Życie samo podpowiada tytuły kolejnych wpisów 🙂

Maj wreszcie się zazielenił, pojawiły się pierwsze ciepłe dni. Koniec siedzenia. Czas wyskoczyć na poranne zdjęcia. Zerkam, o której wschodzi słońce i ze zdziwieniem stwierdzam, że o 4:40. Toż to środek nocy 🙂

Na dodatek ekipa z NGP zaczyna wieczorem snuć podobne plany. Teraz to już nie mogę się wycofać z szalonego pomysłu.

Budzik dzwoni przed czwartą i nawet dość szybko mnie podrywa. Ogarniam się w parę minut i tuż po czwartej dołączam do reszty ekipy. Ze zdziwieniem stwierdzam, że noc się skończyła i jest już dość jasno. Teraz czeka nas około pół godziny jazdy. Stawiamy się nad Bugiem 10 minut przed wschodem słońca.

Jest pięknie, są mgiełki – zostaje tylko fotografować 🙂 Póki co jest dość chłodno, więc chwalę sobie wybór klasycznego trójwarstwowego stroju 🙂

Kolory są jeszcze dość wyblakłe, więc w obróbce decyduję się na wersje mgiełek w czerni i bieli.

Wreszcie spomiędzy gałęzi przebijają pierwsze promienie słońca. Od razu robi się cieplej, a zdjęcia nabierają życia.

Włączamy kolory 🙂

Mgła powoli ustępuje i kora sosen zaczyna świecić.

Fotografów w okolicy dostatek 🙂

Mgły zniknęły, pojawiły się za to inne ukryte dotąd atrakcje…

W oddali widać słynną nadbużańską skarpę. A na niej co chwila pojawia się jakaś nowa grupka. Jak na szóstą rano, to ruch tu jak na targu 🙂

Do kompletu doliczyć trzeba tłumy wędkarzy. Niektórzy z nich śpią, a ryby same się łapią 🙂

Ruszamy jeszcze na małą ucztę pomiędzy wierzby. Za stół robi wielki uschnięty pień, a okoliczności przyrody sprzyjają konsumpcji. Zwykle wiosną te wierzby stoją w wodzie… ale tym razem susza daje się we znaki przyrodzie.

Mamy już poranek w pełni, intensywne błękitne niebo, więc pada pomysł by ruszyć jeszcze na kilka zdjęć „kilka wiosek dalej”. Czeka tam na nas „nasze drzewo”.

Piętnaście minut jazdy i jesteśmy na miejscu. Mijamy rezerwat Trojan i parkujemy w okolicy ścieżki przyrodniczej pod Mierzwicami.

W Bugu jak wszędzie jest dramatycznie mało wody, jak na tą porę roku.

Na środku rzeki odkrywam wielką wyspę… nigdy jej tu nie widziałem. Jedyna jej zaleta, to że jest bardzo malownicza.

Jest i nasze drzewo 🙂 Drapie niebo jak co roku (chmur nie może, bo ich po prostu nie ma).

Urządzamy konkurs na najlepsze ujęcie. Ja zwykle za nagrodą – kto wygrywa, ten stawia piwo 😉

Wpada nam jeszcze w oko kwitnąca dzika jabłoń. Fotograf żywemu nie przepuści.

Zostało pamiątkowe foto i wracamy pospać 🙂

Tradycją stało się już w NGP organizowanie niedzielnych spacerów fotograficznych. Tym razem hasło padło na podatny grunt, bo nagle stawiła się wyjątkowo silna i dobrze zorganizowana ekipa obwieszona aparatami jak choinka 🙂

Cel: park. Dużo się w nim ostatnio dzieje, tym bardziej że w związku z trwającą rewitalizacją stoi wiele zakazów, a to oznacza, że ciekawość musi być zaspokojona 🙂

Obchodzimy dla formalności odnowioną już część parku, by przekonać się że inwestycja ma sens.

Teraz jednak zmierzamy w kierunku części remontowanej.

Na pierwszy ogień idzie nowe wejście do parku wraz z mostem i bramą.

Najciekawszy jest jednak amfiteatr. Remontowany od niepamiętnych czasów – chyba w końcu doczeka się otwarcia.

Pogoda marna to i NGP trochę niewyraźna 🙂

Budowa trwa…

A na koniec podziwianie sztuki 🙂

Minęły już 3 tygodnie nowego 2020 roku, więc kiedyś musiało w końcu nastąpić symboliczne „otwarcie kadru”.  Wychodząc z założenia, że każda pogoda jest fotograficzna, zwarta i silna grupa zwana Niezależną Grupą Plenerową wyrusza w niedzielny poranek w jedynym słusznym, jak się okazało, kierunku, czyli „za Bug”. 

Jedziemy całkiem spory dystans by dotrzeć do mostu na Bugu, bo oczywiście zimą prom w Mielniku nie pływa. Mgła dodaje aury tajemniczości a kilometry szybko lecą. 

Koterka to zagubiona w środku Puszczy Mielnickiej, niewielka cerkiew tuż przy samej granicy. Tam właśnie postanowiliśmy rozpocząć tegoroczny sezon.

W niedzielę (19 stycznia) wierni Kościoła prawosławnego obchodzą jedno z dwunastu najważniejszych świąt w roku liturgicznym – święto Chrztu Pańskiego, zwane świętem Jordanu. Zgodnie z tradycją w tym dniu wierni uczestniczą w obrzędzie wielkiego poświęcenia wody.

W Kościele prawosławnym święto Chrztu Pańskiego obchodzone jest na pamiątkę chrztu Chrystusa w rzece Jordan. Połączone jest ze świętem Epifanii, czyli Objawienia Pańskiego.

Zgodnie z tradycją w tym dniu ma miejsce obrzęd wielkiego poświęcenia wody. Dokonuje się go w cerkwi, a jeśli to możliwe na rzece lub jeziorze.

Wyznawcy prawosławia zanurzają się także sami w lodowatej wodzie. Poświęconą wodę przynoszą do domów i przechowują przez cały rok. Piją ją w czasie choroby. Wierzą, że pomaga odzyskać zdrowie. Taką wodą święcą również mieszkania.

Temat jest bardzo fotograficzny i przez nas lubiany.

Przyjechaliśmy na miejsce mocno przed czasem, więc proponuję jeszcze zajrzeć do sąsiedniej cerkwi św.Kosmy i Damiana w Telatyczach. Odkryłem to miejsce w czasie letnich wyjazdów rowerowych. Intuicja mnie nie zawodzi i trafiamy w sam środek uroczystości, co owocuje całkiem pokaźną ilością materiału fotograficznego. W dodatku jesteśmy tam jedynymi fotografami 🙂

Wracamy do Koterki. Jak zwykle wita nas gościnna Białoruś 😉

Gospodarz świątyni nadal odprawia swoją długą liturgię w środku cerkwi. Kiedy ostatnio miałem z nim okazję rozmawiać, wspominał, że tu „nie ma się gdzie spieszyć” 🙂 Czekamy więc dobrą godzinę na wyjście procesji wiernych. Wreszcie są.

Kręcąc się cicho wokół odbywającej się uroczystości robimy kolejną porcję zdjęć.

Ostatni gasi świeczki 🙂

Pora wracać. Jako znawca terenu proponuję jeszcze zdobycie góry 😉 Moi koledzy są mile zaskoczeni faktem istnienia miejsca, o którym nie wiedzieli, chociaż bywali tu nie raz. No to biegiem na Górę Prowały.

Oczywiście wracając robimy obowiązkowy przystanek przy bunkrach 🙂 Nikt nam nie zarzuci, że „bunkrów nie ma” 😉

Zima miała się skończyć szybciej niż się zaczęła, gdy nagle zawitał do nas „wir polarny” i postanowił postraszyć wszystkich oczekujących na wiosnę.

Główny meteorolog Piotrek orzekł, że w ostatni weekend lutego gwarantuje piękny wschód słońca i cóż było robić… zerwaliśmy się o piątej rano. Ubrani na cebulkę, patrzymy z niepokojem na termometry.

-16. To co będzie nad Bugiem przy gruncie?

Sprawnie zbieramy całą ekipę i kilka minut przed wschodem już jesteśmy na miejscu. Czekamy. Słońce wychyla się nieśmialo z lasu.

A potem szybko zmierza w górę. Piękny spektakl trwa zaledwie kilka minut. Jak zwykle zresztą 🙂

Na Bugu płynie już śryż, a różnica temperatur sprawia, że woda mocno paruje. Nad rzeką unoszą się opary oświetlone porannym ciepłym słońcem.

Potworne zimno sprawia, że realizujemy kolejny punkt planu. Za chwilę płonie ognisko i nie szumią knieje 🙂 Za to skwierczy kiełbasa na kiju. Gorąca herbata wchodzi wybornie. 

„Otwarcie krzaka” w takich okolicznościach przyrody będziemy długo pamiętać 🙂

Potem ruszamy ponad rzeką w stronę skarpy. Zimno wciska się każdym wolnym otworem w naszych ubiorach. Wziąłem na dzisiejszą wyprawę swój ciężki sprzęt zimowy i ten na szczęście daje radę 🙂

Słońce jest już całkiem wysoko, niebo robi się intensywnie błękitne, ale wcale nie jest cieplej. Mróz trzyma ostro.

Chwilę jeszcze spacerujemy nad rzeką.

Wreszcie pora na odwrót. Wracamy przez zamarznięte rozlewiska do auta. Stąd jeszcze jedziemy na chwilę do Woroblina, gdzie czeka na nas Mirek w swojej czatowni. 

Wypijamy kawkę i plener zimowy uznajemy za zakończony sukcesem.