Zimowy plener w wiosennej scenerii

Miało by piękne otwarcie sezonu nadbużańskiego a skończyło się jak zwykle 🙂 „Przysłowiowy wschód słońca” okazał się ponurym i deszczowym porankiem. Ale NGP nie w takich okolicznościach wyruszało na kultową butelkę oranżady z GS.

Godzina 6 – ciemność. Pierwsza niedziela nowego roku, a śniegu nadal nikt nie widział… czarne chmury nad głową, dodatnia temperatura na zewnątrz, ale to nas nie zniechęca. Dziwnie wysoka jak na tą porę roku woda w Bugu wymaga sprawdzenia na miejscu 🙂

Docieramy do Nepli przed świtem i ruszamy pomału w stronę parku krajobrazowego. Podziwiamy zalane łąki, wystające z wody krzaki i tylko brakuje nastrojowej mgły.

Idziemy najpierw nad Krzną, mijamy ujście i ciągnę ekipę dołem ponad Bugiem aż do miejsca, gdzie ścieżka kończy się stromym urwiskiem. Środkiem wiedzie ledwo widoczny ślad. Tędy się wspinamy na skarpę 🙂 Jest ślisko ale docieramy bez strat w ludziach 🙂

Z pewnym zdziwieniem słyszę, że moja grupka jest tu pierwszy raz w życiu 🙂 No tak, wszyscy pędzą na skarpę do Gnojna, a ta wcale nie jest gorsza!

Robimy trochę zdjęć i wracamy do auta.

Jacek proponuje nam jeszcze „podlaski klasyk” czyli „gruszę i krzyż na rozstaju dróg”. Wywozi nas za wieś Kołczyn, gdzie odkrywamy piękną drewnianą kaplicę z pomnikowymi drzewami a potem ruszamy błotnistą polną drogą pośród szpaleru wierzb na poszukiwania  gruszy.

Jest! Wygląda dokładnie tak jak miała wyglądać 🙂 Dopisuję do listy ulubionych miejsc. Wrócę tu na pewno nie raz.

Zaczyna mżyć, robi się przenikliwie zimno. Zarządzamy odwrót i uznajmy że pierwszy plener nie był najgorszy. Oranżada też była! Z GS, a jakże.

 

 

 

Brodacze

Jest taka lokalna tradycja, że przez trzy ostatnie dni w roku w Sławatyczach krążą… Brodacze! Zwykle z powodu prac związanych z końcem roku nie dane mi było pojechać na spotkanie z nimi, ale w tym roku kalendarz postanowił dać mi szansę. Dzień 30 grudnia wypadł w sobotę 🙂

Wieczorem jeszcze oglądamy z Andrzejem pogodę i stwierdzamy, że „chyba będzie dobrze”. Bo pogoda przez cały rok nie rozpieszczała. Rano niestety – ciemno, pochmurno, ponuro, więc ustalamy, że „obserwujemy rozwój sytuacji”. Po dziesiątej się przeciera! Jednak będzie tak, jak obiecała prognoza.

Przed jedenastą już jesteśmy w drodze i po godzinie docieramy na miejsce. Konkurs Brodaczy jest przewidziany na trzynastą, więc mamy czas pokręcić się po Sławatyczach, sfotografować cerkiew.

i stojący naprzeciw kościół.

A za chwilę nadciągają nasi Brodacze 🙂

Wokół nich tłumy fotografów, mieszkańców Sławatycz, dzieci… bo jest co podziwiać. Impreza z rozmachem!

Różne regiony kraju, a nawet poszczególne wsie i miasteczka, mają swoje zwyczaje związane z różnymi uroczystościami w ciągu roku. Takim oryginalnym i bardzo ciekawym zwyczajem, zarówno dla miejscowej ludności, jak przybyszów jest sławatycki zwyczaj pożegnania starego roku przez brodaczy.

Brodacze to lokalna nazwa przebierańców, którzy w ostatnich 3 dniach grudnia w okresie kiedy żegna się stary rok, nakładają specjalne stroje i paradują w nich po ulicach Sławatycz.

Określenie „ brodacze” pochodzi od bardzo długich bród z  lnianego włókna, jakie przyczepiali sobie miejscowi przebierańcy. Symbolizowały one długie życie, duże doświadczenie oraz bogactwo przeżyć.

Zwyczaj ten jest bardzo stary. Najstarsi mieszkańcy Sławatycz (90 lat) mówią, że o brodaczach odpowiadali im dziadkowie.

Przygotowywania strojów rozpoczęły się z początkiem adwentu. Dziewczęta robiły piękne kwiatki z kolorowymi bibułkami, a chłopcy wykonywali maski i poszukiwali odpowiednich kożuchów.

Aby zabawa dłużej trwała, najpierw tj. po Świętach Bożego Narodzenia za brodaczy przebierają się dzieci. Starsi 2-3 dni przed zakończeniem roku kolędowali, a zebrane pieniądze przeznaczali na cele społeczne jak: budowę Domu Ludowego, zakup motopompy strażackiej, samochodu strażackiego, czy też organów kościelnych.

W dniu 31 grudnia w godzinach popołudniowych rozpoczynali kolędowanie połączone ze składaniem życzeń [źródło: Sławatycze].

Czym Brodacze się wyróżniają? To chyba najlepiej zobaczyć na zdjęciach 🙂

Potem jeszcze idziemy na spacer nad Bug. Aura jak na grudzień wcale nie zimowa…

A po drodze mijamy „muzeum rdzy” 🙂

Wracamy jeszcze na moment na obwieszczenie wyniku wyborów najładniejszego Brodacza i kończy się krótki grudniowy dzień… Odwrót i za godzinkę jesteśmy w domu.

 

Tam gdzie rosną niezabudki

Ledwo wróciłem z letnich wojaży, dopadł mnie Andrzej z hasłem „Lubenka”. Lubenka to mała wieś koło Łomaz (a gdzie są Łomazy? – zapytała mnie koleżanka 🙂 ), gdzie rok temu zrobiłem swój reportaż roku z widowiska „Wereja”. Krótkie negocjacje z rodziną, uzgodnienie planów rodzinnych i około czternastej podjeżdża po mnie elegancki nowy nabytek Andrzeja z uśmiechniętym właścicielem za kierownicą 🙂

Zeszłoroczne widowisko były wyjątkowo efektowne i zastanawiałem się, czym zaskoczy mnie w tym roku „Czeladońka”, czyli zespół pasjonatów będących sprawcą całego tego zamieszania. Zaskoczenie było! Pełne!

Głównym punktem imprezy miał być… pokaz bajek dla dzieci 🙂 Wielkie niespodzianka i to bardzo pozytywna. Mnóstwo zaangażowanych osób, wiele pracy włożonej w przygotowania, efektowne stroje i przednia zabawa. Chwilami miałem wrażenie, że aktorzy bawią się lepiej od dzieci 🙂 

Kolejny raz okazało się, że ludzie są tu radośni, polityka daleko, życie płynie spokojnie, a wszyscy uśmiechnięci. Pozostaje im tylko podziękować za ten kawałek normalnego świata.

Zaś bohaterowie bajek odbyli długą podróż wśród widzów przy pomocy bajkowej ciuchci z prawdziwym zawiadowcą w czapeczce 🙂

Co tu się działo… Bolek i Lolek biegali za Tolą… a może na odwrót?

Baba Jaga rozdawała dzieciom jabłka, a Jaś z Małgosią nie protestowali…

Maja z Guciem dokonali oblotu całego terenu, rozrzucając po drodze cukierki…

Śnieżka ze swoimi krasnoludkami wybierali się jak zwykle do pracy…

Wilk próbował zjeść kwiaty Czerwonego Kapturka…

A siostry Kopciuszka upiększały się gustowną maseczką z ogórka.

Po pokazie dla dzieci pokazano jeszcze „Wereję” w wersji skróconej 🙂

W czasie oczekiwania na moje ulubione czarownice trafił nam się cały koszyk ciasta 🙂

A czarownice, oprócz tego, że ugotowały tradycyjnie swoją ziołową zupkę w kociołku, zatańczyły „zumbę czarownic”. To były bardzo nowoczesne czarownice 🙂

 

 

Plener Fotoklubu Podlaskiego – Gmina Piszczac

Plener Fotoklubu czyli dzień z życia fotografa

Wiosenny okres to nasz tradycyjny plener fotograficzny Fotoklubu Podlaskiego. Przed nami kolejne wyzwanie – gmina Piszczac. Uzbrojeni w płaszcze (chcieliśmy się wtopić w miejscowych) zjeżdżamy się w piątkowe popołudnie w sympatycznym gospodarstwie agroturystycznym nad Krzną. Pierwszy wieczór jak zwykle służy integracji środowiska fotograficznego, niekończącym się dyskusjom natury sprzętowej i ideologicznej (oczywiście o fotografii) 🙂

Idziemy jeszcze na spacer nad Krznę, ale poza podmokłą łąką nie ma tu żadnych atrakcji godnych sfotografowania. Woda w Krznie nadal jest bardzo wysoka, miejsce gdzie opuszczane są kajaki – błotniste, a rowy pełne wody. Udaje nam się dojść do dwóch samotnych uschniętych pni i stwierdzamy, że nic tu po nas 🙂 Nawet aparatu nikt nie wyjął… Wracamy do naszej wiatki, na ruszcie pieką się kiełbaski, a Fotoklub bawi się w najlepsze.

„Punkt piąty” kończymy koło północy. Trafia mi się łóżko z centralnie umieszczonym nisko nad głową oknem dachowym. Rewelacja! Otwieram oczy i widzę … rozgwieżdżone niebo! Agroturystyka jest na zupełnym odludzi, wokół doskonała ciemność i gwiazdy! Tak to można spać 😀 Nawet nadciągający kolejni imprezowicze jak zwykle nie są w stanie mnie obudzić 🙂

O czwartej rano słyszę odgłosy walki z budzikiem. No tak – łowcy świtów. Pędzą nad rzekę łapać mgiełki i jakieś skostniałe robale – podobno rano mniej się ruszają 🙂

Ponieważ pamiętam jednak, że nad rzeką nie czeka na mnie żaden wybitny pejzaż, przykładam głowę do poduszki i odpływam. W sen. O siódmej jednak nie da się już spać, zresztą wszyscy pomału wyłażą na poranne łowy, ruszam się i ja. Ptaki śpiewają, a pogoda – zapowiada się genialna. Jeszcze tylko śniadanie i dzielimy się na trzy załogi.

Ruszamy koło 10. Przekraczamy rzekę, krajówkę i jesteśmy przed Chotyłowem. Pada propozycja zajrzeć na plażę obok cegielni. Jest to miejscowa atrakcja turystyczna. Powstały tu  na skutek zalania wyrobisk, w których wydobywano kiedyś glinę, zbiorniki wodne. Potocznie miejsce nazywane jest „Kubikami”. Cicho tu i sennie, raz że godzina wczesna, a ponadto w maju jeszcze nie sezon kąpielowy.

Łąkę pracowicie strzyże pan na kosiarce, piasek równiutko wygrabiony, słomiane parasolki jak na plaży na Hawajach 😉 Zakładam filtr polaryzacyjny i robię trochę zdjęć „folderkowych” 🙂

Załoga do wozu i ruszamy dalej na poszukiwanie przygód. Przed przejazdem kolejowym mijamy jedną z naszych ekip, która dobrała się do komina. My skręcamy na Zalutyń. Jest tu niedaleko leśniczówka, ale zostawiamy ją sobie na powrót. Wyjeżdżamy tuż przed Piszczacem. Czas na gwiazdę. Prawdziwą, czerwoną. Może ostatnią. Tablica zniknęła, bo niesłuszna (zapewne) – w końcu kto dziś się przejmuje wyzwoleńczą Armią Czerwoną 😉

Ruszamy dalej, Piotrek dzielnie prowadzi, chociaż nie zawsze  wie dokąd jedziemy i co jakiś czas rzuca „za mało danych” 😉 Udaje się dojechać do Dąbrowicy Dużej, ale stwierdzamy, że atrakcji brak. Skręcamy na Chroszczynkę. Byliśmy tu zimą i jakoś nie ma zapału, żeby się zatrzymać. Ruszamy na Zahorów. Jacek twierdzi że ma pewniaka – schowany w lesie stary cmentarz. Na wjeździe do wsi stoi przystrojony krzyż. No – będzie temat – majowe. Od miejscowych szybko wyciągamy informację, że o osiemnastej.

Zamieniamy kilka słów z panią, która ma 90 lat, a wygląda jakby miała 20 lat mniej 🙂 Starsi ludzie w takich wsiach zawsze chętnie rozmawiają, a Jacek ma szczególny dar zagadywania. Poznajemy historię życia pani, wiemy już, gdzie się dzieci rozjechały po świecie, kto się panią opiekuje i jak tu się żyje…

Szukając cmentarza trafiamy pod cerkiew. Tu według notatek mamy zjechać w polną drogę. Pod lasem droga ma kilka odjazdów. Co dalej? Google 🙂 Telefon w dłoń, rzut oka na okolicę z kosmosu i wszystko jasne 🙂 Słoneczko przypieka coraz bardziej. Snujemy teorie na temat znalezionego kamienia, dziwnych słupków w lesie, starego płotu i wychodzi nam że tu była cerkiew. Co z tego że nie było, jak nawet potem powie miejscowy pop. Była i już! 🙂 Każdy detal ląduje na karcie aparatu, czas na odwrót.

Zatrzymujemy się przy cerkwi. „Otworzyć?” – pyta gospodarz. Milo, sympatycznie. Odrywa się od swojej pracy, wprowadza do wnętrza, opowiada. Cerkiew jest pięknie odnowiona, bo właściwie postawiono ją od zera całkiem niedawno.

Cerkiew pod wezwaniem Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Zahorowie – prawosławna cerkiew parafialna. Należy do dekanatu Biała Podlaska diecezji lubelsko-chełmskiej Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego.

Kamień węgielny pod budowę świątyni został położony 28 kwietnia 1991, dwa lata po reaktywowaniu istniejącej w I poł. XX w. parafii prawosławnej. 1 sierpnia 1993 gotowy budynek poświęcił arcybiskup lubelski i chełmski Abel. Jednorzędowy ikonostas we wnętrzu świątyni wykonał mieszkaniec Zahorowa Aleksy Chwesiuk, zaś ikony napisał Eugeniusz Świniarczuk z Kowla. W 2008 w budynku pojawiła się tablica pamiątkowa przedstawiająca cerkiew w Zahorowie zniszczoną w czasie akcji rewindykacyjno-polonizacyjnej w 1938 [źródło: Dioblina.eu].

Żegnamy się z gospodarzem, dziękując za możliwość zwiedzenia obiektu.

Teraz się zacznie… Ruszamy pod sklep, bo upał i trzeba się zasilić w płyny. Jeszcze w Chotyłowie Jacek wyczaił tradycyjną oranżadę Bystrą. Ta jednak szybko się skończyła.

Dzwoni Mirek, żeby kupić mu zapas piwa. No a w sklepie – miejscowi 🙂 Rozmowni. Chętni do pomocy. Nawet jeśli maja problem z wysłowieniem się 😉 Nie wiem, ile piwa od rana poszło pod tym płotem 🙂 Starsza pani łapie pod rękę synka na oko dwa razy większego od niej i groźnie rzuca do sklepowej „jemu więcej piwa nie sprzedawaj” 😉

Pan potulnie idzie za panią matką 🙂

Załoga do wozu. Czas na Połoski. Najpierw są Połoski Stare. Kilka PGR-owskich bloków. Mijamy panów siedzących w bagażniku „audika w tedeiku”. Zgodnie oceniamy, że nie zaczepiamy 😉 Tabliczka do kolejnej wsi mobilizuje nas do skrętu w bok. „Panie tu koniec drogi zaraz, w drugą stronę też” – mówi pan koszący trawę przy drodze.

Nasz kolejny cel to teraz kościół w X. Drewniany, pięknie odnowiony. W środku… panie dekorują ławki kwiatami. Coś się kroi! Ślub będzie. Rzucam w eter: ślub to i brama by się przydała. Bożenka od kwiaciarek natychmiast łapie fazę 🙂 Rodzi się PLAN. Od słowa do słowa  i wiemy gdzie i której mamy się stawić – stolik i wstęga będą czekać!

Okazuje się że panna młoda to sąsiadka. Mirkowe piwo dawno zniknęło, więc humory wyśmienite i każdy PLAN nam niestraszny.

Fotografujemy wnętrze (za co Bożenka zebrała potem od księdza…)Więc kościół w X. pozostanie w X. Chyba wolę prawosławie. Ma jakieś bardziej ludzkie oblicze.

Chwila i znowu jesteśmy w Piszczacu. Oczywiście wszystkie drogi prowadzą do sklepu. Zapasy uzupełnione, chociaż ośmiopak, który wydawał się najbardziej ekonomiczny (jedno gratis) – nie chciał się dać nabić na kasę. Chyba nam dobrze z oczu patrzyło, bo miła pani orzekła, że na sztuki nam się nie opłaci i zaproponowała czteropaki 🙂

Rzut oka na mapę i znajdujemy Wyczółki. Tam nas jeszcze nie było. Wyczółki nas nie powalają, ale oto Dąbrowica Mała. Jarek przygotowywał tu reprodukcje obrazów miejscowego malarza Bazylego Albiczuka. Poleca nam zobaczyć Izbę Pamięci no i ogrody, które malował pan Bazyli.

 
Urodził się w 1909 r. w Dąbrowicy Małej. Ukończył tylko cztery klasy szkoły powszechnej. Nie uczył się nigdy nauk rysunku, a jednak jego obrazy trafiły do galerii. Został doceniony przez krytyków i koneserów sztuki nieprofesjonalnej, zwanej też naiwną. Bardzo cenione są jego obrazy z cyklu „Ogrody”, w których przedstawiał własny ogród kwiatowy otaczający domek-pracownię w rodzinnej Dąbrowicy Małej. Bywał porównywany z krynickim Nikiforem, jednak jego twórczość cechuje znacząco mniejszy stopień „naiwności”.

Kolorowy świat ogrodów Albiczuka zachwyca prostotą kompozycji, ale też niezwykłym bogactwem detalu. Obrazy pana Bazylego znajdują się w wielu prywatnych kolekcjach. Najpełniejszy ich zbiór znajduje się Muzeum Południowego Podlasia w Białej Podlaskiej.

Artysta z Dąbrowicy Małej zmarł w 1995 r. Pozostawione zeszyty z notatkami ujawniły nieznane artystyczne oblicze pana Bazylego. Wśród różnych zapisków zawierają one wiersze w większości napisane w języku ukraińskim! To odkrycie stanowiło zaskoczenie dla znających go osób. Na co dzień nie przyznawał się do ukraińskiego pochodzenia, nawet swoje obrazy sygnował po polsku.

Zgodnie z ostatnią wolą „artista-żywopisca” pochowano go na prawosławnym cmentarzyku położonym na wschód od rozstajów dróg w Dąbrowicy Małej. We wsi można zobaczyć tylko opuszczony dom i zdziczały ogród pana Bazylego, ulubiony plener uwieczniony na kolorowych płótnach [źródło: Polska Niezwykła].

Ogrodów nie ma ale i tak jest (jak w kultowym filmie) 🙂

Ogrody trochę zdziczały. Przebijając się przez krzaki docieramy do grządki, na które pracują dwie panie. Lepiej nie mogliśmy trafić  – to sąsiadka naszego malarza. Miła pani pozostawia koleżankę, idzie po klucze i oprowadza nas po Izbie Pamięci. Proponuje nam tez kawę, ale chyba jest zbyt gorąco. Dziękujemy za sympatyczne spotkanie i ruszamy po dalsze przygody.

Wracamy na krzyżówkę w Wyczółkach i każę kierowcy naszego wehikułu skręcić na Wólkę Kościeniewicką. Jest tu pewnie tajemnicze miejsce. Wjeżdżamy w sosnowy las, mijamy piękny jagodnik, kilometry lecą, a ja buduję nastrój grozy swoją opowieścią. Pojawiają się wysokie nasypy ziemne, siatki, wysokie płoty, szczelne bramy i kamery zerkające na przybywających. Legendy głoszą, że niegdyś urzędował tu pewien znany polityk. Atmosfera udziela się wszystkim, kierowca robi nawrót i wszyscy podejrzliwie oglądają się do tyłu, czy nikt nas nie goni 😉

Znowu Piszczac. Pościg zgubiony, można wbijać na naszą bramkę. Są dwie nasze załogi. Obstawiamy cały teren. Odgłosy luster zagłuszają marsza granego przez muzykanta 🙂 Wynajęty fotograf zbiera szczękę z ziemi, widząc krytyczne zagęszczenie aparatów na metr kwadratowy 🙂 Zdobywamy flaszkę i wielki kawał kiełbasy! A panna młoda ładna była…

No dobra, mamy jeszcze chwilę do majowego, więc jedziemy kupić Mirkowi zapas piwa (kolejny raz – gdzie ono znika??). Zatrzymujemy się w leśniczówce w Zalutyniu. Pierwszy raz siadamy w tym ogólnym szaleństwie. Spokojnie wyciągamy… Mirka piwo 🙂 Przyglądają nam się trzy niedźwiedzie. Drewniane.

Niezawodna Toyota wiezie nas znowu do Zahorowa. Mamy chwilę i zaglądamy jeszcze raz na cmentarz. Pierwszy dziś moment wyciszenia. Panie starsze i młodsze śpiewają około 40 minut, chętnie godząc się na obecność reporterskiej ekipy. Staramy się być zresztą dyskretni i nie włazimy ludziom na głowę. Słońce jest już nisko, daje piękne długie cienie i złotą barwę. Takie godne zakończenie tego szalonego dnia.

Już tylko pozostaje wrócić na spóźniony obiad, bo jest prawie dziewiętnasta 🙂

Wieczorem troszkę pokazów, wspominek z tego ciekawego dnia i znowu mam gwiazdy nad głową 🙂

Niedzielny poranek to już tylko śniadanie, pożegnania i 15 minut jazdy do domu 🙂

 

Urodziny

Tak… dziś mam urodziny. Co się robi w urodziny? Wstaje o 4 rano i jedzie nad Bug robić zdjęcia 🙂

Zmęczony przewijającym się tabunem gości, kładę się spać około północy, kiedy dociera wiadomość od NGP: fotografujemy wschód słońca 🙂 Ufff, jak tu odmówić. O czwartej dzwoni budzik, kawa, wrzucam na siebie przygotowane ciepłe ubranie (ech, te majowe przymrozki 🙂 ) i biegnę na parking. Jacek już czeka. Pędzimy jeszcze po Piotra, sprawdzając po drodze czy straż miejska pilnuje pomnika 😉 Pilnuje!

Słońce gdzieś tam pomału wyłazi z nad horyzontu, a tu do celu jeszcze kilka kilometrów. Chyba za późno wstaliśmy 🙂

Docieramy do Bubla i pędzimy na landartowe łąki. Oj ładnie jest. Mimo nadciągajcych chmur. Aparaty w dłoń i czas lapać nasze 5 minut. Taaaa… Każdy aparat znacznie lepiej robi zdjęcia, gdy ma w środku baterię 🙂 Moja … nadal ładuje się w domu… Piotrek chyba wiedział, że pojadę bez zasilania, bo wyciąga zapasową – całkiem jak królika z kapelusza 🙂

Fotografowanie uratowane!

Niestety niebo szybko zaciąga się chmurami, ale szkoda poranka. Całą trójkę roznosi energia, więc ruszamy dalej. Widok drogi na pierwszy Landart szybko nas zniechęca do próby wjazdu… jak to Jacek filozoficznie stwierdza – gdzie ja 1 maja chłopa z ciągnikiem o 6 rano znajdę. Kolejna próba, to prom w Niemirowie. Tu droga wygląda jeszcze gorzej. Zostaje pojechać na skarpę w Gnojnie. Ten temat zawsze aktualny 🙂

Tu pierwszy szok… wszystkie drzewa na skarpie wycięte – sterczą tylko pnie. No dobra, może jakiś miłośnik pejzaży chciał poprawić widoki 🙂 I tak mam mieszane uczucia. Z każdym rokiem odnoszę wrażenie, że skarpa niszczeje i to wyłącznie wskutek działalności człowieka a nie naturalnej erozji.

Jedziemy dalej – następne są Borsuki. Tu oczywiście wpadają nam w oko tutejsze szalone wierzby. Tańczącą ostatnio fotografowałem, teraz odkrywam kolejną  – pękła ze starości w pół i epatuje swoimi wnętrznościami. 

Rozdarcie wewnętrzne. Moje pierwsze skojarzenie.

Całkiem blisko stąd do Serpelic. Postanawiamy sprawdzić plotkę, że wycięto tam cały las. Kilka kilometrów i jesteśmy na miejscu. Las na szczęście stoi 😉 

Teraz ja rzucam hasło: Trojan i drzwi do lasu. No to jazda. To tylko kilka kilometrów. Tu niestety zaczyna się dramat. W okolicy Zabuża mijamy pierwsze wycięte całe połacie lasu. Płakać się chce. Co z tego, że ścieżki przyrodnicze, rezerwaty – teraz straszą tylko pnie, stratowana wyciąganymi drzewami ściółka. 

Docieramy na leśny parking. Drzwi do lasu zniknęły… Cięcie dosięgło nawet ścieżkę przyrodniczą idącą ponad samym Bugiem 🙁 

Nad rzeką śpią dzielni rowerzyści, a my fotografujemy cudne drzewa nad wodą.

Drapacz chmur.

Wracamy przez Hołowczyce. Tu las wygląda jeszcze gorzej. Cytując Maćka czyli Zardzewiałego, „wszystko wygląda jak po nalocie dywanowym”. Czyli marnie.

Dziś skończyłem pierwsze pół wieku. Co ja będę oglądał przez drugie pół, jak dobre zmiany pójdą w takim tempie?

To co ocalało.