Na naszych zlotach robi się całkiem rodzinnie 🙂 Adaś jeździ z Kasią od czasu, gdy jeszcze go na tym świecie nie było, a w tym roku dołączył do niego kolejny młody góral – Radosław Junior 🙂 Jedyny facet, który trzy dni rąbał czekanem co popadło 😉

Ale też nie jest to koniec składów rodzinnych. Po kwietniowej wycieczce na Grzesia do grona zarażonych zimową turystyką dołączyła moja córcia Karolina i pewien zacny kawaler Tomek 🙂 Grudniowe listy do Mikołaja zawierały w zasadzie jedna prośbę – raki 🙂 Toteż Mikołaj nie mógł odmówić.

Do niezawodnego składu dołączyła jak zawsze Grasia, Ela, Wojtek z Dorotką oraz Radek. Piotrek stwierdził tylko że on jedzie, nawet jeśli nie wie gdzie.

Ruszamy świtem i idzie nam całkiem sprawnie. Kolejne odcinki trzęsących odcinków drogi zamieniły się w gładkie jak stół asfaltowe dywaniki. Mijamy Radom i wpadamy na ekspresówkę. Ani się obejrzymy i jesteśmy pod Krakowem. Tu niestety brakuje jeszcze kilkudziesięciu kilometrów i tempo siada. Na szczęście w samym mieście korków nie ma, bo pora wczesna i zaraz jesteśmy na Zakopiance. Tu też widać postęp prac, wiadukty już na nas czekają i pewnie na kolejny zlot już nimi pomkniemy.

Dzięki uprzejmości taty Tomka parkujemy w pobliżu bazy lotniczej TOPR i ruszamy do pobliskiej karczmy na placka po zbójnicku. Ponieważ reszta ekipy dojechała wcześniej, uzgadniamy, że ruszają na Ornak sami a my dołączymy później. Dłuższa chwila schodzi nam na napełnianiu żołądków a potem na poszukiwaniu wiosny (a raczej Biedronki). Żabka też jest, ale jako ekipa apolityczna omijamy ją szerokim łukiem 🙂

I tak jakoś nam zeszło do zmierzchu. W tej sytuacji tata Tomka, który kończy dyżur, proponuje nam podwózkę do Kir, gdzie czeka już Wojtek z plecakiem na biedronkowe zakupy 😉 Co prawda ustalał z Piotrem, że ruszy w dół 45 minut przed naszym wyjazdem, ale coś się słabo dogadali i biedak teraz się tam trzęsie z zimna, bo ubrany na lekko zbiegł za wcześnie ze schroniska do wylotu Doliny Kościeliskiej.

Zaczyna padać śnieg, droga po całodziennej odwilży przymarzła i już za chwilę są skutki – trafiamy na wypadek. Kolejne opóźnienie.

Wreszcie Kiry. Szybko odnajdujemy Wojtka, następuje przepakowanie, sprzęt na plecy i jazda ku przygodzie. Wkrótce spotykamy jeszcze Kasię i Grasię, które wyruszyły ku nam na spotkanie.

Wypada wspomnieć, że Wojtek z Dorotką i Grasią rządzą już jeden dzień w Tatrach i zdążyli zdobyć wybitny szczyt czyli Nosal 🙂

Droga do schroniska mija mi zadziwiająco szybko – czyżby dolina się skróciła? Jest też okazja na pierwsze pogaduchy – może dlatego ani się obejrzałem i już było przysłowiowe „5 minut do schroniska”.

I oto mamy ekipę w komplecie.

Wieczorna integracja trochę się przeciąga.

Nie wróży to „wyjścia na wschód słońca” następnego dnia 🙂 Mamy do swojej dyspozycji nasz ulubiony kąt na piętrze schroniska, wspominamy pierwszy zlot, który odbył się dokładnie w tym samym miejscu. Tylko sopli lodu za oknem brak, co powoduje nieutulony żal „królowej lodu” Grasi 😉 Za to śnieg leci w dużych ilościach. W połączeniu z prognozą pogody i zapowiedzią silnych porywów wiatru powoduje to korektę planów na jutro.

Dzień 1: Przełęcz Iwaniacka

Przed świtem słyszę nierówną walkę ze snem w wykonaniu Karoliny i Tomka. Zgodnie z przewidywaniem walka zostanie przegrana, ale i tak gratuluje im samozaparcia i próby wyjścia na wschód słońca nad Smreczyński Staw.

Ekipa powoli budzi się do życia. Bardzo powoli 🙂 W efekcie dzielimy się na podgrupy – pierwsza ogarnia się minimalnie szybciej i aby nie zgrzać się w pełnym rynsztunku górskim, decyduje się na wyjście. Ruszamy w stronę Przełęczy Iwaniackiej. Pada gęsty śnieg, drzewa pokryły się grubym puchem. Jakkolwiek marzyła mi się słoneczna pogoda, to ośnieżone drzewa też mi pasują i idzie mi się świetnie i w doskonałym nastroju. Dzielnie podążają ze mną Karolina z Tomkiem, dla których jest to zimowy debiut. Idzie też Kasia z Koziołkiem i niezawodna Ela, którą dopinguję tradycyjnym „jeszcze tylko 100 metrów po płaskim” 😉

W trakcie postoju odbywam mały pościg. Karolinie ucieka kawałek foliowej torebki, a że panna zrobiła się bardzo ekologiczna, ruszam w pościg po zboczu 🙂 Sunąc w gęstym śniegu jak czołg, w końcu ją łapię 🙂 Powrót wcale nie jest łatwy, ale wracam dumny z efektu! Czego się nie robi dla córki 😉

W tak pięknych okolicznościach w półtorej godziny osiągamy przełęcz. Trochę wieje, więc chowamy się pod drzewami i zakładamy biwak. Są „orzełki”, zabawy na śniegu, fotografowanie. Jest też gorąca herbata i kanapki. Lekko się wychładzamy, ale oto nadciąga druga grupa.

Radek Junior oczywiście asekuruje się czekanem, którego nawet na chwilę nie wypuszcza z ręki, pomimo, że na podejściu sprawdzał czołem jego twardość 😉

Świętujemy sukces pieczarkami i naleweczkami.

Jakkolwiek kusiło mnie, by wychylić nos ponad przełęcz, to napotkany turysta łamaną polszczyzną ostudził nasz zapał, mówiąc, że „wieje wiatr ponad forest”. On sam bardzo szybko zawrócił, a mijał nas całkiem niedawno na podejściu.

Wobec powyższego robię debiutantom ekspresowy kurs wiązania raków i ruszamy w dół. Szybko się rozgrzewamy. Śnieg nadal pada, płatki wirują, jest pięknie.

Przy drodze stoi Buka, a Muminki pewnie śpią.

Schodzimy do schroniska, rozciągając się nieco. Po drodze kusi mnie ośnieżona i nietknięta ludzką nogą Hala Ornak, ale nikogo nie namówiłem na nocny spacer.

Siadam sobie w kącie świetlicy i … odpływam 🙂 Po godzinie rusza
akcja poszukiwawcza 🙂 Moi przyjaciele odnaleźli zaginionego turystę na ławce schroniskowej świetlicy 😉

Gromadzimy się w pokoju na wieczorne pogaduchy. Wojtek dostaje do ręki nóż, przed nim lądują słoiki ze smalczykiem i bochenek chleba. Z miejsca zostaje uznany przez Karolinę za „fabrykę kanapek” 🙂 Jest miło i sympatycznie, Radek klepie się z zadowoleniem po swoich nieco zaokrąglonych od czasu jak go ostatnio widzieliśmy kształtach i stwierdza, że „wygrał z anoreksją” 😉

Schodzimy na kolację, gdzie dosięga nas technologia, czyli jedyny mający zasięg telefon, dzięki czemu możemy obejrzeć kolekcję zdjęć, które niedawno udostępniłem w ramach przygotowań do zlotu. Jest przy tym dużo śmiechu, bo niektóre z nich mają prawie 20 lat.

Potem zaszywamy się w śpiworach, by kolejnego dnia sprawnie poderwać się o świcie i ruszyć na kolejna wyprawę.

Dzień 2: Wąwóz Kraków

Tego dnia organizujemy się dość sprawnie i zaraz po śniadaniu ruszamy w dół Doliny Kościeliskiej.

Szybko odnajdujemy ścieżkę do wąwozu i schodzimy z głównego traktu. Nie bardzo wiemy co nas czeka, bo nikt z nas tu nie był. A wąwóz jest rzeczywiście widokowy.

Zaraz na początku spotykamy ekipę, która twierdzi, że nie da się przejść… My nie damy rady? Nacieramy, podziwiając wysokie skalne ściany. Ścieżka jest kręta i przeciska się chwilami dość wąsko pomiędzy urwiskami.

Szybko docieramy do miejsca, gdzie na zboczu straszy drabinka. U góry widać przymarznięty łańcuch. To zapewne o tym miejscu wspominali spotkani wędrowcy. Dalej drogę przegradza znak zakazu wstępu, więc sprawdzamy na mapie i wychodzi na to, że szlak wiedzie w górę.

Wojtek z Piotrkiem nie czekając długo wskakują na drabinę, sprawnie pokonują oblodzone zbocze i zaraz są na górze. Młodzież też nabiera chęci na przygodę. Zakładają raki i ruszają za poprzednikami. Chwila walki i trudności pokonane. Za to na dole został cały bagaż zwycięskiej czwórki. Wojtek ocenia trudności na „znaczne”, więc nie chcąc ciągnąć naszych najmłodszych i Eli na ekstremalne przygody ustalamy, że on bierze na siebie tych co weszli i biegną dalej przez jaskinię, a ja sprowadzę pozostałych i bagaż na dół drogą podejścia. Okazuje się, że to co najlepsze, czyli imbirówkę zabrał ze sobą do Smoczej Jamy 😉

Obładowani jak wielbłądy w kwadrans jesteśmy na dole. Tam też wkrótce spotykamy pozostałych. Tomek z Karoliną z przejęciem opowiadają o swojej pierwszej poważnej górskiej trasie w rakach 🙂

Wycieczka była dość krótka, więc czujemy niedosyt. Pojawiamy się przy schronisku i od razu kroki kierujemy w stronę Smreczyńskiego Stawu.

Dojście zajmuje nam pół godziny, za to biwak, który zakładamy – potrwa ze dwie. Jest pozowanie przez Grasię do powtórki kultowego zdjęcia sprzed lat 😉 Są też pieczarki, jest naleweczka. Wszystko zgodnie z tradycją.

Nowicjuszom nakazujemy kopać jamę śnieżną. Najpierw dziwnie patrzą a za chwilę kopią zawzięcie 🙂 Wyszła całkiem zgrabna, choć nieduża. Sesję fotograficzną w jamie zaliczają wszyscy bez wyjątku 🙂 Łącznie z trzypokoleniową rodzinką≤ która z rozbawieniem przyglądała się naszym harcom.

Żeby młodzi się za bardzo nie nudzili, a przy okazji poczuli moc śniegu, dostają kolejną propozycję: zdobyć wzgórze obok stawu, a za chwilę jeszcze jedną – obejść staw dookoła.

Chyba złapali „fazę” bo kopią się w śniegu z dziką radością 🙂

Czas ucieka, towarzystwo robi się głodne, więc zarządzamy odwrót. Całe zejście zamienia się w niekończący się zjazd najmłodszej dwójki na „jabłuszku”. Sztafeta rozstawiona wzdłuż ścieżki ubezpiecza zjeżdżających małolatów i na kolejnym spadku rytuał się powtarza.

Docieramy do schroniska i oczywiście wszyscy rzucają się na jedzenie. Bardzo pojętny Radek Junior zapamiętał z naszej nauki, że „kto nie ma znaczka tan zasuwa na górę po Nestie”. Radek Senior nie może niestety odmówić racji Juniorowi, bo byłoby to niewychowawcze i odbywa dodatkowy spacerek na piętro 🙂

Próbuję poderwać towarzystwo do boju na nocny wypad, ale wyczuwam ciemną stronę mocy emanowaną przez napełnione brzuchy, więc ostatecznie podrywam tylko swoją młodzież. Tych nie trzeba namawiać dwa razy 🙂

Czołówki na głowę i pędzimy drugi dziś raz nad Smreczyński Staw. Wycieczka młodzieży się podoba, ale tym razem nie siedzimy długo. Kilka zdjęć i wracamy. Jest wreszcie okazja na szkolenie z dupozjazdów. Ciemno, droga pusta. Siadamy, kilka odepchnięć kijami i już pędzimy w dół. Tak się rozpędziłem, że mijam zdziwioną Karolinę. Wiatr we włosach 😉

Szkolenie nocne uznajemy za udane. Powrót zajął nam koło kwadransa i był błyskawiczny 🙂 Przed schroniskiem oczywiście szaleje dwójka małolatów. Do których za chwilę dołączają nieco starsi i zaczynają ryć kolejną wielką jamę w zaspie. Wciąga ich to na dłużej.

Wpadamy na górę, gdzie trwa wieczorna impreza pożegnalna. Zerkając, jak idzie kopanie jamy odkrywamy, że można ich skutecznie bombardować śnieżkami z balkonu schroniska. Wojna rozkręca się w najlepsze, ale balkonowej ekipie szybko kończy się amunicja. Przenosimy się więc na dół, gdzie śniegu jest pod dostatkiem. Walka kończy się rozejmem i wszyscy zgodnie wskakują do jamy na pamiątkowe foto.

Znosimy wszystko co da się zjeść, aby oszczędzić sobie noszenia. A potem do łóżek. Strasznie szybko nam minął ten czas.

A rano Tomek zaczyna czytać regulamin… i odkrywa, że w schronisku jest do wypożyczenia gitara. Kolejny zlot zaczniemy od studiowania regulaminu 🙂

Jeszcze pakowanie, śniadanie, plecaki na plecy i tym razem dolina jakoś się dłuży…. W górę idą tłumy, są stylówy, Dżesiki i Brajany, sanie pełne turystów (150 za kurs, widząc baciki w rękach fiakrów nie miałem odwagi zapytać o podatki 😉 ). Z Kir łapiemy busa, ale jazda trwa dość długo. Korki są okrutne. Na Krupówkach dziki tłum. Szybko uciekamy na parking. Wpadamy jeszcze na kilka słów do ratowników, Piotrek robi sobie zdjęcie z Sokołem i w drogę.

Byłoby całkiem fajnie, gdyby nie to, że trafiamy na szczyt w Krakowie. Coś za coś. Jak się chce pokontemplować w samotności góry, trzeba się przemęczyć w drodze…

Koniec.

Tegoroczna zima jakoś nie rozpieszczała do tej pory warunkami na zdjęcia, ale oto w końcu się doczekałem – jest śnieg i to w sporych ilościach, kolejna porcja właśnie leci z chmur, więc długo się nie zastanawiam, bo ile można czekać 🙂

Trochę ciepłych ciuchów, aparat na ramię i już pędzę do Derła.

O ile w mieście drogi są nieźle oczyszczone, to już pierwsze kilometry pokazują mi, że jest zima – jadę po grubej warstwie lodu, która na szczęście dobrze „trzyma” 🙂

Jeszcze tylko Janów Podlaski, kawałek nadbużanki i zaraz skręcam do wsi. Derło jest jak zwykle ciche, senne. Zajeżdżam pod ulubione lipy, parkuję obok zdziwionych pograniczników, którym nawet nosa nie chce się wychylić z ciepłego auta i ruszam ku przygodzie.

Już pierwsze metry pokazują, że będzie to „bieg na orientację”. Drogi przysypane grubą warstwą śniegu są praktycznie niewidoczne, ale jako stary bywalec tych kątów, znam tutejsze ścieżki na tyle dobrze, że raczej się nie zgubię 🙂

Trochę żałuję, że nie ma słońca i aura jest trochę ponura, ale z chwilą, gdy zaczyna prószyć śnieg, poprawia się od razu „klimat fotograficzny” 🙂 Przecieram ślad w głębokim śniegu, i docieram do łęgu. Tu teren się obniża i zastanawiam się, czy tutejszy dół zalała wysoka ostatnio woda i czy da się przejść. Wiosną miałem tu przeprawę z butami w ręku 🙂 Woda owszem -wysoka, ale zamarzło, potem opadło, więc przechodzę po leżących na ziemi taflach lodu na drugą stronę.

Teraz idę ponad samym Bugiem dość nową ścieżką, którą pracowicie ostatnio przygotowała Straż Graniczna. Z pomocą bobrów. Jakkolwiek kiedyś spotkania z nimi wydawały mi się atrakcyjne, teraz – widząc dzieło zniszczenia – skłonny jestem nazwać je największymi szkodnikami i chętnie zamieniłbym polowania na dziki na polowania na bobry.

Mijam lewitujące drzewo (też dzieło bobrów) i zmierzam w kierunku plaży. Trzy miesiące temu podziwiałem tu wspaniałe piaskowe łachy, zegar słoneczny pracowicie odmierzał czas, a teraz wszystko skryło się w białym puchu. Kręcę się chwilę, ale na główna plażę dojścia nie ma – jest tu jak pamiętam głęboki kanał – teraz pokryty lodem, ma który raczej nie zaryzykuję wejścia.

Ma tu miejsce ciekawe zjawisko – z racji ostrego zakrętu rzeki tworzy się tu prąd wsteczny. Jest on szczególnie teraz widoczny, gdyż Bug pokryty jest płynącym szybko śryżem. Dopiero w tych warunkach widać, jaki to żywioł. Jest tu podobno jedno z głębszych miejsc na Bugu.

Robię odwrót i zgodnie z planem ruszam do drugiej ścieżki, którą zwykle wracam. Chwila wahania na skrzyżowaniu i idę dalej – pierwotny plan zakładał dojście aż do Woroblina i wygląda na to że go zrealizuję. Mimo śniegu – idzie się świetnie 🙂

Słyszę jakiś szelest na pniu i za chwilę przygląda mi się ciekawski ryjek.

Lisie, a czemu ty nie śpisz?

No tak, głodny jest 😉 Robię pomału kilka kroków, by go nie spłoszyć. Schodzi na ścieżkę, cały czas mi się przyglądając. Chyba mam dobry kontakt ze zwierzętami: pogadałem sobie do niego, wysłuchał, postał, zapozował 🙂

Ruszam do Woroblina. Tylko gdzie są są ścieżki? No tak, pod śniegiem.

Trzymając się rzeki, wychodzę z małego zagajniczka i wreszcie na horyzoncie widzę odległe budynki. Wypadałoby teraz obejść rozległe rozlewisko, by wejść do wsi, ale chodzi mi po głowie, że może da się z drugiej strony, skracając przy okazji trochę drogę. Skręcam w coś, co przypomina leśną przecinkę. Wertepy straszne, dzikie chaszcze, doły, ale po około kilometrze wyłażę z labiryntu i już jestem tam, gdzie zaplanowałem. Latem zapewne tak łatwo by tędy nie poszło.

Zostaje dotrzeć spokojnie do Derła. Dzieli mnie od niego około trzech kilometrów polnymi drogami. Mijam znajomą szopę, odkrywam niewidoczne latem, małe wzgórze z krzyżem. Podobno to resztki nieistniejącej już wsi.

I już mam przed sobą Derło. Idąc przez wieś, z przyjemnością fotografuję drewniane domy. To już jedna z nielicznych nadbużańskich wsi z takim klimatem. Droga szybko mija i znowu jestem na wzgórzu przy lipach. Pogranicznicy zniknęli, moje auto stoi 🙂

Czas do domu na ciepłą kawę.

Brzmi prawie jak kolorowe jarmarki 🙂

Jak wysiedzieć, gdy na zewnątrz złota jesień. Ruszam… przed siebie. Koszyk w ręku chociaż nadzieja na cokolwiek nikła, ale jak zawsze aparat na ramieniu. Spontanicznie w trakcie jazdy wybieram cel. Najpierw krótki spacer po lesie, by przekonać się, że nadal nic nie rośnie.

Żółte alejki wciągają.

Za to w Borsukach witają mnie wszystkie możliwe barwy.

I tak powstają obrazy.

Po zimnym wrześniu październik totalnie zaskoczył. Zrobiło się niemal lato i tylko zimne poranki przypominały, że jest środek jesieni.

W sobotni poranek zerkam przez okno i od razu się uśmiecham. Gdzie to ja dawno nie byłem?

Aparat rzucony na siedzenie i ruszam w drogę. Jeszcze tylko chwila zawahania na rozjeździe i nie ma odwrotu – czas na Derło. Nie byłem tam od wiosny, więc czas zajrzeć w stare kąty, zobaczyć, co sie zmieniło. Mijam Janów Podlaski,  kawałek nadbużanki mija błyskawicznie i już skręcam do wsi. Tu jak zwykle cicho, sennie. Drzewa przybrały już jesienne barwy.

Na końcu wsi jak zwykle zajeżdżam pod lipy, parkuję w cieniu i czas na dłuższy spacer.

Schodzę w dół, robiąc prze okazji nie wiem który już raz zdjęcie pokręconej drodze w dolinie. Szybko docieram nad Bug i już mogę podziwiać swoją ulubioną rzekę w jesiennej odsłonie. Jest na tyle ciepło, że można chodzić w koszulce z krótkim rękawem. Intensywny błękit nieba od razu sugeruje użycie filtra polaryzacyjnego. Efekty przechodzą moje oczekiwania.

Staram się pójść jak najbliżej rzeki i całkiem dobrze mi się to udaje, bo Straż Graniczna wytyczyła sporo nowych ścieżek. Przy okazji miejsce straciło trochę na swojej dzikości, ale dla równowago stare drogi pomału zarastają zielenią i krzakami. Zrobił się z tego istny labirynt. Ja jednak znam już tutejsze ścieżki na tyle dobrze, że szybko trafiam do celu dzisiejszej wyprawy. Po drodze mijam kilku wędkarzy i ich terenówki ukryte w krzakach 🙂

Mijam znowu dół pełen uschniętych drzew.

Kolejne punkty widokowe na białoruską plażę.

Wreszcie poznaję znajome pochyłe drzewo, jeszcze tylko zostaje przejść przez niedużą wydmę i … zaskoczenie! Wiosną wydawało mi się, że wszystko tu zarośnie i skończy się czas pięknej plaży. A tu proszę – bielutki drobny piasek ciągnie się kilkaset metrów na całym łuku Bugu. Woda jest bardzo niska więc i plaża ma słuszne rozmiary. Miejsce oznaczam w głowie jako odzyskane 🙂

Aparat idzie w ruch, bo takiej okazji nie można odpuścić 🙂 Poprawę nastroju w skali 1 do 100 określam na trzysta 🙂 Aż żal opuszczać to miejsce. Zaglądam w kilka kątów, przechodzę całą plażę wzdłuż i w poprzek, zostawiam trochę śladów dla pograniczników.

Dziwne ślady na piasku to działalność bobrów, które bardzo rozmnożyły się nad Bugiem i „żrą co popadnie”. Śladów ich działalności jest sporo. Krążą też legendy, że atakują ludzi i połykają w całości, ale jakoś do tej pory tego nie doświadczyłem 🙂 I niech tak zostanie.

Słońce przyjemnie grzeje, ale kończy się mój limit czasu, więc zarządzam odwrót. Ruszam starą ścieżką, która już mocno zdziczała i docieram w okolice drogi do Woroblina. Tu skręcam w starą drogę ponad rozlewiskami i docieram znowu do Bugu.

Stąd mam już blisko do swojego „parkingu” 🙂

Galeria:

Trasa spaceru:

W zasadzie pojechałem na grzyby.

Aparat na ramieniu to był „plan B”. Poszukiwania jakichkolwiek oznak, że coś w lesie rośnie zacząłem tydzień wcześniej. Nic, nawet śladu muchomora 😉 Bez wielkiej nadziei, że cokolwiek znajdę, ruszam w kierunku Kodnia. Las jest tam piękny, ale szybko się przekonuję, że pusty.

No ale pretekst był… żeby zajrzeć na Sugry.

Sugry (Suhre, Suchry) koło Kodnia – tej wsi już nie ma

Dzisiaj z wszystkich domów,  w których przed II wojną światową żyło 13 rodzin, została tylko jedna bardzo stara drewniana chałupa bez drzwi i okien.  Dach już w połowie opadł. Ściany także nie wytrzymały próby czasu.

Została też studnia z betonowych kręgów – jedyny trwały świadek historii tej wsi. [źródło: Sugry]

Chałupy już nie ma, został tylko fundament.

Byłem tu przejazdem rowerem i duże wrażenie zrobiła na mnie piaszczysta skarpa wpadająca do Bugu. Chyba jedna z ładniejszych. I dla niej tu wpadłem. 

Długie światło zachodzącego słońca kładzie głębokie cienie, ale epicko przystrojone w chmury niebieskie niebo podsuwa mi pomysł na zrobienie HDR. To do dzieła.

Jest chłodno, pewnie z 5 stopni, więc długo się nie kręcę. Zdjęcia zrobione, czas ruszać w drogę powrotną.

Wracając, zatrzymuję się jeszcze w okolicy wsi Żuki. Kilka wzniesień zaintrygowało mnie w czasie rowerowych letnich wypraw. Krótkie śledztwo wykazało, że to rozpoczęta i niedokończona budowa jednego z fortów Twierdzy Brzeskiej.

 

Fort „I” znajduje się obok wsi Żuki. Pierwotnie zakładano jednak inną lokalizację tego fortu, który miał zostać wybudowany na północ od obecnego miejsca tj. obok wsi Murawiec. Nieodpowiednie warunki gruntowe w miejscu planowanej budowy uniemożliwiły jednak wzniesienie fortu stałego, w związku z czym podjęto decyzję o zmianie lokalizacji fortu, który przesunięto 1,5 km w przód tj. w kierunku południowym w pobliże wsi Żuki. Jak się później okazało nie była to jedyna tak znaczna zmiana w planach budowy tego fortu.

Fort lit. I (ros. И) w Żukach należał do grupy dzieł tworzących główną linię obrony twierdzy brzeskiej tj. do drugiego pierścienia fortów zewnętrznych. Plan, którego decyzję o realizacji podjęto już w 1912 roku, zakładał budowę w ciągu 10 lat nowej pozycji fortecznej (II linii fortów) oddalonej o ok. 7 km od centrum twierdzy i 2,5-3 km od poprzedniej linii fortów.Nowa pozycja docelowo miała się składać z 14 fortów, 21 punktów oporu międzypola, 5 koszar obronnych i kilkudziesięciu baterii artyleryjskich. Planowanym 12 stałym fortom nadano oznaczenia literowe (rosyjskie): А, В, Г, Е, Ж, 3, И, К, Л, М, N, О. Do głównej pozycji obronnej dołączono także zmodernizowane „stare” forty VIII i X, których nazwy zmieniono odpowiednio na „Б” oraz „D”. Z drugiego pierścienia fortyfikacji cztery znajdują się na terytorium Polski tj. forty (И-Żuki, К – Kobylany, Л-Lebiedziew, О-Koroszczyn). [źródło: twierdza.org]

Słońce zaszło, więc ani grzybów ani zdjęć już nie będzie 🙂 Czas do domu.