W ramach podtrzymania tradycji i szukania spokoju wśród kolorowych wzgórz kolejny raz zabieram się w Bieszczady. 

Termin został ustalony dużo wcześniej, urlopy zgrane, ale okazuje się że ta strategia tym razem nieco zawiodła. Patrzę na prognozy, oglądam cały tydzień poprzedający wyjazd, co tam widać w kamerach internetowych… dużo widać. Wygląda to tak cudnie, że zostaje tylko modły czynić by wytrzymało. Ku rozpaczy wszystkich – nie wytrzymało. 

Nasza pierwsza wycieczka odbywa się pod znakiem zaciągającego się chmurami horyzontu, wyblakłych kolorów i tylko na pocieszenie nie pada cały dzień. 

Ambitny plan zakładał atak na Worek Bieszczadzki. Zdyscyplinowana grupa, pamiętająca jeszcze poprzedni nocny powrót, tudzież opowieści o biegających po zmierzchu niedźwiedziach – szybko i sprawnie zrywa się o siódmej rano, sprawnie połyka śniadanie i wyrusza w w drogę. Nawet wieczorek powitalny, który przeciągnął się poprzedniego dnia do pory dość późnej, nie był w stanie zmóc ducha walki. 

Wielokrotnie przejechaną już drogą ruszamy na Wołkowyję i …pierwsza zmiana planu. Droga przez Terkę jest zamknięta 🙁 Tego nie przewidzieliśmy… trzeba jechać dokoła przez Czarną. To oznacza że dzień nam się skurczy. Szkoda czasu na zastanawianie się – ruszamy i po godzinie jesteśmy w Ustrzykach Górnych. Stąd już tylko kilka kilometrów do Wołosatego, gdzie znowu bardzo szybko jesteśmy gotowi do wymarszu.

Jest nawet dość spokojnie, bo jak się potem dowiedzieliśmy, kilka dni wcześniej z powodu rewelacyjnej pogody szły tu tabuny ludzi. 

Pierwszy odcinek pokonujemy jak zwykle szybciutko, bo też chodzenie po łące nie dość że nudne, to nadzwyczajnym wyczynem nie jest 🙂

Potem jednak zaczynają się schody. Dosłownie i w przenośni. Ścieżka robi się dość stroma, co powoduje, że tracimy jednego „ludzia”. Nasz dzielny wędrowiec postanawia założyć obóz szturmowy, co oznacza, że przyda nam się, bo szykuje się kolejna zmiana planu. 

A co do schodów… trudno to komentować. Z jednej strony BPN zapewne chciał ratować przyrodę, ale z drugiej… wyglądają nijak i tak samo się po nich chodzi, albo jeszcze gorzej. I podobno jest plan, żeby całe Bieszczady ustroić tymi schodami. Pewnie wtedy ruszę na ich ukraińską część, żeby się nie denerwować.

Póki co zdobywamy wysokość dobrym tempem i pojawiamy się pod Tarnicą. Zerkamy na zegarek, chwila narady i jest nowy plan. Tym razem zostawimy Worek w spokoju i decydujemy się wejść w komplecie na szczyt. Ludzi trochę jest, ale znajdujemy kawałek wolnego miejsca dla siebie. Szczyt został dokładnie wygrodzony i pozostało niewielkie „pastwisko”, by turyści nie deptali trawników wokół. Cena rozwoju cywilizacji 😉

Schodzimy na przelęcz, by zacząć realizować nasz nowy plan. Szybki przegląd mapy zasugerował możliwość przejścia innego worka – tym bardziej, że nikt łącznie ze mną tym szlakiem nie szedł. Ruszamy czerwonym szlakiem do Ustrzyk. Co tu dużo pisać – nikt nie jest zawiedziony. Szeroki Wierch ma charakter typowej połoniny, idzie się dość długim grzbietem, jest kilka kulminacji i w końcu zejście do lasu.

Pogoda trzyma, widoki są, wycieczka zdecydowanie jest udana.

Po wejściu w las kolejna niespodzianka. Wspominam wiele leśnych zejść w doliny i zawsze były one dość strome i męczące. A tu miła odmiana. Szlak wiedzie przez piękny, jesienny las i łagodnie schodzi w dolinę aż do Ustrzyk Górnych.

Ani się obejrzeliśmy i jesteśmy w Ustrzykach. Gdzie oczywiście czeka na nas zgubiony pod Tarnicę Mirek, który zgarnia kierowców i zawozi do Wołosatego po resztę aut. Wracamy na zasłużone pierogi do Berezki, gdzie jak co roku jest nasza baza.

Wypada jeszcze tylko wspomnieć o pewnym wyjątkowym spotkaniu w drodze powrotnej. Z pewnym miejscowym. Słynne są opowieści o bieszczadzkich niedźwiedziach, ale tym razem stanął na naszej drodze… ryś. Piękne dostojne zwierzę przedefilowało nam przed autem, każąc zwolnić i się podziwiać. Na odchodne jeszcze się obejrzał, czy na pewno widać w naszych oczach wyrazy szacunku 🙂

 

Trasa:

Kolejny dzień… no cóż – jak mawia zaprzyjaźniony wędrowiec górski „pogoda klękła”. Wieczorem w trakcie dyskusji wymyśliliśmy przejazd drezynami w Uhercach, jednak zgodnie uznajemy, że nikt nie przeżyje dwugodzinnej jazdy w temperaturze około zera stopni i padającej mżawce. Brak widoczności, wilgoć, mgła – w tej sytuacji wymyślamy plan alternatywny. Sine Wiry odpadają, bo droga przez Terkę zamknięta. Jak nam później wyjaśni nasz gospodarz – przyczyną jest budowa nowego mostu.

Więc…Solina zawsze niezawodnie czeka 🙂 Odbywamy spacerek po tamie, przejeżdżamy przez Myczkowce. Drezyny w Uhercach stoją we mgle…

A my trafiamy do Leska. Słodki Domek czeka! Najpierw jednak wymyślam zwiedzanie Leska. Jakoś zawsze je omijaliśmy (poza bankomatem i Słodkim Domkiem). 

Pewien dobry znajomy wywodzący się z Leska wspominał mi kiedyś o kirkucie. No to szukamy go. Kirkutu oczywiście. Mijamy synagogę – niestety jest zamknięta. Lesko jest malutkie i za chwilę jest też kirkut. No i zaliczam przysłowiowy „opad szczęki”. Drugi będzie po dostaniu się na teren kirkutu. Miejsce jest zamknięte, ale jest telefon do klucznika. Pan pojawia się dość szybko, negocjujemy cenę za wejście i kłódka opada. 

Widziałem już kilka kirkutów, ale ten zdecydowanie zrobił na mnie największe wrażenie. Mieści się na szczycie całkiem dużego wzgórza, na które trzeba się wspiąć, porastają go stuletnie dęby, ogromna ilość macew, a do tego przebłyskuje słońce, podkreślające kolory jesieni. No to jest zdecydowanie główne danie dnia. Spacerujemy dobre pół godziny, patrząc na przemijanie, zapomnienie, oczarowanie i zamyśleni.

Cmentarz żydowski w Lesku ze względu na wiek zachowanych nagrobków uważany jest za jedną z najcenniejszych nekropolii w Polsce. Na powierzchni około 3,2 ha przetrwało ponad dwa tysiące kamieni nagrobnych. W materiałach archiwalnych cmentarz po raz pierwszy jest wzmiankowany w 1611 r., kiedy to dwaj chłopi sprzedali leskim Żydom „cztery zagony roli (…) na okopisko żydowskie od wiertchu do sadzawki jako okopisko długie za złotych czterdzieści polskich”, jednak daty zgonów na macewach świadczą, że pochówków dokonywano tu już w pierwszej połowie szesnastego wieku. Legenda głosi, że jest to miejsce spoczynku sefardyjskich rabinów wypędzonych z Hiszpanii i Portugalii w XVI wieku, jednak historycy nie potwierdzają tej tezy.

Cmentarz położony jest za synagogą, przy ul. Słowackiego. Wąskie schody wiodą stromo pod górę. Właśnie w tym miejscu, na zboczu zalesionego wzgórza znajduje się najstarsza część nekropolii, z nagrobkami pochodzącymi z pierwszej połowy XVI wieku. Są to płyty wykonane z miejscowego piaskowca, pozbawione zdobień, z inskrypcjami o prostej, archaicznej w swym kroju czcionce. Czas i oddziaływanie czynników atmosferycznych sprawiły, że nagrobki w zdecydowanej większości nie znajdują się na swych właściwych miejscach. Po lewej stronie ścieżki widoczny jest stojący nieco skosem blok piaskowca, rozszerzający się ku górze. Jest to najstarsza zachowana macewa na cmentarzu w Lesku. Wykuty w niej hebrajski napis głosi: „Tu pochowany mąż, bojący się Boga, Eliezer syn Meszulama (pamięć sprawiedliwego niech będzie błogosławiona), we wtorek 9 dnia miesiąca tiszri 309 roku według krótkiej rachuby” (źródło tłumaczenia: A. Trzciński, M. Wodziński „Cmentarz żydowski w Lesku” ).
Na szczycie wzgórza odnajdziemy młodszą część nekropolii, wykorzystywaną jako miejsce grzebalne od XVIII w. do XX wieku. Największą grupę – około tysiąca czterystu – zachowanych nagrobków tworzą macewy z XIX wieku. Mimo zniszczeń z okresu II wojny światowej, wyraźnie widoczny jest rzędowy układ grobów. W zwieńczeniach macew wyrzeźbiono charakterystyczne dla żydowskiej sztuki sepulkralnej zdobienia, przedstawiające między innymi: korony, świeczniki, ptaki, jelenie, lwy, dzbany i misy. Uwagę zwraca zadaszony nagrobek z dwiema płytami. Jest to grób zmarłego w dniu 9 października 1803 r. Menachema Mendla Horowica, rabina i cadyka z Rozwadowa i Leska, ojca znanego cadyka Naftalego Cwi Horowica z Ropczyc. Napis na jego macewie głosi: „Tu spoczywa święty rabin Menachem Mendel (oby jego zasługi były dla nas ochroną), ojciec świętego rabina Naftalego Cwi z Ropczyc (oby jego zasługi były dla nas ochroną), powołany do niebiańskiej jesziwy w dniu święta Simchat Tora 23 Tiszri 5564. Niech jego dusza związana będzie w węźle życia wiecznego. W otoczeniu jego grobu pochowani są jego ojciec, r. Jaakow i jego syn r. Szmuel Szmelka, i jego wnukowie r. Menachem Mendel syn r. Szmuela Szmelki i r. Menachem Mendel syn r. Abrahama Chaima” (tłum. Wojciech Tworek).

Podczas II wojny światowej cmentarz był miejscem egzekucji wielu Żydów. Tu rozstrzelano grupę około stu osób, starców i chorych, pozostałych w mieście po likwidacji getta w Lesku. Później dokonywano tu doraźnych egzekucji Żydów, ukrywających się w okolicach Leska. Wspomnieniem tych tragicznych wydarzeń są symboliczne groby ofiar Holocaustu.

W 1969 roku nekropolia została wpisana do rejestru zabytków. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych minionego stulecia, cmentarz w Lesku był przedmiotem badań Andrzeja Trzcińskiego i Pawła Synowskiego z Uniwersytetu Marii-Curie Skłodowskiej i Marcina Wodzińskiego z Uniwersytetu Wrocławskiego. W wyniku ich zaangażowania wydana została książka zatytułowana „Cmentarz żydowski w Lesku”, zawierająca inwentaryzację nagrobków pochodzących z XVI i XVII w. W 2010 r. opublikowana została druga część, obejmująca macewy z XVIII w. [źródło: Kirkuty]

 

Klucznik zamyka za nami bramę i ruszamy wreszcie na zasłużony deser. Kawę i ciacho w Słodkim Domku. Wpadamy tuż przed autokarem pełnym wycieczkowiczów. No cóż, miejsce cieszy się sławą w okolicy 🙂 Nic dziwnego, że trochę czasu nam tu zeszło 😉

Ale w Berezce czeka nas wieczór w altanie u Artura, więc długo się nie ociągamy. Wieczór na powietrzu przerywa deszcz, przenosimy się więc do kwatery, gdzie kontynuujemy w miłej atmosferze naszą integrację. Nawet nocna akcja „zaginiony harcerz” będzie następnego dnia mile wspominana 😉

I to by było na tyle… za rok zmieniamy strategię i ruszamy za pogodą 🙂

Za moich czasów szkolnych październik był „miesiącem oszczędzania”, ale od kilku lat stał się dla mnie miesiącem wydawania 😉 Wydawania na dojazd i pobyt w Bieszczadach. Odkąd odkryłem piękno jesiennych bieszczadzkich pejzaży, z nadejściem października trwa odliczanie dni do wyprawy na pokryte szeleszczącymi, suchymi liśćmi łagodne górskie ścieżki.

Tak jak lato było chłodne i mało pogodne, jesień wcale nie była w tym roku lepsza. Stąd miła niespodzianka, że prognoza na dni naszej wyprawy była całkiem pomyślna. 

Nadchodzi czwartek, wszystkie niezbędne przedmioty spakowane i ruszamy w 400-kilometrową trasę. Jedzie się całkiem spokojnie, po drodze jest kilka remontów – szczególnie jeden zapadł nam w pamięć: na moście odbywa się ruch wahadłowy, ale z jakiegoś powodu światła odmawiają posłuszeństwa. Budowa jest obstawiona przez… hm.. Bojowców Imperium 😉 Nowiutkie stroje, obwieszeni jak choinki sprzętem tylko… kompletnie nie ogarniają sytuacji i generują dodatkowy chaos, patrząc na zepsuty sygnalizator i próbując dokonać naprawy metodą szturchania butem 🙂 Dopiero kilku starej daty drogowców w tradycyjnych kufajkach po przejęciu inicjatywy sprawnie zaczyna kierować ruchem i po kilku minutach korek znika. Aha – mam przeczucie że widziałem nowo powołane Wojska Obrony Terytorialnej 🙂

Druga niespodzianka – tym razem miła, to nowo otwarty odcinek ekspresówki wokół Rzeszowa. Teraz już szybko i bezpiecznie docieramy do naszej Leśniczówki.

Rankiem okolicę spowija mgła, ale widać że prognoza się sprawdzi. Z każdą minutą widać coraz więcej błękitnego nieba i nim zjemy śniadanie, całkiem się wypogodzi. Nasz gospodarz musiał wyjechać, ale dzielnie zastępuje go gospodarz junior, czyli Mateusz 🙂 Wygląda trochę jak ksero zrobione z Artura 🙂 Zgodnie stwierdzamy, że tradycje rodzinne zostały przekazane, bo śniadanko niczym nie różni się od tych, jakie przygotowywał nam zawsze Artur 🙂

Przygotowałem jak zwykle kilka tras i dziś przez aklamację została przyjęta trasa zahaczająca o fragment zeszłorocznej. Coś mnie jednak tknęło, by dopytać o szczegóły Artura i ten po krótkich konsultacjach z miejscowymi przewodnikami radzi nam inny wariant, bo szlaku, o którym myślałem, podobno nie ma… A ten inny wariant, to dokładnie wariant zeszłoroczny. Chwila namysłu i pomysł chwyta – przecież przeszliśmy go w deszczu – więc nie zaszkodzi zobaczyć go teraz w słońcu 🙂

Tak jak ostatnio – zostawiamy jedno auto w Cisnej – a pozostałymi wjeżdżamy na Ruską Przełęcz. To wyjątkowo piękna trasa, a świecące w słońcu kolorowe liście dodatkowo pogłębiają to wrażenie.

Kilka minut i jesteśmy gotowi do wymarszu. Wspólne foto i już biegniemy pod górkę. Liści na drzewach jest w tym roku znacznie mniej, bo jakoś wcześniej opadły. Grabina szeleści pod stopami, a na bukach zostały rude resztki. 

Pierwszy odcinek wiedzie szlakiem granicznym i prowadzi na Okrąglik. Początkowe metry wytapiają trochę potu, ale za chwilę trasa pomalutku zaczyna piąć się łagodnym grzbietem. Idziemy piękną aleją, wokół otacza nas jesień w swojej najpiękniejszej odsłonie. 

Wychodzimy na polanę i nareszcie są jakieś widoki. I to nie byle jakie! Będąc tu ostatnio, mogliśmy podziwiać wszystko dookoła… w promieniu 50 metrów 🙂 Dziś jest uczta dla wzroku.

Przecinamy polankę i przed nami ostatnie podejście na Okrąglik. Szczyt osiągamy po około 20 minutach. Tu oczywiście zarządzamy dłuższy biwak. W ruch idą termosy, kanapki, dzieci robią sesje fotograficzne na słupku a starsi leżą… Sielanka 🙂

Po kilku minutach wjeżdża… rowerzysta. Można i tak. Oceniam na oko, że rower sporo kosztował 😉

A wokół góry…

Jest południe, czas poderwać ekipę. Teraz czeka nas zejście… raptem 10 kilometrów 🙂 Pogoda jednak sprawia, że najmłodsi uczestnicy wycieczki dostali dziś przysłowiowego „pałera” i przez chwilę widziałem ich plecy, a potem spotkaliśmy się dopiero na dole 🙂 Przynajmniej uniknąłem ciągłego odpowiadania na pytania „daleko jeszcze?” 🙂

My zaś dostojnie i niespiesznie maszerowaliśmy bukowymi alejami w kierunku Jasła. Wyjście z lasu przed szczytem znowu odsłoniło przed nami piękne panoramy na wszystkie strony świata. 

Odbijamy na chwilę na szczyt znajdujący się około 5 minut drogi od głównego szlaku. Przy drodze leży… rowerzysta 🙂 To ten z Okrąglika – położył się w falujących trawach i patrzy w niebo 🙂 A  na niebie oprócz obłoków – paralotnie.

Upewniwszy się, że rowerzysta żyje, ruszam dalej 🙂

Mijam kolejne kulminacje, laski i łąki, dochodzę do Małego Jasła.

Teraz droga zaczyna pomału opadać. Ostatni kilometr przed Cisną jest już całkiem stromo. Pomalutku sprowadzam całą wycieczkę w dół, udzielając bezcennych rad, jak najlepiej schodzić metodą zygzakowania. Narciarze natychmiast łapią tą technikę, pozostali kombinują po swojemu 🙂

Jeszcze tylko ostatnie przeszkody w postaci stromego gliniastego zejścia do rzeki, potem idziemy chwilę nad samą rzeką, znajdując przy okazji kilka rydzów i jesteśmy na nasypie kolejowym. Przekraczamy most i już Cisna. Nad rzeczką toczy się dyskusja kilku „zakapiorów”, których chyba kojarzę z Przystanku Bieszczady, oglądanego ostatnio na kanale Discovery. Oglądają jakąś … kropkę namalowaną na drodze 🙂 Niestety, nie dane mi było zgłębić jak ważna była ta kropka dla rozwoju cywilizacji 🙂

Jeszcze parę minut i jesteśmy w komplecie na parkingu. Szybki wybór knajpy, kierowcy pakują się do czekającego tu od paru godzin auta i w ciągu 20 minut ściągamy pozostałe stojące na przełęczy.

Zamawiam placek po bieszczadzku. Niestety – nie zmieścił się… Porcja mnie trochę przerosła 🙂 Najedzeni, wymieniamy się wrażeniami, a potem wracamy do Leśniczówki na wieczorne pogaduchy. I smażone rydze, których „nazbieraliśmy” od miejscowego pana z parkingu w Cisnej 😉

Kolejny dzień wita nas gęstą mgłą. Mateusz jak zwykle trzyma najwyższy poziom i zjadamy pyszne śniadanie przy kominku.

Ruszamy w drogę: Polańczyk, Wołkowyja i już jedziemy nad Zalewem Solińskim. Wrażenie jest niesamowite, bo wyjeżdżamy trochę wyżej i jedziemy ponad mgłą, która skrywa wody Zalewu, a podświetlona słońcem sama świeci niezwykłym blaskiem. Aż żałuję, że nie było jak się zatrzymać i sfotografować to piękne zjawisko. 

Znowu przejeżdżamy widokową trasą przez Terkę i Buk. Lubię tędy jeździć – droga pusta, dzikie Bieszczady w najlepszym wydaniu. W jesiennym barwach bardzo nastrojowe. W Dołżycy tym razem skręcamy w lewo i po 20 minutach jesteśmy na Przełęczy Wyżnej na parkingu. Cel na dziś – Połonina Wetlińska, a jak pogoda pozwoli – podejście do Roha.

Na początek zimny prysznic – parking kosztuje 20 zł. Bieszczady gonią Tatry 🙁

Początek trasy pozwala cieszyć się pogodą i niestety ogromnymi tłumami. Suną całe wycieczki – starzy młodzi, panie z pieskiem i inni, których lista zajęłaby kilka stron 😉 No cóż, Wetlińska to taki bieszczadzki samograj. Nasza grupka też niemała. Poruszamy się jednak dobrym tempem i udaje nam się oderwać od trzydziestoosobowej wycieczki, która startuje razem z nami.

Czekam kilka minut, żeby zrobić zdjęcie pustego szlaku 🙂

Idziemy praktycznie bez zatrzymania i pod Chatką jesteśmy w rekordowo krótkim czasie. Z każdym wejściem tutaj mam wrażenie, że trasa jest coraz krótsza 🙂

Niestety… kończy się nasze szczęście do pogody. Najpierw się zaciąga, za chwilę zaczyna wiać a potem padać. Czuć, że temperatura siadła i jest pewnie koło zera stopni. Przezbrajamy się w zapasy z plecaka… w ruch idą czapki, rękawice, kurtki. Chwilę się naradzamy i postanawiamy po krótkiej przerwie zrobić pamiątkowe foto i uciekać na dół. Tak też czynimy.

Grupa rusza w dół, a ja jeszcze zostaje na kilka fotek. Żal będzie schodzić, więc te parę minut mam dla siebie i widoków. Za chwilę deszcz też mnie zgania, więc ruszam za pozostałymi, których doganiam w okolicy lasu.

Dalej spokojnie schodzimy już całą grupą. A w drugą stronę wciąż idą tłumy.Ubrani na lekko, czasem w krótkie spodnie do kolan, letnie koszulki, że nie wspomnę o obuwiu, które bardziej nadawałoby się do grania w tenisa czy biegania. Chyba nie wiedzą, co ich czeka po wyjściu z lasu…

Taki też bardzo młody człowiek idzie na wprost nas – białe skarpetki, lekkie, krótkie buty co chwila zapadające się w rozmiękłym, gliniastym podłożu, a mamusia na to: synku, nie pobrudź skarpetek 😀 Odpadliśmy…

Resztę pominę milczeniem 😉

Wracamy na parking. Niestety leje, więc rezygnujemy z innych planów. Tu też muszę rozdzielić się z grupą, bo w przeciwieństwie do zeszłych lat nie będę nocował i wracał jak zwykle w niedzielny poranek. Muszę jeszcze dziś wsiąść w auto i przejechać te swoje 400 kilometrów na moje Podlasie. Czego się nie robi dla córek 😉

Pakowanie idzie szybko, jeszcze tylko kawka i ciastko w Lesku (taka tradycja) i w drogę. Za Rzeszowem łapie mnie mgła, która ciągnie się przez około 100 kilometrów. Jazda w ciemności w takich okolicznościach, w dodatku bez pasów na jezdni, bo trwa remont, trochę mnie sponiewierała 🙂 Ale było przynajmniej spokojnie, nikt nie szalał i po 6 godzinach z ulgą zawitałem w domu, gdzie jak zwykle przywitał mnie kot, patrząc wymownie na miskę.

Znowu jesień. Szybko minął kolejny rok. I znowu czekają kolorowe Bieszczady. W tym roku jednak bardziej mokre niż słoneczne.

Poszukiwania ciekawej trasy kończą się decyzją, że idziemy na Okrąglik i przez Jasło schodzimy do Cisnej. Ilość kilometrów wydaje się rozsądna, zważywszy, że do tegorocznej  wyprawy dołączyło trochę nowicjuszy. Ponownie udaje się wymyślić rozwiązanie logistycznej, dzięki któremu zaoszczędzamy sporo zbędnego dystansu po asfalcie.

Tegoroczna pogoda to osobny temat… Tydzień wcześniej Bieszczady pokryły się śniegiem. Teraz jednak nie ma  po nim śladu, jest za to legendarne bieszczadzkie błoto. Zrobiło się względnie ciepło, na górami wiszą gęste i mokre chmury. Zgodnie z prognozą – niestety. Mam jednak nadzieję, że zapowiadany brak opadu wytrzyma. I na szczęście wytrzymał 🙂

Ruszamy na Ruską Przełęcz (inna nazwa to Przełęcz nad Roztokami). Jedno auto tradycyjnie w ramach logistyki zostaje w Cisnej, bo tam planujemy zakończyć naszą dzisiejszą wyprawę. Posłuży nam ono później do szybkiego przemieszczenia kierowców w celu przejęcia pozostałych aut i zaoszczędzenia około 10 kilometrów asfaltingu 🙂

DSC_2323b1

Mijamy Majdan i nieczynną już kolejkę bieszczadzką i ruszamy w stronę przełęczy. Jesień wokół jest piękna, nawet mimo chmur, które stopniowo spowijają okolicę. We wszelkich możliwych odcieniach żółtego i czerwieni zdobywamy wysokość. Jeszcze tylko mostek i już granica. Droga się kończy a my stoimy w chmurze. Chwila na przepakowanie i już ruszamy granicznym szlakiem w stronę Okrąglika. Mgła sprawia, że jest niezwykle nastrojowo. Do szczytu mamy około dwóch kilometrów. Część odcinków pozwala zdobyć wysokość, ale od czasu do czasu dla równowagi idziemy całkiem płaskimi fragmentami szlaku. Grupka tradycyjnie co jakiś czas zadaje pytanie „czy daleko jeszcze”, a ja niezmiennie odpowiadam, że „15 minut” 🙂

DSC_2347b1

Wreszcie szczyt. Rozległy widok zapewne gdzieś tam jest – nasz obejmuje krąg o promieniu 20 metrów 🙂 Chwila na herbatkę i kanapki i ruszamy czerwonym szlakiem w stronę Cisnej. Jest to fragment Głównego Szlaku Beskidzkiego, którego sporą część przy okazji różnych wyjazdów udało mi się już przejść.

DSC_2357b1

Idziemy przez nastrojowy las, wokół poskręcane buki majaczące we mgle. Kolejny cel na dziś to Jasło. Las się kończy i wychodzimy na łąkę.

Tu nareszcie wiatr trochę rozgania mgłę i pojawia się rozległa panorama. I w końcu mogę zrobić użytek z aparatu fotograficznego, który do tej pory wisiał bezużyteczny na szyi.

dsc_2410b1-panorama

Tuż przed dojściem w okolice punktu widokowego zaczyna wiać i kropić, horyzont znowu zaciąga się chmurami. Uciekamy więc szybko w kierunku najbliższego lasu. I tak dziś będzie na całej trasie. Od czasu do czasu pojawi się okienko widokowe, ktore pozwoli się nacieszyć widokami i za chwilę znowu wszystko się schowa. Mijamy kolejne kulminacje szlaku, kilometry lecą. dsc_2477b1-panorama

Na tym odcinku powstaje większość tegorocznych zdjęć. To była „chwila dla fotoreportera” 🙂 Pracowicie zapełniam kartę materiałem do obróbki a potem ruszam za resztą wycieczki, która mi trochę uciekła 🙂

DSC_2385b1_6b1_7b1_tonemapped DSC_2404b1_5b1_6b1_tonemapped DSC_2424b1_5b1_6b1_tonemapped DSC_2496b1_7b1_8b1_tonemapped

Doganiam ich w pięknym jesiennym lesie. Mimo braku słońca, kolory są intensywne, bo powietrze jet bardzo przejrzyste. Sama przyjemność wędrować takim szlakiem.

DSC_2504b1

Zejście jest dość długie i mozolne, a młodszym uczestnikom wycieczki trochę się dłuży 🙂

DSC_2554b1_5b1_6b1_tonemapped

Mijamy jeszcze pamiątkową tablicę poświęconą poległym w katastrofie śmigłowca w 1991 roku.

Wkrótce zaczyna padać. Teraz jednak już nam to nie przeszkadza. Pogoda wytrzymała prawie do końca 🙂 Ostatni odcinek jest dość błotnisty, wiedzie głębokimi wąwozami i kończy się przy potoku, którego brzegiem docieramy do mostu kolejki bieszczadzkiej.

Za chwilę jesteśmy w Cisnej. Kilkanaście minut zajmuje nam ściągnięcie aut z przełęczy i zostaje tylko wpaść do regionalnej knajpki, bo ekipa mocno zgłodniała 🙂

Drugiego dnia niestety pada. Trzeba organizować plan B. Wpadamy bo Ustrzyk Dolnych na zwiedzanie wszystkiego co się da pod dachem 🙂 Po obejrzeniu ekspozycji w Muzeum Bieszczadzkiego Parku Narodowego, przeglądamy jeszcze wystawę zdjęć.

Najciekawszym jednak obiektem okazuje się młyn przerobiony na Muzeum Młynarstwa.

Muzeum zostało otworzone w lipcu 2010 r. i od tej pory służy turystom, którzy poznają nie tylko historię młynarstwa, ale także mogą prześledzić skomplikowany proces mielenia zboża. Mogą także prześledzić interesujące dzieje tego budynku wraz z najbliższym otoczeniem. Powstał on w 1925 r. i przeznaczony był przede wszystkim do produkcji wysokogatunkowej białej mąki, wówczas znacznie droższej niż powszechnie używana mąka razowa. W historii dzisiejszego Muzeum istotną rolę odegrało zakończenie II Wojny Światowej. Wtedy całkowicie zmienił się kształt granicy wschodniej, a Ustrzyki wraz z okolicznymi terenami znalazły się w granicach ZSRR. Dopiero w 1951 r. na mocy ustawy o wymianie terenów przygranicznych ta część Bieszczadów – 480 km kwadratowych – została zwrócona Polsce, w zamian za tzw. „Kolano Bugu”.

DSC_2579

Budynek młyna w dobrym stanie przetrwał wojnę i sześcioletnią przynależność do Związku Radzieckiego. Jednak, kiedy do Ustrzyk przybyli nowi osadnicy, nie zastali w młynie ani jednej maszyny. Z tego powodu zakład ten miał dwuletnią przerwę, podczas której kompletowano urządzenia niezbędne do wznowienia pracy. Przywieziono wówczas wyposażenie z jakiegoś niezidentyfikowanego młyna – najprawdopodobniej z Pomorza, o czym może świadczyć konstrukcja drewniana oparta na sośnie wejmutce rosnącej na północy Polski – i od roku 1953 wznowiono mielenie zboża. W porównaniu z okresem przedwojennym zmienił się system napędu, ponieważ wprowadzono silnik spalinowy, który po dziewięciu latach został zastąpiony dwoma silnikami elektrycznymi pracującymi do czasu zamknięcia młyna, co nastąpiło w roku 2007.

DSC_2588

Muzeum Młynarstwa i Wsi w Ustrzykach Dolnych jest jedynym muzeum w Polsce dającym możliwość poznania kompletnych linii służących do czyszczenia i mielenia zboża w młynach z nowoczesnym napędem. Zwiedzającym udostępniono 1100 m kwadratowych na czterech kondygnacjach. W ramach stałej ekspozycji prezentowane są maszyny pochodzące z XIX w. Stulecie to określono „wiekiem pary i elektryczności”, ze względu na olbrzymi postęp techniczny, który wówczas nastąpił. Chociaż o tym fakcie pamiętamy wszyscy, to jednak niewielu z nas zdaje sobie sprawę z tego, jak wielki krok uczyniło w tym czasie młynarstwo odchodząc od kamieni młyńskich oraz silników wiatrowych i wodnych. W pełni można to sobie uzmysłowić w Muzeum oglądając maszyny wymyślone w tym czasie na potrzeby młynarstwa parowego. Najbardziej znaczącym zabytkiem znajdującym się w zbiorach Muzeum jest gniotownik walcowy pochodzący z lat trzydziestych XIX w. Pierwsze takie urządzenie pojawiło się dopiero w 1815 r., a więc to znajdujące si w Ustrzykach Dolnych należy do najstarszych nie tylko w Polsce, ale także w Europie.

Uzupełnienie ekspozycji wewnętrznej stanowi wystawa plenerowa. Wokół budynku Muzeum można oglądać liczne urządzenia i maszyny służące do uprawy ziemi, czyszczenia i młócenia zboża oraz mielenia ziarna. Wszystkie te urządzenia były wykorzystywane w gospodarstwach wiejskich w XIX i XX wieku [źródło: Młyn w Ustrzykach].

Jak na złość w dzień powrotu powraca słońce. Budzę się świtem, by podziwiać zamglone obrazy poranka.

DSC_2597 DSC_2609

Kręcę się jeszcze chwilę po okolicy, fotografując poranną rosę.

DSC_2616

Zjadamy śniadanie, żegnamy się z gospodarzem Leśniczówki i w drogę. Jeszcze tylko trochę zdjęć kropelek rosy, potem obowiązkowe zdjęcie na tamie w Solinie. 

DSC_2627 DSC_2647

Mam nadzieję, że nie będę czekał roku na kolejną wizytę w tych pięknych górach – marzą mi się dla odmiany zimowe Bieszczady 🙂

Dobra passa trwa. Pogodowa oczywiście. 8 październik to może odrobinę ze wcześnie na pełnię jesiennych barw w Bieszczadach, ale aura nam to wynagrodziła. Czwarty rok pod rząd trafiamy w okienko pogodowe.

Jak co roku telefon do Leśniczówki i Artur już na nas czeka. Co prawda pszczelarze zajęli nam kwaterę, ale szef błyskawicznie organizuje agroturystykę po sąsiedzku, z której jesteśmy bardzo zadowoleni.

Wyjazd w czwartek po pracy, jeszcze tylko czterysta kilometrów i około 23 jesteśmy na miejscu 🙂 Nazbierało się nas trochę… 12 osób siedzi w malutkiej kuchni i robimy wstępną integrację przed jutrzejszą wycieczką. Muszę przyznać, że nauka nie poszła w las i świadomość mojej ekipy znacznie wzrosła: trzeba wstać na śniadanie na ósmą, dojechać kawałek a potem jeszcze przejść trochę 😉 Nikt nie protestuje, gdy po pół godzinie impreza wstępna kończy się rozejściem po pokojach 🙂 Zresztą po kilku godzinach jazdy każdy jest zmęczony…

Zgodnie z planem o ósmej jemy śniadanie (oczywiście w Leśniczówce!), jeszcze obowiązkowa kawka i pakujemy się w auta. Czeka nas dojazd na Przełęcz Wyżniańską. To około godziny jazdy. O 10 jesteśmy na miejscu, plecaki na grzbiet i w drogę. Energia wszystkich rozpiera, bo po pół godzinie jesteśmy przy Bacówce pod Małą Rawką.

„Trzy pięćdziesiątki” – tak zareklamowałem swoim wędrowcom dzisiejszą trasę. Pierwsza pięćdziesiątka skurczyła się do 30 minut, więc morale wzrosło 🙂 Do czasu wkroczenia na drugą „pięćdziesiątkę” 😉 Przed wyruszeniem na dalszą część szlaku nie wspomniałem o małym niuansie – teraz czekało nas 350 metrów podejścia 🙂 Zwątpienie przeplatało się z euforią 🙂 Pozostaje pominąć milczeniem, co mówiła wycieczka o tym, który ich mobilizował, że to „już zaraz za krzakiem” 😉 Zrobiło się z naszego podejścia 1,5 godziny, ale osiągamy sukces i 100% ekipy staje na szczycie Małej Rawki. Krótki posiłek i jak zwykle przerażenie w oczach na widok dalszej trasy 🙂 Tłumaczę, że według mapy to tylko 20 minut… Niedowierzanie – faktycznie po 20 minutach stoimy na pierwszym z wierzchołków Wielkiej Rawki! Dziś wyżej już nie będzie. Teraz krótki spacer długim grzbietem Rawki na drugi wierzchołek. Od wyjścia z lasu widoki nas rozpieszczają na każdy możliwy sposób. Szeroka panorama obejmuje całą Połoninę Wetlińskę, Caryńską, pasmo Tarnicy, a dole Ustrzyki, a z drugiej strony część ukraińską i słowacką. Widoczność jest znakomita, choć lekko mgliście. Taka wędrówka to sama przyjemność.

DSC_2411 Panorama

Dość szybko stajemy na niższym z wierzchołków Wielkiej Rawki. Widok słupków granicznych mobilizuje wszystkich do zejścia około 5 minut w dół.

DSC_2489 Panorama

Tu robię wykład, jak blisko jest na Krzemieniec i jakie to wyjątkowe miejsce 🙂 Widok ścieżki schodzącej sporo w dół i perspektywa kolejnego podejścia rodzi mały podział w grupie 🙂 Na tych co chcą i wątpiących. Frakcja druga poddaje się jednak wobec większości, do której moje argumenty przemawiają 🙂 Ruszamy szybkim tempem w dół, osiągamy siodełko i teraz znowu do góry na Krzemieniec. Dla podniesienia morale sugeruję odliczanie słupków granicznych – zaczynamy od „trzynastki” i zgodnie z planem po pół godzinie jesteśmy przy „jedynce”. Obwieszczam koniec trasy i udzielam pochwały 😀

DSC_2662 Panorama

Biwak trwa około pół godziny, oceniam nasze ramy czasowe i szanse na utrzymanie się w nich 🙂 Dajemy sobie 2,5 godziny na zejście i ku wielkiej radości dokładnie tyle czasu zajmuje nam dotarcie na Przełęcz Wyżniańską. Co głód robi z ludźmi 😉

Dojazd do Berezki skrótami przez Buk i Terkę to równo godzina bez minuty 🙂 Na omówionym obiedzie stawiamy się punktualnie!

Godzinka odpoczynku i ruszamy po drobne zakupy na ognisko. Artur rozpala nam ogień pod grillem w swojej ogromnej altanie, gdzie siedzimy ze dwie godziny przy pieczonej kiełbasce, wspomnieniach dzisiejszego dnia i śmiechu z opowiadanych dowcipów.

Imprezę rozpędzają pszczelarze…

Wycieczka w wersji reporterskiej:

i w wersji artystycznej 🙂

Trasa:

Zrzut ekranu 2015-10-15 o 20.23.18

Przenosimy się do naszej kwatery, aby posiedzieć trochę dłużej. Kolejny dzień nie wymaga już takiej mobilizacji i pozwalamy sobie na spanie do ósmej.

Po śniadaniu zbieramy się trochę wolniej, wypijamy kawkę i ruszamy na podbój Bieszczad. Dziś plan jest naprawdę lekki – na początek postanawiamy zwiedzić rezerwat Sine Wiry.

Docieramy sprawnie w okolice wsi Polanki, gdzie czeka nas duży parking i w dodatku pusty. Teraz idziemy około godziny wzdłuż rzeki Wetlinka, która wije się meandrami w głębokim wąwozie. Docieramy do miejsca, gdzie szutrówkę przegradza szlaban i za chwilę widać wielką tablicę z nazwą rezerwatu.

DSC_2891_2_3_tonemapped

Tu wchodzimy na właściwą ścieżkę przyrodniczą. Prowadzą  nas w dół przygotowane przez BPN schody zrobione z drewnianych stopni. Wiele jest ostatnio dyskusji na temat podobnych wynalazków na szlakach turystycznych w Bieszczadach. Niby argumentacja o skierowaniu ruchu na właściwe tory do mnie przemawia, ale ginie gdzieś przy tym dzikość takich miejsc, a ułatwienia tylko nakręcają skalę zadeptywania przyrody przez tłumy, które i tak idą „zaliczyć miejscówkę” i na drugi dzień nie pamiętają, gdzie były….

A sine Wiry – są świetne! Siedzimy tu dobrą godzinę, małolaty mają zabawę w skakanie po kamieniach, starsi też podchwytują klimat i skaczą 🙂 Wyciągamy kanapki, termosy i delektujemy się ciszą miejsca, szumem wody i ciepłym, jesiennym słońcem.

Jeszcze tylko przemarsz korytem rzeki i docieramy na koniec ścieżki. Tu zbaczamy na chwilę, aby podziwiać skalne urwiska, wyżłobione przez wodę. Potem w górę, na główną drogę i spacerem wracamy na parking. Dla urozmaicenia robimy skrót przez rzekę, skacząc  po kamieniach. Najmłodsza cześć ekipy ma niesamowitą frajdę 🙂

Z tego samego parkingu ruszamy w stronę Łopienki. Znajduje się się tam polecana przez Artura odrestaurowana cerkiew. Dopisuje nam szczęście – jest otwarta i zaskoczenie – trafiamy na mszę 🙂 Prawdziwą, turystyczną, w sercu Bieszczadów 🙂 Wrażenie niesamowite. Tu właśnie jest wiara, a nie w pałacach stawianych ku chwale proboszczów 😉 Ksiądz, młody bardzo, błogosławi zebranych, pakuje strój liturgiczny  i naczynia do plecaka i już wygląda jak jeden z wielu wędrowców, którzy tu trafili 🙂

Łopienka, to nieistniejąca wieś z połowy XVI wieku, położona u podnóży Łopiennika (1069m n.p.m) a właściwie pomiędzy Łopiennikiem, a znajdującym się na północ od niego szczytem Korbania (894m n.p.m). Wieś zasłynęła przede wszystkim z tego, iż podobno ukazała się tu Matka Boska pod postacią ikony. Wkrótce po tym Łopienka stała się słynnym ośrodkiem kultu maryjnego. Ikonę umieszczono w kapliczce, a niedługo potem w drewnianej wówczas cerkwi pw. Świętej Paraskiewii. Obecna – murowana cerkiew – datowana jest na I poł. XIXw [źródło: Twoje Bieszczady].

Zwiedzamy w ciszy wnętrze cerkwi, kręcę się chwilę wokół. Jesienne słoneczniki kontrastują z błękitem nieba i białymi murami. Takie momenty zawsze dobrze mnie nastrajają.

Po drodze mijamy dymiące retorty.

DSC_2974

Kolejny nasz cel to Kamień Leski. Dla urozmaicenia jednak i popatrzenia na piękno Bieszczadów jak najdłużej wybieramy dłuższą wersję trasy do Leska przez Małą Pętlę Bieszczadzką. Mijamy Terkę i skręcamy w prawy w stronę Czarnej. Widoki są piękne, bo pogoda „trzyma”. Mnóstwo serpentyn, więc kierowcy się nie nudzą, mijamy Ustrzyki Dolne i kierujemy się na Lesko. W Lesku zgodnie z nasz tradycją robimy najpierw popas w Słodkim Domku i po kawce i kilku ciachach kierujemy się na parking przy Kamieniu Leskim.

DSC_3021

Kamień Leski (ok. 410-420m n.p.m) – to niezwykle oryginalny pomnik przyrody nieożywionej zbudowany z piaskowca krośnieńskiego. Swój dziwaczny kształt zawdzięcza naturze (erozyjnym oddziaływaniom atmosferycznym) i mieszkańcom okolic. W XIX stuleciu bowiem u jego podnóża pozyskiwano kamień. Po dawnym kamieniołomie widoczne są do dziś dwie głębokie wyrwy z pionową ścianą skalną od strony Glinnego. Dziś porośnięte młodym lasem dodają temu zakątkowi szczególnego uroku [źródło: Twoje Bieszczady].

Wyobrażałem go sobie jak pojedynczy ostaniec, a tu niespodzianka, to długi na prawie 200 metrów mur skalny, który można przejść górą i dołem. Wycieczka zajmuje dobre pół godziny. Trochę ubolewam, że widzę mnóstwo wkutego żelaza, bo łojanci nie odpuszczą żadnemu kawałkowi skały (sorry Xymox za tą wstawkę – musiałem 😉 ).

I to już koniec tegorocznych Bieszczadów. Jest późne popołudnie, więc wracamy do Berezki. Tam dopada nas gospodarz, że czekają na nas rydze, o które się dopytywaliśmy dzień wcześniej. I kilkanaście kilogramów prawdziwków. Trzeba tylko po nie pojechać… Po fakcie okazuje się, że czekały prawie pod Przemyślem 🙂 Ale co tam – warto było. Spec od smażenia na masełku i z czosnkiem uwija się cały wieczór, bo przysmak znika błyskawicznie 🙂

Zgodnie oceniamy, że były to bardzo udane dwa dni.

 

Podtrzymując coroczną tradycję, od miesiąca wydzwaniałem do Leśniczówki, aby ustalić szczegóły bieszczadzkiej jesiennej wyprawy. W międzyczasie przeglądałem prognozy pogody, kamery w Wetlinie, by ostatecznie ustalić termin wyjazdu na 10-12 października. To był strzał w dziesiątkę – nawet miejscowi mówili, że na taką pogodę czekali całe lato i się nie doczekali 🙂

Wyjazd jak zwykle w czwartek na noc, około 6h spokojnej jazdy i meldujemy się w Leśniczówce. Część grupy, która wyjechała wcześniej, już się integruje, ale wspólnie zarządzamy, że dziś trzeba złapać oddech przed jutrzejszą wycieczką.

DSC_3151_2_3_tonemapped Nasz plan zakłada drugie podejście do trasy przez Połoninę Wetlińska i Smerek do Kalnicy. Wszystko wskazuje, że tym razem się uda. Zeszłoroczna próba zakończyła się w okolicy Chatki Puchatka nadejściem czarnej chmury i deszczem. Ponownie wypuszczamy przodem wolniejszą część ekipy na górę, a dwaj kierowcy dokonują akcji przemieszczenia jednego z aut na parking w Kalnicy. Idzie nam to sprawnie, bo pokonujemy dwa razy trasę przełęcz nad Brzegami-Kalnica, ruszamy w stronę Chatki Puchatka i dochodzimy naszych tuż przed schroniskiem. Na razie lekko niepokoi nas chmura i wiatr, ale postanawiamy po krótkiej naradzie zaufać prognozie, ubieramy się cieplej i ruszamy na Wetlińską!

Decyzja okazuje się słuszna, bo o ile wiatr będzie nam towarzyszył całą drogę, chociaż coraz słabszy, to pogoda klaruje się totalnie – chmury znikają i mamy nad sobą nieskazitelnie czyste niebo i widoki po lekko zamglony horyzont.

Idzie się rewelacyjnie, widoki zapierają dech w piersiach, bez wielkiego pośpiechu docieramy do Roha. Tu trochę poniżej chowamy się za granią i robimy pierwszy popas. Morale w grupie zwyżkuje, nikt nie narzeka, ale też przyznam uczciwie, że zataiłem trochę szczegóły dotyczące dystansu, podejść i długiego zejścia do Kalnicy 🙂

Zresztą obrany wariant trasy był tym łatwiejszym, więc chyba mi wybaczą 🙂

DSC_3226_7_8_tonemapped Teraz następuje długi marsz ściśle granią i lekko w dół – w kierunku Przełęczy Orłowicza. Mijamy bieszczadzką buczynę, czerwoną od liści, widoki na obie strony ładują wszystkich pozytywnie. Tu niestety moja piękniejsza połowa wyłapuje małą awarię, która na szczęście nie okazuje się skręceniem, a tylko stłuczeniem kostki. Od tej pory idziemy już pomalutku, bo jest dokładnie połowa trasy, więc wariant odwrotu jest równoważny dojściu do końca. Na Przełęczy rozważmy chwilę, czy nie zejść do Wetliny bocznym szlakiem, ale okazuje się, że czasowo wychodzi tyle samo, więc kontynuujemy trasę i 20 minut później zdobywamy Smerek. Robimy kolejną chwilę odpoczynku.

DSC_3271_2_3_tonemapped Teraz już tylko zejście. Długie i męczące, młodzież zaczyna zadawać częściej pytania ‚daleko jeszcze?’ 🙂 Mijamy stromy początek, potem przechodzimy przez coś, co przypomina pole sałaty 😉 Wreszcie zanurzamy się w las. Piękny, jesienny, zółto-czerwony. Podziwiamy gładkie pnie poskręcanych dziwacznie buków – wieczorem Artur, nasz gospodarz, wytłumaczy nam, dlaczego tak wyglądają. Wszystko za sprawą przepędzanych tędy dawniej stad bydła, które w marszu skubało te drzewka. Nie miały szans rosnąć inaczej 😉

DSC_3331_2_3_tonemapped Końcówka szlaku osłabia morale, bo jest małe zamieszanie z drogą zejścia. Podpieram się od jakiegoś czasu aplikacją do telefonu TrekBuddy, która całkiem nieźle nawiguje i według jej wskazań idziemy dokładnie czerwonym szlakiem, ale nasza droga wcale nie przypomina szlaku. Najpierw na środku drogi stoi wielki, ubłocony spychacz, który rozepchnął błotnistą przesiekę, a ta za chwilę zamienia się błotnisty rów. Gdzieś wcześniej było boczne odejście, które przegapiłem – i nie tylko ja, bo wielu turystów przed i za nami brnie naprzód, głowiąc się, gdzie są… Uspokajam wszystkich, że wg wskazań mapy zostało ze 100 metrów do parkingu i idziemy dokładnie po czerwonej kresce na moim GPS 🙂 I wszystko się zgadza – za chwilę jest parking 🙂 A odejście było faktycznie gdzieś wyżej przed spychaczem, marnie oznaczone i wyprowadzało okrężną drogą na szutrówkę, którą część naszej ekipy dotarła chwilę przed nami 🙂

Tu robimy akcję logistyczną w drugą stronę – ściągamy drugie auto z przełęczy nad Brzegami i już w komplecie około 18 docieramy do Leśniczówki na czekające od godziny pierogi 🙂

Reportażowo:

I w wersji kolorowej – obrobionej

Nasza trasa i profil wysokości:

Zrzut ekranu 2014-10-16 o 19.27.32 Zrzut ekranu 2014-10-16 o 19.28.33

Drugi dzień w związku ze zmęczeniem dnia poprzedniego postanawiamy poświęcić na zwiedzanie proponowanych przez gospodarza miejsc.

DSC_3548 Wyruszamy do Myczkowców, gdzie ponownie odwiedzamy ośrodek Caritasu. Zwiedzamy Ogród Biblijny, Skansen Miniatur i mini ZOO. Wcześniej zaglądamy jednak na punkt widokowy, podziwiając meandrujący San.

Stąd jedziemy do oddalonego kilka kilometrów Zwierzynia. Atrakcją dojazdu do źródła jest most na szerokość auta, długi na około 100 metrów, na którym trzeba uważać, aby nie urwać lusterek 🙂

Zwierzyń położony jest miedzy Uhercami a Myczkowcami, na uboczu, nad zakolem Sanu.

DSC_3640 Lokalne podania mówią, iż nazwa Zwierzynia pochodzi od krzyża (Zwizenye – z ukraińskiego : Wozodywenje czestnoho chresta – podwyższenie krzyża świętego). U Oskara Kolberga (dziewiętnastowieczny badacz folkloru), można przeczytać, że około 150 lat temu miejscowa niewiasta wydobyła krzyż z tutejszego źródełka. Kolberg mówi także o tym, jak woda ze źródełka pomagała na choroby oczu, co przywodziło tu również wielu poszukujących pomocy z bardzo odległych miejsc. Od tamtej pory, aż do II Wojny Światowej studzienka była miejscem kultu religijnego. Rokrocznie w procesji poświęcenia źródełka szło setki wiernych. Krzyż, który uważano za wydobyty ze studni do 1922 roku znajdował się w miejscowej cerkwi, natomiast obecnie można go podziwiać w Muzeum Diecezjalnym w Przemyślu. Jak podają źródła naukowe, krzyż ten datowany jest na pierwszą połowę XIII wieku, a jego wykonanie miało miejsce we Francji w mieście Limoges. Kamienną grotę źródełka, którą obecnie możemy podziwiać, wybudowano w 1994 roku. Od tej pory zapomniane na wiele lat cudowne źródełko odżyło i odzyskało swoją dawną świetność.

Pomiary tutejszej wody prowadzone przez radiestetów wskazują bioenergoterapeutyczne właściwości. Woda ta jest bardzo dobra w smaku, działa przede wszystkim oczyszczająco i uspokajająco. Szczególnie zalecana jest przy dolegliwościach trawiennych i płucnych, przy reumatyzmie, chorobach nerek i krtani. Do cudownego źródełka w Zwierzyniu rokrocznie przybywa z daleka, wielu turystów, pielgrzymów, aby napić się wody (źródło: Moje Bieszczady).

Dalej trasa wiedzie nas do Leska na ciastka u Szelca. Odnajdujemy Słodki Domek i zabawiamy w nim przy kawie i deserach około godzinę 🙂

DSC_3729 Teraz kierunek Solina. Tradycyjnie spacer po zaporze, potem szybka decyzja i już płyniemy po Zalewie Solińskim 🙂 Słońce prawdziwie letnie mocno kontrastuje z jesiennymi kolorami drzew. Godzinny rejs szybko mija, drobne zakupy i wracamy do Berezki.

Gospodarz przygotował dla nas ognisko i mnóstwo dobrego jedzenia – siedzmy w zadaszonej i osłoniętej od wiatru altanie, na środku piecze się kaszanka, udka i skrzydełka. Kuchnia przygotowała kwaśnicę, pyszną golonkę, gołąbki, obok altany stoi beczka piwa 🙂

Integrujemy się z wędkarzami muchowymi – tymi samymi, których poznaliśmy rok wcześniej. Mają ze sobą gitary, grają i śpiewają, nawet się próbuję przyłączać do śpiewania 🙂 Czas nam zlatuje do północy. Trzeba się wyspać, jutro droga powrotna…

Znowu pobyt zleciał tak szybko, że już się chce wrócić. Mam chęć na Bieszczady zimą, więc kto wie – może już niedługo 🙂