Babia Góra i okolice

Od dawna nie jeździłem na „weekendy czerwcowe”, a że planów wakacyjnych ciągle brak, postanowiliśmy skorzystać z tych kilku dni i zobaczyć trochę świata. Zostaliśmy rodzinnie zaproszeni w rejon Babiej Góry, na które to hasło od razu mi się oczy zaświeciły 🙂

W miarę sprawnie dostaliśmy w rejon działań, jadąc około 6 godzin od świtu. Pozostałą część dnia przeznaczyliśmy na zwiedzenie pobliskich Wadowic. Były i kremówki – a jakże 🙂 Miasto robi bardzo dobre wrażenie – przynajmniej centrum, ale cóż – człowiek, który się tam urodził zobowiązuje włodarzy do pokazania Wadowic z jak najlepszej strony.

DSC_7866 PanoramaDSC_7852 Panorama

DSC_7914  Wracając z Wadowic zaglądamy jeszcze do Lanckorony – wyjątkowo urokliwie położonej miejscowości. Widząc tablicę „Centrum” skręcamy i zaczynamy około 4 kilometry podjazdu serpentynami w górę. Droga kończy się na czyściutkim, zadbanym ryneczku, gdzie tętni życie, ale jak przypuszczam z racji święta Bożego Ciała. Szybko odnajdujemy ścieżkę i wspinamy się na wzgórze, gdzie wznoszą się ruiny zamku lanckorońskiego.

Ze źródeł pisanych wynika, że zamek w Lanckoronie, zwany również zamkiem lanckorońskim, został zbudowany przez Kazimierza Wielkiego w połowie XIV wieku; strzegł granicy między ziemią krakowską a Księstwem Oświęcimskim. Dokumenty źródłowe nie podają dokładnej daty budowy zamku – pierwsza wzmianka pochodzi z 1366 roku. W późniejszym okresie zamek stanowił rezydencję starostów lanckorońskich i kilkakrotnie zmieniał właścicieli. Ostatnim starostą lanckorońskim przed zajęciem zamku przez wojska austriackie 6 czerwca 1772 roku w wyniku I rozbioru Polski był hrabia Józef Wielopolski.

Najbardziej znana karta w dziejach zamku w Lanckoronie przypada na okres konfederacji barskiej. W 1768 roku zamek został zajęty przez konfederatów pod wodzą Maurycego Beniowskiego i stał się jednym z ich najważniejszych punktów wypadowych w Małopolsce. W listopadzie 1769 roku przywódca konfederatów, Kazimierz Pułaski, stoczył w rejonie zamku zwycięską potyczkę z wojskami rosyjskimi; 20 lutego 1771 roku doszło do nieudanej próby zdobycia zamku przez korpus rosyjski pod wodzą Aleksandra Suworowa, który poniósł ciężkie straty i musiał się wycofać. 21 maja 1771 roku pod murami zamku rozegrała się bitwa pod Lanckoroną, zakończona porażką konfederatów, jednak zamek nie został zdobyty przez wojska rosyjskie. (źródło: Wikipedia)

DSC_7916 Panorama

Piątek od rana niecierpliwie sprawdzam co chwilę pogodę, bo tego dnia chcieliśmy realizować główny punkt wyjazdu, czyli wejście na Babią Górę. Niestety, aura była zdecydowanie gorsza, niż w czwartek, ale też dramatu nie było. Po wieczornej gościnie u sympatycznych miejscowych gospodarzy wstawanie o zaplanowanej godzinie nie powiodło się 🙂 Śniadanie przesunęło się na godzinę 9, jeszcze kawka i w drogę. Dojazd do Zawoi i dalej na Przełęcz Krowiarki to około 50 km i godzina jazdy. Narzekać jednak nie mogliśmy, bo droga jest piękna, widokowa i jazda tutaj sprawia przyjemność. O 11 byliśmy na miejscu, przebrani, z plecakami i gotowi do wymarszu. Prawie jak w Bieszczadach, tylko wtedy zabrakło nam dnia 🙂 Tu na szczęście mieliśmy przed sobą jeden z najdłuższych dni w roku.

DSC_7971  Pierwotnie miałem trochę inny plan przejścia, ale po konsultacjach z Vlado, którego pozdrawiam, powstał nowy optymalny plan zrobienia pętli przez schronisko na Markowych Szczawinach. Pogoda się wyklarowała, lekki chłód poranka szybko został zrekompensowany ciepłem wytwarzanym w trakcie dość szybkiego marszu 🙂 Niebieski szlak po około 1,5 godzinie wyprowadził nas pod schronisko. Fajny spacerek w sam raz na rozgrzewkę zasiedziałych mięśni mieszczuchów 🙂

Niestety tu się zaciągnęło, a nawet pokropiło i nawet chwilę myślałem, czy aby burzy nie będzie, co skutkowałoby odwrotem. Na szczęście zaraz się przejaśniło, więc wypoczęci ruszyliśmy ostro na Przełęcz Brona. Tam znaleźliśmy się dość szybko, bo pomimo, że jest 200 m podejścia, to wysokość zdobywa się na krótkim dystansie. Na przełęczy zostaje tylko otrzeć pot z czoła 🙂

DSC_8010 Panorama  Zaraz potem od zachodu nadciągała dość pokaźna chmura, więc klątwa Vlado miała się szybko spełnić – „Babią Górę bez chmury uważa się za niezaliczoną” 😉 Jeszcze przez około pół godziny marszu miałem nadzieję, że się uda, ale szybko ogarnęła mnie lepka mgła, widoczność spadła dramatycznie i zaczął wiać nieprzyjemny, zimny wiatr. Próbowałem jeszcze trzymać aparat pod ręką pod pelerynką, która wiatr rzucał na wszystkie strony, ale zaraz dałem sobie spokój ze zdjęciami i sięgnąłem po czapkę i rękawice (górska wersja przysłowia o parasolu przy pogodzie się kłania 🙂 )

DSC_8078  Szlak jest z gatunku tych, jakie lubię – kamienna ścieżka pośród kosówki, potem szeroki wyślizgany wiatrem grzbiet i wspinaczka po kamieniach na Diablak. Tu zrobiliśmy szybko pamiątkowe foto, krótki posiłek za kamiennym murkiem i żeby  nie wychłodzić za bardzo mojej wycieczki, nakazuję marsz w dół. Nikt nie protestuje, bo jest pewnie koło zera stopni. Zejście w dół jest długie ale bardzo widokowe – już po około 20 minut znowu lądujemy poniżej pułapu chmur i podziwiamy rozległe panoramy na wszystkie strony. Widoczność jest naprawdę niezła, widać pięknie jezioro Oravskie, rozrzucone w dole wioski, zalesione zbocza i długą drogę w dół przed nami. Nie można narzekać. Powrót na parking zajmuje nam około 2 godzin.

Trochę na kolorowo czyli w HDR:

Trasa wycieczki:

Babia

Zachęceni przez miejscowych kolejny dzień przeznaczamy na odkrycie góry Żar. Trochę to dziwna góra – nie dość, że na szczyt można wjechać wagonikiem dawnej kolejki z Gubałówki, to podobno samochody same jadą na niej pod górę,a w dodatku na szczycie znajduje się całkiem pokaźne jezioro.

DSC_8175_6_7_tonemapped  Góra stanowi element elektrowni szczytowo-pompowej Porąbka-Żar. Jest to jedyna w kraju elektrownia podziemna. Zapewnia ona moc 500 MW. Spad dla napędu turbin wynosi 440 m. Elektrownia jest klasyczną elektrownią szczytowo-pompową przeznaczoną do regulacji systemu energetycznego w czasie szczytów i zapadów obciążenia. Krótki rozruch elektrowni (180 sek. do pracy generacyjnej) kwalifikuje ją również do pracy interwencyjnej. O lokalizacji elektrowni zadecydowały wyjątkowo korzystne warunki topograficzne: duży spad przy małej odległości między zbiornikami oraz możliwość wykorzystania zagospodarowanej kaskady rzeki Soły (źródło: pgezepz.pl).

Na szczycie czeka chętnych trochę atrakcji – można zjechać specjalną ścieżką rowerową, albo wybrać karkołomny zjazd na hulajnogach. Ja jednak wybrałem wagonik kolejki 🙂 Jezioro robi wrażenie – nie dość że zlokalizowane nietypowo, to jest przy tym dość spore, a betonowe umocnienia budzą podziw dla inżynierów. W dole lotnisko dla szybowców, które wznoszą się przed naszymi oczami, wyciągane przez małe samoloty, a potem swobodnie latają pomiędzy górami na wysokości naszych głów.

DSC_8227 Panorama  Po zjeździe w dół realizujemy kolejny, obiecany dzieciom punkt wycieczki – park rozrywki w Inwałdzie. Okazuje się, że nie tylko dzieci mogą się tu dobrze bawić 🙂 Zwiedzamy park miniatur: mały i duży. Są to słynne polskie budowle, ale też zbudowane z rozmachem ogromne repliki Wenecji czy Bazyliki św. Piotra. Zaliczamy karuzele, pirackie łodzie, spływ dziką rzeką, komnaty strachów, kina 5D, labirynt…. i kilka godzin mija nie wiadomo kiedy. Zmęczeni wracamy na kwatery, gdzie Jadzia, nasza gospodyni znowu przygotowała stosy pysznego jedzenia 🙂

I czas na powrót. Jesteśmy 4 km od Kalwarii Zebrzydowskiej, więc obowiązkowo w drodze powrotnej musimy się zatrzymać przy sanktuarium. Jest niedziela, ludzi dużo, trafiamy akurat na niedzielna mszę. Po mszy zabieramy się za zwiedzanie kościoła. Robi niesamowite wrażenie  -szczególnie ażurowy ołtarz, który można obejść dookoła. Piękna, klasyczna budowla, jakże odmienna od współczesnych wodotrysków projektowanych przez nawiedzonych architektów 😉