Olsztyn

Ostatni dzień naszej wycieczki. Tym razem już bez pośpiechu wstajemy około 7, pakujemy nasz bagaż i ruszamy do umówionego przez Renię baru na śniadanie. Chwila pogawędki z panią z okna i jedziemy do centrum Olsztyna. Czeka tu na nas umówiona pani przewodnik, która zabiera nas na trzygodzinną wycieczkę po mieście. Potwierdza się to, co zauważyłem dzień wcześniej – to jedno z najładniejszych polskich  miast, jakie widziałem. Czysto, wszystko zadbane, czytelny i przejrzysty układ komunikacyjny, piękna starówka, mnóstwo ludzi, knajpek, zieleni, wzgórza, schody, jeziora – no i koncerty (akurat odbywają się Olsztyńskie Spotkania Bluesowe). Zwiedzamy park, skąd przechodzimy na Zamek Olsztyński. Na jego zwiedzaniu zejdzie nam godzina.

DSC_0503_olsztyn

Kapituła warmińska rozpoczęła budowę olsztyńskiego zamku przypuszczalnie w roku 1346 w granicach niewielkiego, wysoko wyniesionego cypla, na wschodnim brzegu rzeki Łyny. Prace przy jego wznoszeniu przebiegały w kilku etapach. Najpierw postawiono ceglane ściany głównego, podpiwniczonego skrzydła mieszkalnego i kurtynę południowo-wschodnią z bramą wjazdową. W latach 70-ych XIV wieku podciągnięto zasadnicze odcinki murów obwodowych od strony zachodniej z wprowadzoną w ich narożniku cylindryczną wieżą o podstawie opartej na kształcie kwadratu. Regularny zespół warowny ustawiony był narożami do kierunków świata i posiadał wymiary zewnętrzne około 40×57 metrów. Zamek składał się wówczas z głównego domu mieszkalnego – siedziby burgrabiego, oraz budynku o funkcjach gospodarczych i wspomnianej wcześniej wieży.

W ostatnim 20-leciu XIV wieku podwyższono mury obwodowe i obydwa przeciwległe skrzydła. Główny gmach przyjął formę trójkondygnacyjnego ceglanego budynku o wymiarach 40×23 metry, do którego od dziedzińca przylegały piętrowe krużganki. Na jego piętrze znajdowała się izba mieszkalna administratora z wykuszem latrynowym, kancelaria, refektarz, a także nakryta czteroramiennym sklepieniem gwiaździstym kaplica pw św. Anny. Gdzieś w pobliżu usytuowano też zapewne główny skarbiec kapituły. Budynek południowy podwyższono o trzy poziomy z przeznaczeniem na magazyn, browar, spiżarnię i kuchnię, a od strony zewnętrznej mury zwieńczono drewnianymi hurydycjami, służącymi do obrony pionowej oraz kontroli podjazdu do warowni. Cylindryczna wieża pełniła wielorakie funkcje: była jednocześnie lochem więziennym, mieszkaniem straży, łącznikiem pomiędzy murem kurtynowym i skrzydłem południowym, a także strategicznie najważniejszym stanowiskiem obserwacyjnym i obronnym. Po XV-wiecznej nadbudowie wieża mierzyła około 30 metrów wysokości. W obrębie twierdzy znajdowały się ponadto: zbrojownia, prochownia, stajnia, łaźnia i wozownia. Te ostatnie prawdopodobnie ustawiono wzdłuż murów kurtynowych na dziedzińcu. Od strony zachodniej, na terenie bezpośrednio przylegającym do zamku, istniał w średniowieczu folwark i młyn wodny.

Podczas wojny z Zakonem w 1410 roku obiekt chwilowo zajęły wojska polskie. Przejął go wówczas w zarząd książę Janusz I Mazowiecki, który obok Olsztyna otrzymał także Ostródę i Działdowo. Nie na długo jednak, bowiem zamek dość szybko wrócił w ręce kapituły. Cztery lata po tamtych wydarzeniach, w trakcie tzw. wojny głodowej, 8 sierpnia 1414 roku Polacy ponownie stanęli pod murami warowni. Na wieść o ich nadejściu załoga dokonała sprawnej samoewakuacji i budowlę bez walki zagarnęła drużyna pod dowództwem rycerza Dziersława z Włostowic. Trzymała ją zaledwie do września, wtedy bowiem zamek odbili Krzyżacy, którymi dowodził dzielny komtur pokarmiński Helfrich von Drahe. Po wojnie nastąpiła rozbudowa ceglanych fortyfikacji zewnętrznych z Bramą Dolną, stanowiącą wówczas główny wjazd do zamku. Obwód warowny wzmocniono cylindrycznymi basztami, dostosowanymi częściowo do użycia broni palnej. W pierwszej połowie XV wieku olsztyńską twierdzę połączono z obwarowaniami miejskimi, zachowała ona jednak strategiczną oraz komunikacyjną autonomię i była oddzielona od miasta szeroką fosą.

Na początku wojny trzynastoletniej, w lutym 1454 roku niezadowoleni ze zwiększenia obciążeń podatkowych okoliczni chłopi ruszyli na zamek z intencją jego zburzenia (a może by tak zburzyć Sejm?). Zamiary były jak najbardziej szczytne i uderzająco odważne, ale jak to w życiu, z planów tych niewiele wynikło i ostatecznie inwazja skończyła się marnie, tj. na odebraniu kluczy administratorowi kapitulnemu i spaleniu jednego z mostów. W roku następnym twierdzę podstępem opanował najemny dowódca zaciężnych wojsk na usługach Zakonu Jerzy von Schlieben. Najpierw zmusił kanoników do ustępstwa, a potem osadził wszystkich w ponurym więzieniu. Obiekt przejęli najemnicy, którzy doszczętnie obrabowali swoją nową siedzibę. W roku 1466 na mocy pokoju toruńskiego Olsztyn wraz z całą Warmią został przyłączony do Polski. Z początkiem XVI stulecia przebudowano zamkowe wnętrza w domu południowo-zachodnim i wykonano nowe sklepienia w budynku mieszkalnym oraz w kaplicy. Jej wystrój zaprojektował i zrealizował olsztyński murator Mikołaj, zainspirowany jakoby wystrojem kościoła dominikańskiego w Elblągu. Być może prace te prowadzono pod okiem Mikołaja Kopernika, który w okresie 1516-21 (z roczną przerwą) mieszkał tutaj, pełniąc funkcję administratora dóbr kapituły warmińskiej. Astronom dowodził skuteczną obroną twierdzy, jaka miała miejsce w 1520 podczas ostatniej wojny polsko-krzyżackiej.

Dalszy rozwój nowoczesnej techniki wojennej sprawił, iż z czasem znaczenie militarne zamku uległo znacznej dewaluacji. U schyłku XVI wieku pełnił on już tylko funkcje mieszkalne. W fatalnych dla Polski latach Potopu przez gmach przeszła nawałnica szwedzka, ograbiając go ze wszystkiego, co przedstawialo jakąkolwiek większą wartość. Po pierwszym rozbiorze nastąpiła sekularyzacja aktywów biskupa i kapituły. Olsztyńską warownię przejęła pruska administracja, urządzając tam siedzibę Urzędu Kontroli Majątków Państwowych, a w 1779 roku pierwsze piętro skrzydła mieszkalnego zagospodarowała nowo utworzona gmina ewangelicka. W 1756-58 na miejscu średniowiecznej bramy wjazdowej powstał barokowy budynek mieszkalny dla administratorów, a w drugiej połowie XVIII wieku wzniesiono most łączący miasto z twierdzą. W okresie 1909-11 budowlę przeznaczono na siedzibę i kancelarię prezydenta rejencji wschodniopruskiej. Podczas adaptacji do nowych funkcji część wnętrz zmodernizowano i regotyzowano. W latach międzywojennych odbudowano uszkodzony sto lat wcześniej w pożarze hełm wieży, przeprowadzono też pierwsze badania archeologiczne. Nie zniszczony w czasie II wojny zabytek aktualnie pełni funkcje muzealne.

Do czasów współczesnych średniowieczna twierdza biskupów warmińskich zachowała się w nad wyraz dobrej kondycji i na tle większości podobnych budowli ten zgrabny zameczek sprawia bardzo korzystne wrażenie. Obecnie mieści się w nim Muzeum Warmii i Mazur, a od 1997 działa tutaj również Bractwo Rycerskie. Cenne i bogate zbiory obejmują m.in. ekspozycję archeologiczną, kolekcję sztuki zdobniczej, rzemiosło artystyczne, sztukę współczesną, stare ikony. Osobne miejsce zajmuje stała wystawa biograficzna poświęcona Mikołajowi Kopernikowi, prezentowana w komnacie wielkiego astronoma. Oprócz muzeum na zamku funkcjonuje niewielka galeria oraz sklep z pamiątkami, a na podzamczu kawiarnia [źródło: zamkipolskie.pl].

Z zamku przechodzimy na starówkę, mijając m.in. pomnik Kopernika, Stary Ratusz docieramy pod bazylikę archikatedralną św.Jakuba. Naszą wycieczkę kończymy obok pomnika patrona Olsztyna, św. Jakuba i Domu „Gazety Olsztyńskiej”. Tu też rozstajemy się z naszą panią przewodnik, a za chwilę odkrywamy obok czeską piwiarnię 🙂 No grzech nie skorzystać 😉

DSC_0541_olsztyn

Niespiesznym spacerkiem docieramy do polecanego przez miejscowych przyjaciół Jarka baru Jakubek Muszle św. Jakuba z „muszelkami”, czyli małymi, nadziewanymi, pierożkami. Są pyszne 🙂

Posileni, ruszamy na miejsce zbiórki, gdzie czeka już na nas niezawodny Mirek z busem. Zostaje nam tylko droga powrotna – około 400 km. Bus znowu robi się „wesoły”. Każdy kolejny przystanek wzmaga tą wesołość 😉 Jeden z ostatnich kończy się turniejem w rzucie jabłkiem na odległość 🙂 Zwycięzcy nie wyłoniono… za to śmiechu mnóstwo!

Ostatnie kilometry to już snucie planów na kolejną wycieczkę 🙂 Zapewne jesienią!

Którędy na Grunwald?

Kiedyś w końcu musiałem to zobaczyć 🙂 Bitwę pod Grunwaldem.

O świcie pakujemy bagaże, zjadamy ekologiczne śniadanie – tak reklamuje się nasza agroturystyka – i ruszamy na pole bitwy. Przed nami około 100 km. Inscenizacja ma się zacząć około piętnastej, my na miejscu jesteśmy już o jedenastej. Parkingi jeszcze puste, wjeżdżamy na pierwszy, który wskazują nam służby porządkowe. Do przemarszu mamy około dwóch kilometrów.

Tu tłumek już spory. Są i harcerze, są małe zuchy. Bierzemy przewodnika – blond panią – która oprowadza nas wycieczkową trasą obejmującą stary przedwojenny pomnik, wzgórze z aktualnym pomnikiem i muzeum bitwy. Na końcu czeka nas film przybliżający postacie namalowane przez Matejkę na słynnym obrazie „Bitwa pod Grunwaldem”.

Świetny opis całej sytuacji, która doprowadziła do bitwy, jak i samej bitwy jest dostępny na stronie historycznebitwy.info, więc nie będę go tu przytaczał ze względu na obszerność. Kto zresztą nie zna tej historii?

Może więc trochę własnych obserwacji.

Około trzynastej jesteśmy już po zwiedzaniu. Tłum zaczyna gęstnieć. W okolicach naszego parkingu ląduje rządowy helikopter. Pewien minister wpada na chwilę, by coś tam pogadać i za pół godziny odlatuje. Z racji związków z polskim orężem oraz przez szacunek dla wysiłku rekonstruktorów wypadałoby choćby poczekać na początek inscenizacji. Żenująco to wypadło…

Potem już było lepiej. Siedzimy przy wielkich nadmuchanych beczkach sponsora wydarzeń, posilając się zapasami z plecaków. Jeszcze tylko odwiedzamy ruiny kaplicy, gdzie chowano poległych i przed 14 zajmujemy strategiczne miejsce na widowni.

Nadciągają wojska. Urywam się z naszej miejscówki na miejsce przemarszu wojsk. Trafiam w punkt – miejsce na fotografowanie jak marzenie. Karta błyskawicznie się zapełnia. Ponieważ zbliża się piętnasta, wracam na swój skrawek trawy.

DSC_0164_grunwald

Punktualnie o piętnastej z głośników płynie zapowiedź mających nastąpić wydarzeń.

Jestem pod wrażeniem organizacji imprezy. Świetne nagłośnienie, lektor czytający opowieść, co się dzieje na wprost nas, objaśniający przebieg bitwy, rewelacyjna widoczność – my siedzimy po jednej stronie zagłębienia terenu, bitwa toczy się po drugiej. Wszyscy na siedząco. Opornych przywołujemy do porządku za pomocą małej manifestacji. Dobrzy w tym jesteśmy. Po około pół minucie okolica wokół nas skanduje „na-sie-dzą-co” 🙂

Przebieg bitwy zna, każdy, więc nie będę się rozpisywał. Dwie godziny mijają błyskawicznie. Dość sprawnie docieramy do odległego o około 2 kilometry busa. To był dobry pomysł zaparkować z dala od miejsca inscenizacji, bo po około 15 minutach spokojnie opuszczamy miejscowość – bez korków i stresu.

DSC_0303_grunwald

DSC_0354_grunwaldDSC_0377_grunwald

DSC_0394_grunwald

DSC_0410_grunwald

DSC_0440_grunwald

Pozostaje nam już tylko dojechać na nocleg do Olsztyna.

Kanał Elbląski

Przygotowania do kolejnej wyprawy Galerników rozpoczęły się jeszcze w lutym. Tyle czasu wcześniej należało rezerwować bilet grupowy na niezwykły rejs – rejs Kanałem Elbląskim.

W lipcowe popołudnie spotykamy się wszyscy pod Galerią – bo gdzieżby inaczej, pakujemy do nowego busa naszego stałego współpracownika Mirka i w drogę. Jak zwykle atmosfera jest typu „wesoły autobus” i po kilku godzinach jazdy przed północą docieramy w pobliże Elbląga, gdzie mamy zarezerwowane noclegi w Gospodarstwie Agroturystycznym „Witalis”.

Wszyscy zmęczeni, więc szybko do łóżek, bo czeka nas pobudka już o 6 rano. Śniadanie, „załoga do wozu” i na ósmą stawiamy się na przystani. Atrakcją nocy była nierówna walka Magdy z szerszeniem… wojowniczy owad dziabnął nam koleżankę, ale jak poranna wieść szeptana ponad stołem niosła – „siedzi, więc chyba nie tam” 😉

Kanał Elbląski ma 151 km i jest najdłuższym kanałem żeglownym w Polsce. Jest to jedyny szlak na świecie, po którym statki nie tylko płyną po wodzie, ale również jadą lądem na wózkach. Dwa lata zabytkowy kanał został oddany do użytku po kilku latach rewitalizacji.

Kanał Elbląski zbudowany w latach 1844-81 jest unikatowym w skali świata zabytkiem hydrotechniki, dzięki czynnemu systemowi pięciu zabytkowych pochylni z tzw. suchym grzbietem (statki i jachty, żeby pokonać różnicę poziomów, są umieszczane na wózkach i przeciągane po torowisku za pomocą stalowych lin, które porusza koło wodne).

Budowa kanału miała na celu skrócenie drogi transportu towarów (drewno, zboże i inne płody rolne) z Warmii i Mazur (Prus Wschodnich) do Bałtyku oraz Gdańska. Budowę kanału opracowano na terenie obecnego województwa warmińsko-mazurskiego. Jego trasa przechodzi przez sztuczne przekopy, groble oraz jeziora: Druzno, Piniewo, Sambród, Ruda Woda, Ilińsk, Drwęckie, Pauzeńskie, Szeląg, Dauby i Jeziorak. Całkowita długość kanału z odgałęzieniami (m.in. Kanał Iławski, Kanał Dobrzycki łączący Jeziorak z jeziorem Ewingi, rzeka Elbląg czy Kanał Jagielloński łączący rzekę Elbląg z Nogatem) wynosi 151,7 km.

Podstawowym problemem technicznym przy budowie było pokonanie 99,15 m różnicy wysokości między jeziorem Druzno a Buczyńcem. Wysokość tę zniwelowano poprzez wprowadzenie pochylni rozmieszczonych na długości ok. 10 km (Całuny, Jelenie, Oleśnica, Kąty, Buczyniec). Projektantem kanału był Georg Jacob Steenke.

Pierwszy rejs turystyczny kanałem miał miejsce w 1912 roku. Od 1927 roku rejsy pasażerskie odbywają się regularnie. Obecnie ze względu na swoje walory przyrodnicze i kulturowe teren został objęty ochroną prawną w formie Obszaru Chronionego Krajobrazu Kanału Elbląskiego, dlatego na niektórych odcinkach kanału można poruszać się tylko kajakiem. Kanał jest jedną z największych atrakcji województwa warmińsko-mazurskiego – z rejsów statkami turystycznymi korzystało w ubiegłych latach nawet 60 tys. pasażerów rocznie.

Z powodu kompleksowej rewitalizacji Kanał Elbląski był zamknięty dla wodniaków od jesieni 2012 r. (prace przy odmulaniu prowadzono już od sierpnia 2011 r.). W jej ramach pogłębiono dno i wzmocniono brzegi na odcinkach: Miłomłyn–Jezioro Drużno, Miłomłyn–Ostróda-Stare Jabłonki, Miłomłyn–Iława oraz między jeziorami Ruda Woda i Bartężek, przebudowano i zautomatyzowano śluzy w Ostródzie, Zielonej, Małej Rusi i Miłomłynie oraz pochylnie: Buczyniec, Kąty, Oleśnica, Jelenie i Całuny.

Wg niektórych źródeł budowa Kanału Elbląskiego była droższa o ok. 10% od kosztu budowy wieży Eiffla w Paryżu (ok. 77 ton złota). Całkowita wartość projektu współczesnej rewitalizacji, współfinansowanego z Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka, jest szacowana na 115 mln zł [źródło: podroze.onet.pl].

Pogoda nas nie rozpieszcza, jest trochę pochmurno, ale nie pada, w trakcie rejsu nawet się nieco rozpogodzi. Czeka nas 5 godzin na pokładzie, 5 pochylni i 100 metrów różnicy poziomów.

Szybko opuszczamy Elbląg i wpływamy na jezioro Druzno. Jest niesamowite. Ogromne, całe pokryte pływająca roślinnością. Odkrytej wody prawie nie widać. Średnia głębokość jeziora to zaledwie 1,2 metra. Środkiem przekopano kanał, którym teraz płyniemy – łącznie około 10 kilometrów.

DSC_9700_lkanal

Do tego ogromne ilości najróżniejszych ptaków – czaple, czarne bociany, łabędzie, kormorany, mewy. Przynajmniej te rozpoznaję 🙂 Są też dziesiątki innych mi nieznanych – istny raj dla ornitologów.

DSC_9734_lkanal

Jezioro się kończy i wpływamy w wąski kanał. Za chwilę wyłania się pierwsza pochylnia  – Całuny. Jako że pierwsza, budzi największą ciekawość. Wszyscy wylegają na pokład. Nasz statek pomału wpływa w wagonik i za chwilę zaczynamy wynurzenie. Jeszcze chwila i na dystansie około 400 metrów jedziemy po łące, nabierając jednocześnie wysokości. I tak będzie dziś 5 razy 🙂 Z każdym podjazdem przybywa nam 20 metrów 🙂

DSC_9896_lkanal

Wypogadza się, bo poranek był trochę deszczowy. Z głośników płyną opowieści o kanale, jego budowniczych i otoczeniu, szybko też nawiązujemy kontakt z załogą. Ci sprawnie obsługują cała aparaturę – a wcale nie jest to łatwe, bo przed transportem nasz statek musi być sprawnie i dokładnie umieszczony w wózku, zakotwiczony, by następnie zostać bezpiecznie przewieziony na kolejny odcinek kanału. Dostaję pozwolenie na zrobienie kilku ujęć z mostku kapitana 🙂 Czas mija błyskawicznie – jest tyle do podziwiania, że nawet nie zauważyłem, że minęło 5 godzin.

DSC_0004_lkanal

Wracamy autobusem do Elbląga. Autobus jest częścią planu zwiedzania – zapewnia go organizator rejsów.

W Elblągu zdążyliśmy jeszcze zwiedzić muzeum miejskie, ładne i nowoczesne, poznać trochę historii Elbląga i wpadamy do losowo wyszukanych knajpek.  Nasza jest całkiem przyjemna i zjadamy smaczny obiad.

Wracając, zahaczamy jeszcze o jedno ciekawe miejsce. Postanawiamy popaść w depresję 🙂

DSC_0070_lkanal

Co prawda, tylko 1.8m poniżej poziomu morza, ale co będę wybrzydzał 🙂

Dojeżdżamy do naszych kwater. Trochę zmęczony, padam na drzemkę, ale Piotrek wyciąga mnie jeszcze na ognisko. Obok trwa impreza. której odgłosy będą nam towarzyszyć do piątej rano. Dobrze że mam mocny sen 🙂

Niech to mróz ściśnie

Nowy Rok postanowiliśmy w grupie Galerników powitać z przytupem. Przytup był wskazany, bo temperatura spadła do -15 stopni 🙂

W sobotę 2 stycznia spotkaliśmy się  – a jakże – pod galerią i wyruszyliśmy do Serpelic, gdzie zarezerwowany został lokal pod noworoczne biesiadowanie. Wstępnie jednak powinna się odbyć pierwsza noworoczna wycieczka. Kilka dni wcześniej padła propozycja, bym znalazł coś w okolicy, z czego natychmiast skorzystałem i zaproponowałem wypad do rezerwatu „Trojan” pod Mierzwicami. To tylko około 6 km od Serpelic.

W oczekiwaniu na grupę, zrobiłem mały wypad nad Krznę – zimny wiatr szybko mnie jednak stamtąd wygonił 🙂

Pogoda była znakomita, ani jednej chmurki, ale za to mróz taki, że strzykało w płucach 🙂 Ścieżkę przyrodniczą przez rezerwat „Trojan” wypatrzyłem jeszcze latem i nawet pisałem o niej „wrota do lasu”. Przyszedł czas na zbadanie terenu 🙂

Zaczynamy szybko, aby rozgrzać się trochę, bo choć pogoda jest słoneczna, to zimno dobiera się do nas przez każdą szparę w ubraniu. Najpierw spokojnie, lasem i nic nie zapowiada atrakcji. Przedzieramy się przez zręb w poszukiwaniu „białego królika” – tak oznaczono nasz szlak 🙂 Znowu wchodzimy w las i zaskoczenie! Przed nam ogromne wąwozy! W całym nadbużańskim przełomie Bugu jeszcze takich nie widziałem. Krajobraz „prawie” górski 🙂 Niestety – szybko się kończy – wychodzimy ponad dolinę Bugu. Jeszcze trochę lasem, chwila zastanowienia, bo brak oznaczeń i zakręcamy w kolejną leśną drogę. Znowu trafiamy na „białego królika” 🙂 Zakręt i wracamy. Ponownie docieramy do wąwozów, ale w zupełnie innym rejonie. Znowu zaskoczenie – jak duże wysokości osiągają  okoliczne wzgórza. Ponownie wychodzimy na drogę. Przebijamy się nad Bug, gdzie skarpą wiedzie dalsza część szlaku.

Ale widowisko! Bug broni się resztkami sił przed zamarznięciem. Po obu stronach tworzy się już stała tafla, a środkiem płyną gigantyczne kry. Podchodzimy pod zakręt zwany Kolanem – Bug mocno zwęża się i zakręca o około 170 stopni. Prąd w tym miejscu gwałtownie przyśpiesza, uderzając w z całą siłą w skarpę, na której stoimy. Huk jest ogromny. Kry wpadają z trzaskiem na siebie, omywając przy okazji zamarzniętą już zatokę. Gdyby nie to, że jest bardzo zimno, można by tam długo stać i podziwiać tę walkę żywiołów. Jest już czternasta, więc słońce zaraz będzie zachodzić 😉 Stoimy w głębokim cieniu, w oddali widać brzeg oświetlony ciepłym, zimowym słońcem. Koniec podziwiania.

Zostaje przemarsz do aut, które czekają 500 metrów dalej i jazda do Serpelic.

Tam zaszywamy się na zamówiony obiad w sympatycznym ośrodku Ostoja. Zastawiony stół już na nas czeka. Mamy też muzykę – pośpiewaliśmy, pojedliśmy, Nowy Rok powitaliśmy 🙂

Jeszcze zdjęcia:

Powrót – dzień 3

Ostatni dzień naszej eskapady… śniadanie, pożegnania, spacer na niedzielną mszę w cerkwi a potem wspólne foto.

DSC_9516

I już jedziemy do Bóbrki. Chyba każdy wie, co się tam zaczęło. Od ostatniej mojej wizyty troszkę się zmieniło – przybyło eksponatów, pojawił się sam Ignacy Łukasiewiecz w postaci hologramu 🙂

Jan Boży Józef Ignacy Łukasiewicz przyszedł na świat w zubożałej rodzinie szlacheckiej w 1822 roku we wsi Zaduszniki z ojca Józefa i matki Apolonii ze Świetlików. W 1836 roku ukończył 4 klasy gimnazjum Ojców Pijarów w Rzeszowie i z powodu ciężkich warunków materialnych w rodzinie rozpoczął pracę w aptece w Łańcucie a później w Rzeszowie. Wstąpił tam do tajnej organizacji patriotycznej i pod zarzutem nielegalnej działalności skierowanej przeciwko Austrii został aresztowany w 1846 roku i przebywał w więzieniu do 1848 r.

Po wyjściu z więzienia rozpoczął pracę w aptece „Pod Gwiadą” Piotra Mikolascha we Lwowie. W latach 1850-1852 studiował farmację na Uniwersytetach w Krakowie i Wiedniu. W 1852 r. w Wiedniu uzyskał tytuł magistra farmacji i wrócił do pracy w aptece Piotra Mikolascha, gdzie objął stanowisko prowizora. W latach 1852-1853 Ignacy Łukasiewicz wspólnie z Janem Zehem prowadził na zapleczu apteki badania nad ropą naftową.

Po oczyszczeniu tego płynu uzyskał naftę świetlną. 31 lipca 1853 w szpitalu na lwowskim Łyczakowie zapłoneły po raz pierwszy lampy naftowe, które wykonał blacharz lwowski Adam Bratkowski, według projektu Łukasiewicza. Datę 31 lipca 1853 roku uważa się za datę powstania polskiego przemysłu naftowego. Na przełomie lat 1853/54 Łukasiewicz opuszcił Lwów i przeniósł się w pobliże terenów roponośnych – do Gorlic, gdzie dzierżawił aptekę. Nie zaprzestał prac nad doskonaleniem procesu otrzymywania nafty.
W 1854 roku wspólnie z Tytusem Trzecieskim założył pierwszą na świecie spółkę naftową, która zaczęła wydobywać i eksploatować ropę w Bóbrce k. Krosna.

W 1856 roku na skutek uzyskania znaczących ilości ropy Łukasiewicz założył w Ulaszowicach pierwszą na ziemiach polskich destylarnię ropy naftowej. Następne destylarnie Łukasiewicza to: destylarnia w Klęczanach (1858) prowadzona wspólnie z Eugeniuszem Zielińskim, kolejna w Polance (1861) i w Chorkówce (1865). Łukasiewicz cały czas pracował nad udoskonaleniem przetwórstwa ropy, efektem czego były nagrody za eksponowane produkty naftowe na wystawach w Jaśle, Lwowie i Wiedniu.

Doskonalił również na terenie kopalni Bóbrka technikę wiercenia otworów za ropą. Wprowadził do użytku wiertnicę ręczną (1862), później zastosował maszyny parowe do napędu wiertnic. Czynił też starania o założenie szkoły górniczej w Bóbrce. Łukasiewicz był człowiekiem o wybitnych cechach charakteru. Wspierał finansowo ruchy narodowo-wyzwoleńcze, budował szkoły, kościoły, drogi i mosty. Stał na czele Krajowego Towarzystwa Naftowego. Założył prowadzoną przez żonę Honoratę Szkołę Koronkarską dla dziewcząt w Chorkówce. Na kopalni Bóbrka założył tzw. Kasę Bracką (odpowiednik dzisiejszego ZUS). Za działalność charytatywną papież Pius IX w 1873 roku nadał mu tytuł Szambelana Papieskiego i odznaczył Orderem Św. Grzegorza.

Ignacy Łukasiewicz zmarł w Chorkówce 7 stycznia 1882 roku na zapalenie płuc i został pochowany na cmentarzu parafialnym w Zręcinie [źródło: Ignacy Łukasiewicz].

Muszę przyznać, że znacznie wzrosła atrakcyjność muzeum. Zwiedzenie całej ekspozycji zajmuje nam około 2 godzin. Każdy miał okazję obejrzeć bulgoczącą ropę w szybie Franek – co więcej mógł nawet wyczuć charakterystyczny zapach tejże substancji 🙂

Ruszamy dalej. Naszym celem jest Odrzykoń i zamek Kamieniec. Zamek położony jest na szczycie wzgórza i mam od razu skojarzenia z ostatnio odwiedzaną Lanckoroną.

Historia zamku jest bardzo ciekawa.

Bardzo efektowne ruiny zamku w Odrzykoniu leżą na skalistym wzgórzu nieopodal Krosna na wysokości 452 m. Odrzykoński zamek był miejscem wydarzeń na kanwie, których powstała jedna z najlepszych polskich komedii – „Zemsta” Aleksandra Fredry. W 1828 r. poeta ożenił się z Zofią Skarbkową z Jabłonowskich, która w posagu wniosła połowę tego zamku. Przeglądając stare dokumenty znalazł on akta procesowe spierających się o mur graniczny szlachciców: Skotnickiego i Firleja. Na ich bazie powstała „Zemsta”.
Zamek do dzisiejszego dnia jest zresztą podzielony administracyjnie między dwa podmioty: jedna połowa należy do gminy Korczyna, druga do Wojaszówki. Dookoła rozciąga się malowniczy pagórkowaty krajobraz Pogórza Dynowskiego, niedaleko stąd też do rezerwatu przyrodniczego „Prządki” z zadziwiającymi formami skalnymi. Kilka skałek można zobaczyć przy samym zamku. Jedna z nich (przy wejściu) nazwana została „Strażnicą”.

Mimo że na przestrzeni dziejów zamek ulegał wielu przebudowom i rozbudowom to jednak zachował do dzisiaj kilka pierwotnych, gotyckich elementów. Przez długi okres czasu podzielony był na dwie części będące w posiadaniu różnych właścicieli. Jedną stanowił zamek górny z przedzamczem zachodnim, drugą zamek średni z przedzamczem wschodnim. Okres świetności Kamieńca przypada na wiek 16 i 17 kiedy to przebywali tu m.in. król węgierski Jan Zapoyla i przywódca ideowy arian Faust Socyn. Obecnie wejście znajduje się od strony wschodniej, ponieważ ta część jest lepiej zachowana. Widać pozostałości zamkowych budynków, w tym kaplicy. Po ostatnich remontach są one opisane na tablicach.

Dzięki staraniom obecnych właścicieli zamku uzyskano zgodę arcybiskupa Józefa Michalika na stałe Msze Święte w ruinach zamkowych. W latach 1996-2000 wzięło w nich udział blisko 40 tys. osób, w tym połowa to turyści. Niedawno msze przeniesiono do postawionego na podzamczu kościółka.

Znajduje się tu też niewielkie piętrowe muzeum z militariami i eksponatami związanymi z historią warowni. Na zamku górnym stoi pomnik Tadeusza Kościuszki z XIX wieku postawiony w setną rocznicę insurekcji. Druga połowa zamku z najwyższymi murami, z powodu osunięcia się kamieni i ślimaczących się od wielu lat prac konserwatorskich jest praktycznie zamknięta dla zwiedzających. Można wejść tylko na taras pod pomnikiem Kościuszki. Kiedyś idąc wałem po prawej stronie napotykaliśmy na dziurę osłoniętą słabo umocowaną siatką, przez którą można się było dostać do zamkniętej części (do przedzamcza zachodniego). Na przedzamczu mamy piękny widok na mury zamku górnego oraz nowe spojrzenie na ciekawą okolicę, ale ostatnio nie było już tej możliwości. Z wału widać było też potężną skałę, na której usadowiono mury zamku górnego z charakterystycznymi „kolcami” – obecnie w lecie widok zasłania roślinność. Kilkanaście lat temu znajdowała się tu jeszcze baszta narożna, ale niestety runęła w 2000 roku [źródło: Zamek w Odrzykoniu].

Był w planie jeszcze jeden punkt – rezerwat Prządki, ale niestety z braku czasu tylko go mijamy. Szkoda, ale będzie nas nas czekał 🙂 Z okien busa podziwiamy piękne skalne ostańce, a potem ruszamy w stronę Rzeszowa. Czeka nas prawie 300 km jazdy.

Po drodze jeszcze zatrzymujemy się na chwilę, aby obejrzeć ławeczkę w Modliborzycach. Siedzi na niej… papież Jan Paweł II 🙂

Teraz tylko 3 godziny jazdy, po drodze obiad w fajnej przydrożnej knajpce – i czekamy na kolejną wyprawę 🙂