Czyli tego całkiem blisko, ale poza ubitymi drogami.

Tegoroczny nowy pomysł na aktywność fizyczną połączoną z fotografowaniem sprawdza się całkiem dobrze. Siadam na rower i jadę przed siebie, z dala od głównych dróg i tam, gdzie mnie jeszcze nie było.

Ta wycieczka wiedzie na wschód. Szybko przemieszczam się znanym już szlakiem do lasu w okolicy wsi Grabanów i obok gajówki skręcam w wąską leśną ścieżkę. Nigdy tu nie byłem, więc ciekawy jestem gdzie też dojadę 🙂 Na początek oczywiście do końca lasu 🙂

Na dobry początek wita mnie kępka samotnych brzóz na miedzy.

Jadę piaszczystą, polną drogą, pośród skoszonych pól. Wielka przestrzeń od czasu do czasu przetykana jest jakąś gruszą. Pod jedną z nich stoi metalowy krzyż i kilka lampek. Ktoś o tym miejscu pamięta. Świadectwo daje też stosowny kopczyk z puszek po piwie 😉

Mój kolejny cel to kościół w Horbowie. Wita mnie klasyczny podlaski rozstaj dróg z kapliczką. I drzewo typu „kulka” 🙂

Ruszam dalej i po kilkuset metrach jestem na miejscu.

Według tradycji w 1516 fundator nowego kościoła (parafia rzymskokatolicka wzmiankowana tu już w 1446), Jan Horbowski, sprowadził niewielki wizerunek Matki Bożej z Dzieciątkiem. Obraz zasłynął potem jako cudowny, o czci, jaką otaczała go miejscowa ludność, świadczyły liczne wota. Przetrwał pożary kolejnych kilku, drewnianych świątyń w tym miejscu. 

           W 1812 kościół w Horbowie został niemal kompletnie zdewastowany przez wojska rosyjskie. Ocalały obraz przeniesiono do pobliskiej cerkwi unickiej (parafia unicka powstała tu w 1678). Katolicy przez długie lata musieli obywać się bez własnej świątyni, jej funkcję spełniała niewielka kaplica św. Barbary, wybudowana w 1821 roku. Wprawdzie książę Adam Czartoryski, ówczesny właściciel Horbowa, w latach dwudziestych XIX wieku zobowiązał się do dofinansowania naprawy kościoła, ale po klęsce powstania listopadowego i utracie majątku wyjechał za granicę. W 1866 zniesiono parafię Horbów a wieś przyłączono do parafii Piszczac (następnie w 1892 do parafii św. Anny w Białej). W 1878 w związku z carskimi represjami rozebrano kaplicę, obraz zaginął.

Obecna świątynia została wzniesiona w 1905 przez rząd rosyjski jako cerkiew prawosławna, w takim charakterze służyła do 1915 roku. Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę przejęli ją katolicy, parafię rzymskokatolicką reaktywowano w 1924 roku. Mimo upływu wielu lat nie zaginęła pamięć o cudownym obrazie. Ustalono, że po rozebraniu kaplicy św. Barbary zaopiekował się nim ówczesny dziekan bialski, ks. Konstanty Szyszkowski, i umieścił u siebie na plebanii w Białej Podlaskiej. Kiedy wyjechał do Lublina, zabrał ze sobą również i obraz. Zmarł jednak kilka miesięcy przed tym, jak zaczęły się poszukiwania, jego mienie przekazano w depozyt Kurii Lubelskiej. Gdy okazało się, że obraz znajduje się w katedrze lubelskiej, została wydana decyzja o jego zwrocie. Po przewiezieniu do Białej Podlaskiej i odnowieniu wyruszył w uroczystej procesji do Horbowa.

Horbowski kościół jest orientowany, drewniany o konstrukcji zrębowej (zrąb z bali sosnowych), oszalowany, na kamiennej podmurówce. Z więźbą dachową wieszarową oraz krokwiowo-stolcową. Rzut ma rozczłonkowany, wydłużony. Składa się z małego, kwadratowego prezbiterium z dwiema małymi, kwadratowymi zakrystiami po bokach, kwadratowej nawy, babińca (węższy od nawy i niższy, wydłużony) i kruchty z dwiema lokalnościami. Nad kruchtą wznosi się dwukondygnacyjna wieża. Dolna kondygnacja, kwadratowa, wtopiona jest w fasadę, górna – ośmioboczna, zwieńczona wysokim, ośmiobocznym, ostrosłupowym hełmem z iglicą. Nawa, babiniec oraz prezbiterium z zakrystiami przykryte są niezależnymi dachami dwuspadowymi, pokrytymi blachą ocynkowaną i wspartymi na kroksztynach. 

W trójosiowej fasadzie znajduje się prostokątne wejście poprzedzone gankiem na dwóch słupach, bo jego bokach są prostokątne okna. W pozostałych elewacjach okna ujęto ozdobnymi obramieniami z desek, w nawie i babińcu są one zamknięte łukiem w ośli grzbiet, w prezbiterium prostokątne. Elewacje zdobią też gzymsy i zakończone półokrągło deski szalunku. 

Stropy we wnętrzu (płaskie) mają różne poziomy, w nawie i babińcu pokryte są szerokimi fasetami. Oszalowanie w nawie (ścięte narożniki) imituje trompy. Nawa otwiera się na prezbiterium trójbocznie zamkniętą arkadą. Do zachodniej ściany babińca przylega chór muzyczny, wsparty na czterech słupach. 

Malowidła ścienne wewnątrz kościoła pochodzą z lat 50/60-tych XX wieku. Ołtarz główny (2004) zestawiono z trzech fragmentów ikonostasu (XIX/XX wiek). W jego centrum znajduje się obraz Matki Bożej Łaskawej, w typie Hodegetrii (najpowszechniejszy typ ikonograficzny przedstawiania Matki Boskiej z Dzieciątkiem Jezus na ręku), namalowany na desce, ze złoconym, tłoczonym tłem. Sukienka Maryi (z tkaniny wyszywanej perłami i koralikami) pochodzi zapewne z XIX wieku. Pozostałe obrazy są pocerkiewne oraz namalowane już po przejęciu świątyni przez kościół rzymski. Spośród zabytkowego wyposażenia najstarszy jest barokowy kielich z początku XVIII wieku, z ośmiolistną stopą.

Kościół przeszedł liczne remonty w okresie międzywojennym, w tym przekształcenie wieży. W trakcie ostatniego (2003 – 2005) oszalowano wnętrze i dokonano rekonstrukcji ołtarzy bocznych. [źródło: lubelskie klimaty]

Krótki postój na zdjęcia i ruszam w poszukiwaniu kolejnego punktu wyjazdu. Jest to cmentarz z I wojny światowej, ukryty gdzieś tu na polu, z tyłu zabudowań.

Przedzieram się kilkanaście metrów polem i odnajduję go dość szybko. Jest to nieduży kurhan z kamiennym krzyżem na szczycie.

Więcej informacji i tym miejscu można znaleźć na trobal.pulawy.net

Plan wykonany, zostaje odwrót. Godzinę zajmuje mi jazda krajową „dwójką” pod dom. Nie należy ona do przyjemnych, bo ruch jest duży, jedzie mnóstwo TIR-ów – niestety to najszybszy dojazd i chcę zdążyć przed zmrokiem. Na szczęście przeżyłem 🙂

Tym razem odkrywanie odbyło się w towarzystwie Bialskiej Grupy Rowerowej. Obserwuję ich wyczyny od dawna, ale widząc dystanse, jakie przejeżdżają na swoich wycieczkach – mój zapał do przyłączenia się jest skutecznie studzony 😉

Tym razem cel był jasno określony – nad Bug i z powrotem. To niedużo i postanawiam spróbować sił.

Spotykamy się na centralnym placu miasta, gdzie rządzi niepodzielnie koleżanka Halszka – kobieta która chyba śpi z rowerem 😉 Krótka narada nad trasą i przebijamy się poza miasto. Chwilę uczę się zasad jazdy w grupie 🙂 Do tej pory jeździłem wyłącznie solo…

Grupa jest bardziej szosowa niż terenowa, więc tempo jest niezłe. Na szczęcie wybór roweru z kołami 29 cali był dobry i tempo jazdy nie stanowi problemu dla mego „górala”.

Pierwszy przystanek robimy w pobliżu ODR w Grabanowie. Wycieczka na chwilę zsiada ze swoich rumaków i podziwia pałacyk. To ten sam, który fotografowałem przy okazji pleneru fotograficznego.

Dalej ruszamy przez wieś Wilczyn w kierunku Rokitna. Dojeżdżamy w okolice leśniczówki, gdzie decydujemy się skręcić w leśną żużlówkę. Droga jest dobrej jakości i nie sprawia problemów „szosowcom”.

Długa prosta kończy się w pobliżu leśnego cmentarza z pierwszej wojny światowej.

Tu robimy kolejny przystanek.

Kierujemy się dalej leśnym duktem w kierunku kolejnej wsi – Hołodnicy. Teraz ja robię za przewodnika, bo znam te okolice ze swoich rowerowych wypadów. Leśna droga kończy się na asfaltowym łączniku Rokitna z drogą do Janowa Podlaskiego. My jednak przecinamy ją i po około kilometrze jesteśmy w Hołodnicy.

Asfalt się kończy… i zaczynają się piaski. Tu niestety moi towarzysze grzęzną… i zaczynają chwilami prowadzić swoje rowery. Tylko mój „góral” sunie jak czołg 🙂 Ponieważ jednak jesteśmy grupą, dostosowuję się z tempem jazdy do idących.

Mijamy lokalne ciekawostki: tajemnicze muzeum przypominająće wysypisko śmieci, przydrożne krzyże i aleję z mirabelek. Kwaśne strasznie były 🙂

Po kilku kilometrach walka się kończy i wyjeżdżamy za Janowem Podlaskim na asfalt 🙂

Zmierzymy do centrum, gdzie Halszka zarządza kolejną przerwę – na lody 🙂 Upał daje się we znaki – więc chłodzenie odbywa się w samą porę!

Teraz ruszamy w kierunku celu wyprawy – na landartowe łąki.

Wcześniej jednak postanawiamy obejrzeć część ekspozycji wokół Pałacu Biskupiego.

Tam ulokowała się część tegorocznej ekipy Landartu i tych prac do tej pory nie miałem okazji obejrzeć. Zajeżdżamy na tyły Pałacu i oto są.

Z drzewa obserwuje mnie wielka krewetka. Brrrr…

A nieco dalej przyglądają mi się mieszkańcy tutejszej łąki. Na szczęście się uśmiechają 🙂

Szukałem tej flagi nad Bugiem a ona tu się schowała 🙂

Kręcimy się chwilę po starym parku, szukając Groty Naruszewica. Na szczęście jest tabliczka. Grota wygląda trochę jak bunkier. Na płotku wisi wielka kłódka, więc nie ma szans na penetrację wnętrza.

Ruszamy w kierunku Buczyc. Mijamy wieś, docieramy nad bagnistą rzeczkę i oto już widać znajomych wojowników. Nadal walczą 🙂 Do walki przyłącza się Halszka.

Objeżdżamy wszystkie prace. Dla mnie to kolejna już wizyta fotograficzna i trudno mi odnaleźć jakieś nowe punkty widzenia, więc ograniczam się do kilku zdjęć.

Japoński namiot:

Płonące drzewo:

Wrota czasu:

Szukanie przeprawy:

Tu była:

Pole golfowe:

Po obejrzeniu Landartu chwilę trwa narada. Ja zdecydowany jestem wracać, natomiast moi towarzysze jak to oni – czują niedosyt kilometrów 😉 Sugeruję, by gnali dalej, jednak godzina 14 jest dla nich argumentem, by też zawrócić.

Powrót na szczęście nie jest skomplikowany – czeka nas 20 kilometrów asfaltu 🙂 Z krótkim przystankiem na poszukiwania zaginionego w krzakach pomnika.

Do zobaczenia na następnej wycieczce, zacna grupo rowerowa.

Jest słoneczny i ciepły dzień, wprost wymarzony na rower, więc długo się nie zastanawiam. Czas na realizację kolejnego planu. Powstał już rok wcześniej i doczekał się swojej kolejki 🙂

Ruszam do Terespola. Auto zostaje zapakowane obok budynku Gminy, rower złożony i czas na poszukiwania. Chcę dziś objechać forty Twierdzy Brzeskiej.

Przekraczam krajową „dwójkę” i już jestem w Kobylanach. Od razu rzuca się w oczy pierwszy obiekt – Prochownia.

Fortyfikacja jest zagospodarowana, powstały wokół niej tereny rekreacyjne i widać tu rękę gospodarza.

Jadę przez wieś i szukam kolejnego obiektu – to Fort K.

Wjazd do fortu odnajduję w lesie za wsią – prowadzi on na strzelnicę zbudowaną na terenie fortu.

Żeby znaleźć fortyfikacje, muszę się trochę powspinać. Wysokie nasypy sugerują, że w środku coś jest. Przedzieram się przez krzaki i oto jestem na górze. Od razu odkrywam wejście. Wygląda trochę groźnie, jest ciemno, ale mimo to ostrożnie zaglądam do środka. W końcu po to tu przyjechałem.

Wracam do wsi. Jakkolwiek kościół nie przypomina fortyfikacji, to też go fotografuję, bo to ładna budowla.

Ruszam w kierunku kolejnego fortu – w Lebiedziewie. Przekraczam tory kolejowe i jadę nową asfaltówką, a po około kilometrze skręcam w polne drogi. Różnej jakości. Ale moja „terenówka” daje radę i dystans szybko ucieka.

Mijam po drodze jeden z obiektów, ale zorientowałem się, że coś tam było dopiero w domu po obejrzeniu śladu GPS na mapach satelitarnych.

Tu niestety przegapiam jedyny wjazd i objeżdżam Fort L. Z drogi wygląda niestety jak zaniedbany lasek. Na szczęście opis i zdjęcia zapewnia jak zawsze niezawodny AloszaK 🙂

Czeka mnie teraz kolejny fort – Fort VI. Żeby tam dotrzeć, muszę jednak pokonać ledwo widoczne polne ścieżki. Nie ułatwia tego zadania mocne słońce, które właśnie sięgnęło zenitu i daje znać, że potrafi dobrze grzać 🙂

Wreszcie jest. To jeden z najlepiej zachowanych fortów. Robi wrażenie, niestety – jest to teren prywatny i nie do końca wiem, czy mogę się po nim kręcić. Podobno pilnują go jakieś mocno niedobre pieski 😉 Nie będę ryzykował spotkania, więc robię tylko kilka zdjęć od strony bramy.

Ruszam w kierunku Terespola. W okolicy wsi Polatycze odkrywam w szczerym polu tajemniczy obiekt. Nie innej możliwości – skręcam na łąkę i po krótkim chaszczowaniu docieram w jego pobliże. To pomnik upamiętniający bitwę pod Terespolem.

Stąd już mam blisko do Terespola. Jestem w mieście w parę minut, jadę chwilę wzdłuż torów, przekraczam je drugi dziś raz i zmierzam do kolejnego obiektu we wsi Łobaczew. To Fort VII.

Fort jest zagospodarowany przez czynnik społeczny czyli fanów fortyfikacji. Można się po nim pokręcić, obejrzeć, sympatyczny pan oprowadza mnie po czeluściach i opowiada trochę historii fortu.

Z mojej mapy wynika, że jest jeszcze jeden obiekt w drodze powrotnej – Koroszczyn.

Ruszam więc dalej. Objeżdżam dookoła lasek, ale nie znajduję żadnego dojazdu. Po fakcie dowiem się, że zabrałem się do niego z niewłaściwej strony 🙂

Stąd mam już blisko do auta. Docieram do niego w parę minut. Plan zrealizowany w 100% ale trzeba będzie wrócić na dokładniejsze oglądanie co niektórych obiektów 🙂

No i morał z tej historii – mijając jakieś krzaki warto potem sprawdzić na Lidarze, czy czegoś nie skrywają (co widać na załączonych wyżej obrazach).

Podsumowanie.

Wstaję skoro świt, bo prognoza na dziś sugerowała. że „dziś jest ten dzień”. Czas na wyprawę, która od dawna chodziła mi po głowie. Przeglądając mapy, wielokrotnie rysowałem kolejne warianty trasy – by zobaczyć jak najwięcej tego co „za Bugiem”. Tym na północ – nie na wschód 🙂

O 8 rano jestem przy promie w Mielniku. Nowością jest opłata za przewóz – symboliczne 2 złote, ale za to prom pływa teraz od świtu do nocy. Nie będę musiał się śpieszyć, bo zaplanowana ostatecznie trasa ma około 90 kilometrów.

Pełen energii ruszam z werwą w kierunku Niemirowa. Nawet podjazd mi nie straszny 🙂 Gdzieś w połowie drogi mam zaplanowany zjazd na leśne ścieżki. Z pomocą niezawodnej nawigacji szybko odnajduję tą właściwą i ruszam na północ. Trasa dość dobrze pokrywa się z rysowanym w domu śladem – ale nie zawsze 🙂 Pomaga mi jednak przysłowiowe „wyczucie” i po kilku kilometrach wyjeżdżam z Puszczy Mielnickiej tam gdzie planowałem – w okolicy cerkwi w Koterce. Dodam że jak wszędzie – puszcza jest cięta bez litości.

Przed cerkwią odkrywam niezwykłe uroczysko – bagienny, uschnięty las. Zapewne gdyby nie rowerowa włóczęga, nigdy bym tu nie trafił.

Jadę przy samej granicy i zastanawiam się czy znajdą mnie tu pogranicznicy 🙂 Tym bardziej że tu granica biegnie już lądem a nie Bugiem.

Mijam jakieś tajemnicze instalacje i plątaninę rur. Wyglądają na jakiś gazociąg. I zapewne nim są z racji dominującego żółtego koloru 🙂 Zdaje się to stacja pomp.

Za chwilę wypadam na asfalt i widzę znajomy szlaban, a za szlabanem Białoruś. A obok cerkiew. Wiele razy już odwiedzana i za każdym razem tak samo robiąca wrażenie.

Na parkingu stoi samochód Straży Granicznej. A w środku dwie piękne i miłe panie 🙂

Wygląda na to, że mnie tu pierwszy raz spiszą 😉 Tak też się stało. Dokumentów oczywiście nie mam, ale na szczęście w ramach ćwiczenia pamięci nauczyłem się swojego numeru PESEL. Wygląda na to że to wystarcza. Panie pytają skąd jadę, gdzie zmierzam, zapisują coś w kajeciku. Zdołałem jeszcze ustalić że są z Mielnika i ruszam na zwiedzanie okolicy cerkwi 😉

Mam świetne warunki fotograficzne, więc nie odmawiam sobie kilku zdjęć i ruszam w drogę. Macham paniom pograniczniczkom ręką na pożegnanie, w rewanżu życzą mi miłej wycieczki i jazda.

Przejeżdżam może z 500 metrów i niespodzianka. Musiałem zrobić na paniach ogromne wrażenie, bo doganiają mnie i pytają o drugie imię 🙂 Ma się ten urok osobisty 😉

Teraz skręcam w kierunku wsi Tokary. Byłem tu niedawno, fotografowałem piękny kościół, ale tym razem wieś ominę. Wybieram polną drogę ponad samą granicą. Wiedzie ona w bezpośrednim sąsiedztwie pasa granicznego, więc jadę przy samej granicy, mijając kolejne biało-czerwone słupki i ich białoruskie odpowiedniki. Nikt mnie tu nie zaczepia. W końcu na pas nie wjeżdżam, przed czym przestrzegały mnie panie ze Straży.

Jaka tu cisza i spokój, jadę polnymi drogami, wokół kwitną łąki, nade mną suną obłoczki, gdzieś w oddali widać pojedyncze zabudowania. Wymarzona rowerowa pogoda.

Przede mną kolejna wieś – Klukowicze.

Mijam drewniany dwór z dwoma ganeczkami i podcieniami wspartymi na trzech kolumnach. Jest on częścią pozostałości parku dworskiego z kasztanowcami, klonami, jesionami i lipami. WYczytałem, że znajdują się tam jeszcze kamienny spichlerz i obora oraz park podworski. Jednak płot i chaszcze zniechęcają mnie do próby spenetrowania okolicy. Zresztą – długa droga przede mną a czasu mało 🙂

Przejeżdżam więc przez wieś prawdziwą brukowaną drogą, zaglądam za płoty i podziwiam moje ulubione klimaty. Ciekawe kiedy rozegrano tu ostani mecz koszykówki?

Mój cel to granica na końcu wsi, ale okazuje się, że wieś kończy się nieco wcześniej, więc rezygnuję z przedzierania się przez łąkę i ruszam pierwszą napotkaną polną drogą dalej na północ.

Mijam kolejne stare domy, kapliczki, przydrożne krzyże.

Droga wśród rumianku.

A potem kolejna wieś – Zubacze. To właściwie główny cel mojego dzisiejszego wyjazdu – w bok odchodzi tu droga do niewielkiej osady nad samą granicą – Bobrówki. Miejsce o tyle niezwykłe, że wieś kończy się na pasie granicznym, na którym stoi mała ławeczka dla zmęczonych podróżnych.

Przysiadam na ławeczce na zasłużone śniadanie.

Sama wioska też jest klimatyczna – senna i spokojna. Jest w niej nawet jakaś bardzo zadbana agroturystyka – w sam raz dla szukających odosobnienia, ciszy i spokoju.

Wjeżdżam ponownie do Zubaczy. Tu oczywiście największe wrażenie robi piękna cerkiew i cmentarz ukryty w lesie.

Zarówno cerkiew jak i „wesoły cmentarz” pięknie został opisany na stronie internetowej Miszy. Tam też odsyłam zainteresowanych szczegółami.

Do tego momentu oddalałem się od miejsca startu, teraz czas na powrót. Ten będzie jednak bardziej kręty, bo zaplanowałem zajrzenie do jak największej liczby wiosek 🙂

Najpierw jednak czeka mnie długa piaskowa droga przez odludne okolice, lasy i bagna. Trudność polega też na tym, że droga została utwardzona przez tajemniczą maszynę, która pozostawiła po sobie poprzeczne karby i droga przypomina teraz tarkę. Jazda po czymś takim to niezapomniane wrażenia. Dobrze że mam w rowerze amortyzator i żelową wkładkę na siodło 😉 Chyba by mi wszystkie plomby wypadły po przejechaniu tego odcinka 🙂

Po kilku kilometrach wyłaniają się jakieś zabudowania i wita mnie kapliczka pod starą wierzbą. Jestem uratowany.

Wkrótce docieram na typowe tutejsze rondo 🙂 Mała wyspa pełna prawosławnych krzyży i kwiatów i rozchodzące się we wszystkie strony dróżki.

Są też stosowne znaki – zapewne by wracający z nocnych eskapad mieszkańcy wsi nie utknęli nad ranem na płotku 😉

Wypadałoby dodać że jestem w Wólce Nurzeckiej 🙂 Jest to kolejna wieś z cyklu „cisza, spokój, sielskie życie”. Podobnie jak Kolejna – Tymianka.

Za Tymianką gubię na chwilę szlak. Uświadamia mi to tablica z nazwą kolejnej wsi – Piszczatka.

Jakkolwiek jest to droga w słusznym kierunku, omija jednak kilka wsi, które zamierzałem jeszcze odwiedzić. Nie ma przeproś – zawracam do krzyżówki i skręcam w kierunku kolejnego celu wycieczki – wsi Siemichocze.

Wieś jest długa i nie różni się za bardzo od poprzednich. Są stare zabudowania, wiejskie sklepiki, ławeczki i jeden dom, który wygląda na remontowany, bo błyszczy nową farbą. Litera „W” zaczynająca rejestrację stojącego przed domem auta wiele tłumaczy 😉

Stąd ruszam w kierunku kolejnej wypatrzonej na mapie cerkwi – w Anusinie.

Po drodze jednak czeka mnie niespodzianka w postaci leśnej kapliczki. Wg informacji znalezionych w sieci to Kaplica św. Andrzeja Boboli.

W II połowie XIX wieku właścicielką dóbr Wysockich, a wraz z nimi Telatycz, została córka Ksawerego Sapiehy – hrabina Maria Potocka. To właśnie ona była fundatorką kaplicy. Hrabina wystawiła ją jako wotum, aby zahamować pomór bydła w swych majątkach. Obecnie znajdują się w niej zarówno prawosławne ikony, jak i katolickie krzyże. Od wielu lat kaplica jest miejscem modlitwy odwiedzanym przez wiernych obu wyznań.

Wreszcie jest Anusin. Oczywiście zaliczam przysłowiowy „opad szczęki”. Przede mną drewniana cerkiew pod wezwaniem św. Kosmy i Damiana.

Świątynia, będąca siedzibą parafii w pobliskich Telatyczach, została wzniesiona w latach 1902-1903 i konsekrowana 22 października 1903r. Jest to budowla o typowej konstrukcji zrębowej, trójdzielna, z trójkondygnacyjną wieżą wznoszącą się nad kruchtą. Ponad prezbiterium znajduje się ośmioboczny tzw. bęben, przekryty również ośmiospadowym dachem zwieńczonym cebulastym hełmem. Dachy świątyni pokryte są blachą.

Wewnątrz znajduje się eklektyczny ikonostas powstały w początkach XX wieku. Swoistą ciekawostką są wiszące na bocznych ścianach cerkwi stacje Drogi Krzyżowej, rzadko spotykane w wystroju świątyń prawosławnych.

Swego rodzaju ciekawostką jest znajdujący się naprzeciwko wejścia do cerkwi kamień płyty nagrobnej. Znajduje się na nim na wpół zatarty napis, będący dziwną kombinacją liter greckich i cyrylicy [źródło: Podlasie mniej znane].

Niestety, na teren okalający cerkiew nie udaje się wejść. Ruszam więc dalej.

Robię krótki przystanek nad niewielką rzeczką. Jest tu też mała kapliczka na wodzie. Miejsce zapewne ma związek z cerkwią.

Teraz zaczyna się małe błądzenie 🙂 Na mapach były widoczne jakieś ścieżki, ale w rzeczywistości nie jest tak dobrze. Każda kolejna droga, w którą skręcam, jest coraz węższa i coraz gorsza i zaczynam mieć obawy że w końcu utknę gdzieś w środku niczego.

I prawie tak się stało 🙂 Droga się kończy w zagrodzie Sołtysa 🙂 Na szczęście jadąc wzdłuż płotów odnajduję jej kontynuację z drugiej strony zagrody 🙂

Jestem uratowany. Jeszcze kilometr i trafiam na główną drogę do Wilamowa. Za plecami mam Piszczatkę… Kto drogę skraca, ten… świat odkrywa 🙂

Całkiem też przypadkiem trafiam w tym labiryncie na rezerwat Witanowszczyzna.

Teraz przede mną już prosta droga. Wyjeżdżam na asfalt i przejeżdżam długą wieś Wilamowice. Wyspa z krzyży też oczywiście jest.

I kilka bardzo kolorowych.

Zbliżam się do Adamowa. Zawsze fascynowały mnie odkryte na zdjęciach satelitarnych tajemnicze konstrukcje w środku Puszczy Mielnickiej. I oto wyłaniają się z lasu owe cuda. To zbiorniki na ropę na trasie rurociągu „Przyjaźń”. Imponująca pojemność 100.000 metrów sześciennych robi wrażenie. A jest ich tu 24.

Mijam Adamowo – do Mielnika coraz bliżej. Jadę strasznie dziurawą asfaltówką, kilometry lecą. Przy drodze jakiś nowy pomnik, robię zdjęcie z kronikarskiego zacięcia.

I już jestem przed Mielnikiem – najpierw czeka mnie długi zjazd w Dolinę Bugu. Drogi pod względem jakości niestety mają chyba ostatnią możliwą kategorię 😉

Tu stoi kolejna cerkiew.

Jedna z niewielu cerkwi w woj. podlaskim zbudowana w stylu klasycystycznym. Pomimo przebudów zachowała oryginalny wystrój wnętrza i podziały architektoniczne elewacji. Jest też materialnym świadectwem burzliwych dziejów religijnych tych ziem: zbudowana jako unicka, przejęta na cerkiew prawosławną i przebudowana w stylu rusko-bizantyńskim [źródło: Zabytek.pl].

Obok zaś ruiny kościoła.

Jeszcze tylko szybkie wejście na Górę Zamkową, by spojrzeć na Dolinę Bugu.

Czas na powrót na moją stronę Bugu. Na czterech kołach 🙂

Patrzę z podziwem na dzisiejszą trasę – 86 kilometrów.

Taki tytuł już się pojawił, bo to mój nowy pomysł na poznanie okolic mojego rodzinnego miasta z pokładu roweru.

Tym razem ruszam „za rzekę” i wkrótce docieram na bialskie lotnisko – jakkolwiek jedno z większych w Polsce – teraz właściwie martwe.

Jedynie kilka szybowców wprowadza nieco życia. Ja jednak mam plan odnalezienia pewnego ciekawego obiektu. Gdzieś tu w krzakach stoi ukryty bunkier. Objeżdżam jakieś leśne ścieżki, przecinam łąkę, krążę po krzakach i nic… Zadania nie ułatwiają letnie chaszcze – zbita zieleń skutecznie maskuje wszystko, co może skrywać się w jej wnętrzu. No cóż – odpuszczam. Wrócę tu zimą 🙂

Ruszam dalej i mijam rzekę Rudkę.

Teraz jadę leśnym duktem ułożonym z betonowych płyt. To niechybnie znak, że nie jest to zwykła droga. Prowadzi ona do kolejnego obiektu będącego celem wycieczki. Chociaż zdaję sobie sprawę, że już go nie ma. Rok temu poległ w zderzeniu z ludzką potrzebą niszczenia wszystkiego co wpadnie w ręce. To wieża radarowa zwana Avia.

W lasach zaledwie około 10 km od Białej Podlaskiej znajdował się obiekt wojskowy nazywany potocznie „AVIA”. Należał on do „61 Lotniczego Pułku Szkolno-Bojowego” w Białej Podlaskiej.
„AVIA W”, bo tak brzmiało jej pełne oznaczenie przy czym literka „W” oznaczała wojskowy była Stacją Kontroli Rejonu Lotniska inaczej mówiąc radarem opracowany na początku lat 80 dla wojska i będący uproszczoną wersją radaru Avia D. Antena radaru miała być zamontowana na stalowej kolumnie (rurze) o wysokości od 20 – 30 metrów w zależności od ukształtowania terenu osadzonej na solidnym fundamencie (źródło: http://aloszak-szerokitrakt.blogspot.com/…/stacja-radioloka…).

Tak wygląda teraz lotnicza tradycja Podlasia.

Czas ruszać dalej. Przecinam drogę powiatową i ruszam w kierunku wiosek skrytych między lasami.

Mijam ciekawą kapliczkę z boskim zegarem 🙂 Czegoś takiego jeszcze nie widziałem …

Teraz czeka mnie cała seria studni. Wyszedł z tego całkiem zgrabny cykl…

Pracowicie kręcę kolejne kilometry. Mijam skryte między polami i laskami wsie, samotne siedliska, przydrożne krzyże.

Pogoda jak marzenie, tylko jechać przed siebie. Droga jest przyjemna, twarda, rower szybko „łyka” dystans.

Kolejna kapliczka.

I niekończąca się droga.

Pod brzozą robię przystanek na posiłek.

Stąd już blisko do domu. Wjeżdżam w las i za chwilę mijam poznane już miejsca – najpierw Avia, potem strzelnica i już jestem na lotnisku, Zaglądam na chwilę pod wyciąg dla szybowców, gdzie spotykam sąsiada 🙂 Właściwie spodziewałem się go tu zastać – jest w końcu instruktorem szybownictwa 🙂 Chwilę rozmawiamy i w drogę.

Jeszcze tylko przejazd przez tory i już jestem w mieście. Znanymi sobie skrótami docieram do domu, kończąc 50-kilometrową trasę.