Taki mały powrót w stare kąty. 

Jak zwykle zajrzałem pod dąb. Zastałem krzaki, śmieci…. podjąłem desperacką próbę pomocy zaniedbanemu drzewu. Wójt odpisał następnego dnia, że zajmie się nim. Sprawdzę 🙂

A poza tym jak zwykle spacer po znanych miejscach i trochę opowieści co tu było kiedyś i jak się zmieniło. Córcia chętnie słuchała 🙂

Trochę terenów wokół klasztoru, stara szkoła podstawowa. Sentymentalnie się zrobiło 🙂

 

 

Pomału kończą się graniczne odcinki Bugu, których jeszcze nie fotografowalem, więc zacząłem zerkać na jego górny bieg, gdzie dostępne są oba brzegi, a moja ulubiona rzeka nie jest już rzeką graniczną. Począwszy od Niemirowa Bug wpływa na teren Polski. 

Na początek postanawiam zrobić mały rekonesans w okolicy mostu we Fronołowie. Dość późnym popołudniem ruszam w drogę i po 30 minutach jestem na miejscu. Rower złożony, butelka wody do plecaka i ruszam.

Na moście znowu trwa jakiś remont – tym razem chyba chodzi o wymianę mocowań szyn kolejowych. Ponadto prowadzone są jakieś tajemnicze prace na cokołach podpór mostu. Może montują tam kolejkę górską? 🙂 Albo podesty do base jumpingu…

Parę minut i jestem po drugiej stronie Bugu. Przyzwyczajony do ścieżek pograniczników z granicznego odcinka, ruszam ledwo widocznym śladem wzdłuż rzeki. Udaje się przejechać pewnie ze 200 metrów. I koniec.  Krzaki, gąszcz, koniec przygody. No tak, tu się jeździ zupełnie inaczej 🙂

Wycofuję się do mostu, jadę chwilę wzdłuż nasypu i za chwilę jest wąska dróżka do wsi Maćkowicze. Tu wpadam na drogę do Mielnika. Nie ma innej możliwości… jadę szeroką asfaltówką, wypatrując jakichkolwiek dojazdów do rzeki. Pierwszy napotkany kończy się tabliczkami „teren prywatny”, ale na szczęście jest też ścieżka, która kończy się efektowną wierzbą.

Samotny wędkarz „moczy kija”. A obok do Bugu wpada nieduża rzeczka Moszczanka. Miejsce jest pełne uroku, ale dalej jazdy nie będzie.

Nawrót i znowu wpadam na asfalt.

Chwilę jadę nad samą rzeką, którą odgradza ode mnie tylko barierka. Zbliżam się do  kolejnej wsi – Osłowa. Tam znajduję zjazd, który w pewnym momencie skręca nad rzekę. Jest nadzieja 🙂 Rzeki jednak nie widać, odkrywam za to ogromne rozlewiska Bugu. Widać jeszcze ślady po niedawnej dużej wodzie. Dziś miejsce wygląda trochę jak błotniste bagno, ale trzeba tu będzie wrócić, gdy wodna roślinność opanuje to miejsce. Na razie jednak kręcę kolejne kilometry, odkrywając przy okazji oznaczenia czerwonego szlaku rowerowego. 

Dojeżdżam do miejsca, gdzie według mapy po mojej stronie Bugu powinien być rezerwat Trojan i zakręt zwany Kolanem. Skręcam więc w pierwszą napotkaną ścieżkę w kierunku rzeki. Zaczynają się pojawiać ludzie i samochody i to w dużych ilościach. Jest w końcu Pierwszy Maja, naród świętuję… Wszędzie czuć zapach grilla 🙂

Mijam ostatnich wędkarzy i zaczynam się przedzierać wąską ścieżką tuż nad brzegiem rzeki. Zaczynają mnie gryźć komary i meszki, a ścieżka w końcu znika. Nie ma rady, trzeba się wycofać. Zabrakło może ze 100 metrów.

Wracam więc tą samą drogę i ruszam ponad rzeką w kierunku widocznego już Mielnika.

Docieram tam dość szybko. Przejeżdżam wzdłuż wsi „dołem”, czując, że grunt jest ciągle miękki  i niedawno moja ścieżka była pod wodą.

Mijam mielnicki stadion, jedyny w swoim rodzaju i na końcu osady wyjeżdżam na główną drogę. W planach miałem zajechać trochę dalej, ale jest dość późno, a czeka mnie jeszcze powrót. Ruszam więc przez Mielnik, wypatrując sklepu, gdzie można kupić oranżadę 😉 Wszystko nieczynne, no tak – Pierwszy Maja.

Zaglądam w boczną uliczkę by spojrzeć na kopalnię kredy, potem jeszcze szybko na Górę Zamkową i teraz długa prosta do mostu.

Zerkam na ruiny kościoła.

Przy moście jest małe zamieszanie, bo ktoś puścił plotkę, że z drugiej strony „strażnicy mostu łapią” 🙂 Grupka nieśmiało sunie pomostem, by na koniec stwierdzić, że to motocyklista w żółtej kamizelce przyjechał popatrzeć na most 🙂

Rower na pakę i czas do domu 🙂

Już od kilku lat realizuję pomysł obejrzenia jak największej ilości nadbużańskich zakątków, więc tylko czekałem na pierwszą okazję, by zapuścić się w rejony dotąd niezbadane. 

Woda w Bugu jeszcze wysoka, zieleni jak na lekarstwo, ale ciepłe niedzielne popołudnie natychmiast podrywa mnie z miejsca. Jakiś czas temu podziwiałem na zdjęciach satelitarnych ogromne rozlewiska Bugu w okolicach Drażniewa. Wodowskazy sugerują, że właśnie przechodzi tegoroczna kulminacja, więc jest szansa popatrzeć na dużą wodę.

Godzinka jazdy i jestem w Drażniewie. Przebijam się przez las w okolice znajomego bużyska i już mogę podziwiać swój ulubiony pejzaż.

Woda jest owszem – wysoka, ale nie na tyle by zalać łąki. Ale drogi już tak. Już po kilkuset metrach muszę zdjąć buty i podjąć pierwsze tegoroczne wyzwanie – kontakt z wiosenną wodą 🙂

Pokonuję w sumie ze trzy rozlewiska i docieram do rzeki. Ujście Tocznej w niczym nie przypomina sielankowej letniej plaży – wody jest dużo, piasek skrywa szeroka (i pewnie głęboka) płaszczyzna wody. Światło też dziś nie sprzyja, jest jakieś mętne, liści jak na lekarstwo, więc zdjęciami nie jestem zachwycony 🙂

Wracam nieco okrężna drogą, podziwiając jakieś strażackie manewry po drugiej stronie Bugu we wsi Zajęczniki.

Docieram do auta i zerkam na zegarek. Jest zapas czasu. No to szukam skarpy. Tej, której jeszcze nie widziałem. Nawigacja pokazuje 20 minut. Mijam Drażniew i kolejne znajome wsie, które niedawno przemierzałem rowerem.

Za Korczewem wkraczam w nowe rejony. Stare, zapomniane wioski, sielski klimat, wolno płynący czas. Mijam Mogielnicę. Tu muszę wrócić na zdjęcia, bo miejscowość bardzo mi się podoba. Z mapy wynika, że zbliżam się do rzeki. Pierwsza próba odszukania skarpy nie udaje się. Przechodzę około 200 metrów i coś jest, ale do rzeki stąd daleko. W dole widać łąkę, a w oddali kościoły Drohiczyna. Nieudaną próbą rekompensują widoki 🙂

Przejeżdżam jeszcze około pół kilometra i widzę wąską ścieżkę w bok. Może tu? Prawdę mówiąc z drogi nic nie widać i nic nie zapowiada tego, co za chwilę zobaczę. Przechodzę 100 metrów i jest! 

Co tu dużo mowić. To jest skarpa skarp. Widziałem jakieś zdjęcia w sieci, ale wygladało to raczej na kawałek nasypu. A tu niespodzianka. Ogromna! 

Na oko 60 metrów pionu wpada prosto w pędzący w dole Bug. Robi to niesamowite wrażenie. I budzi respekt. Tu nie ma gdzie się zatrzymać. Zjazd w dół skończyłby się niechybnie głośnym PLUM. Skarpa rozciąga się na kilkaset metrów. Grozę budzi potężny pionowy uskok. Przechodzę najpierw w lewo,  potem w drugą stronę.

Młoda ekipa w tych pięknych okolicznościach rozpija wino, są uśmiechnięci i odpowiadają na pozdrowienie. A ja fotografuję. W dole widać zalane łąki, a sam zakręt przypomina trochę Bindugę w Gnojnie.

Trzeba tu będzie wrócić przy niskiej wodzie i zbadać teren 🙂 A na razie wracam do auta, dojeżdżam o mostu we Frankopolu i ruszam najkrótszą drogą przez Drohiczyn do domu 🙂

 

Kto o nich nie słyszał? Chyba każdy. Najsłynniejszy symbol tatrzańskiej wiosny, ściągający co roku tysiące spragnionych jego widoku turystów.

Internet znowu zalała fala zdjęć Polany Chochołowskiej pełnej fioletowych kwiatów i narodził się szalony pomysł  – jedziemy w weekend na jeden dzień obejrzeć krokusy 🙂 Jakoś tak zawsze chciałem je zobaczyć, ale myśl o tym, żeby przejechać 500 kilometrów i zaraz wracać studziła zapał. W tym roku jednak stwierdziłem, że kiedy jak nie teraz.

Drogi ekspresowej w kierunku Krakowa przybywa, więc jedzie się coraz lepiej i szybciej. Docieramy rodzinnie w piątkowy późny wieczór w okolice Kościeliska, gdzie mamy zarezerwowany nocleg. Zjadamy kolację i postanawiamy wstać wcześnie, by zdążyć przed tłumem, którego jutro się spodziewamy w Dolinie Chochołowskiej.

Wszystko idzie zgodnie z planem – pogoda zgodna z prognozą: jest lekki przymrozek, na trawie widać szron, ani jednej chmurki, brak wiatru. Zrywamy się po szóstej, pakowanie plecaków, przygotowanie kanapek i herbaty, jeszcze tylko śniadanie i podjeźdżamy pod wylot Siwej Polany, oddalonej o 5 kilometrów od naszej kwatery.

Pierwszy szok. Jest po siódmej i wszystkie parkingi są już pełne! Wciskamy się na ostatnim, gdzie jest jeszcze trochę wolnych miejsc, szybkie przepakowanie i ruszamy.

Przed nami około 9 kilometrów Doliny. Znam ją na pamięć, tyle razy nią szedlem. Niestety – widoki zamiast cieszyć – przygnębiają. Wszędzie trwa zrywka drewna, drogi są zryte ciągnikami, okoliczne zbocza zieją pustką, bo większość drzew wyłamał halny. Piękne tatrzańskie doliny to już chyba zostaną tylko w moich wspomnieniach.

Idziemy całą piątką, a obok ciągnie w górę gigantyczny tłum. Liczyłem się z tym, więc nie narzekam. Przecież czekają na nas krokusy. Te witają nas tuż po wkroczeniu na Polanę Chochołowską. Na razie zwinięte po porannym przymrozku. Po dwugodzinnym marszu robi się jednak całkiem ciepło.

Rozsiadamy się chwilę w schronisku, odstajemy swoje w kolejce po szarlotkę, wypijamy kawkę i czas na realizację dalszej części planu. Poprzedniego dnia gościłem w bazie lotniczej TOPR i dowiedziałem się, że spokojnie mogę spróbować wyciągnąć chętnych na Grzesia. Moja piękniejsza połówka postanawia założyć obóz szturmowy połączony ze spacerem po Polanie, czytaniem książek i podziwianiem krokusów. Ja zaś montuję ekipę złożoną z części młodzieżowej i za chwilę zaczynamy podejście. Szlak znam na pamięć, więc skupiam się na pilnowaniu moich wędrowców, a przy okazji opowiadam, co widzą i jak sobie radzić z drogą w zimowych warunkach.

No właśnie. Weszliśmy znowu w zimę. Początek szlaku jest trochę błotnisty i oblodzony, ale dość sprawnie przeprowadzam grupkę wyżej, gdzie idziemy już po śniegu. Wiosenne słońce powoduje, że jest on ciężki, zbity i śliski. Tu ludzi prawie nie ma, więc możemy spokojnie swoim tempem zdobywać wysokość i nie obawiać się, że ktoś na nas zjedzie. Pokonujemy pierwszy, stromy odcinek, przed Przełęczą Bobrowiecką, skręcamy w trawersujący odcinek szlaku, gdzie w punktach widokowych podziwiamy panoramy na Kominiarski Wierch. Pogoda nadal trzyma.

Kolejny zwrot i czeka na ostatnia prosta na grzbiet, gdzie wychodzimy z lasu. Tu wypoczywa kilka grupek – my też robimy przystanek na herbatkę i kanapki. Widok jest wyśmienity. Jak zwykle w takich warunkach wrażenie robi Babia Góra, która świeci w słońcu jak szczyt Fujijamy.

Jak że jest „zima” a trochę się zgrzaliśmy, zarządzam wymarsz. Naciągamy czapki, wkładamy rękawice i kaptury na głowy bo leciutko wieje. Młodzieży zimowe wejście bardzo się podoba.

Czas na atak szczytowy. To dość stromy odcinek, mocno ośnieżony, nadal jest pewnie koło 1-1,5 metra śniegu, który skrywa rosnącą pod nim kosówkę. Pokazuję młodzieży kilka otworów po nogach osób, które się zapadły 🙂 Robią wrażenie. Wielokrotnie grzany i mrożony śnieg utworzył jednak stabilne podłoże i idąc po nim szybko zdobywamy kolejne metry.

Pierwsza na szczyt wpada oczywiście najmłodsza w ekipie – córcia Weronika. Brawa dla niej! Cieszy się i macha do nas z góry ręką. Zaraz dołącza do niej kolejna dwójka czyli Karolina i Tomek. Cała trójka to zimowi debiutanci. Już mówią, że im się to podoba 🙂

Ostatni wkraczam ja 🙂 Widoki są rewelacyjne. Wokół zimowe Tatry, na uboczu Osobita, na którą odchodzi nieprzetarty słowacki szlak. Ludzi sporo. Część z nich rusza dalej w kierunku Rakonia i Wołowca, dla nas to jednak koniec wycieczki. Cel osiągnięty. Czeka nas w końcu jeszcze zejście do schroniska a potem powrót na Siwą Polanę.

Na szczycie siedzimy około pół godziny. Przestało wiać, jest bardzo przyjemnie. Kończymy herbatkę, Tomek jak rasowy turysta wyciąga czekoladę, którą tu wniósł. Ludzi przybywa, a my zarządzamy odwrót. Czas na wyciągnięcie raków. Trzeba jakoś asekurować ekipę. Idę pierwszy robiąc stopnie, a krok w krok za mną pozostali. Szybko i bez problemów dochodzimy do lasu. Tu jest już bezpieczniej ale pamiętam, że na dole czeka nas jeszcze oblodzony odcinek. Tam raki w kilku miejscach się przydają, bo robię na lodzie stopnie z własnych butów i udaje się sprawnie pokonać kilka trudniejszych miejsc. Tylko Karolince nie udaje się uniknąć kontaktu z błotem 🙂

Jesteśmy znowu pod schroniskiem. Dość szybko odnajdujemy się w tłumie z dyżurującą obsadą obozu szturmowego 🙂 Krokusy rozkwitły na całego, ale też tłum zgęstniał. To co widzieliśmy rano, to była gra wstępna 😉 Są też klasyczne przypadki ceprów, którzy nic nie robią są z zakazu wstępu na krokusowe pole. Zwracam im uwagę, ale jedyną reakcją jest wzruszenie ramion. To jeszcze jeden powód, dla którego tu nie wrócę. Byłem, zobaczyłem i wystarczy.

Teraz przed nami dwie godziny marszu w dół. Droga się dłuży, w górę ciągną kolejne tłumy. Nad głową przelatuje Sokół. Śmigłowiec TOPR. Na szczęście tylko na ćwiczenia. Na pokładzie jest tata Tomka, więc mamy wiadomości z pierwszej ręki 🙂 A my – chcemy szybko stąd uciekać. Wreszcie jest parking. Czujemy dzisiejsze 26 kilometrów w nogach. Wracamy do kwatery, przebranie się i szukamy knajpki. Próba wbicia się do kultowej Kolibecki kończy się niepowodzeniem. Brak miejsc.

Zostają Krupówki, gdzie o dziwo ludzi jest mało 🙂 Czyżby wszyscy byli w Chochołowskiej?

Placek po zbójnicku przywraca siły 🙂 I powoduje chęć przyłożenia głowy do poduszki. Wracamy do Kościeliska i padamy 🙂

Rano mieliśmy jeszcze spotkać ekipę od Sokoła TOPR, więc ponownie wpadamy do bazy. Niestety – od rana mocno wieje, pogoda jest dużo gorsza. Śmigłowiec stoi w hangarze, a my po 15 minutach pogawędki ruszamy do domu.

Weekend był udany 🙂

Co roku przychodzi ten weekend kwietnia, gdy pojawia się biały dywanik zawilców, choć drzewa jeszcze szare i pozbawione liści. Wtedy wiadomo, że naprawdę przyszła wiosna. Nie inaczej było w tym roku. Gwałtowny skok temperatury o prawie 20 stopni obudził przyrodę i nagle zrobiło się zielono.

Wracam zmęczony po pracy, ale pojawia się słoneczko i szybko wracają siły i chęci na zregenerowanie się na dłuższym spacerze. Wybór jest oczywisty – rezerwat Chmielinne.

Las, w którym znam każdą ścieżkę i który muszę odwiedzić każdej wiosny. Właśnie dla zawilców. Te jedne są wieczne, bo sam las… z każdym rokiem marnieje, jest systematycznie niszczony, co nazywa się „planową gospodarką leśną”. Pamiętam go, gdy był jeszcze naturalny, piękny, dziki, rosły w nim grzyby. Teraz to zwykłe krzaki, pogrodzone metalowymi plotami. A chronione zawilce rozjechane kołami traktorów…

Ten las już nigdy nie będzie taki sam.

Leśna szkółka zarosła i zdziczała. Przepracowałem w niej trochę, pieląc sadzonki drzew a potem je sadząc w okolicy. Tak – były takie czasy, gdy całe klasy jechały do lasu i spędzały tam cały dzień na sadzeniu drzew.

Sam rezerwat też oberwał. Od natury. Ogromna ilość drzew padła pod naporem wiatru. Wygląda to tragicznie, ale tu przynajmniej sama natura zdecydowała, co ma przetrwać, a co stanowić podłoże dla kolejnych pokoleń lasu. Dopóki nie ma liści, ten widok będzie straszył przejeżdżających…

Ciepłe popołudniowe słońce przyjemnie grzeje. Dwugodzinny spacer kończę przed zmrokiem.

Nie mogło oczywiście zabraknąć mojego aparatu fotograficznego.Robię na pamiątkę trochę zdjęć i mam nadzieję, że za rok trochę lasu jeszcze zostanie. Bo na pewno znowu tu zajrzę. Tak, jak to robię od 40 lat 🙂