To był specjalny wyjazd – poczciwa 20-letnia „babcia” przewiozła mój rower po raz ostatni 🙁 Niezawodny towarzysz rowerowych wypraw poszedł w nowe ręce, więc trzeba będzie coś wykombinować, jak tu dalej zwiedzać nadbużańskie wertepy.

Na dziś pozostał mi ostatni tutejszy odcinek – od Janowa Podlaskiego. Rezygnuję z wjazdu do stadniny i postanawiam zaparkować obok kościółka w Pawlowie Starym. 

Dosiadam swego rumaka i ruszam w kierunku rzeki – w miejsce, gdzie rok temu kończyłem trasę z Niemirowa. Początek to walka z piaskiem, ale za chwilę przecinam drogę wokół stadniny i ruszam wąską ścieżką pośród traktorów koszących łąki i dziesiątek bocianów, by dotrzeć nad Bug. 

Wreszcie znowu rzeka. A nad nią wyraźna ścieżka tuż ponad lustrem wody. Natykam się na pierwszą przeszkodę. Głęboki rów o pionowych zboczach – raczej nie do sforsowania, ale ktoś zapobiegliwy ułożyć z betonowych pali przeprawę 🙂 Za chwilę mogę jechać dalej.

Droga jest całkiem dobra i tempo też. Przecinam kolejny rów i małe zaskoczenie – droga ginie pod świeżym sianem. Trafiam w istny labirynt skoszonych kawałków łąki, poprzecinanych rowami, bużyskami i rozlewiskami. Wychodzę z założenia, że skoro zostały skoszone, to jakoś udało się tu dojechać i musi być jakieś wyjście 🙂

Czeka mnie tylko jeden skok przez rów i za chwilę wyjeżdżam na szerszą polną drogę. Z ulgą odkrywam, że to ścieżka przyrodnicza na łęg dębowy. Jestem uratowany 🙂 

Mijam zarastające jezioro, ukryte za gęstymi krzakami. O jego istnieniu informuje tablica przy drodze. Dalej droga wiedzie przez środek łąki, potem wpada w jakiś zarośla i już widzę w oddali znajomą, ułożoną z płytek drogę ze stadniny.

Mijam kolejne jeziorko i robię nawrót w stronę rzeki, którą od jakiegoś czasu straciłem z oczu. Po kilku minutach Bug pojawia się znowu przede mną w miejscu, które jako jedno z nielicznych zostało sztucznie umocnione. Rzeka próbowała tu zrobić sobie skrót, odcinając kilkadziesiąt hektarów Polski dla naszych sąsiadów. Mam pierwszą okazję zapuścić się w ten całkowicie dziki rejon. Najpierw przecinam rozległą łąkę, a potem ruszam nad rzekę. Miejsce jest niesamowicie odludne, ale i piękne.

Jadąc ponad rzeką wracam do miejsca, gdzie powstały umocnienia.

Teraz czas na przebicie się przez odnogi, które łączą rzekę z rozlewiskami rezerwatu „Łęg Dębowy”. Niski stan wody powoduje, że nie jest to wielki problem i wszelkie obniżenia przejeżdżam „suchą stopą” 🙂 

Miejsce gdzie trafiłem jest tak niesamowite, że nie mogę się napatrzeć. Jestem w samym środku uroczyska powstałego z rozlewisk, wierzb, uschniętych kikutów drzew. Muszę tu kiedyś wrócić, bo to jedno z piękniejszych miejsc. 

Po chwili droga znowu wychodzi nad Bug i po kilku minutach docieram do kolejnego punktu wyprawy – małego jeziorka zwanego Pralnią. Jest to ulubiona miejscówka wędkrzy, obok stoi murowana wiata i wiedzie tędy czerwony szlak nadbużański. 

Obowiązkowa sesja foto, bo jakoś omijałem do tej poru to miejsce latem. A jest co podziwiać. Roślinność jak w tropikalnej dżungli oplotła cypelek, z którego robię zwykle panoramy. Powstaje kolejna – letnia.

Badam możliwości dalszej jazdy, bo zaraz obok jest rozlewisko, które jak do tej pory było nie do pokonania. Okazuje się, że nad samą rzeką drogę przegradza głęboki rów, a dalej jest wąski strumyk, za którym falują podmokłe łąki i chyba nie mam chęci się w nie zapuścić 🙂

Mijam bramę 🙂

Zerkam na zegarek i  dochodzę do wniosku, że chyba odpuszczę objeżdżanie znaną mi drogą do Woroblina. Dalej okolicę już dobrze znam, więc robię nawrót i ruszam w kierunku stadniny. Droga jest dobra, i w pół godziny jestem na miejscu. Nie zatrzymuję się jednak i jadę dalej, by po kolejnej półgodzinnej jeździe stawić się przy czekającym aucie.

Jeszcze tylko pakowanie roweru i za 20 minut jestem w domu.   

 

Tak się jakoś złożyło, że najbliżej leżące odcinki Bugu zostały mi na ten rok. Po ostatniej wyprawie za Drohiczyn nadeszła pora przejechać na rowerze fragment, który budził moje obawy ze względu na obecność licznych mostów, przejść granicznych, stref zakazanych i pilnujących tego wszystkiego pograniczników 🙂

Na szczęście od jakiegoś czasu mam informacje z pierwszej ręki, co i gdzie legalnie mogę robić 🙂 Niniejszym pozdrawiam Pawła z SG 🙂

Stary schemat zaczynam o 8 rano – telefon do Straży, rower do auta i wyruszam do Nepli, skąd zamierzam przejechać do Kuzawki, gdzie rok temu zakończyłem swoją wycieczkę z Łęgów i ruszyć dalej w stronę Terespola.

Znanymi sobie skrótami docieram na miejsce w pół godziny. Pogoda jest taka jak lubię – słonecznie, nie za gorąco. Jadę chwilę przez las i przed Kuzawką napotykam dokładnie taki klimat jak rok wcześniej – błękit nieba, zielone pola falujące zbożami, kwitnące maki.

Przejeżdżam przez wieś i co widzę? Już wiem gdzie jest Nemo!

A potem to już nadbużańskie standardy. Ledwo widoczna ścieżka skręca w chaszcze 🙂 I rzeka ciągle tuż obok. Moja trasa wiedzie tuż ponad brzegiem, ale na szczęście nie ma tu pasa granicznego, więc mogę na razie legalnie podążać w stronę mostu w Kukurykach.

Zataczam szerokie koło, bo tak płynie tu rzeka i w końcu z krzaków wyłania się potężna konstrukcja. To most tranzytowy na Białoruś dla TIR-ów. Właściwe przejście jest około 3 kilometry wcześniej, a tutaj ruch samochodowy jest już po odprawie. Przejeżdżam pod mostem, zerkając przy okazji na sporą ilość kamer i inne zabezpieczenia 😉

Zaraz za mostem moja droga oddala się od rzeki. Jadę chwilę wzdłuż kolejki ciężarówek i wjeżdżam do wsi Kukuryki 🙂 Jest nieduża, więc szybko pozostaje za mną i zaraz jest kolejna mała wioska – Samowicze. Tu według informacji od Pawła mam szukać domu sołtysa 🙂 Najpierw w jednak docieram na koniec wsi, gdzie droga kończy się zjazdem w dół, przecina nieduże jeziorko i dalej jest już tylko łąka.

Wracam do domu sołtysa, bo oczywiście już go wcześniej wypatrzyłem i tam ruszam polną drogą w kierunku rzeki. Zajmuje mi to kilka minut i znowu mam swój Bug.

Jadę teraz przez odludne, ciche i spokojne tereny, napotykając co jakiś czas mocno piaszczyste odcinki, co kończy się tym, że muszę rower pchać, aby nie tracić niepotrzebnie sił. I muszę przyznać, że to jeden z bardziej widokowych odcinków Bugu.

Zataczam znowu wielki łuk wzdłuż rzeki, podziwiając przy okazji piękną plażę po białoruskiej stronie.

Teraz czas na odnalezienie tego, po co tu przyjechałem. Śluza w Terespolu. Wielkie betonowe cokoły nie pozostawiają wątpliwości, ze to jest to miejsce. Jako dinozaur pamiętam czasy, gdy śluza funkcjonowała i spiętrzała wodę około 2 metry, co zapewniało żeglowność białoruskiego dopływu Bugu – Muchawca. A było to ponad 30 lat temu 🙂

Teraz tylko beton pozostał nienaruszony, inne mechanizmy pordzewiały. Kanał, którym woda opływała śluzę – zarósł zielskiem. Przypomniałem sobie z jaką obawą przez niego skakałem, patrząc na rwący prąd w dole… no to hop. Skoczyłem jeszcze raz 🙂 Co z tego że teraz suchy 😉

Czas jechać dalej. Zbliżam się do mostow kolejowych. I tu niestety spotykam koniec ścieżki nad Bugiem. Pas drogi granicznej został wyraźnie oznaczony, nie mam wątpliwości, że dalej nie mogę się zapuścić. To znaczy mogę, ale pewnie daleko nie zajadę 🙂

Odbijam w stronę Terespola i wkrótce wyjeżdżam na drogę zwaną Aleją Marzeń 🙂 Przekraczam tory i już Terespol. Teraz mój plan obejmuje dotarcie do miejsca zwanego Rogatką. Jest to stara odnoga Bugu, za którą rozciąga się Białoruś. Jest to takie jedyne miejsce, gdzie Bug płynie w całości po białoruskiej stronie. Zgodnie z instrukcjami mam się tam nie zapuszczać. 🙂 Zaglądam więc tylko wydeptaną ścieżką nad brzeg Rogatki, kilka fotek i wycofuję się na wał przeciwpowodziowy.

Podążam nim przez kilka minut i już jestem na drogowym przejściu granicznym w Terespolu. Tu zaczynałem swoją przygodę w kierunku Okczyna. Kolejny fragment Bugu mogę uznać za przejechany 🙂

Pozostaje tradycyjny powrót. Przecinam Terespol piękną nową ścieżką rowerową. Jeszcze przejazd kolejowy i już skręcam na drogę w kierunku Nepli. Kilometry szybko mijają, przekraczam znowu trasę dla TIR-ów – tym razem górą. Wiadukt ma dziwną konstrukcją i wygląda na mocno prowizoryczny, ale trwa już tle lat i pewnie jeszcze długa przyszłość przed nim 🙂

Po 4 godzinach jazdy znowu jest przy aucie. Pot z czoła otarty, rower ląduje w bagażniku a ja ruszam jeszcze do Malowej Góry zerknąć na Krznę. Woda jest niska, więc skarpa znowu jest wysoka, tylko las zniknął… Cóż począć 🙁

Chwilę dumam, jak wszystko się zmienia a potem jazda do domu 🙂

Trochę zdjęć:

I trasa:

Czerwiec w tym roku jest wyjątkowo słoneczny i ciepły, więc postanawiam kontynuować zwiedzanie nadbużańskich zakątków z pokładu roweru. Wybór pada na dość odległy odcinek rzeki, zaczynający się w Tonkielach. Trasa narysowana, wrzucam ślad do telefonu i w drogę. Szukam skrótów, aby jak najszybciej dojechać do celu, w efekcie zwiedzam jakieś tajemnicze i zapomniane zakątki. Odkrywam przy okazji kilka znajomo wyglądających miejsc, które oglądałem w Google Street View, planując tegoroczne wyprawy.

Wreszcie po około 70 kilometrach jazdy widzę znajomy most. Zjeżdżam szybko na dół, auto zostawiam w cieniu i przesiadam się na rower.

Witaj przygodo. Ruszam przez most, a tuż za nim skręcam w drogę wiodącą wzdłuż rzeki. Bardzo szybko przekonuję się, że tu się jeździ zupełnie inaczej niż na granicznym odcinku. Mijam kolejne wsie, kilometry lecą, a do Bugu nie zbliżam się nawet na chwilę. Najpierw mijam mały przysiółek, przejeżdżam przez nieduży lasek i wkrótce droga wpada do wsi Chutkowice, gdzie zaczyna się znowu asfalt.

Jadę więc dalej. Przede mną kolejna wieś Putkowice, a rzeki nie widać. Znowu skręcam w jakąś polną dróżkę, ale ta również za chwilę wraca na asfaltowy trakt. No nic, ciągniemy dalej. Teraz będzie długa prosta, a na niej kilka podjazdów. Sprawdzam dystans – już 18 kilometrów. Dziwnie dużo, ale nie ma czasu się zastanawiać. Mijam kolejną wieś Arbasy.

Natrafiam na kolejny zjazd, ale okazuje się, że kończy się on na rozlewisku, za którym pracują na polu traktory. Z map wynikałoło, że mam małe szanse przebić się dalej, więc odpuszczam przeprawę i ruszam dalej asfaltem w kierunku kolejnej wsi Osnówka.

Nareszcie na chwilę ukazuje mi się Bug – ale tylko na chwilę.

Za Osnówką natrafiam na znajome miejsce – Granne. Tu dwa lata temu fotografowałem przeprawę, która odsłoniła się w wyniku dramatycznie niskiego stanu wody w Bugu. Teraz wszystko jest pod wodą. Jadę dalej.

W kolejnej wsi Kruzy odkrywam oznaczenia jakiegoś szlaku rowerowego. Skręcam więc ochoczo z asfaltu w szeroką polną drogę. Okazuje się, że jest tu ukrytych w lesie mnóstwo letnich rezydencji. Całkiem fajna okolica. Tylko droga robi się mocno piaszczysta i jedzie się ciężko. W kolejnej wsi Leśniki jest jeszcze gorzej. Od czasu do czasu napotykam jakieś pojedyncze zabudowania. Istny koniec świata. A Bugu nie widać 🙂  Kilometrów coraz więcej… do planowanego nawrotu w Nurze jeszcze daleko i coraz bardziej zaczynam się zastanawiać co poszło nie tak. Jednak nie odpuszczam i przebijam się przez kolejne lasy i zagajniki. Wyjeżdżam na szutrówkę, która wyprowadza mnie do wsi Kobyle. Tu znowu zagłębiam się w polne drogi. Wyjeżdżam w kolejnej wsi Wojtkowice. Nareszcie widzę Bug 🙂 Ale tylko na chwilę. Podziwiam rzekę z wysokiej skarpy i jadę dalej.

Znowu czekają mnie leśne, piaszczyste drogi. Kolejna wioska. Wojtkowice-Dady. A w zasadzie kilka domów. Na końcu wsi kościółek. Kilka zdjęć, rzut oka na mapę i czas na poszukiwania brodu.

Kilka razy oglądałem Google Maps i ze zdjęć wynikało, że gdzieś tu można przeprawić się przez Nur. Bo mostów w okolicy nie ma. Pierwsza próba jest niestety nieudana. Dróżka dojazdowa kończy się ogrodzoną łąką, w dali widać tylko nadrzeczne zarośla. Wracam na asfalt i dojeżdżam do kolejnej wsi – Wojtkowice Stare. Na końcu wsi odkrywam szeroką polną drogę w kierunku rzeki. Mijam nieduży lasek, potem droga opada i po kiluset metrach jazdy przez łąkę jestem nad Nurem 🙂 Jest bród! Droga wpada prosto do rzeki, woda ledwo po kolana.

Robię zasłużony biwak i wyciągam nawigację. 32 kilometry. Do nawrotu nadal daleko. A przecież cała trasa miała mieć 50 kilometrów. Czas też dziwnie się skurczył. Chwilę wpatruję się w ślad i odkrywam – cała trasa ma 92 kilometry! I olśnienie – narysowałem swoją trasę w milach 😀

W takiej sytuacji zostaje zrobić pamiątkową sesję nad Nurem i podejmuję decyzję o odwrocie. Rzeka jest piękna, czysta i przyjemnie chłodzi stopy po tylu kilometrach 🙂

Mały posiłek, trochę wody i teraz już cały czas asfaltową drogą docieram do mostu w Tonkielach.

Po drodze jeszcze kościół w Grannem.

I przydrożne klimaty.

Cała trasa to 64 kilometry. Nie powiem – poczułem 🙂 Ale kawałek świata, który zobaczyłem, był tego wart 🙂

W pewną słoneczną niedzielę miałem okazję pokręcić się wokół Rokitna, gdzie córcia realizowała swój fotograficzny projekt. Mając do dyspozycji dwie godziny, zaplanowałem trasę, która wydawała się realna do przejechania, zakładając że jak zwykle będę co chwilę zatrzymywał się na zdjęcia 🙂

Jest cieplutko, rower zostaje błyskawicznie złożony i ruszam w samo południe w kierunku lasu, gdzie zamierzam ponownie odnaleźć cmentarz wojenny. Udaje się się to nadzwyczaj szybko.

Dalsza trasa to już przysłowiowe „nieznane”. Leśne drogi są szerokie i wygodne, natrafiam na oznaczenia szlaku rowerowego.

Pogoda dopisuje, tempo dobre, ale nastrój psuje ilość wyciętego lasu. Niestety. Co chwilę trafiam na karczowiska, smętnie sterczące korzenie – zniknęły całe połacie starego, pięknego lasu. Nowy jest co prawda sadzony, ale nie dość że w brzydkich rządkach, to wszystko jest ogrodzone siatką.

Po pół godzinie wyjeżdżam na drogę z Rokitna do Klonownicy i skręcam w kierunku wsi Hołodnica. Urokliwa, cicha wioska, na uboczu świata żyje swoim nieśpiesznym tempem. Są jeszcze takie miejsca. 

Na końcu wsi trafiam na roboty drogowe 🙂

Jeszcze kilka zdjęć starej chałupki wśród kwiatów i zagłębiam się w las. Jadę dość długo krętą i skomplikowaną trasą, walcząc od czasu do czasu z piaskiem i wreszcie docieram do kolejnej wsi – do Kajetanki. Kilka domków porozrzucanych wśród zagajników i pól. Przed jednym z nich spotykam sympatycznego, starszego pana sprzątającego przydomową kapliczkę. Zamieniam kilka słów i w drogę.

Za wsią jest bardzo fotogeniczny rozstaj dróg. Chwila przerwy na łyk wody i ruszam dalej.

W lesie trafiam na kolejne roboty drogowe – wygląda że do tego zapomnianego zakątka ktoś zamierza zrobić asfaltową, szeroką drogę. Na razie jednak ilość piasku uniemożliwia jazdę, więc szukam jakichś leśnych objazdów.

Mijam leśniczówkę i docieram do Cieleśnicy. Tu łapie mnie telefon, że misja w Rokitnie zakończona i moja też powinna się kończyć 🙂 Dobrze się składa, bo akurat jestem blisko głównej drogi.

Jeszcze tylko kilka zdjęć pięknej kapliczki na rozdrożu. Ze zdziwieniem odkrywam że fundator nosił moje nazwisko. Zdaje się, że jednak nie mam w tej okolicy rodziny.

W kilka minut rower zapakowany i wracamy do domu.

 

Pomału kończą się graniczne odcinki Bugu, których jeszcze nie fotografowalem, więc zacząłem zerkać na jego górny bieg, gdzie dostępne są oba brzegi, a moja ulubiona rzeka nie jest już rzeką graniczną. Począwszy od Niemirowa Bug wpływa na teren Polski. 

Na początek postanawiam zrobić mały rekonesans w okolicy mostu we Fronołowie. Dość późnym popołudniem ruszam w drogę i po 30 minutach jestem na miejscu. Rower złożony, butelka wody do plecaka i ruszam.

Na moście znowu trwa jakiś remont – tym razem chyba chodzi o wymianę mocowań szyn kolejowych. Ponadto prowadzone są jakieś tajemnicze prace na cokołach podpór mostu. Może montują tam kolejkę górską? 🙂 Albo podesty do base jumpingu…

Parę minut i jestem po drugiej stronie Bugu. Przyzwyczajony do ścieżek pograniczników z granicznego odcinka, ruszam ledwo widocznym śladem wzdłuż rzeki. Udaje się przejechać pewnie ze 200 metrów. I koniec.  Krzaki, gąszcz, koniec przygody. No tak, tu się jeździ zupełnie inaczej 🙂

Wycofuję się do mostu, jadę chwilę wzdłuż nasypu i za chwilę jest wąska dróżka do wsi Maćkowicze. Tu wpadam na drogę do Mielnika. Nie ma innej możliwości… jadę szeroką asfaltówką, wypatrując jakichkolwiek dojazdów do rzeki. Pierwszy napotkany kończy się tabliczkami „teren prywatny”, ale na szczęście jest też ścieżka, która kończy się efektowną wierzbą.

Samotny wędkarz „moczy kija”. A obok do Bugu wpada nieduża rzeczka Moszczanka. Miejsce jest pełne uroku, ale dalej jazdy nie będzie.

Nawrót i znowu wpadam na asfalt.

Chwilę jadę nad samą rzeką, którą odgradza ode mnie tylko barierka. Zbliżam się do  kolejnej wsi – Osłowa. Tam znajduję zjazd, który w pewnym momencie skręca nad rzekę. Jest nadzieja 🙂 Rzeki jednak nie widać, odkrywam za to ogromne rozlewiska Bugu. Widać jeszcze ślady po niedawnej dużej wodzie. Dziś miejsce wygląda trochę jak błotniste bagno, ale trzeba tu będzie wrócić, gdy wodna roślinność opanuje to miejsce. Na razie jednak kręcę kolejne kilometry, odkrywając przy okazji oznaczenia czerwonego szlaku rowerowego. 

Dojeżdżam do miejsca, gdzie według mapy po mojej stronie Bugu powinien być rezerwat Trojan i zakręt zwany Kolanem. Skręcam więc w pierwszą napotkaną ścieżkę w kierunku rzeki. Zaczynają się pojawiać ludzie i samochody i to w dużych ilościach. Jest w końcu Pierwszy Maja, naród świętuję… Wszędzie czuć zapach grilla 🙂

Mijam ostatnich wędkarzy i zaczynam się przedzierać wąską ścieżką tuż nad brzegiem rzeki. Zaczynają mnie gryźć komary i meszki, a ścieżka w końcu znika. Nie ma rady, trzeba się wycofać. Zabrakło może ze 100 metrów.

Wracam więc tą samą drogę i ruszam ponad rzeką w kierunku widocznego już Mielnika.

Docieram tam dość szybko. Przejeżdżam wzdłuż wsi „dołem”, czując, że grunt jest ciągle miękki  i niedawno moja ścieżka była pod wodą.

Mijam mielnicki stadion, jedyny w swoim rodzaju i na końcu osady wyjeżdżam na główną drogę. W planach miałem zajechać trochę dalej, ale jest dość późno, a czeka mnie jeszcze powrót. Ruszam więc przez Mielnik, wypatrując sklepu, gdzie można kupić oranżadę 😉 Wszystko nieczynne, no tak – Pierwszy Maja.

Zaglądam w boczną uliczkę by spojrzeć na kopalnię kredy, potem jeszcze szybko na Górę Zamkową i teraz długa prosta do mostu.

Zerkam na ruiny kościoła.

Przy moście jest małe zamieszanie, bo ktoś puścił plotkę, że z drugiej strony „strażnicy mostu łapią” 🙂 Grupka nieśmiało sunie pomostem, by na koniec stwierdzić, że to motocyklista w żółtej kamizelce przyjechał popatrzeć na most 🙂

Rower na pakę i czas do domu 🙂