Tą historię zacznę od cytatu.

11 września 1939 roku trzy samoloty z 53 Eskadry Obserwacyjnej przydzielonej do dyspozycji armii Modlin, w składzie dwa samoloty RWD-14 „Czapla” i jeden nieuzbrojony RWD-8 otrzymały polecenie przebazowania z lotniska Stara Wieś koło Węgrowa, do którego zbliżała się niemiecka kolumna pancerna, na lotnisko w Brześciu nad Bugiem. W trakcie przelotu polskie samoloty biorąc za charakterystyczny punkt orientacyjny tory linii kolejowej Warszawa – Brześć leciały wzdłuż nich.  Polscy piloci oczywiście nie mogli wiedzieć o tym, że niemieccy lotnicy również używają tej linii kolejowej jako punktu orientacyjnego. Tego dnia o godz.16.05 lecący niemiecki pilot hptm. Wolfgang Falck z 2/76ZG  na Messerschmitt Bf 110 C, około 8 km na południowy wschód od Białej Podlaskiej zauważył powolnego trzysilnikowego Fokera. Chociaż polska załoga również zauważyła niemieckiego dwusilnikowego myśliwca i usiłowała uciec lotem koszącym, to jednak Niemiec dogonił go i ostrzelał. Nieuzbrojony transportowy Fokker F-VII z 4. Eskadry Bombowej Lekkiej ze Lwowa pilotowany przez plut. Antoniego Krula usiłował lądować awaryjnie na zaoranym polu. Podczas tego lądowania samolot rozbił się, ale na szczęście załoga wyszła z tego bez szwanku. Pięć minut później gdy Wolfgang Falck już miał wracać na macierzyste lotnisko zauważył kolejny nieuzbrojony i powolny polski samolot RWD-8 na, którym lecieli p.por. pilot Tadeusz Oskar Sobol oraz por.obserwator Stanisław Hudowicz. W tym starciu załoga Polskiego RWD-8 nie miała najmniejszych szans. Messerschmitt Bf 110 hptm. Wolfganga Falcka z 2/76ZG  oddał zabójczą serie do RWD-8 który rozbił się w pobliżu torów kolejowych.Obaj piloci p.por. pilot Tadeusz Oskar Sobol i por.obserwator Stanisław Hudowicz zgineli [źródło: aloszak].

W miejsce to trafiłem pierwszy raz kilka lat temu, zwiedzając okolicę na rowerze. Oczywiście nie wiedząc o jego istnieniu ani nie znając powyższej historii.

Oczekiwanie na głębokie zaspy w tym roku raczej będzie bezskuteczne, więc na propozycję Galerników, by zorganizować zimowy marsz niezależnie od aury zareagowałem natychmiast i rzuciłem hasło: idziemy do lotników. Pomysł chwycił i tym sposobem w niedzielny poranek spotykamy się na dworcu PKP, by w ciągu 11 minut znaleźć się na stacji Sokule, gdzie zacznie się nasza przygoda. Przed nami około 15 kilometrów drogi powrotnej przez Puszczę Bialską do naszego miejsca zamieszkania.

Ze zdziwieniem odkrywam, że jest tu znakowany szlak turystyczny.

Nocny przymrozek skutecznie utwardził nam drogę, więc leśnymi szutrami idzie nam się całkiem dobrze.

Na początek odkrywamy tajemnicze, opuszczone siedlisko. Oczywiście nie wypada go nie spenetrować 🙂

Mimo snucia różnych śmiałych teorii nie udaje nam się ustalić jego przeznaczenia.

Ruszamy dalej. Przed nami ukryta w lesie wieś Sokule. Taka, gdzie zatrzymał się czas i prowadzą do niej jedynie polne drogi. Lubimy takie klimaty.

Wzdłuż drogi biegnącej przez wieś odkrywamy drogę krzyżową zbudowaną z brzozowych pni.

Są też inne ciekawe obiekty.

A na drodze witają nas spragnieni głaskania miejscowi.

Przy końcu wsi odkrywamy opuszczone domostwo. Z pewną nieśmiałością zaglądamy do środka. Nie ma tu życia, ale zostały ślady wiary. Pustka i tylko wiszące symbole robią na wszystkich ogromne wrażenie. Dom wygląda, jakby jego mieszkańcy wyszli dosłownie przed chwilą.

Jeszcze tylko stadion…

I znowu zmierzamy do lasu. Zima tęgo trzyma 😉

Tutejsze przydrożne kapliczki chronione są płotami z drutu…

Połowa trasy za nami, pora na leśny biwak. W ruch idą kanapki, gorąca herbata i inne dobra wyciągnięte z plecaków.

Mijamy dziwne przydrożne dzieła natury. I – niestety – całe połacie lasu, który zniknął. Jakkolwiek leśna autostrada, którą idziemy może cieszyć rowerzystów, to jej zbudowanie miało jeden zasadniczy cel – sprawny wywóz wyciętego lasu 🙁

Dochodzimy do kolejnej stacji i skręcamy w leśną przecinkę. Tu niedaleko będzie cel naszej wyprawy.

Na razie jednak robimy jeszcze jeden biwak.

Kilka minut i odkrywamy w leśnej głuszy to, czego szukaliśmy.

Od czasu jak tu byłem, troszkę wszystko zniszczało. Chyba wymyślę jakąś wyprawę odnawiającą 🙂 Na razie jednak sprawnie robimy porządki i za chwilę wszystko wygląda dużo lepiej.

Kilkaset metrów dalej jest druga mogiła. Tą łatwiej znaleźć, bo już z daleka widoczna jest czerwień flagi.

Chwilę rozmawiamy o historii i w drogę.

Marsz umilają nam popisy kaskaderskie leśnych mieszkańców 😉

Chwilę zastanawiam się czy nie było ich trzech…

Mijamy leśną kopalnię żwiru.

Kolejna wieś przed nami – Porosiuki. Jesteśmy już blisko miasta. Porywam jeszcze małą grupkę w leśną ścieżkę, aby przywitać się z drzewem, które chce na nas popatrzeć.

Popatrzyło, pomachało gałęzią na pożegnanie i możemy wracać. Przekraczamy tory i już jesteśmy we wsi.

Tu też straszą jakieś opuszczone budynki.

Idziemy…

Dopada nas cywilizacja.

Ten widok już znam, bo to moja rowerowa trasa. Komuś się chciało rozwlec wzdłuż leśnej drogi pół samochodu. Zgłaszałem to już do Urzędu Gminy, ale brak odzewu i reakcji. A może to taka lokalna atrakcja a ja się czepiam?

O, jest tu więcej atrakcji. Pomniki przyrody muszą mieć godne otoczenie.

Wychodzimy z lasu i już jesteśmy nad Krzną. Za nami 15 kilometrów, mnóstwo wrażeń i trochę zmęczenia.

Chwila na pożegnanie i każdy pędzi w swoją stronę. Do następnej wyprawy.

Tradycją stały się w tym roku jednodniowe wypady Galerników nad Bug. Nie ukrywam że inicjatorem tej tradycji stałem się ja 🙂

Na szczęście trafiłem na podatny grunt i mam doborowe towarzystwo do przemierzania nadbużańskich ścieżek. W tym roku to już kolejna wyprawa tego typu – tym razem będzie to odsłona jesienna.

Zbiórkę mamy tam gdzie zawsze. Pod Galerią. Ruszamy do miejscowości Łęgi, gdzie pojawiamy się w ciągu pół godziny. Auta wędrują na nasyp nadbużanki, Ewa odczytuje przygotowany elaborat na temat historii traktu i ruszamy w drogę. Pogoda jest doskonała. I taka też będzie cały dzień.

Na początek podziwiamy pale pierwszego z mostów.

Zdobywamy nasyp i teraz będziemy się poruszać historycznym traktem, który przez kilkadziesiąt lat zdążył trochę zdziczeć, ale nadal wznosi się wyraźnie ponad okolicznymi rozlewiskami.

Drogę przegradza nam kolejne jezioro. Tu był drugi most. Nic po nim zostało… okrążamy zbiornik wodny i za chwilę możemy kontynuować drogę nasypem po jego drugiej stronie.

Podziwiamy pnącza oplatające drzewa – czujemy się jak w dżungli 🙂

W dole widać resztki kolejnej przeprawy… Właściwie to widzę te pale po raz pierwszy, bo jeszcze nigdy nie było tu tak niskiej wody.

Wreszcie trakt kończy się i jesteśmy nad Bugiem. Słońce rozświetla jesienny krajobraz, który nabiera niezwykłych kolorów. Aparaty idą w ruch.

Widać oczywiście pale głównego mostu na Bugu. Tu była główna przeprawa na Brześć. Teraz zostało kilka smętnych świadków historii..

Teraz wyprawa rusza ponad Bugiem na śniadanie na piasku 🙂 Do plaży, gdzie zaplanowałem postój, mamy około 20 minut.

Wreszcie jest!

Wychodzi znowu słońce, które na chwilę schowało się za chmurami i teraz mamy ucztę dla oczu 🙂

Czas na posiłek 🙂

A ja zawzięcie fotografuję 🙂

Jest pięknie, ale to jednak koniec października. Wieczór szybko się zbliża, więc czas na odwrót.

Jeszcze wspólne foto:

I w drogę. Podziwiamy leniwie płynącą jesienną rzekę.

Dzielni pogranicznicy czuwają nad nami 🙂

A my zmierzamy przez nadbużańskie łąki z powrotem do wsi.

Jesień…

Jakiś czas temu zaproponowałem Galernikom niedzielny nadbużański wypad. Skoro pomysł został rzucony, wypadało się zabrać za jego realizację.

Oczekiwanie na dobrą pogodę zakończyło się pełnym sukcesem. Ustalona wcześniej data idealnie zgrała się ze słoneczną, czerwcową niedzielą.

Od rana ogarniam sprawy organizacyjne, zarządzam zbiórkę i wyjazd do miejsca startu. Jeszcze tylko zgłoszenie pogranicznikom, że oto rusza w teren dwunastodobowy patrol 🙂

Parkujemy pod lipami w Derle, gdzie za chwilę dołącza do nas sympatyczny, starszy pan. Lubię Derło. Tu bardzo szybko nawiązuje się kontakt z ludźmi. Żyjąc trochę na uboczu rozpędzonego świata, chętnie zagadują, opowiadają miejscowe historie, czy też tańczą z psami 🙂 Nasz gość przybliża nam historię lip, które niezmiennie mnie inspirują fotograficznie (i cały bialski Fotoklub 🙂 ).

Auta zaparkowane, czas w drogę. Kolejny raz przemierzam krętą „drogę fotografów”, zmierzając w stronę Bugu. Grupka się nieco rozciąga, są w niej „ścigacze” i „podziwiacze”, więc jest to nieuniknione. Najważniejsze jednak, że się pilnujemy i co jakiś czas będziemy meldować się w komplecie do grupowych fotek 🙂

Póki co wytyczoną przez pograniczników ścieżką kroczymy niemal nad samą rzeką.

Chyba nie doceniłem pasji odkrywania świata w swojej ekipie, bo w pewnym momencie ruszają oni wąską dróżką wiodącą w gęste krzaki, którą – jakkolwiek zdawało mi się, że znam każde tutejsze przejście – nigdy nie szedłem. W tej sytuacji nie mam wyjścia i ruszam za nimi. Tym sposobem mam okazję obejrzenia łęgu od strony rzeki 🙂 Na pamiątkę mam nieco podrapane łydki i zaliczam kilka skoków nad rowami przecinającymi ścieżkę.

Obawy okazały się niepotrzebne: mimo sporej wody odwrotu nie będzie i szczęśliwie docieram do głównej drogi po drugiej stronie łęgu. A razem ze mną komplet moich podopiecznych 🙂

Teraz ruszamy w kierunku celu wyprawy – plaży. To jedna z najchętniej odwiedzanych przeze mnie nadbużańskich plaż. O każdej porze roku czymś zaskakuje.

No i niezmiennie tyka tam zegar słoneczny 🙂

Widok piasku, rozległej płycizny i do tego wyśmienita pogoda powodują, że rozbijamy dłuższy biwak.

Niezawodny Leszek wyciąga tajemniczy wywar z 25 ziół i z miną czarnoksiężnika rozlewa wszystkim, powodując „nadbużański atak wesołości”. Kończy się to bieganiem po wodzie, wzajemnym ochlapywaniem i nawet najbardziej oporni lądują w Bugu na pamiątkową fotografię.

Siedzimy na gorącym piasku prawie godzinę.

Pogoda jest wyśmienita, podobnie jak humory. Jako nieoficjalny kierownik decyduję w końcu, by poderwać cztery litery i wszyscy pomału ruszają w kierunku kolejnej wsi Woroblin.

Nie jest łatwo opuścić tak piękne miejsce.

Teraz mamy w miarę proste zadanie – mamy trzymać się rzeki i dojść do miejsca zwanego „kibel”.

Tempo marszu mamy różne więc trochę się porozciągaliśmy na trasie. Poza tym nikt nas nie goni, więc jest czas na spokojne pogadanie i tak krok za krokiem jesteśmy przy kiblu.

Szybka kontrola ilościowa wykazuje brak strat w ludziach i oddalamy się od rzeki. Droga jest prosta, nikt nie powinien się zgubić, Tak mi się przynajmniej zdawało 🙂 Docierając do Woroblina, dowiadujemy się że zguba jednak była. Jakoś wszyscy przeoczyli brak Zosi… Mina Leszka nie wróżyła nic dobrego – może kiedyś odważę się zapytać go o szczegóły egzekucji 🙂

Została nam przysłowiowa „ostatnia prosta”. I tu ze zdziwieniem stwierdzamy, że będzie jeszcze jedna niespodzianka – tym razem od natury. Na horyzoncie robi się ciemno i to bynajmniej nie z powodu późnej pory 🙂

Burze czerwcowe są jak czołgi w stary dowcipie wojskowym – wyjeżdżąją znienacka. Nasza też wyskoczyła zza lasu i zaczęła nas szybko gonić. Z każdym metrem nasze szanse malały, na szczęście w połowie drogi do Derła znajduje się schron. Stara szopa na siano stała dokładnie tam, gdzie była potrzebna – wpadliśmy do niej, gdy spadały na nas pierwsze krople.

W tej sytuacji zostało wyciągnąć królika z kapelusza. Czyli niezawodną pelerynkę, która zawsze gdzieś tam leży na dnie plecaka. Fakt przygotowania się kierownika wycieczki na każde warunki wzbudził aplauz u zebranych 😉 Zdecydowanem, że lecę do aut oddalonych o około 3 kilometry i ściągnę auto Piotra, a reszta czeka. Chwilę wcześniej pod kawałkiem foliowej osłony uczynił to samo Leszek.

Marsz w ciepłym letnim deszczu to jednak radocha 🙂 Droga minęła błyskawicznie i nim rozbroiłem alarm, dojechał Leszek z pozostałymi kierowcami. Zostało jeszcze zgarnąć pozostałych z szopy i szybko do domu 🙂 Tak szybko że nawet nie zdążyliśmy się pożegnać w tym zamieszaniu 😉

Nic straconego – wkrótce widzimy się na kolejnej wyprawie Galerników.

Galernicy debatowali do świtu, a ja spalem. Nic dziwnego, że gdy oni poszli spać, pierwsze ciepłe promienie słońca obudziły mnie szybko a skarpa natychmiast wezwała do siebie 🙂 

Na paluszkach ubieram się, łapię aparat i już mnie nie ma.

Teraz tylko ja i Bug.

Wracam przemoczony do kolan poranną rosę i mogę jeszcze pospać 🙂

Śniadanie mamy umówione na dziewiątą. Jest jak zwykle obficie, smacznie i bo jak powiedział gospodarz „byłoby wstyd gdyby czegoś zabrakło”. Agroturystyka trafia do ulubionych i polecanych miejsc. Szybkie pakowanie, żegnamy gospodarzy i w drogę.

Docieramy do Czumowa. Czeka tu na nas właściciel pięknego obiektu położonego nad samym Bugiem – pałacu Podhoreckich.

Obiekt został wzniesiony dla Pohoreckich w II połowie XIX w. Zaprojektowali go dwaj nieznani architekci włoscy. Pałac oparty jest na planie nieregularnym i nakryty wysokim dachem z facjatkami. Od frontu znajduje się Portyk o czterech filarach dźwigających balkon z balustradą. Jedno z naroży zajmuje ośmioboczna kaplica nakryta dachem namiotowym. Czworoboczna wieżę ze szpiczastym dachem, zwieńczonym kopułą, umiejscowiono przy zachodniej ścianie szczytowej.Teraz obiekt stanowi własność prywatną i adaptowany jest do celów turystyczno-wypoczynkowych. Zanim jednak do tego doszło pałacyk miał wielu użytkowników. W czasie I wojny światowej Austriacy założyli tutaj szpital polowy. Pożar wywołany działaniami bojowymi pozostawił po sobie wiele zniszczeń. Na początku II wojny światowej stacjonujący tu żołnierze radzieccy spalili wyposażenia wnętrz, zaś Niemcy okupujący później obiekt, zakładając placówkę graniczną, wycieli drzewa zasłaniające widok na Bug. Po zakończeniu działań wojennych pałacyk zajęto na strażnicę WOP. Później umieszczono w nim szkołę. Obecnie, dzięki gościnności właścicieli, jest miejscem, gdzie organizowane są m.in. imprezy krajoznawczo-turystyczne [źródło: Polska Zabytki].

Właściciel jest bardzo sympatyczny, opowiada zarówno historię obiektu jak i własne wspomnienia związane z tym miejscem. Z ciekawostek wyłowiliśmy ideę postawienia tutaj pomnika Edwardowi Gierkowi w podzięce za dokonania dla Polski 🙂

Dalszą podróż przerywa jeszcze tylko na chwilę wieża obserwacyjna w Gródku i docieramy ponownie do Hrubieszowa. Z platformy obserwacyjnej widać wieże kopalń węgla kamiennego… Wiąże się z tym historia pewnej zamiany dokonanej między bratnimi państwami. Można o tym poczytać na Wikipedii. W efekcie tej wymiany Polska zyskała trochę łąk w Bieszczadach, ale straciła ogromne złoża węgla. Takie czasy były…

I główne danie dnia. Po tu przyjechaliśmy.

Jak napisali organizatorzy: Bitwa nad Bugiem rozegrana 22 lipca 1018 roku przez wojska władcy Polski-Bolesława Chrobrego z wojskami Jarosława Mądrego (księcia kijowskiego) podczas wyprawy kijowskiej, to wydarzenie historyczne, które pomogło w budowie potęgi państwa pierwszych Piastów. W wydarzeniu organizowanym przez władze lokalne, instytucje związane z Hrubieszowem oraz grupy rekonstrukcji historycznej udział wezmą odtwórcy z Polski i innych państw. Wielka inscenizacja bitwy oraz dodatkowe atrakcje i wydarzenia towarzyszące tysięcznej rocznicy zapewnią wiele ciekawych wrażeń i dawkę fachowej wiedzy historycznej wszystkim którzy przybędą do Hrubieszowa.

No i przybyliśmy.

W oczekiwaniu na bitwę pokręciliśmy się trochę po Hrubieszowie.

Na pole bitwy z centrum miasta jest niedaleko. Kilka minut i rozpoznaję teren. Już wiem, gdzie będzie inscenizacja, kręcę się trochę po obozowiskach przybyłych drużyn, podglądam przygotowania do bitwy. Pogoda jest znakomita, impreza z rozmachem, ludzi tłum, jakieś pokazy, jest obrona terytorialna ze swoimi zabawkami, mnóstwo straganów. Ze sceny słychać stosowną do imprezy muzykę.

Przychodzi czas bitwy. Wzdłuż wyznaczonych linami granic kłębi się tłum chętnych do podziwiania, ja jednak postanawiać pofotografować bardziej dynamicznie, więc biegam ciągle tam, gdzie się coś dzieje. Najpierw zasadzam się na wkraczających na pole bitwy, potem gdzieś nad głowami łapię kluczowe momenty inscenizacji, w końcu dopadam schodzących z pola bitwy zwycięzców i pokonanych. Widowisko było naprawdę dobrze przygotowane, natomiast nagłośnienie lektora niestety – leżało. Może przy następnej inscenizacji organizatorzy wyciągną wnioski. Oby nie za tysiąc lat 🙂 

Oto i bitewna galeria.

 

Może nie aż tak odległych, ale jednak – korzystając z okazji zapowiadanej od dłuższego czasu Bitwy nad Bugiem, zaproponowałem niestrudzonym Galernikom dwudniowy wyjazd w okolice Hrubieszowa. Idea została szybko podchwycona, plan wycieczki ustalony, a niezawodny Jarek dograł szczegóły związane z noclegami i przewodnikami.

Spotykamy się jak zwykle o szóstej rano pod Galerią, gdzie za chwilę podjeżdża elegancki, wielki bus. Miejsca jest tym razem aż nadto 🙂 Rozsiadamy się wygodnie i trochę przysypiając przemierzamy kilometry nadbużańskimi drogami w kierunku pierwszego dziś punktu naszej trasy. Będzie to wyszperany przeze mnie na mapach „najdalej wysunięty na wschód punkt Polski”. Znajduje się on w pobliżu przejścia granicznego Zosin i wymaga porzucenia wygodnych foteli i przejścia około 1,5 kilometra. Zatrzymujemy się w pobliżu polnej drogi i ruszamy błotnistym traktem.

Docieramy do rzeki. Jest dzika, wąska – to zupełnie inny Bug od tego jaki znam. Po drugiej stronie widać jakąś drogę, po której spacerują obywatele Ukrainy i machają do nas rękami 🙂 Na granicy białoruskiej nie do pomyślenia.

Docieramy do słupka granicznego i oceniamy, że to tu. Robimy pamiątkowe foto. Dalej na wschód się nie da.

Wracamy do busa i ruszamy do Hrubieszowa. Tu mamy umówione spotkanie z „batiuszką”, który udostępnia nam do zwiedzenia cerkiew, opowiadają przy tym ciekawie o historii miejsca i faktach z nim związanymi. Cerkiew słynie ze swoich trzynastu kopuł no i w środku też robi wrażenie swoją wielkością i wystrojem.

Dzisiejsza Cerkiew prawosławna P.W Zaśnięcia N.M.P. w Hrubieszowie zastała wyświęcona w 1875 roku (o tym świadczy napis wewnątrz świątyni na ścianie przy miejscu gdzie sprzedaje się świece cerkiewne). Pan Stanisław Jadczak w Roczniku Hrubieszowskim 2/2002 pisze że kamień węgielny został wmurowany 11 maja 1873 r. a po 3 latach dokładnie 13 maja 1876 roku, arcybiskup chełmsko – warszawski Leontij poświęcił nowobudowana cerkiew, murowana z cegły w stylu bizantyjskim, o 13 kopułach, z przylegająca do niej dzwonnicą. Ikonostas wykonano z masywnego drzewa dębowego, z pozłoconymi rzeźbami. Wszystkie ikony w ikonostasie i na cerkwi pisał (nie mówi się namalowana ikona a napisana ) artysta z Petersburga Siłajew [źródło:http://www.cerkiew.hrubieszow.info].

Krótka przerwa na kawę i ruszamy zgodnie z planem do Kryłowa. Tu czekają na nas ruiny zamku w zakolu Bugu oraz dwójka sympatycznych przewodników. Zaglądamy na chwilę do kościoła, który -jak się okazuje, ma poważną przypadłość. Podziemne wody doliny Bugu spowodowały, że główna wieża zaczęła się oddzielać od reszty budowli. W środku widać jakieś prace mające na celu ratowanie budowli, natomiast na zewnątrz robi to znacznie większe wrażenie, bo rysa jest całkiem pokaźna.

Ruszamy na trasę naszej wycieczki. Najpierw zaglądamy w miejsce, gdzie stał dwór. Teraz pozostała po nim tylko brama wjazdowa.

W roku 1781 Kryłów nabyła Józefa Chrzanowska. Jej syn Józef w miejsce drewnianego dworku wzniósł w 1820 roku dwór murowany klasycystyczny z wątkami barokowymi, zakładając także rozległy park. Była to wówczas jedna z bardziej znaczących budowli województwa lubelskiego. Kolejną spadkobierczynią dworu została Józefa Aniela Gabriela Chrzanowska, która wyszła w 1878 roku za mąż za Antoniego Horodyskiego z Mołodiatycz (jednego z najbogatszych ziemian w ziemi hrubieszowskiej). Dwór znacznie rozbudowano, podwyższono o jedno piętro, dostawiono z frontu wysoką więżę, całości nadano cechy neogotyku, przez co dwór stał się magnackim pałacem z prawdziwego zdarzenia. W czasie I wojny światowej pałac został znacznie uszkodzony, po czym tylko częściowo go odrestaurowano. W roku 1938 pałac został wykreślony z ewidencji zabytków. We wrześniu 1939 roku został zdewastowany przez Armię Czerwoną. Zerwano dach, stolarkę okienną, drzwi, rozkradziono wyposażenie. W czasie wojny pałac używany był przez Niemców do celów magazynowych. W lipcu 1944 roku wojska niemieckie cofające się od strony Włodzimierza Wołyńskiego ostrzelały pałac, powodując pożar. Po zniszczeniach wojennych obiekti nie został odbudowany. Ostatnim właścicielem był Mieczysław Ustaszewski, który w latach 60-tych zrzekł się majątku na rzecz Skarbu Państwa. Po roku 1960 rozebrano zachowane resztki ścian, portyku i południowego ryzalitu. Dziś po dworku pozostała neogotycka brama wjazdowa i domek odźwiernego przy parku (jak i sam park) oraz pałacowa studnia. Dawniej istniała nieopodal drewniana cerkiew pounicka, wystawiona na miejscu poprzedniej (sprzed 1667 roku), rozebrana w roku 1938 [źródlo: krylow.info].

Przedzieramy się chwilę przez gąszcz, po czym wiszącym mostem nad starym korytem Bugu wkraczamy na zamek. Właściwie to trudno powiedzieć, że to zamek – niewiele z niego zostało.

Dziś po zamku, który przed wiekami świadczył o potędze Kryłowa pozostały tylko same ruiny, które z roku na rok coraz bardziej zapadają się pod ziemię. Sam zamek został ufundowany przed 1585 rokiem przez Jana Ostroroga. Budowla ta została zniszczona przez liczne najazdy Kozaków, Tatarów i Szwedów. Zamek był potężną twierdzą (świadczą o tym resztki bastionu i lochy pod nim imponujące swoją wielkością oraz pozostałości pozostałych bastionów i zarysy rozległych murów kurtynowych), położoną na wysepce oblanej Bugiem, posiadającą mury grube na cztery łokcie, obszerne podziemia (które według opowieści starszych ludzi prowadziły także pod Bugiem aż do miasteczka, klasztoru czy nawet Włodzimierza), murowane bastiony, wały i przekopy.
Pierwszy zamek powstał tu najprawdopodobniej jeszcze w końcu X wieku. Była to konstrukcja drewniana, będąca jedną z warowni Grodów Czerwieńskich będących pod władaniem Mieszka I. Po zagarnięciu Grodów Czerwieńskich przez kaiążąt ruskich Kryłów przez prawie trzy stulecia nie leżał w granicach państwa polskiego. Zmieniło się to w 1387 roku, jednak właścicielami ziem pozostali ruscy feudałowie. Kryłów należał wtedy prawdopodobnie do księcia kobryńskiego Romana Lubartowicza a potem do jego potomków. W 1458 roku włość kryłowska za zasługi w wojnie trzynastoletniej z Zakonem Krzyżackim i w rządach w Królestwie nadana została przez króla Kazimierza Jagiellończyka Janowi Tęczyńskiemu, pierwszemu dygnitarzowi w Królestwie. Jan zmarł w 1470 roku a ziemię odziedziczył jego syn Mikołaj, który w 1497 roku otrzymawszy nominację na wojewodę i starostę ruskiego podniósł Kryłów do rangi mista i w miejsce dotychczasowego zamku drewnianego rozpoczą budowę zamku murowanego. W tym samym roku Mikołaj zginą w wyprawie bukowińskiej. W 1523 roku majątek po Mikołaju podzielono. Kryłów przypadł miecznikowi krakowskiemu Janowi Tęczyńskiemu, który to dokończył budowę zamku. Jan zmarł w 1541 roku a Kryłów w spadku w 1544 roku otrzymała jego córka Zofia. Została ona porwana przez Stanisława Ostroroga (kasztelana międzyrzeckiego), który zakochał się w niej bez pamięci. Stanisław uprowadził Zofię do Wielkopolski, gdzie została jego żoną. Jednak opiekunowie i krewni Zofii tego małżeństwa nie uznali, gdyż Ostroróg był aktywnym kalwinem a Tęczyńscy gorliwymi katolikami. Dopiero do dwuletnich pertraktacjach w 1546 roku małżeństwo zostało uznane a Zofia i Stanisław Ostrorogowie otrzymali Kryłów wraz z trzynastoma wsiami. Osiedlili się tu dopiero w 1560 roku a Stanisław założył zbór kalwiński, prowadząc ożywioną działalność polityczną i religijną. W 1561 roku podejmował tu Curiona, agena księcia pruskiego, w 1566 A. Vereria, dworzanina księcia wirtemberskiego. Stąd pisał też listy i posłania do Księcia Albtechta. Stanisław Ostroróg zmarł w 1568 roku, po czym Kryłowem rządziła jego żona. Po jej śmierci w 1588 roku włość przejął ich najmłodszy syn, Mikołaj, który w 1593 roku założył tu słynne gimnazjum kalwińskie, będącą jedyną poza Akademią Zamojską szkołą o wyższym poziomie w tym regionie. Wykładali tu znakomici nauczyciele i zarządzali znani ministrowie. Nie przeszkodziło to jednak w 1601 roku synodowi lubelskiemu w rzuceniu klatwy na ministra Serpentina z Kryłowa. W 1612 roku po smierci Mikołaja kwestia majątku nie została rozstrzygnięta. Spory dotyczące spadku trwały kilkanaście lat. Ostatecznie właścicielem zadłużonego majątku za 700 tysięcy ówczesnych polskich złotych został starosta kamionkowski Jarzy Wiśniowiecki wraz z żoną Eufrozyną Eulalią z Tarnowskich. Po śmierci Jerzego Eufrozyna wyszła drugi raz za mąż za podkanclerzego koronnego Hieronima Radziejowskiego. W 1651 roku zamek kryłowski został spalony przez Rosjan i Kozaków cofających się spod Lublina. Zniszczono wtedy mosta zamkowy, bramę, drewniane budynki stojace w tyle zamku, młyn o dwóch kołach, statki szkutnicze, namioty, zbroje. Zasoby bibloteczne zatopiono w rzece Bug, część murów zamkowych została zburzona. W tym czasie Hieronima nie było w kraju, ze względu na ciążące na nim wyroki za liczne przewinienia. Jednak w końcu po burzliwym zyciu i darowaniu kar wrócił do Polski i odbudował zamek w Kryłowie. W 1656 roku w zamku kryłowskim przez dwa dni gościł król Jan Kazimierz, będąc w drodze pod Beresteczko. Hieronim uzyskał łaski króla i jako jego poseł wyjechał do Turcji, gdzie zmarł w 1667 roku. Kryłów objął jego syn Michał Stefan Augustyn Radziejowski biskup warmiński, następnie arcybiskup gnieźnieński i prymas, a w końcu kardynał. Był hrabią na Kryłowie i Radziejowicach. W Kryłowie 1687 roku wysłannik papieski A. Cuzani wręczył Radziejowskiemu kapelusz kardynalski. Kardynał przyjaźnił sią z wojewodziną łęczycką Konstancją Towiańską z Niszczyckich. Jej zapisał część swych dóbr a Kryłów w 1694 roku przekazał kasztelanowi łęczyckiemu Krzysztofowi Towiańskiemu, synowi Konstancji. W 1705 roku włość przejęła siostra kardynała Anna (żona Wojciecha Remigina Prażmowskiego). Późniejszmi właścicielami byli Hieronim Kaziemierz a po nim Michał Prażmowski. Włością zarządzali administratorzy zwani gubernatorami lub dzierżawcy (dbający o własne interesy), gdyż właściciele nie mieszkali w Kryłowie. Majątk popadł w długi, czego konsekwencją były liczne i długotrwałe procesy sądowe. Przez kilka lat władał tu Jerzy Lubomirski. W 1710 Kryłów został spalony przez Szwedów a w 1718 roku dalszych zniszczeń dokonali konfederaci. Zamek stał się ruiną. W 1753 roku dobra przejął Józef Jeżewski, stolnika płockiego regimentu konnego buławy polnej koronnej Jego Królewskiej Mośli i Rzeczypospolitej oberszteleytmana (cokolwiek miałoby to znaczyć). Ruiny zamku w tym czasie nie były jeszcze w beznadziejnym stanie, oba bastiony były częściowo naruszone i popękane ze względu na niestałość fundamentu. Mury pałaców zamkowych były w podobnym stanie, oba pałace nie posiadały dachów a sklepienia były całkowicie zawalone. Z czasem zamek popadł w całkowitą ruinę a jego cegły wybierano do budowy pieców i kominów [źródlo: krylow.info].

Zwiedzamy chwilę jedyną pozostałość zamku – podziemną cześć jednego z narożnych bastionów.

Jak zwykle ciągnę gdzieś z tyłu wycieczki, bo przecież muszę wszystko sfotografować 🙂 Pogoda dopisuje, gdzieś na horyzoncie mruczy burza, ale nas omija. Krążę po wyspie, podziwiając naturalny ogród kwiatowy. Wszystko pachnie, wokół mnie wije się Bug. Wąski i dziki. Na cypelku stoi wielki sum – symbol rzeki.

W tym miejscu stawiany jest most pontonowy z okazji Dni Dobrosąsiedztwa. Podobnie jak w Zbereżu, można tu przez kilka dni odwiedzać bezwizowo sąsiadującą z Polską Ukrainę. Przewodnik proponuje jeszcze, byśmy odwiedzili Świętego Mikołaja. Jest to podobno obowiązkowy punkt wszystkich wycieczek tutaj, więc nie możemy odmówić. Wpadamy z odwiedzinami do świętego, który spogląda na nas z niewysokiego wzgórza, otoczony dębami. Krótki postój, zaczerpnęliśmy wody z uzdrawiającego źrodła, posililiśmy się i w drogę.

Zerkamy na zegarki i okazuje się, że czas pozwoli nam na realizację jeszcze jednego  punktu. Jest to miejsce, gdzie Bug wpływa z Ukrainy do Polski i staje się rzeką graniczną.  Całkiem blisko, bo około 5 kilometrów za Kryłowem jest miejscowość Gołębie. Docieramy tam sprawnie. Droga jest nieco błotnista, ale trudy wynagradzają rosnące przy niej dzikie wiśnie, na które z ochotą rzuca się nieco już wygłodniała wycieczka. Spacer zajmuje około 20 minut i tu niestety spotyka nas niespodzianka. Gdy oglądałem zdjęcia satelitarne, dalsza droga biegła wzdłuż pasa granicznego, okazuje się jednak, że ta jest nie obok, a biegnie po pasie. Jest spore ryzyko że Straż Graniczna aresztują nam całą wycieczkę, gdy ruszymy do odległego około 500 metrów Bugu, więc uznajemy, że „tu byliśmy” i nie ryzykujemy marszu po zaoranej ziemi. Powrót wiśniową aleją i zostaje nam dotrzeć na naszą kwaterę.

Ta została wybrana w miejscowości Ślipcze, gdzie Galernicy już mieszkali i przywieźli same dobre wspomnienia. Docieramy tam sprawnie, gospodarze witają nas serdecznie i po krótkim zamieszaniu związanym z dobieraniem składów do pokojów ruszamy na spóźniony nieco obiad. Jedzenie jest wyśmienite, przyrządzone wyłącznie z produktów pochodzących od naszych gospodarzy. Jest nawet przysłowiowe „mleko prosto od krowy”.

Najedzeni „pod korek”, chwilę odpoczywamy, jednak jest tu jeszcze jedna atrakcja, o której słyszałem i która nie daje mi spokoju. Gospodarstwo leży około 200 metrów od Bugu, który tutaj mocno meandruje. Musi być widokowo. Próbuję poderwać ekipę na wieczorny spacer i dość szybko udaje się zwerbować dużą grupkę. Schodzimy w stronę rzeki, a potem zaczynamy się wspinać łąką, by znaleźć się nagle… nad urwiskiem. Widok przeszedł moje oczekiwania. Bug płynie głębokim wąwozem, wyżłobionym wodami rzeki w rozległym płaskowyżu. Największe jednak wrażenie robią skarpy. Niemal pionowe, 30 metrowe urwiska budzą lekki niepokój, gdy się podchodzi do ich krawędzi. A już myślałem, że ta rzeka niczym mnie nie zaskoczy. Jest już trochę mało światła, więc postanawiam pojawić się tutaj skoro świt. Na razie jednak przechodzimy wzdłuż dwóch ogromnych zakoli rzeki, by ostatecznie dotrzeć do bitej drogi i powrócić na naszą kwaterę. 

Zmęczenie daje znać o sobie i dość szybko odpływam, jednak niezmordowani Galernicy prowadzą dość długie dyskusje do świtu, co oczywiście mi nie przeszkadza, bo sen mam kamienny – jak zawsze 🙂