„Rezane” zdecydowanie poprawia humory, po powrocie na kwaterę od razu widać wzrost chęci do kontynuowania tak mile rozpoczętego wieczoru 🙂 Posiedzimy prawie do północy. Na kolejny dzień chcemy wyskoczyć na zaplanowaną trasę na Bystry Przechód, więc pobudkę zarządzamy na siódmą.

Zrzut ekranu 2016-09-02 o 23.27.53

Zrzut ekranu 2016-08-30 o 22.59.39

Dzień 2. Solisko

To była dziwna noc 🙂 Około 4 obudziłem się i już nie zasnąłem. Tak zleciało do siódmej. Pozostali też kręcili się na łóżkach a rano stwierdzili, że mieli dokładnie tak samo jak ja…

W trakcie śniadania Wojtek obwieszcza – mamy problem i stoimy przed trudną decyzją. Problem jest poważny. Dorotka miała ciężką noc, ledwo dycha, kaszle aż się dusi i w związku z tym muszą się spakować i wracać do Polski – do szpitala. Już dzień wcześniej ledwo chodziła i ostatecznie choroba położyła ją na dobre. Rozjeżdżamy się – niestety – w dwie strony. Wojtek z Dorotką do Tarnowa, pozostali – nad Strbskie Pleso. To była jedyna słuszna decyzja.

DSC_1657_z16d2

Pogoda jest ponadprzeciętnie piękna, a my ruszamy czerwonym szlakiem w kierunku Jamskiego Plesa.

DSC_1661_z16d2

Z każdą minutą temperatura rośnie, wytapia z nas resztki wilgoci. Po skręcie na żółty szlak w Dolinę Furkotską zaczyna się podejście i morale siada. Z jednym wyjątkiem 🙂 Adaś, którego do tej pory nudziła szeroka i płaska droga, na widok kamieni dostaje zastrzyk energii i zaczyna dyktować tempo godne kozicy (nie darmo Kasia, mama Adasia, została kiedyś ochrzczona przez nas Kozicą). Widoki coraz piękniejsze, jednak tempo marszu oklapło i szansa ma przejście przełęczy coraz mniejsze. Rodzi się plan B. Pójdziemy łącznikiem do Chaty Pod Soliskiem. Bystry Przechód musi poczekać. Tym bardziej, że Ela ma dziś kryzys formy 🙂

DSC_1666_z16d2

Robimy więc dłuższą przerwę nad strumieniem. Buty z nóg i czas na krioterapię. Wczorajsza woda w Stawach Spiskich wydaje się gorąca z porównaniu z dzisiejszą z potoku. Po 5 sekundach każdy wyciąga stopy z krzykiem, czując, jak od temperatury ścina się białko 🙂 Po wyjęciu z wody stopy pieką dłuższą chwilę, schnąc na słońcu 🙂 Oj dobrze, że przygrzewa… a jest pewnie ze 30 stopni! Adaś niezmordowanie topi kamienie, by za chwilę je wyciągnąć. Ręce ma jak sopelki, ale szczęście na twarzy bezcenne 🙂

DSC_1687_z16d2

Dłuższa przerwa kończy się poderwaniem przeze mnie ekipy do dalszej walki. Dochodzimy do rozstaju szlaków. Kusi mnie ciągle jezioro w głębi doliny, ale czasy na tablicy szlakowej wskazują, że to ciągle daleko. Odpuszczamy.

Teraz czeka nas przyjemny – 15-minutowy spacer do schroniska zboczem Predniego Soliska.

DSC_1697_z16d2

Korzystamy z okazji, że jest coś normalnego do zjedzenia, bo żyjemy drugi dzień na zupkach w proszku 🙂 Zamawiam „kotlikowy gulasz”, a inni idą w moje ślady. Oj mocno pikantny jest 🙂 Wokół spory tłumek, koniec wakacji i piękna pogoda sprawiają, że góry przeżywają najazd. Mam wielką ochotę na szczyt, który znajduje się tuz nad nami – według mnie o około pół godziny marszu od schroniska. Jednak temperatura tak wszystkich rozleniwia, że nikogo nie udaje mi się poderwać do heroicznego boju. Już po zlocie usłyszałem jednak: „trzeba było wejść, szkoda”.

DSC_1701_z16d2

Podczas gdy pozostali pomału ruszają w dół, ja biegnę sam ponad schronisko, w ciągu kilku minut osiągając dość znaczna wysokość. No nic, trzeba zawracać. Robię to z żalem, ale grupa to grupa.

DSC_1702_z16d2 Panorama

Schodzimy najprostszym wariantem, czy prosto w dół w kierunku widocznego na horyzoncie Strbskiego Plesa. Dwójka prowadząca omija jednak odejście na niebieski szlak i pędzi dalej w dół nartostradą, co kończy wbiciem się do podnóża skoczni. No cóż, przynajmniej mam okazję obejrzeć ją z bliska. Wygląda marnie… skruszony beton, rdzewiejące blachy – pewnie świetność ma dawno za sobą i raczej już do niej nie wróci. Jest tez pewna trudność – kończy się przy niej droga. Obchodzimy podstawę skoczni i odnajdujemy wąską ścieżkę. Robi się ekstremalnie 😉 Przez zarośla, krzaki – zygzakami – schodzimy w dół po bardzo stromym zboczu. Udało się 🙂 Bez strat w ludziach meldujemy się ponownie z drugiej strony Strbskiego Plesa. Zostaje jeszcze spacer na parking i powrót na kwaterę.

DSC_1719_z16d2

Jako że propozycja wycieczki na Rysy padła na podatny grunt, postanawiamy skrócić wieczorną integrację do minimum i  kolejnego dnia poderwać się o szóstej 🙂 Udaje się  – przed północą wszyscy śpią.

Zrzut ekranu 2016-09-02 o 23.30.50

Zrzut ekranu 2016-08-30 o 23.00.06

Dzień 3. Rysy

Od rana upał. Niebo nieskazitelnie błękitne, na którego tle pięknie prezentują się Tatry. Kasia z żalem odpuszcza wyprawę, bo Adaś spał niespokojnie, jakby przeczuwając, że zostanie tylko z nianią. Po 20 minutach jazdy jesteśmy na parkingu przy Popradskim Plesie. Pierwszy szok – jesteśmy przed ósmą, a na parkingu już setki samochodów. Parkujemy w okolicy dawnego szlabanu – około 500 metrów od stacji kolejki. Pierwszy raz widzę tak nabity tutejszy parking.

Ludzie jednak już poszli, więc wydaje się że będzie spokojnie. Pierwszy czterokilometrowy odcinek pokonujemy w orzeźwiającym chłodzie poranka w dobrym tempie. Pierwszy sygnał, co się będzie działo, mamy po godzinie – po dotarciu do początku właściwego szlaku na Rysy.

DSC_1756_z16d3

Tu zaczyna się nieustający sznur ludzi. Idą wąską ścieżką długimi kolumnami po kilka-kilkanaście osób. Weekend, pogoda i zaczyna być ciasno. Póki co jednak pokonujemy sprawnie pierwszy odcinek do mostku, gdzie szlak rozdziela się na dwa: na Koprovy Stit i na Rysy. Miałem nadzieję, że tu tłum się rozdzieli, ale moje nadziej szybko zostały jednoznacznie zweryfikowane: wszyscy gnali na Rysy.

DSC_1762_z16d3

Cóż zostało… idziemy w tłumie. Słońce przypieka, z ulgą łapiemy każdy kawałek cienia. Wyprzedzamy strudzonych wędrowców, za chwilę oni nas. Dojście do Żabich Ples mocno nadwątla siły, bo trzeba pokonać zygzakiem wysoką morenę i wydrapać się na ponad 1900 metrów npm.

DSC_1780_z16d3

Wreszcie Żabie Plesa. I widok, który robi wrażenie… nie, nie szczyt, ale kolejka do jedynego tutaj łańcucha. Czas ucieka, my stoimy. Wreszcie udaje się złapać „swój kawałek żelaza” i już ruszamy dalej.

DSC_1791_z16d3

Przeżywam szok: Słowacy montują… schody. Chyba komuś tutaj mózg przegrzało. W dodatku zrobione z ażurowych kratek. Całkiem bez sensu – w otworkach utknie każdy turysta idący w szpilkach 😉 Na pewno będziemy mieli z Wojtkiem kolejny długi temat do dyskusji na temat instalowania żelaza w górach.

DSC_1773_z16d3 Panorama

Teraz czeka nas najbardziej wyczerpujący fragment – do schroniska. Krew, pot i łzy. Wokół skały, a my ciągle w górę… Mamy chwile zwątpienia – to ciężki i niewdzięczny odcinek szlaku – niby widać już schronisko, a tu ciągle stromo pod górkę. Oprócz Piotrka, który chyba coś brał, bo melduje, że on już na szczycie! Tym samym załatwił porachunki sprzed kilku lat, kiedy to „przyspawał się do skały” 200 metrów przed szczytem.

DSC_1801_z16d3

Pod schroniskiem znowu tłum. Nawet nie próbujemy wejść do środka. Że nie wspomnę o słynnym kibelku pod Rysami. Plotki głoszą, że trzeba stać koło godziny, aby podziwiać widoki 🙂

Mobilizuję naszą grupkę, by ruszać w górę, bo czas nadal mamy całkiem dobry. Na przełęcz Waha wchodzimy w kilkanaście minut. Teraz ostatnia prosta, czyli grań aż do szczytu. Tu ruch jak na Krupówkach. Góra-dół pędzą kolejne ekipy. Sprawnie przemieszczamy się aż do uskoku, nazwanego przeze mnie roboczo „uskokiem Hillary’ego” 😉 To tu kilka lat temu zakończyli atak nasi przyjaciele z ekipy 🙂 Czekam chwilę na Basię, żeby popatrzeć, jak sobie poradzi z ekspozycją. Ta przechodzi trudniejsze miejsce ekspresowo i za chwilę zostaje nam tylko 50 metrów stromego zbocza z „lufą” za plecami. Ostatnie minuty i jest szczyt! Tu wita nas Piotr. Cieszymy się wspólnie z sukcesu. A nad nami idealnie bezchmurne niebo. Baca nie może się nadziwić, bo tyle lat chodzi po górach, a jeszcze takiej pogody tu nie widział…

DSC_1807_z16d3

Już z daleka widać było, Rysy przeżywają dziś oblężenie. Teraz jednak możemy naocznie się przekonać co do skali zjawiska: są tu starzy, młodzi, psy, niemowlęta (dlaczego nie było żadnego kota? – chyba zabiorę kiedyś swojego) 😉

Czas na tradycję. Znajdujemy kawałek wolnej skały i sięgamy do plecaków. Na pierwszy ogień idą pieczarki. W trakcie posiłku staje nad nami tajemniczy osobnik w ciemnych okularach i przygląda się nam z szerokim uśmiechem. Otóż i Mirek we własnej osobie. Czyli solenizant z zimowego zlotu na Chochołowskiej. Serdecznie się witamy 🙂

DSC_1824_z16d3

Mirek prowadzi dziś ekipę z polskiej strony, o czym wiedzieliśmy już wcześniej i nieśmiało mieliśmy nadzieję, że uda nam się zgrać godzinę wejścia. Dowiadujemy się, że idąc z polskiej strony, złapali prawie 3 godziny opóźnienia, w efekcie czego weszliśmy niemal równocześnie. Poznajemy grupkę Mirka – sympatyczną i wesołą. Los połączy nas dziś aż do nocy 🙂 I pewnie na dłużej też.

Póki co jednak świętujemy spotkanie, robimy zdjęcia i sycimy się widokami na wszystkie strony świata. Tłumów nie ubywa. Około 15 zarządzamy odwrót.

DSC_1836_z16d3

Na uskoku pojawia się pierwsza krew… Basia zrobiła sobie w dramatycznych okolicznościach bąbla na palcu. Ma pewnie około milimetra średnicy i wygląda strasznie 😉 Bąbel będzie tematem analiz do późnej nocy.

Dalej już bez przeszkód sprawnie schodzimy do Chaty Pod Rysmi, gdzie obowiązkowo musimy odstać swoje do najsłynniejszego wychodka w Tatrach 🙂 Teraz czas w dół. Początkowy odcinek pokonujemy ekspresowo, pogadując sobie z ekipą Mirka.

Dochodzimy do łańcuchów. I tu szok. Kolejka 🙂 Dłuuga – na prawie godzinę stanie. Obok stoją jakieś młode panny i strasznie „gwiazdorzą”. Trochę pokory by się przydało – noszenie dupy wyżej jak głowa strasznie rzuca się w oczy 😉

DSC_1854_z16d3

Po odstaniu swego zostaje już tylko pokonanie długiej drogi w dół: Żabie Plesa, przy których robimy pmiątkowe foto grupowe, zejście na dno Doliny Mięguszowieckiej, krótki kawałek do Popradskiego Plesa i wreszcie ostatnia prosta na parking. W okolicy Żabich Ples zaczynamy malą akcję ratunkową: jedna polskich turystek ma problem z kolanem. Dostaje od nas kije, bandaże i eskortę 🙂 Szczęśliwie jakoś zeszła.

DSC_1872_z16d3

Pojwia się jednak inny problem. Na wariant zejścia na słowacką stronę zdecydowało się wielu Polaków. Po polskiej stronie jest korek na kilka godzin. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że parkują w Palenicy. Robi się ciemno i chłodno – w końcu jest koniec sierpnia. Na parkingu gęstnieje tłumek ludzi bez ciepłych ubrań, tylko z czołówkami i bez szansy na wydostanie się z pułapki. Chyba mało kto miał świadomość, że na Słowacji nie ma busów, jest tylko kolejka, która o tej porze już nie jeździ, a do najbliższej miejscowości jest kilkanaście kilometrów. Zaczynają się gorączkowe telefony, pomysły na ratowanie sytuacji. Do Palenicy jest stąd około 40 kilometrów. Jako szczęśliwi posiadacze auta po tej stronie gór, deklarujemy pomoc i robię dodatkowy kurs do Smokovca, przewożąc część ekipy Mirka na dworzec autobusowy, podczas gdy moja grupka drepcze w kierunku głównej drogi. Zgarniam ich pół godziny później i na 22 docieramy na kwaterę w Novej Lesnej.

Pula dobrych uczynków znacznie tego dnia urosła i mam nadzieję że kiedyś do mnie wrócą 🙂

Zmęczeni, dość szybko odpływamy w sen, a rano już o 7 zaczynamy pakowanie. Chwila na pożegnanie i w drogę. Szczęśliwie dojeżdżamy do domu po 12 godzinach jazdy, odwożąc po drodze Bacę i Basię.

Zrzut ekranu 2016-09-02 o 23.32.08

Zrzut ekranu 2016-08-30 o 23.00.31

Można już myśleć o zimie 🙂

…nie pamiętają takiej pogody, jaka trafiła mi się na wyjazd urlopowy. Nawet nasz słowacki gospodarz – Pavol – stwierdził filozoficznie, że „takiego februara to on nie pamięta jak żyje”. Wyjazd na 5 dni przeznaczony był na rekreację i tak też się stało, chociaż nie do końca zgodnie z planem…

Wyruszamy w sobotę i bez przeszkód docieramy na Słowację. Obiad, wieczorek integracyjny, rozpakowanie i spać.

Budzę się o 7 rano i oczom nie wierzę. Wczoraj nic nie było widać, dziś z okna podziwiam nieskazitelnie czyste, błękitne niebo i świecące na biało Tatry. Poprawa humoru jest natychmiastowa i to co najmniej o 300% 🙂 Aparat na statyw i robimy zdjęcia 🙂

Po śniadaniu ładujemy sprzęt do aut i ruszamy na narciarską rozgrzewkę za Poprad. Po 3 latach przerwy wystarczy kilka zjazdów, aby sobie przypomnieć „jak to się robi” 🙂 Siedzimy na stoku prawie do trzeciej, słońce razi w oczy, ale widok na Tatry wynagradza wszelkie niedogodności 🙂

DSC_6490

Wieczorem jeszcze kilka zdjęć, ale niestety warunki już nie te… I tak już będzie do końca wyjazdu 🙁 Kolejny dzień spędzamy na stoku na Łomnicy, ale po 2 godzinach jazdy w ulewie i przemoczeniu wszystkiego uciekamy do naszego pensjonatu. Aparatu nawet nie wyjmuję. Zostaje się integrować 🙂

DSC_6496_1402

Kolejny ranek nie wygląda lepiej. Śnieg zniknął, widoczność minimalna. Zachęcam wszystkich na wyjazd na spacer we mgle. Wjeżdżamy na Hrebienok i ruszamy w stronę Chaty Zamkovskiego. Jest klimatycznie, chociaż resztki lasu w postaci kikutów drzew ginących we mgle przypominają trochę atmosferę horroru 🙂 To moja zimowa premiera w słowackich Tatrach i muszę przyznać, że szedłem tam z ciekawością. Jest fajnie 🙂

Obrovsky wodospad, wodospady Zimnej Wody skute lodem, przysypane śniegiem. Ludzi prawie nie ma, cisza. Wycieczka wszystkim się bardzo podoba, a najbardziej okolice schronisk: Rainerowa Chata z herbatką z rumem i Bilikova Chata z tymże samym trunkiem 🙂 Tego dnia udaje się zrobić trochę nastrojowych zdjęć, które z przyjemnością przedstawiam.

Rano znowu witają mnie na niebie ciekawe zjawiska, które jednak szybko się kończą. Najpierw z chmur wyłania się ściana Łomnicy, potem mgła znika, nad szczytami Tatr tworzy się czapa, która co chwila zmienia się i budzi skojarzenia z najazdem obcych w „Dniu niepodległości” 🙂 Kilka minut i jest po wszystkim. Schodzimy na śniadanie. Temperatura leci w górę, stwierdzam więc, że jazda będzie mało przyjemna i robimy sobie rodzinny wypoczynek w parku wodnym w Popradzie. Pozostaje kilka zdjęć poranka…

Znowu padało całą noc… rano radzimy nad wycieczką w stronę Słowackiego Raju. Kręcimy się jakimiś podniebnymi serpentynami, by stwierdzić że jaskinia Dobszyńska jest zamknięta, a droga na Tomasovsky Vyhlad nieprzejezdna… I tak wróciłem bez zdjęć 🙁 Zostało kilka prób z okna, chociaż za bardzo nie ma co 😉

I wieczorem…

Pięć dni minęło błyskawicznie – został tylko powrót. Niestety – całą drogę lało. Ktoś powiedział, że mamy luty…

 

 

Otargańce czyli okrążanie wroga z flanki… taki tytuł przyszedł mi do głowy po 3 dniach spędzonych w Tatrach Zachodnich na tegorocznym zlocie.

Prolog

Organizacja zlotu w tym roku idzie opornie. Skład się ciągle nie może ustabilizować, co rusz ktoś wypada, ustalony wcześniej termin też pada pod naporem ciosu w postaci odwołania mnie z urlopu. Ustalamy kolejny termin, zbieramy się pracowicie od nowa i wreszcie udaje się poskładać „stabilny skład” . Bardzo skromny, ale niezawodny 🙂

Niespodziewanie kilka dni przed wyjazdem dzwoni Baca, którego nie było już w na zlotach od 3 lat i pyta czy śpiwór będzie potrzebny… Od razu poprawiają się nam nastroje. Witaj Baco wśród starej braci!

Ruszam o dziesiątej, po drodze przygarniam Basię, z którą umówiłem się na odbiór kilka dni wcześniej.  Po 5 godzinach jazdy jestem w Tarnowie, gdzie mam przejąć Bacę. Miło go widzieć po dłuższej przerwie zlotowej 🙂 Baca zarządza kawę u jego rodziców. Rodzice Ryśka to temat na osobną opowieść – cieszę się, że mogłem ich wreszcie poznać. Oboje mają ponad 80 lat, ale wcale po nich tego nie widać. W sympatycznej rozmowie poznaję kilka rodzinnych historii, ale czas nagli, chcemy dotrzeć o w miarę przyzwoitej porze, a teraz czeka mnie jazda po wolniejszym odcinku całej trasy.

Ruszamy dalej w stronę granicy. Rytro, Piwniczna i już Słowacja. Jedziemy sprawdzoną trasą przez Starą Lubovną i Spiską Belę. Zapada noc, jazda Cestą Svobody dłuży się, wreszcie jest nasz cel – Pribylina 🙂

Już w trasie zaskakuje nas informacja, że w Pribylinie nie ma knajpy, w której można by coś zjeść – jest tylko jedna z piwem 🙂 Przynajmniej  zaoszczędzimy parę euro i chociaż raz wrócimy bez przywiezionych ze sobą zapasów jedzenia 🙂

Bezbłędnie trafiamy na kwaterę, gdzie już czeka na nas Kasia z Koziołkiem i Elą, które wyjechały wcześnie rano z Warszawy i od kilku godzin poznają teren 🙂 My docieramy około 21. Integracja jest króciutka, bo każdy zmęczony. Po lampce wina szybko zaszywamy się w pokojach z postanowieniem wstania o siódmej.

Dzień pierwszy: Flanka lewa – Dolina Jamnicka

Sprawna pobudka, śniadanie i o 9 ruszamy na szlak. Opcja na dziś to „rozchodzenie doliną”. To określenie trochę zmieni tego dnia znaczenie, szczególnie jeśli chodzi o słowo „doliną” 🙂

Już na początek okazuje się, że jednak nie da się ruszyć na szlaki bezpośrednio z Pribyliny, tak jak planowaliśmy i najlepszym wariantem jest dojazd autem około 4 km w pobliże campingu, gdzie zaczyna się wejście do Doliny Wąskiej. Tak też będziemy czynić przez najbliższe 3 dni.

Ruszamy krótkim odcinkiem Doliny Wąskiej, odkrywając kolejne atrakcje: polany, płynący obok szlaku potok, tamę. Odkrycia najbardziej podobają się Koziołkowi, który upodobał sobie wrzucanie kamieni do potoku 🙂

DSC_0823  Po pół godzinie osiągamy rozstaj szlaków. My dziś wybieramy kierunek na lewo. Docieramy w okolice, gdzie odbywa się zwózka drewna, słychać piły, na drodze wielka ciężarówka z dźwigiem ładującym pnie ogromnych świerków. Obserwujemy chwilę załadunek, czekając na pozwolenie na przejście. Wreszcie jest machnięcie ręką i … wpadamy w błotnistą, rozjeżdżoną przez ciągniki drogę. Za nic nie przypomina to szlaku, nawet mamy chwilę zwątpienia czy na pewno jest tu jakiś przejście, ale znaki na drzewach  nas w tym upewniają, brniemy więc dalej. Skacząc po wykrotach – trochę lasem, trochę między koleinami – mijamy błotnisty odcinek, który kończy się kolejną ekipą ściągającą ze zboczy pnie świerków połamanych przez kalamitę.

Pracujący zatrzymują na chwilę maszyny, szybko przebiegamy parędziesiąt metrów i wreszcie droga się kończy, a zaczyna normalny górski szlak. Dolina przez długi czas jest płaska, ale w pewnym momencie droga zaczyna się wznosić. Mijamy leśną kolibę – w środku jest piecyk, prycze, przygotowany opał, obok wiatka do wypoczynku i schronienia się przed deszczem. Cena 5 euro „dla chętnych”, na kartce podany jest rachunek do wpłaty 🙂

DSC_0906  Plan rozwija nam się dynamicznie – dolina się kończy, a zaczyna wspinaczka leśnym zboczem moreny ją zamykającej. Mój urok i siła perswazji, że może „chociaż do rozstaju” przynoszą skutek w postaci zdobywania kolejnych metrów wysokości 🙂 W pewnym momencie idąc „za drzewko” natykam się na piękne borowiki i nawet mam chęć je tu zostawić, ale w ekipie jest silna frakcja grzybiarzy, którzy na ich widok szaleją ze szczęścia i za chwilą wszystkie sztuki lądują w reklamówce 😉

DSC_0918  Do naszego niebieskiego z boku dołącza zielony szlak i idziemy dłuższy czas ich wspólną częścią. Po raz kolejny ustalamy, że dotrzemy do następnego rozstaju szlaków, a potem się zobaczy 🙂 Ścieżka idzie ostro zygzakiem w górę, dzięki czemu dość szybko wychodzimy ponad las. Przekraczamy mostki, mijamy kilka polanek i już jesteśmy na rozejściu „pod Klinom„. Słupek informuje nas o czasach wyjść na okoliczne szczyty. Dziś chyba nie ma szans na ataki szczytowe. Tu podejmujemy decyzję o podziale grupy, bo kusi mnie „pleso” widoczne na mapie i jest w zasięgu zaplanowanej „czasoprzestrzeni” 🙂 Długo nie namawiam Bacy i Basi i zaraz ruszamy dalej, natomiast Kasia i Koziołkiem i Elą uznają, że plan wykonały i ruszają w dół na spotkanie Xymoxa i Dorotki, którzy mają dziś do nas dotrzeć. Zresztą nas czeka dalsze podejście, a Koziołek już trochę zmęczony, jest to więc jedyna słuszna decyzja.

DSC_0930 Panorama

DSC_1003 Idziemy więc dalej we trójkę górnym piętrem doliny, która przypomina nieco Kvetnicę. Z lewej strony króluje Baranec, łąka pełna kwiatów, szumią kaskady górskich potoków. Przekraczamy pola kosówki i wreszcie zza moreny wyłania się strzelisty Rohacz Ostry, a nieco niżej jest nasze „pleso„. Widać stąd końcowy fragment podejścia na Jamnickie Sedlo, ale dzieli nas od niego jeszcze godzina marszu. Zostaje więc cieszyć się ze zdobycia Jamnickiego Plesa, które mamy na wyłączność 🙂 Basia zachwyca się kijankami w stawie – każdy ma co lubi 😉 Do planowanej piętnastej mamy trochę czasu, wokół absolutna cisza i spokój, więc zakładamy dłuższy biwak. Rohacz pięknie odbija się w wodach jeziora, zza wielkiej piramidy Wołowca wyłania się na chwilę śmigłowiec TOPR, zatacza krąg i znika. Znowu sami. Robimy dziesiątki zdjęć, bo aura też sprzyja – pojawia się słońce. Chwilo, trwaj!

DSC_1008  Robimy sesje foto w ramce stojącej nad jeziorem, czas mija na pogaduchach i wspomnieniach. Jamnickie Sedlo kusi, ale jest trochę późno i postanawiamy twardo trzymać się planu, że „idziemy do piętnastej”. Ostatnie foto i w dół. Idzie nam to bardzo sprawnie, mijamy kolejne charakterystyczny punkty szlaku i już na dole po minięciu „błot” natykamy się na naszą ekipę i Wojtka z Dorotą, którzy dojechali z jednodniowym opóźnieniem. Jak zwykle radosne powitania i odwrót na kwatery.

Udajemy się do jedynego czynnego lokalu z piwem 🙂 Potem wracamy do naszego domku na wspólny wieczór przy gitarze. Tudzież tradycyjnych trunkach zlotowych z dodatkiem granatów 🙂 Soku z granatów dla ścisłości… Wspólne odśpiewanie kołysanki dla Koziołka kończy się „wylogowaniem” młodego wędrowca 🙂 Pośpiewaliśmy, zjedliśmy i do łóżek 🙂

Zrzut ekranu 2015-08-27 o 18.29.59

Zrzut ekranu 2015-08-25 o 16.55.43

Dzień drugi: Flanka prawa – Dolina Raczkowa

Część ekipy wyraźnie zmęczona „spacerem doliną” poprzedniego dnia, od rana kilkukrotnie upewniała się, że dziś to na pewno będzie dolina 🙂

Dajemy sobie trochę luzu i wstajemy około 7:30, śniadanko i znowu do aut. Sprawnie parkujemy w pobliżu campingu jak starzy bywalcy i za chwilę znowu pokonujemy 30 minutowy łącznik do szlaków przez Dolinę Wąską.

DSC_1048  Tym razem odbijamy na prawo, na żółty szlak, który wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi ma być płaski 🙂 Ten lekko się wznosi, ale do przyjęcia, jak orzekają zwolennicy dolin 🙂 Ponownie mijamy pracujących przez zwózce drewna, zbocza wokół pokryte są wiatrołomami po kalamicie, a ekipy wyposażone w piły i ciężki sprzęt pracowicie usuwają ten bałagan.

Machnięcie ręką, że droga wolna i szybko przebiegamy dalej. Dolina Raczkowa pomału pnie się w górę, ale na tyle łagodnie, że nikt nie narzeka. Wojtek dostaje gorączki szczytowej i uznaje, że skoro wczoraj nie było mu dane się rozchodzić, to popędzi do przodu, by zdobyć któryś ze szczytów na końcu doliny. Za nim dostojnym krokiem rusza Baca, ale do Wojtka nikt dziś nie ma startu. Idziemy więc ze śmiechem grupką, gdy nagle zza zakrętu wyłania się terenówka, a w niej sympatycznie wyglądający skrzacik z rudą brodą i w zielonym mundurku 🙂 Dziewczynom błyszczą oczy i szybko wystawiają na widok publiczny swoje wdzięki (nogi oczywiście). Terenówka staje z piskiem opon 🙂 Pasażer siedzący obok kierowcy zostaje wyrzucony na zewnątrz, na jego miejsce pakują się trzy niewiasty, bo tyle jest miejsc i tylko kurz opada za śmigającym dalej autem i pasażerem, który zasuwa za nim pędem. Grzeczny piesek 🙂

DSC_1075  No cóż, nie załapałem na podwózkę, to wypada ruszyć z kopyta. Za chwilę dopędzam Dorotkę, która upewnia się że nie miała omamów wzrokowych i dość szybko trafiamy na polankę, gdzie stoi auto, którym dopiero co pędziły ircowniczki. Jest tam też Baca, który drapie się w głowę, jak to się stało, że dziewczyny były za nim, a teraz widzi je daleko przed sobą na szlaku 🙂

No to w komplecie idziemy dalej. Kończy się bita droga, a zaczyna normalny górski szlak – wąska kamienista ścieżka, wspinająca się dalej w górę. Jak zwykle ustalamy, że „idziemy do rozstaju”, a tam ocenimy czas. Dostajemy od Wojtka sygnał, że czeka na nas fajna koliba. Wypatrujemy na zboczu coś, co przypomina typowy słowacki słupek na szlaku i wydaje się on dość odległy, ale na szczęście okazuje się, że koliba jest znacznie niżej. Donosi nam o tym szybsza część grupy 🙂 No na taki argument jest tylko jedna reakcja – pędzimy w górę. Trafiamy na potoczek, a na nim malowniczy mostek, gdzie odbywa się obowiązkowa sesja foto w różnych pozycjach 🙂 Jeszcze „kilka ruchów” i  rozkładamy klamoty przy kolibie.

DSC_1092_3_4_tonemapped

DSC_1137  Próbujemy zgadnąć jak daleko doszedł Wojtek. Ten jest lekki na wspomnienie i wkrótce odzywa się, podając trochę szczegółów, co jest dalej. Zachwala urok napotkanych „ples„, ale jednocześnie wspomina o „krótkich podejściach” 😉 Dziś jednak, pomni doświadczeń dnia wczorajszego, nie do końca mu wierzymy i decydujemy się na odwrót 🙂 Spokojnie schodzimy na parking, a zajmuje nam to ponad dwie godziny. Dolina Raczkowa to jednak długa dolina 🙂 Baca, który narzeka na ból kolana, zostaje cudownie wyleczony żelkami Kasi 🙂 Bardzo szybko po nas pojawia się też Wojtek, który zdążył „zaliczyć” dwa szczyty i zbiegł Doliną Jamnicką.

Wpadamy na kwaterę dość wcześnie, bo zaraz ma się zjawić Lenka. Długo nie czekamy – jest! Rzuca się na wszystkich z wielkiej radości. Wygląda, że trochę się za ircownikami stęskniła 🙂

DSC_1197  Wieczór rozpoczynamy w kuchni – najpierw dwudaniowy obiad zlotowy czyli makaron+makaron. Potem przenosimy się na grilla przed dom. Wojtek uprzedzony, że w okolicy nie ma żadnej knajpy, przywiózł „zestaw młodego działkowca”, czyli węgiel drzewny i podpałkę. Kiełbasę kupujemy w miejscowych „potravinach„. Robi się chłodno a my najedzeni wracamy do środka na wspominki i na ustalanie planu kolejnego dnia. A ten zapowiada się nieco trudniejszy. Dwa dni pięknej pogody utrwaliło w nas przekonanie, że trzeci nie może być gorszy. Lenka jak zwykle zaskakuje nas swoją polszczyzną, w której pojawia się określenie jednego z naszych dowcipów jako „perwersyjny inteligentnie” 🙂 Potem znowu gitara dla Koziołka i nieśmiertelny hit usypiający czyli , „było morze…” 🙂 Pobudkę zarządzamy przed siódmą.

Zrzut ekranu 2015-08-27 o 18.28.56

Zrzut ekranu 2015-08-25 o 16.56.35

Dzień trzeci – grań Otargańców czyli atak frontalny

W zasadzie to mógłbym tę wycieczkę nazwać inaczej – tatrzańska maskara piłą Otargańców 🙂

Ten dzień przejdzie do historii zlotów – ze względu na najdłuższą jak dotąd akcję górską. Ale po kolei. Postanowienie dnia poprzedniego weszło w życie z godziną 7, gdy wszyscy karnie poderwali się i bez zbędnego marudzenia siedli do wspólnego śniadania.

DSC_1216  Po ósmej zapakowani jechaliśmy po raz trzeci do ujścia Doliny Wąskiej. Jeszcze 30 minut znanego już na pamięć traktu i znowu stoimy u wylotu dwóch dolin. Koniec żartów, wbijamy się w środek w zielony szlak. Dodam, że mało chyba uczęszczany, do tego mocno sponiewierany przez kalamitę. Co chwila go gubimy, przecinamy, włazimy w jakieś skróty, stromizny, ale niewątpliwie szybko nabieramy wysokości. I wytapiamy litry potu. Na dystansie kilometra robimy około 300 metrów w górę. Dopiero po około godzinie w okolicy pracujących na stoku drwali ścieżka robi się klarowna i przede wszystkim łagodnieje. Tu straty w drzewostanie są największe, bo w zasadzie zostało zbocze pełne wykrotów. Podobno rok temu nie dało się tędy przejść.

DSC_1228 Panorama

DSC_1224  Zarządzamy odpoczynek i łączymy grupę, bo trochę się rozciągnęliśmy. Czekają nas kolejne setki metrów – Otargańce, na które zmierzamy, zaczynają się na wysokości ponad 1700 metrów. Ponownie ruszamy skacząc przez połamane drzewa i liny, którymi ściągają je ze stoku pracujący tu drwale. Wreszcie las, robi się trochę chłodniej. Idzie się coraz lepiej, szlak jest wyraźny i nie tak stromy jak początek – przekraczamy kolejne warstwy górskiego krajobrazu – las, kosówka i wreszcie docieramy na pierwszy tego dnia wierzchołek – Ostredok (1673m npm). Zaczynają się skały. Idziemy wąską ścieżką przylepioną do grani i dość szybko osiągamy Ostredok wierzchołek północny (1714 m). Miejsce jest osłonięte, więc możemy założyć dłuższy biwak w oczekiwaniu na resztę grupy. Są ze mną dwie kozice – czyli Kozica Właściwa – Kasia i Kozica Adeptka – Lenka. Obie zasuwają aż się kurzy. Jako trzecia tempa dotrzymuje nam nowicjuszka Basia – prawdziwa twardzielka, bo idzie po raz pierwszy przez taki dość trudny teren, a uśmiech ani na chwile nie znika z jej twarzy 🙂 Z racji wysokości jest dość chłodno, a poza tym lekko pochmurno i słonko nie przygrzewa, więc dziewczyny kończą lansik i zakładają długie spodnie, bluzy i kurtki. Dołącza Baca, który orzeka, że Wojtek z Dorotą idą wolno i czeka nas długie czekanie. Aby się nie przechłodzić, ustalamy, że Baca przejmie ekipę dolną, a my nacieramy na piramidę kolejnego szczytu – jest to Niżnia Magura (1920 m), która pręży się przed nami, budząc w dziewczynach lekki niepokój. Zdobycie góry idzie nam jednak sprawnie, bo pomimo wysokości i ekspozycji szlak jest poprowadzony zakosami i dość szybko można na nią wejść.

DSC_1275  Podział na dwie grupy – wolniejszą i szybszą stał się faktem. Łapiemy kontakt SMS i ustalamy, że my idziemy swoim tempem, oni swoim – tak będzie najlepiej i nie ma sensu czekać przez długie minuty na wolniejszych. Tym bardziej, że jest dość chłodno i o ile w trakcie marszu organizmy są rozgrzane, to parę minut siedzenia błyskawicznie je wychładza. Ubierać się na cebulkę tez nie ma sensu, bo intensywne podejście wytwarza dużo ciepła. A podejścia tego jest jeszcze sporo.

Teraz zaczyna się długi marsz od szczytu do szczytu. Dziewczyny świetnie sobie radzą, bo o ile Kasia niejedną perć przeszła, to pozostałe przeżywają swój „pierwszy raz” 😉 Czeka nas w sumie 6 szczytów, a każdy kolejny wyższy. Między szczytami tracimy z trudem zdobytą wysokość, na szczęście niedużo. Tendencja jest raczej taka, że każdy kolejny jest wyższy. Ostatni – Jakubina – będzie miał prawie 2200 m npm.

DSC_1289  Wkraczamy w świat powyżej 2000 m npm 🙂 Idąc wąskimi graniami, trawersując je czasem, wspinając się skalnymi kominami, klucząc między skałami – osiągamy kolejny szczyt. Jest to Pośrednia Magura (2050 m). Krótkie zejście na dół na Rysią Przełęcz (2000 m) i znowu do góry – coraz wyżej. Po obu stronach potężne ekspozycje, w dół lecą strome żleby mające 700 i więcej metrów przewyższenia, a grań ma czasem metr szerokości. Lubimy 🙂

Przypominają nam się z Kasią Trzy Kopy i aby je podnieść na duchu, zabawiamy pozostałe koleżanki opowieściami o trudnościach 😉 Tu jednak nie ma żadnych sztucznych ułatwień czy łańcuchów. Asekurujemy więc nowicjuszy i wspieramy dobrym słowem – i tak i mijamy kolejne szczyty.

DSC_1296  Zaczynam sobie uświadamiać, że idziemy dość wolno, albo czas na znakach jest źle oszacowany. Całość miała być na 4:30, my idziemy 5 godzin i jesteśmy w połowie grani. Niewesoło. Zaczynamy się wspólnie martwić o wolniejszą grupę, z którą tracimy kontakt wzrokowy zaraz za pierwszą kulminacja grani. Przez chwilę widzimy jeszcze Bacę, który zdecydował się dołączyć do drugiej grupy, ale on też wkrótce znika nam z oczu.

Kolejna jest Wyżnia Magura (2095 m). Tu idziemy po skalnym rumoszu, gdzie w zasadzie nie widać szlaku i skacze się po bezładnie rozrzuconych odłamkach skał, a kierunek wyznaczają widoczne od czasu do czasu znaki.

DSC_1332  Znowu krótkie zejście na Jakubińską Przełęcz (2069 m) i czas na finał. Jest to Raczkowa Czuba zwana po słowacku Jakubina (2194 m). Wejście wytapia z nas mnóstwo potu, bo z każdym metrem jest coraz bardziej stromo, a końcówka wiedzie już krótkimi zygzakami. Wreszcie sukces! Wyżej się już nie da 🙂 Na szczyt wchodzimy o 16:30 a za nami prawie 7 godzin marszu.

DSC_1325 Panorama

DSC_1338  Jest chłodno, wyciągam czapkę i rękawiczki. Cały dzień towarzyszy nam pochmurna ale stabilna pogoda. I całe szczęście. Spacer po mokrej skale nie należałby do przyjemnych. Nie siedzimy długo, trochę wody, kanapki i czas ruszyć w dół. Patrzę po raz kolejny z niepokojem na zegarek. Rozmawiamy ze spotkanymi na szczycie Polakami – też mają odczucie, że coś nie gra z oznaczeniami czasów, bo twierdzą, że szli szybko, a weszli w czasie zbliżonym do naszego. Krótka pogawędka, posiłek, foto i czas popatrzeć na drogę zejściową. Jej widok budzi trwogę 🙂 Do połowy całej trasy brakuje jeszcze sporo, a tu nie dość że późno, to druga grupa ma duże opóźnienie. Mamy dwie opcje: zejście Doliną Jamnicką albo Raczkową. Pierwszy wariant przeszedł wczoraj Wojtek i mimo że dystans jest krótszy – zdecydowania odradzał. Głównie za sprawą trudnego zejścia z Jarząbczego Wierchu. Zostaje wariant drugi. Lenka kombinuje, czy nie da się zjechać żlebem na worku 😉 Ma fantazje dziewczyna 😀 Skrótów niestety nie ma – musimy zejść najpierw na Jarząbczy Wierch.

DSC_1348  Zakładam czapeczkę i rękawiczki i śmigamy na wspomnianyJarząbczy Wierch (2137 m), który kończy grań Otargańców wbijającą się tu w główną grań Tatr. Grań jest trochę poszarpana, ale idzie się dość sprawnie i bez większych trudności pojawiamy się na Jarząbczym po około 30 minutach. Foto pamiątkowe i skręcamy w stronę Kończystego Wierchu. Odrobinę się rozciągamy, ale nie tracimy kontaktu wzrokowego. Kolejne 30 minut i pada ostatni dziś dwutysięcznik – Kończysty Wierch (2004 m). Poszło sprawnie, nadzieja wstępuję w serca, że zdążymy przed zmrokiem.

Tu pozwalamy sobie na kolejny odpoczynek, bo czasy w dół z grubsza znamy z wycieczki z dnia poprzedniego. Na grani od strony Starobociańskiego pozuje nam kozica. Ucinamy sobie też pogaduchy ze spotkanym polskim turystą, który częstuje nas swojską naleweczką 🙂 Wygląda na stałego bywalca tatrzańskich grani.

DSC_1367  Teraz już ostatnia prosta. 1000 metrów w dół i 8 km 😉 Zejście po trawiastym zboczu 500 metrów w dół, mimo iż nie sprawia trudności technicznych, jest męczące – szczególnie dla kolan. Kombinujemy z różnymi stylami pokonania stoku i jakoś udaje się zejść nad stawy bez strat w ludziach, a „kozice” (Kasia i Lenka) wręcz zbiegają 🙂 Bardzo szybko tracimy je z oczu. Nad stawami odbywa się koncert świstaków, jednak żadnego nie udaje nam się wypatrzeć.

DSC_1387  Teraz już tylko odliczamy kolejne znane punkty: koliba, „polanka leśniczego”, rozstaj przy Dolinie Wąskiej i wreszcie parking. Tempo marszu z każdym metrem rośnie, dla urozmaicenia wymyślamy wyzwania: 35 minut do polanki, 35 minut na rozstaj, wyprzedzenie widocznych przed nami turystów, potem kolejnych i tak…. z 3 godzinnego szlaku robimy 1.5 godziny 🙂 Idąc, śpiewamy piosenkę z pancernych „Przed nocą zdążymy” 🙂 Na finał ostatniego wyzwania mamy 20 sekund i wpadamy z językami na brodzie pod szlaban 🙂 Jest dwudziesta – 11,5 godziny w drodze. Ufff….

Pół godziny wcześniej dostaliśmy SMS że dwie wędrowniczki z naszej ekipy już są na kwaterze – jak one to zrobiły?? My wpadamy głodni do naszej chatki, potem rzucamy się w kolejkę do łazienki… a tu niespodzianka 🙂 Czeka nas zimny prysznic 🙂 I tak zostaję niechcący morsem. Kasia się krząta po kuchni a Lenka padła na łóżko jak nieżywa i stęka „Co wyście mi zrobili” 😉

Trzeci dzień pod rząd zjadam spóźniony obiad z dwóch dań: zupa makaronowa z torebki i na drugie paczka makaronu Knorra zalana wodą 🙂 Próbuję dotrzymać towarzystwa czuwającym, ale w końcu się poddaję i padam na łóżko. O 1 w nocy podrywam się jednak  i jadę pod szlaban po drugą ekipę, która szczęśliwie i w komplecie opuszcza szlak po 16 godzinach akcji górskiej.

Zrzut ekranu 2015-08-24 o 18.09.27

Zrzut ekranu 2015-08-25 o 16.56.50

Dzień rozstania

Ten dzień zawsze wygląda tak samo… od rana krzątamy się przy pakowaniu. Mimo wczorajszych przygód wszyscy uśmiechnięci i zadowoleni. Spotkaliśmy się, coś osiągnęliśmy, coś nowego zobaczyliśmy. Około 10 ruszamy w drogę powrotną… Tatry schowały się w chmurach, potem zaczyna się coraz bardzie płaski teren, a po 10 godzinach jestem w domu 🙂 Jeszcze tylko po drodze zaliczamy niechcący Air Show w Radomiu, stojąc w korku na wylotówce, a nad głowami podziwiamy akrobacje 🙂

Jest już plan na zlot zimowy 🙂

Tydzień urlopu spędzony w słowackich Tatrach pozwolił mi na odbycie kilku łatwych rodzinnych wycieczek. Niestety, mało stabilna pogoda powodowała, że najczęściej aparat miałem w plecaku, a na sobie przeciwdeszczowy komplet ubrań 🙁 A głównym tematem zdjęć stały się chmury i mgła 🙂

Mimo to trochę zdjęć zrobiłem – w tym sporo z okna zaprzyjaźnionego pensjonatu „U Paliho”.

Ruszamy na pierwszą wycieczkę w Dolinę Kieżmarskiej Białej Wody w kierunku Zielonego Stawu (Zelene Pleso). Początek trasy jeszcze jest słoneczny ale z każdym krokiem zaciąga się coraz bardziej. Przed schroniskiem zaczyna mrzyć, potem jest już tylko gorzej. Ostatnie zdjęcie robię z progu schroniska, fotografując ulewny deszcz 🙂 Wypijamy herbatkę, posilamy się nieco, czekając na poprawę pogody. Jest coraz gorzej, więc zbroimy się deszczowo i ruszamy w dół. Dolina jest długa, a marsz powrotny 3 godziny w strugach deszczu skutecznie zabija zapał i entuzjazm całej naszej ekipy. Humor poprawia nam dopiero doskonały obiad u naszych gospodarzy 🙂

DSC_0280 Panorama

Osłabione poprzedniego dnia morale wyraźnie daje o sobie znać od rana, więc decydujemy się na wycieczkę lekką, łatwą i przyjemną. W założeniach. Idziemy do Jeziora Popradzkiego (Popradskie Pleso) z myślą o zdobyciu Przełęczy pod Ostervą w razie nagłego i niespodziewanego ataku pięknej pogody 😉 Przemierzana już tyle razy trasa zaczyna się w pełnym słońcu, ale „klątwa godziny dwunastej” nie odpuszcza i wkrótce w głębi doliny zaczyna się kłębić ciemność 😉 Scenariusz raczej rozwija się w kierunku zbliżonym do dnia poprzedniego, więc poprzestajemy znowu na posiedzeniu w schronisku podziwiając Magistralę pnącą się zakosami na przełęcz i Popradzki Staw. Tego dnia odwiedzamy jeszcze Symboliczny Cmentarz Ofiar Gór, gdzie, właśnie pojawiły się tabliczki naszych spod Broad Peak…

Kolejnego dnia pogoda jest jak zwykle, a nawet gorzej 🙂 No to jak się nie da zdobyć góry, to można schować się w jej wnętrzu – w Jaskini Bielańskiej. Ze zdjęć w jaskini rezygnuję, bo wiem, że i tak nie oddadzą jej piękna. Jeszcze odwiedziny parku linowego i znowu zostaje fotografowanie chmur z okna – zresztą bardzo widowiskowych 🙂

DSC_0645 Panorama

Kolejny dzień zapowiada się nieco lepszy, mamy nawet pomysł, by wjechać na Łomnicę. Plan jednak nie wypala, bo brak już biletów na rozsądną godzinę, więc realizujemy plan B, czyli wjazd na Skalnate Pleso i przemarsz Magistralą do schroniska Zamkovskiego. Deszcz nie pada, a na gorę wjeżdżamy nowymi, pięknymi wagonikami. Okolice górnej stacji skryte są w chmurze, więc może i dobrze, że wyjazd na Łomnicę nie wyszedł – nie byłoby nic widać. Góra będzie stała, jest powód aby tu wrócić. Wyruszamy Magistralą w kierunku Skalnatej Chaty, a potem zboczami masywu Łomnicy w kierunku schroniska Zamkovskiego. Część trasy pokonujemy w chmurze, ale potem jest lepiej, nareszcie są piękne widoki w dół a na końcu czeka najlepsza zupka czesnakova.

Siedzimy chwilkę, oczywiście zamawiamy zupkę i pomału ruszamy na Hrebienok. Otoczenie szlaku robi coraz bardziej przygnębiające wrażenie, drzew już praktycznie nie ma, stoją jakieś uschnięte kikuty… Skryty niegdyś w lesie Obrovsky wodospad teraz prezentuje się na łysym zboczu 🙁 Mijamy Rainerovą Chatę i skręcamy jeszcze w kierunku wodospadów Białej Wody – tu też obraz zniszczenia, tylko same wodospady ładne jak zawsze…

Docieramy na Hrebienok, jedziemy na dół i zjadamy zasłużony obiad. Ta wycieczka zdecydowanie poprawia nastroje, bo i pogoda dopisuje, i widoki były 🙂

DSC_0734 Panorama DSC_0891 Panorama DSC_0895 Panorama

Jakieś zaawansowane obróbki 😉

A wieczorem mała orgia… chmur. Okno na Łomnicę nie ma sobie równych 🙂 Przewalające się zwały chmur ponad szczytami Tatr, deszcze lejące się z nich strugami, przebijające się światło zapewniają niepowtarzalne widowisko, a kolory są wręcz niezwykłe. Siedzę w oknie, dopóki ostatni promień słońca jeszcze coś wydobywa z mroku…

DSC_0991 Panorama

DSC_0996 Panorama Efekty wieczornego siedzenia w oknie 🙂 Ciężko było zrezygnować z któregokolwiek zdjęcia, więc prezentuję całą dużą kolekcję 🙂

Dzień wyjazdu – natura jak na złość pokazuje swe słoneczne oblicze… Niestety urlop się skończył…

W drodze powrotnej odwiedzamy Xymoxa i Dorotkę – w końcu 🙂