Po raz kolejny. Zaprzyjaźniona ekipa forumowa odezwała się do mnie po raz kolejny, czy nie zajrzałbym na Roztocze. Pewnie, że bym zajrzał. Termin pasuje, pora roku pasuje – tylko pogoda znowu nie pasuje… Ja się pytam gdzie jest śnieg??

Przed wyjazdem pilnie obserwuję pogodę z nadzieją, że spadnie… Owszem, zapowiada się nawet mroźnie i słonecznie (ewidentna anomalia pogodowa w lutym), ale za nic nie chce spaść nawet odrobina puchu. Jacek z Lidką meldują, że w Bieszczadach śnieg jest, co nasuwa mi pomysł, by załadowali go trochę do plecaków i przywieźli ze sobą 🙂 Padają też głosy, że dziwnie będzie bez mgły 😉

Co ma być to będzie. W piątek po pracy ładuję spakowany wcześniej plecak i w drogę. Najpierw podziwiam krwisty zachód słońca, a potem nie widzę już nic poza drogą. Do Chełma drogę znam na pamięć, dalej czuwa nawigacja… która decyduje, że mam zwiedzić wszystkie wioski po drodze i do tego odnaleźć wszystkie nieremontowane od lat odcinki. Migają mi dziwne nazwy na tablicach, z których zapada mi w pamięć Odletajka. Potem droga zamienia się w szutrówkę i jestem u celu.

Wita mnie komplet towarzyszy roztoczańskich wędrówek. Trwa w najlepsze wieczorny koncert, bo oczywiście są trzy gitary, duża ilość różnych przeszkadzajek i oczywiście chór śpiewaków 🙂

Koncert kończy się w okolicach pierwszej w nocy. Za to od rana ekipa sprawnie stawia się do wymarszu już w okolicach dziewiątej rano. Zdajemy się na plan przygotowany przez Falco. Pierwszy cel to wieś Turkowice.

Idziemy klasycznie na przełaj 🙂 Ułatwia to zamarznięta ziemia, więc sprawnie pokonujemy kolejne zagony, miedze i rowy.

Jest dużo klimatów które lubię: samotne drzewa, rozległe przestrzenie i falujące pola. Odkrywam, że tu przedrożne krzyże mają przed sobą dłuższy żywot, bo są zrobione ze stalowych szyn.

Jesteśmy w świecie drewnianych chałupek, gdzie czas płynie wolniej.

Docieramy do wsi, gdzie celem staje się oczywiście sklepik i jego zawartość. Jest to w ogóle bardzo uniwersalne miejsce, bo oprócz sklepu w budynku mieści się poczta, przychodnia, apteka, sołtys i agroturystyka 🙂

A żeby nikt nie miał wątpliwści, to w adresie najważniejszy jest kot pocztowy.

Jest też lokalny specjał.

Kolejny krzyż według obowiązującego standardu.

Zarośnięty cmentarz wzbudza mój entuzjazm, bo można pochaszczować i sfotografować trochę staroci.

Gdy ja buszuję w krzakach, wycieczka mi ucieka 🙂

Niedaleko. Zbliżamy się do Prawosławnego Żeńskiego Monasteru w Turkowicach.

Monaster Opieki Matki Bożej – żeński klasztor prawosławny w Turkowicach powstał w 1903 jako jeden z monasterów niekontemplacyjnych założonych w zachodnich eparchiach Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego przy wsparciu cara Mikołaja II i jego żony Aleksandry Fiodorowny. Na miejsce budowy monasteru wybrano Turkowice z uwagi na istniejący wśród miejscowej ludności ukraińskiej kult Turkowickiej Ikony Matki Bożej. Mniszki zajmowały się głównie pracą społeczną: prowadziły szkoły, szpital, aptekę oraz sierociniec. Klasztor został powołany również w celu wzmacniania wpływów prawosławia oraz kultury rosyjskiej na ziemiach wcielonych do Imperium Rosyjskiego na mocy rozbiorów Polski. Był również ważnym celem pielgrzymkowym. Działał do wyjazdu zakonnic na bieżeństwo, z którego większość nie wróciła.

W dwudziestoleciu międzywojennym Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny bezskutecznie starał się o restytucję klasztoru. Kilka mniszek, które powróciły z Rosji, zamieszkały najpierw we wsi, a następnie w pobliskim Sahryniu. W budynkach monasteru działały natomiast instytucje dobroczynne prowadzone przez siostry służebniczki, zaś po ich likwidacji w PRL − szkoła rolnicza. Sobór monasterski został rozebrany w latach 20. XX wieku, zaś drugą klasztorną świątynię zaadaptowano na cele świeckie.

Wykupienie dawnego domu, w którym przyjmowano pielgrzymów, przez prawosławną diecezję lubelsko-chełmską pozwoliło na reaktywację klasztoru, dokonaną w 2008 dekretem arcybiskupa Abla. Pozostałe obiekty pomonasterskie od 2013 są nieużytkowane. Monaster jest ośrodkiem kultu Turkowickiej Ikony Matki Bożej oraz mniszki Paraskiewy, która żyła w nim w latach 1912–1915 [źródło: wikipedia.org].

Zaglądamy na chwilę do środka, gdzie możemy wysłuchać historii Monasteru opowiedzianej w śpiewnej wschodniej mowie.

Mijamy cały zespół pustych zabudowań, gdzie mieściła się wspomniana wyżej szkoła rolnicza. Wszystko stoi puste i zapomniane, zabudowania i teren pochłania przyroda. Mam skojarzenia z Czernobylem 🙂

Byłem przekonany, że dalej się nie da… a my ruszamy przez krzaki i iądujemy na bagiennej łące nad rzeką Huczwą. To o niej wspominała Falco, że będziemy szukać przeprawy.

Przeprawy niestety nie ma. Idziemy znowu przez chaszcze około kilometr. W oddali pojawia się wieża obserwacyjna.

Cóż, zostaje podziwiać drugi dzisiejszy cel wyprawy z drugiej strony rzeki. Chętnych na morsowanie nie ma 🙂

Co my tu mamy? Grody Czerwieńskie!

Grodzisko stanowi pozostałość historycznego Czerwienia, prawdopodobnie centralnego grodu (stolicy) tzw. Grodów Czerwieńskich. Szacuje się, że cały zespół osadniczy Czermna liczył ok. 40 ha powierzchni. W jego skład wchodził gród właściwy, podgrodzie bliższe i dalsze oraz otwarte osady przygrodowe i cmentarzyska.
Usytuowanie i opis
Grodzisko usytuowane jest na poł.-wsch. od zwartej zabudowy wsi Czermno, na łąkach, w widłach rzek Huczwy i Sieniochy. Nazwa lokalna to „Zamczysko”. Obok dawnego grodu rozciąga się obwarowane podgrodzie, zwane przez mieszkańców „Wały” lub „Mały zamek”, drugie, dalsze podgrodzie nazywane jest „Podzamczem”, teren dawnych osad otwartych „Mieścisko”. Pozostałością zespołu osadniczego historycznego Czerwienia jest grodzisko i podgrodzia obejmujące teren o powierzchni ok. 3,5 ha, z osadami otwartymi i cmentarzyskami ok. 40 ha, rozlokowany na podmokłych, niegdyś zabagnionych i trudno dostępnych terenach w dolinie rzek Huczwy i Sieniochy, obecnie zmeliorowanych i osuszonych. Obiekt należy do typu grodzisk nizinnych, usypanych na płaskim terenie. Grodzisko posiada kształt pierścieniowaty o wymiarach 155 X 119 m, dobrze zachowane wały, których wysokość ponad dno doliny dochodzi do ok. 6 m. W jego otoczeniu zachowały się ślady podgrodzi, osad otwartych, funkcjonujących w ich obrębie lub na obrzeżach cmentarzysk, oraz podłużny wał o długości ok. 1,5 km, wyznaczający granice kompleksu od pd. Czytelne relikty grobli oraz zachowane w ziemi ślady drewnianych pomostów świadczą, że cały zespół osadniczy miał doskonałą komunikację z grodem. Obecnie teren grodziska zajmuje nieużytek porośnięty trawą, podgrodzia i osad – pola uprawne i łąki [źródło: zabytek.pl].

Szczegółowa panorama po kliknięciu w poniższe zdjęcie!

Uwieczniamy całą ekipę 🙂

Ruszamy na przełaj w kierunku wsi. Znowu rude trawy zamiast śniegu. Globalne ocieplenie.

I kolejne ciekawe klimaty przedrożne.

Roztocze…

Wiosna? Hm… jest 8 luty…

Wychodzi słoneczko, ziemia odmarza… teraz już nie pójdziemy przez pola, bo robi się grząsko. Ale za to mamy stare widoki w barwach nisko wiszącego słońca.

Zmierzamy do końca trasy.

Za rok znowu „Zimowe Roztocze”. Może zaskoczy nas śniegiem? Na razie jest plan na „Letnie Podlasie” 🙂

Jakkolwiek wszystko było przeciw, uparłem się, że dotrę znowu na Roztocze. Odpryski różnych sytuacji z zeszłego roku trochę ograniczyły moje plany, ale jednak się udało. Ruszam pół godziny po wyjściu z pracy z nadzieją, że prognoza się nie sprawdzi i zapowiadana odwilż jednak nie nastąpi. Mam względnie blisko, bo do Szczebrzeszyna jest 200 km i spodziewam się około 3 godzin spokojnej jazdy. Nawigacja wskazuje mi jednak skrót przed Zamościem, więc skuszony perspektywą oszczędności 20 km skręcam w Krzaki 🙂

Droga jest zaskakująco dobra, ale tylko do czasu. Nagle w środku niczego trafiam na czerwone światło 🙂 Droga jest w remoncie i tkwię dobre 10 minut w zupełnych ciemnościach, podziwiając gwiazdy. Potem jakieś zakręty, krzyżówki, przejazd kolejowy i z ulgą odkrywam, że jestem pod Szczebrzeszynem.

Wjazd do miejsca zlotu wiedzie niestety pod górę. Już od kilku kilometrów czułem, że samochód bardziej płynie niż jedzie, więc po kilku próbach rezygnuję z podjazdu i z przytupem ląduję w zaspie. Chwila beznadziejnej walki i oto nadciąga odsiecz! Znajome gębule szybko wypychają mnie z mokrego, zbitego śniegu, pokrytego śliską glazurą 🙂

Po mnie dojeżdża jeszcze catty, która powtórzyła mój manewr i tym razem ja organizuję odsiecz.

Okrągły stół pokrywa się dobrem wszelakim, co pozwala na długie biesiadowanie przy trzech gitarach, kanonie hitów polskiego rocka i mnóstwie śmiechu.

Niestrudzony Kulczyk ujawnia prawdziwą i jedyną słuszną wersję tekstu taty Kazika:  „Tę burzę włosów każdy zna, tak to Justyna, to Justyna…„ ciąg dalszy każdy zna 🙂

I tak nam zleciało do drugiej w nocy…

Poranek wita nas odwilżą. Już na początek trzej panowie (wcale nie smutni) odłączają się w niewiadomym kierunku, aby realizować swój tajemniczy plan. Pozostali dzielnie maszerują za paniami przewodniczkami. I tym sposobem już na początku wycieczki gubimy szlak 🙂

Dzielny creamcheese czuwa jednak nad ekipą, wyciąga swoje magiczne urządzenie do szukania zagubionych ścieżek i za chwilę przedzieramy się przez pola i chaszcze w kierunku, gdzie przypuszczalnie jest poszukiwany przez nas czarny szlak. 

Jest pierwszy wąwóz! To przecież ich tu poszukiwaliśmy 🙂 Za namową pani przewodnik trwa konsumpcja lessu, podziwiamy też dziwne kulki z szeleszczącą zawartością.

A potem w drogę. Kolega Creamcheese idzie coraz wolniej i w końcu awaria kolana zmusza go do odwrotu.

Po kilku kilometrach przedzierania się przez mokry śnieg pada propozycja pierwszego postoju. Wyciągamy kanapki, termosy – tylko siąść się nie da. Uczta trwa w najlepsze na stojąco, gdy nagle mój wzrok rejestruje latający kubek. Z herbatą 🙂 Już wiem – to Krutul uczy się nalewać herbatę z termosu po własnym palcu… 
Skutki są dwa – próba się nie udaje i herbata zostawia na śniegu żółty ślad… a wieczorem okaże się, że nie da się z takim palcem grać na gitarze… 

Pora ruszać. Wchodzimy w las i nagle w tej głuszy… słyszymy głosy! Dzików jak do tej pory nikt nie widział, więc mamy nadzieję, że to nie polowanie 🙂 Na wszelki wypadek niewiasty zaczynają głośno podśpiewywać. Wkrótce dostrzegamy dym, a potem… imprezującą przy ognisku miejscową ekipę.

Następuje powitanie tradycyjnym „macie coś?” Falco czujnie dopytuje się na wszelki wypadek, co dostaniemy w zamian 🙂 Nić przyjaźni na szlaku zostaje błyskawicznie nawiązana, a niewątpliwie sprzyja temu tradycyjna wymiana płynów turystycznych. Młodzi ludzie są bardzo sympatyczni i rozmowni.

Lidka stwierdza, że wróciła jej wiara w młodzież. Mogli siąść do swoich trunków gdzieś przy telewizorze w ciepłym domu, a jednak chciało im się przejść kilkanaście ładnych kilometrów przez lasy i wąwozy, by zasiąść przy ognisku w leśnej głuszy. Robimy wspólne foto i czas w drogę.

Chłopaki młode, to ostro ruszają w kopyta.

Dochodzimy do miejsca, gdzie w zasadzie chcieliśmy skręcić w leśną ścieżkę poza szlakiem, która miała nas wyprowadzić do wsi Topólcza. Wszystkie niewiasty z zadziwiającą zgodnością i bez słowa sprzeciwu decydują jednak „idziemy za młodymi chłopakami” 🙂
Wkrótce znowu się spotykamy… chłopaki wykryli dziurę w drzewie, a naturalna w tym wieku ciekawość świata zmusiła ich do rozpoczęcia ekspedycji po pniu, aby ocenić zawartość dzieła jakiegoś dzięcioła, tudzież głębokość rzeczonej dziury. Poszło im całkiem sprawnie, nie bez słów zachęty ze strony pań 😉


Chłopaki znowu wyrywają do przodu, ale kilkaset metrów dalej napotykają kolejne wyzwanie. Pod wielkim pniem świerka leży ogromny łańcuch. Próby wyciągnięcia go okazują się nieskuteczne. Falco rzuca od niechcenia „Wy nie dacie rady?” Po czym szybko się oddalamy 🙂 Sam jestem ciekawy czy się udało, bo już ich więcej nie widzieliśmy… 🙂
Rozstajemy się z przewodniczkami, które ruszają w stronę Kawęczynka, a my odbijamy skrótem w kierunku wsi Topólcza. Tak się nam przynajmniej wydawało 🙂
Gdzieś minęliśmy odejście, którym mieliśmy zejść do wsi. Nagle z wielkim zdziwieniem odkrywam, że znowu wkraczamy na niebieski szlak od Kawęczynka. Oznacza to tylko tyle, że czeka nas około 5 kilometrów asfaltu w drodze powrotnej. 
Zatrzymujemy się jeszcze na chwilę w okolicy szkoły w Topólczy, potem podziwiamy wylot wąwozu, którym mieliśmy zejść i zrypani jak koń po westernie z ulgą widzimy naszą kwaterę w Turzyńcu.

 

Rano wstaję skoro świt, dowiadując się przy okazji, że ominęła mnie nocna partia bilarda 🙂

Sprawnie opuszczamy lokal, część grupy udaje się w drogę powrotną do domów (jak to w  życiu – Ci co mieli najbliżej 🙂 ), pozostali ruszają jeszcze do Szczebrzeszyna na pamiątkową fotkę z chrząszczem. Czekają tam na nas panie przewodniczki z Lubelskich Parków Krajobrazowych, które umożliwiają nam wejście m.in. do synagogi i cerkwi, opowiadając przy okazji parę słów na temat odwiedzanych miejsc.

Za kurtyną dziewczyny szukają Tory 🙂

Wielki klucz do cerkwi wzbudza w Dakocie niekłamany zachwyt, porywa go z błyskiem w oku i kręci nim z pasją w świetle fleszy 🙂

W środku – lodówka. Na zewnątrz niestety roztopy, jest pewnie koło 7-8 stopni a my wkraczamy do chłodni. W cerkwi byłem kilka lat temu i w zasadzie nic się tu nie zmieniło. Diabełki hasają jak hasały, niebo nad nimi też się nie zmieniło. Cisza i spokój, chwila zadumy.

Ruszamy dalej, kilkaset metrów obok jest kirkut. Szczebrzeszyn to stare żydowskie miasteczko z bogatą historią. Widać ją właśnie na wzgórzu, do którego zmierzamy. Tuż za bramą wita nas ogromne i dziwne drzewo, które strzeże grobu cadyka. Kręcimy się po terenie kirkutu około pół godziny.

I tu niestety muszę odłączyć się od grupy i ruszyć w drogę powrotną.

Do mojego kalendarza turystycznego dołączyła kolejna stała impreza. Jeszcze nie opadły emocje po wyjeździe w Tatry, a już zacząłem się szykować do wyjazdu na Roztocze. Sympatyczna grupa forumowa postanowiła w tym roku kontynuować tradycję wędrówek po „kapuścianych górach” i już wczesną jesienią zapowiedziała spotkanie w Horyńcu. Tereny dla mnie zupełnie nieznane, więc tym chętniej dopisałem się do listy uczestników.

Przede mną około 250 kilometrów. Wyruszam dość wcześnie, by dojechać spokojnie za dnia. Zapas czasu mam na tyle duży, że zatrzymuję się jeszcze na chwilę w Krupem obejrzeć zamek, a właściwie jego ruiny.

Trochę martwi mnie aura. Zimy nie widać, wszędzie szarzyzna, gdyby chociaż odrobione słońca. W okolicach Zamościa zaczyna kropić. Zatrzymuję się na obiad w wypatrzonej przy drodze knajpie z wiatrakiem i gdy ruszam w dalszą drogę, kropienie przechodzi w regularny deszcz. Za Zamościem pomału zaczyna się ściemniać, jest szaro, ponuro, leją się strugi wody. Od Hrebennego ostatnie kilometry jadę już w ciemności. Odludzie straszne. Jak koniec świata 🙂 Czasem migną jakieś wioski – kojarzę ich nazwy, bo oglądałem dojazd na mapie, więc błądzenia dziś nie będzie.

Wreszcie po około 20 kilometrach jazdy krętą i wąską drogą dojeżdżam do Horyńca. Szybko odnajduję hotel, gdzie ma się odbyć spotkanie. W środku cicho, ciemno, starszy pan w kapciach przemknął korytarzem. Na ducha nie wyglądał 🙂

Pojawia się główny szef i organizator imprezy, czyli Adam. Klucze zostają rozdzielone, zrzucamy bagaże. Zjeżdżają kolejne ekipy z całej Polski i dołączają do spotkania integracyjnego w wielkiej sali konferencyjnej. Docelowo będzie nas około 20 osób. Miało być więcej, ale lubelska ekipa zwana TS+ padła rażona grypą. Dojechał co prawda jej Prezes, ale wygląda, jakby miał zaraz ducha wyzionąć, po czym przyjmuje końską dawkę leków i oddala się do łóżka.

Dodatkową atrakcję stanowi próba przedstawienia – trwają akurat horynieckie spotkania teatralne. Sala jest duża, wpada do niej ekipa z pytaniem, czy mogą zrobić tutaj próbę… Czemu nie. Sztuka jest nowoczesna i trudna 🙂 Zapamiętałem dziewczyny, które leżąc obwieściły, że są pijane 🙂 Aha, jeszcze szef artystów miał jakiś ekstrawagancki makijaż…

My zaś … mamy dwie gitary, piosenki turystyczne, mnóstwo górskich i niegórskich tematów do przegadania, kresowe i niekresowe specjały i tak zastaje nas druga w nocy 🙂

Zerkając co jakiś czas przez okno, stwierdzam ze zdziwieniem odmianę aury. Z szarej jesieni zrobiła się piękna zima. Zaczął sypać gęsty i mokry śnieg, którego przybywa w oczach. Do rana będzie go całkiem sporo!

Więc jednak będzie zimowe Roztocze 🙂

Rankiem zjadamy szybkie śniadanie, a za chwilę sprawnie i zgodnie z planem Adama pakujemy się do busa, który wywozi nas gdzieś w szczere pole. Mijamy wioski, przez które wczoraj jechałem, jednak świat przysypany śniegiem wygląda o wiele lepiej. Gałęzie uginają się od śnieżnych poduch, do pełni szczęścia brakuje tylko słońca. Zamglony horyzont bardziej jednak przypomina warunki z zeszłego roku.

Ruszamy na szlak. Przed nami prawie dwadzieścia kilometrów. Adam przygotował bogaty program, więc nie ma ociągania.

Na pierwszy ogień idzie cerkiew we wsi Prusie.

Elementem dawnej historii Prusia jest drewniana cerkiew pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny. Powstała w roku 1887 (poświęcona rok później) ze zbiórek mieszkańców wsi, kwesty przeprowadzonej na terenie eparchii przemyskiej i wsparciu finansowemu jednego z mieszkańców.

Podstawową przyczyną ufundowania nowej cerkwi był zły stan jej poprzedniczki, którą przez wiele lat kolejni wizytatorzy biskupa nakazywali remontować. Obecnie cerkiew pw. NNMP pełni role kościoła filialnego parafii rzymskokatolickiej w Werchracie. Zbudowana na planie krzyża greckiego, trójdzielnie (nawa kwadratowa, babiniec i prezbiterium na planie prostokąta). Całość przykryta jest ośmiopołaciową kopułą i nakryta blachą. Janusz Mazur tak opisuje wnętrze świątyni: na całej powierzchni ścian znajduje się polichromia o podziałach architektoniczno-ramowych z dekoracją roślinną i patronową oraz z przedstawieniami figuralnymi – w babińcu na ścianie południowej „Przemienienie Pańskie”, na północnej „Sąd Ostateczny”, w prostokątnych polach w podniebiu sklepienia od wschodu „Zmartwychwstanie”; w ramionach bocznych przy nawie, między oknami – na ścianie południowej „Chrzest Chrystusa”, na północnej „Zwiastowanie NMP”. W tamburze na ściankach diagonalnych postacie czterech Ewangelistów; w prezbiterium duże przedstawienia świętych – na ścianie południowej święci Cyryl i Metody, na wschodniej – Piotr i Paweł, na północnej – Bazyli Wielki i Jan Złotousty [źródło: Cerkiew Prusie]. 

Oczywiście wlazłem na dzwonnicę. Potem jednak muszę gonić pozostałych 🙂

Kawałek idziemy asfaltem i skręcamy w pole. Przechodzimy przez tory, mijamy posterunek Straży Granicznej i zaczynamy zdobywać pierwszą dziś roztoczańską górę. Śnieg skrzypi pod nogami, przedzieramy się przez las, potem przez pola i już jesteśmy we wsi Moczary.

Tu czeka na nas niesamowity cmentarz na końcu świata i kryjące się za nim cerkwisko.

Tu też robimy dłuższą przerwę na herbatę i kanapki.

Miejsce powstało w I połowie XIX wieku, choć bardzo prawdopodobne jest wcześniejsze sytuowanie tu poprzedniej cerkwi, mury i krzyże wskazują połowę XVIII wieku. Nietypowe miejsce jak na taki typ budowli. Nie wzniesiono go na wzgórzu jak stawiano okoliczne cerkwie ale w delikatnym zagłębieniu, tworząc sztucznie usypaną skarpę – taras, ogrodzoną kamiennym murem, za którym rozpościerały się strumyki i mostki nad nimi, licznie występujące w tej okolicy. W murze tym umieszczono po obu stronach bramy, wnęki w których znajdowały się kaplice. Do muru przylegała również dzwonnica i jeden z budynków przycerkiewnych. Sama cerkiew, pod wezwaniem Podwyższenia Krzyża Pańskiego o  trójdzielnej budowie stanęła na kamiennych fundamentach, z częściowo podpiwniczoną zakrystią. Elementy podpiwniczenia zachowały się do dzisiaj. Każda z trzech części przykryta była oddzielnymi kopułami. Cerkiew została częściowo rozebrana po 1945 roku, przez wojsko rosyjskie w czasie kiedy to Dziewięcierz należał do ZSRR, Zdewastowana wróciła do Polski gdzie została rozebrana w 1951 roku [źródło:Powolne dreptanie po Roztoczu].

Ruszamy dalej, docieramy do głównej drogi, którą przecinamy i dalej lasami i wzgórzami łapiemy kolejne kilometry. Wychodzimy ponownie na główny trakt w okolicy wsi Dziewięcierz. W dole widać cerkiew, którą zbudowano na bazie zwykłego domu mieszkalnego.

Kilometr dalej natykamy się na rezerwat Sołokija. Wbijamy się w wąską  ścieżkę na zboczu góry, a potem leśnymi traktami idziemy dość długo, by dotrzeć do Kamieni Kultu Słońca. Jak to ujął Adam – lepiej brzmi niż wygląda. Jest to po prostu ostaniec skalny z otworem w środku, wyżłobionym zapewne siłami natury 🙂 Kosmici tu zapewne nie lądowali.

Kolejny punkt wycieczki to Nowiny Horynieckie. Z leśnych ścieżek przeskakujemy na szerokie leśne trakty pożarowe. Tempo rośnie.

Kaplica Matki Bożej położona jest w śródleśnej dolinie. Jest to znane miejsce kultu religijnego, które powstało w miejscu objawienia Matki Boskiej trójce pastuszków 12 czerwca 1636 r. Obecna drewniana kapliczka, wielokrotnie odnawiana, pochodzi z XIX w., a w 2002 r. została rozbudowana. W środku kaplicy bije cudowne źródło, a wodzie przypisuje się działanie uzdrawiające, zwłaszcza w chorobach oczu. W ołtarzu znajduje się łaskami słynąca figura Matki Bożej Niepokalanego Poczęcia wyrzeźbiona w drewnie lipowym. Warto zobaczyć również znajdujące się w pobliżu kaplicy dwie małe kapliczki: św. Antoniego Padewskiego i św. Franciszka oraz kamienna figura Matki Boskiej z 1943 r. W najbliższym otoczeniu kaplicy, a także na okolicznych wzgórzach bije wiele silnych źródeł [źródło: Polska niezwykła].

Stąd zostaje nam już tylko powrót do Horyńca. Grupa trochę się rozciąga, więc Adam udziela instrukcji, jak mamy dojść najkrótszą drogą do kwatery, a sam zostaje na rozstaju leśnych szlaków, by pozbierać wolniej idących.

Docieramy zgodnie z planem do hotelu, gdzie już czeka na nas obiad. Potem chwila odpoczynku i znowu zajmujemy salę konferencyjną z gitarą, śpiewem i przysmakami  🙂

Obok bawią się emeryci, a wieczorem dołączają znowu artyści 🙂

Drugi dzień naszego spotkania, to wycieczka do sąsiedniej wsi Radruż. Czekają tu na nas dwie cerkwie i kawał historii. Wieś leży przy samej granicy, a sam region to miejsce starcia dwóch kultur i narodów. Adam opowiada mnóstwo ciekawych historii i jest jak mi się zdaje, chodząca encyklopedią na temat Roztocza Południowego 🙂

Cztery kilometry mijają nie wiadomo kiedy. Pogoda zbliżona do tej z dnia poprzedniego. Drzewa przysypane śniegiem, drogi zawiane. Wygląda to pięknie, tylko budzi trochę moje i nie tylko obawy co do drogi powrotnej.

Zespół Cerkiewny w Radrużu należy do najcenniejszych i najpiękniejszych zabytków sakralnej architektury drewnianej na terenie Polski. Jego centralnym elementem jest cerkiew p.w. św. Paraskewy wzniesiona w końcu XVI w. przez zawodowy warsztat ciesielski. W połowie XVII w. we wnętrzu ściana ikonostasowa częściowo pokryta została polichromią. W skład Zespołu cerkiewnego w Radrużu wchodzą oprócz cerkwi: dzwonnica z końca XVI w., kamienny mur z bramami oraz kostnica z XIX w. W otoczeniu cerkwi znajduje się cmentarz przycerkiewny z zespołem nagrobków z XVIII-XX w. wraz z płytą nagrobną z ok. 1682 r. i dwa cmentarze parafialne z nagrobkami wykonanymi w ośrodku kamieniarskim w Starym Bruśnie (XIX-XX w.) [źródło: Muzeum Kresowe].

Ruszamy jeszcze leśną dróżką do drugiej cerkwi. 

Cerkiew wybudowana została w latach 1930-1931 jako filialna świątynia parafii przy cerkwi pw. św. Paraskewy w Radrużu. Wzniesiona została na miejscu wcześniejszej, z wykorzystaniem (w części prezbiterialnej) elementów pierwotnej, zapewne XVIII-wiecznej kaplicy. Do II wojny światowej pełniła funkcję kaplicy filialnej należącej do parafii św. Paraskewy w Radrużu. Po wysiedleniu miejscowej ludności w 1946 r. przejęta została na rzecz skarbu państwa i przez wiele lat pozostawała nieużytkowana. W latach 70. XX w. przeprowadzono gruntowny remont obiektu adaptując cerkiew na kaplicę rzymskokatolicką [źródło: zabytki.pl].

My 🙂