Zima miała się skończyć szybciej niż się zaczęła, gdy nagle zawitał do nas „wir polarny” i postanowił postraszyć wszystkich oczekujących na wiosnę.

Główny meteorolog Piotrek orzekł, że w ostatni weekend lutego gwarantuje piękny wschód słońca i cóż było robić… zerwaliśmy się o piątej rano. Ubrani na cebulkę, patrzymy z niepokojem na termometry.

-16. To co będzie nad Bugiem przy gruncie?

Sprawnie zbieramy całą ekipę i kilka minut przed wschodem już jesteśmy na miejscu. Czekamy. Słońce wychyla się nieśmialo z lasu.

A potem szybko zmierza w górę. Piękny spektakl trwa zaledwie kilka minut. Jak zwykle zresztą 🙂

Na Bugu płynie już śryż, a różnica temperatur sprawia, że woda mocno paruje. Nad rzeką unoszą się opary oświetlone porannym ciepłym słońcem.

Potworne zimno sprawia, że realizujemy kolejny punkt planu. Za chwilę płonie ognisko i nie szumią knieje 🙂 Za to skwierczy kiełbasa na kiju. Gorąca herbata wchodzi wybornie. 

„Otwarcie krzaka” w takich okolicznościach przyrody będziemy długo pamiętać 🙂

Potem ruszamy ponad rzeką w stronę skarpy. Zimno wciska się każdym wolnym otworem w naszych ubiorach. Wziąłem na dzisiejszą wyprawę swój ciężki sprzęt zimowy i ten na szczęście daje radę 🙂

Słońce jest już całkiem wysoko, niebo robi się intensywnie błękitne, ale wcale nie jest cieplej. Mróz trzyma ostro.

Chwilę jeszcze spacerujemy nad rzeką.

Wreszcie pora na odwrót. Wracamy przez zamarznięte rozlewiska do auta. Stąd jeszcze jedziemy na chwilę do Woroblina, gdzie czeka na nas Mirek w swojej czatowni. 

Wypijamy kawkę i plener zimowy uznajemy za zakończony sukcesem.

Miało by piękne otwarcie sezonu nadbużańskiego a skończyło się jak zwykle 🙂 „Przysłowiowy wschód słońca” okazał się ponurym i deszczowym porankiem. Ale NGP nie w takich okolicznościach wyruszało na kultową butelkę oranżady z GS.

Godzina 6 – ciemność. Pierwsza niedziela nowego roku, a śniegu nadal nikt nie widział… czarne chmury nad głową, dodatnia temperatura na zewnątrz, ale to nas nie zniechęca. Dziwnie wysoka jak na tą porę roku woda w Bugu wymaga sprawdzenia na miejscu 🙂

Docieramy do Nepli przed świtem i ruszamy pomału w stronę parku krajobrazowego. Podziwiamy zalane łąki, wystające z wody krzaki i tylko brakuje nastrojowej mgły.

Idziemy najpierw nad Krzną, mijamy ujście i ciągnę ekipę dołem ponad Bugiem aż do miejsca, gdzie ścieżka kończy się stromym urwiskiem. Środkiem wiedzie ledwo widoczny ślad. Tędy się wspinamy na skarpę 🙂 Jest ślisko ale docieramy bez strat w ludziach 🙂

Z pewnym zdziwieniem słyszę, że moja grupka jest tu pierwszy raz w życiu 🙂 No tak, wszyscy pędzą na skarpę do Gnojna, a ta wcale nie jest gorsza!

Robimy trochę zdjęć i wracamy do auta.

Jacek proponuje nam jeszcze „podlaski klasyk” czyli „gruszę i krzyż na rozstaju dróg”. Wywozi nas za wieś Kołczyn, gdzie odkrywamy piękną drewnianą kaplicę z pomnikowymi drzewami a potem ruszamy błotnistą polną drogą pośród szpaleru wierzb na poszukiwania  gruszy.

Jest! Wygląda dokładnie tak jak miała wyglądać 🙂 Dopisuję do listy ulubionych miejsc. Wrócę tu na pewno nie raz.

Zaczyna mżyć, robi się przenikliwie zimno. Zarządzamy odwrót i uznajmy że pierwszy plener nie był najgorszy. Oranżada też była! Z GS, a jakże.

 

 

 

Jest taka lokalna tradycja, że przez trzy ostatnie dni w roku w Sławatyczach krążą… Brodacze! Zwykle z powodu prac związanych z końcem roku nie dane mi było pojechać na spotkanie z nimi, ale w tym roku kalendarz postanowił dać mi szansę. Dzień 30 grudnia wypadł w sobotę 🙂

Wieczorem jeszcze oglądamy z Andrzejem pogodę i stwierdzamy, że „chyba będzie dobrze”. Bo pogoda przez cały rok nie rozpieszczała. Rano niestety – ciemno, pochmurno, ponuro, więc ustalamy, że „obserwujemy rozwój sytuacji”. Po dziesiątej się przeciera! Jednak będzie tak, jak obiecała prognoza.

Przed jedenastą już jesteśmy w drodze i po godzinie docieramy na miejsce. Konkurs Brodaczy jest przewidziany na trzynastą, więc mamy czas pokręcić się po Sławatyczach, sfotografować cerkiew.

i stojący naprzeciw kościół.

A za chwilę nadciągają nasi Brodacze 🙂

Wokół nich tłumy fotografów, mieszkańców Sławatycz, dzieci… bo jest co podziwiać. Impreza z rozmachem!

Różne regiony kraju, a nawet poszczególne wsie i miasteczka, mają swoje zwyczaje związane z różnymi uroczystościami w ciągu roku. Takim oryginalnym i bardzo ciekawym zwyczajem, zarówno dla miejscowej ludności, jak przybyszów jest sławatycki zwyczaj pożegnania starego roku przez brodaczy.

Brodacze to lokalna nazwa przebierańców, którzy w ostatnich 3 dniach grudnia w okresie kiedy żegna się stary rok, nakładają specjalne stroje i paradują w nich po ulicach Sławatycz.

Określenie „ brodacze” pochodzi od bardzo długich bród z  lnianego włókna, jakie przyczepiali sobie miejscowi przebierańcy. Symbolizowały one długie życie, duże doświadczenie oraz bogactwo przeżyć.

Zwyczaj ten jest bardzo stary. Najstarsi mieszkańcy Sławatycz (90 lat) mówią, że o brodaczach odpowiadali im dziadkowie.

Przygotowywania strojów rozpoczęły się z początkiem adwentu. Dziewczęta robiły piękne kwiatki z kolorowymi bibułkami, a chłopcy wykonywali maski i poszukiwali odpowiednich kożuchów.

Aby zabawa dłużej trwała, najpierw tj. po Świętach Bożego Narodzenia za brodaczy przebierają się dzieci. Starsi 2-3 dni przed zakończeniem roku kolędowali, a zebrane pieniądze przeznaczali na cele społeczne jak: budowę Domu Ludowego, zakup motopompy strażackiej, samochodu strażackiego, czy też organów kościelnych.

W dniu 31 grudnia w godzinach popołudniowych rozpoczynali kolędowanie połączone ze składaniem życzeń [źródło: Sławatycze].

Czym Brodacze się wyróżniają? To chyba najlepiej zobaczyć na zdjęciach 🙂

Potem jeszcze idziemy na spacer nad Bug. Aura jak na grudzień wcale nie zimowa…

A po drodze mijamy „muzeum rdzy” 🙂

Wracamy jeszcze na moment na obwieszczenie wyniku wyborów najładniejszego Brodacza i kończy się krótki grudniowy dzień… Odwrót i za godzinkę jesteśmy w domu.

 

Ledwo wróciłem z letnich wojaży, dopadł mnie Andrzej z hasłem „Lubenka”. Lubenka to mała wieś koło Łomaz (a gdzie są Łomazy? – zapytała mnie koleżanka 🙂 ), gdzie rok temu zrobiłem swój reportaż roku z widowiska „Wereja”. Krótkie negocjacje z rodziną, uzgodnienie planów rodzinnych i około czternastej podjeżdża po mnie elegancki nowy nabytek Andrzeja z uśmiechniętym właścicielem za kierownicą 🙂

Zeszłoroczne widowisko były wyjątkowo efektowne i zastanawiałem się, czym zaskoczy mnie w tym roku „Czeladońka”, czyli zespół pasjonatów będących sprawcą całego tego zamieszania. Zaskoczenie było! Pełne!

Głównym punktem imprezy miał być… pokaz bajek dla dzieci 🙂 Wielkie niespodzianka i to bardzo pozytywna. Mnóstwo zaangażowanych osób, wiele pracy włożonej w przygotowania, efektowne stroje i przednia zabawa. Chwilami miałem wrażenie, że aktorzy bawią się lepiej od dzieci 🙂 

Kolejny raz okazało się, że ludzie są tu radośni, polityka daleko, życie płynie spokojnie, a wszyscy uśmiechnięci. Pozostaje im tylko podziękować za ten kawałek normalnego świata.

Zaś bohaterowie bajek odbyli długą podróż wśród widzów przy pomocy bajkowej ciuchci z prawdziwym zawiadowcą w czapeczce 🙂

Co tu się działo… Bolek i Lolek biegali za Tolą… a może na odwrót?

Baba Jaga rozdawała dzieciom jabłka, a Jaś z Małgosią nie protestowali…

Maja z Guciem dokonali oblotu całego terenu, rozrzucając po drodze cukierki…

Śnieżka ze swoimi krasnoludkami wybierali się jak zwykle do pracy…

Wilk próbował zjeść kwiaty Czerwonego Kapturka…

A siostry Kopciuszka upiększały się gustowną maseczką z ogórka.

Po pokazie dla dzieci pokazano jeszcze „Wereję” w wersji skróconej 🙂

W czasie oczekiwania na moje ulubione czarownice trafił nam się cały koszyk ciasta 🙂

A czarownice, oprócz tego, że ugotowały tradycyjnie swoją ziołową zupkę w kociołku, zatańczyły „zumbę czarownic”. To były bardzo nowoczesne czarownice 🙂