Tak się jakoś złożyło, że najbliżej leżące odcinki Bugu zostały mi na ten rok. Po ostatniej wyprawie za Drohiczyn nadeszła pora przejechać na rowerze fragment, który budził moje obawy ze względu na obecność licznych mostów, przejść granicznych, stref zakazanych i pilnujących tego wszystkiego pograniczników 🙂

Na szczęście od jakiegoś czasu mam informacje z pierwszej ręki, co i gdzie legalnie mogę robić 🙂 Niniejszym pozdrawiam Pawła z SG 🙂

Stary schemat zaczynam o 8 rano – telefon do Straży, rower do auta i wyruszam do Nepli, skąd zamierzam przejechać do Kuzawki, gdzie rok temu zakończyłem swoją wycieczkę z Łęgów i ruszyć dalej w stronę Terespola.

Znanymi sobie skrótami docieram na miejsce w pół godziny. Pogoda jest taka jak lubię – słonecznie, nie za gorąco. Jadę chwilę przez las i przed Kuzawką napotykam dokładnie taki klimat jak rok wcześniej – błękit nieba, zielone pola falujące zbożami, kwitnące maki.

Przejeżdżam przez wieś i co widzę? Już wiem gdzie jest Nemo!

A potem to już nadbużańskie standardy. Ledwo widoczna ścieżka skręca w chaszcze 🙂 I rzeka ciągle tuż obok. Moja trasa wiedzie tuż ponad brzegiem, ale na szczęście nie ma tu pasa granicznego, więc mogę na razie legalnie podążać w stronę mostu w Kukurykach.

Zataczam szerokie koło, bo tak płynie tu rzeka i w końcu z krzaków wyłania się potężna konstrukcja. To most tranzytowy na Białoruś dla TIR-ów. Właściwe przejście jest około 3 kilometry wcześniej, a tutaj ruch samochodowy jest już po odprawie. Przejeżdżam pod mostem, zerkając przy okazji na sporą ilość kamer i inne zabezpieczenia 😉

Zaraz za mostem moja droga oddala się od rzeki. Jadę chwilę wzdłuż kolejki ciężarówek i wjeżdżam do wsi Kukuryki 🙂 Jest nieduża, więc szybko pozostaje za mną i zaraz jest kolejna mała wioska – Samowicze. Tu według informacji od Pawła mam szukać domu sołtysa 🙂 Najpierw w jednak docieram na koniec wsi, gdzie droga kończy się zjazdem w dół, przecina nieduże jeziorko i dalej jest już tylko łąka.

Wracam do domu sołtysa, bo oczywiście już go wcześniej wypatrzyłem i tam ruszam polną drogą w kierunku rzeki. Zajmuje mi to kilka minut i znowu mam swój Bug.

Jadę teraz przez odludne, ciche i spokojne tereny, napotykając co jakiś czas mocno piaszczyste odcinki, co kończy się tym, że muszę rower pchać, aby nie tracić niepotrzebnie sił. I muszę przyznać, że to jeden z bardziej widokowych odcinków Bugu.

Zataczam znowu wielki łuk wzdłuż rzeki, podziwiając przy okazji piękną plażę po białoruskiej stronie.

Teraz czas na odnalezienie tego, po co tu przyjechałem. Śluza w Terespolu. Wielkie betonowe cokoły nie pozostawiają wątpliwości, ze to jest to miejsce. Jako dinozaur pamiętam czasy, gdy śluza funkcjonowała i spiętrzała wodę około 2 metry, co zapewniało żeglowność białoruskiego dopływu Bugu – Muchawca. A było to ponad 30 lat temu 🙂

Teraz tylko beton pozostał nienaruszony, inne mechanizmy pordzewiały. Kanał, którym woda opływała śluzę – zarósł zielskiem. Przypomniałem sobie z jaką obawą przez niego skakałem, patrząc na rwący prąd w dole… no to hop. Skoczyłem jeszcze raz 🙂 Co z tego że teraz suchy 😉

Czas jechać dalej. Zbliżam się do mostow kolejowych. I tu niestety spotykam koniec ścieżki nad Bugiem. Pas drogi granicznej został wyraźnie oznaczony, nie mam wątpliwości, że dalej nie mogę się zapuścić. To znaczy mogę, ale pewnie daleko nie zajadę 🙂

Odbijam w stronę Terespola i wkrótce wyjeżdżam na drogę zwaną Aleją Marzeń 🙂 Przekraczam tory i już Terespol. Teraz mój plan obejmuje dotarcie do miejsca zwanego Rogatką. Jest to stara odnoga Bugu, za którą rozciąga się Białoruś. Jest to takie jedyne miejsce, gdzie Bug płynie w całości po białoruskiej stronie. Zgodnie z instrukcjami mam się tam nie zapuszczać. 🙂 Zaglądam więc tylko wydeptaną ścieżką nad brzeg Rogatki, kilka fotek i wycofuję się na wał przeciwpowodziowy.

Podążam nim przez kilka minut i już jestem na drogowym przejściu granicznym w Terespolu. Tu zaczynałem swoją przygodę w kierunku Okczyna. Kolejny fragment Bugu mogę uznać za przejechany 🙂

Pozostaje tradycyjny powrót. Przecinam Terespol piękną nową ścieżką rowerową. Jeszcze przejazd kolejowy i już skręcam na drogę w kierunku Nepli. Kilometry szybko mijają, przekraczam znowu trasę dla TIR-ów – tym razem górą. Wiadukt ma dziwną konstrukcją i wygląda na mocno prowizoryczny, ale trwa już tle lat i pewnie jeszcze długa przyszłość przed nim 🙂

Po 4 godzinach jazdy znowu jest przy aucie. Pot z czoła otarty, rower ląduje w bagażniku a ja ruszam jeszcze do Malowej Góry zerknąć na Krznę. Woda jest niska, więc skarpa znowu jest wysoka, tylko las zniknął… Cóż począć 🙁

Chwilę dumam, jak wszystko się zmienia a potem jazda do domu 🙂

Trochę zdjęć:

I trasa:

Czerwiec w tym roku jest wyjątkowo słoneczny i ciepły, więc postanawiam kontynuować zwiedzanie nadbużańskich zakątków z pokładu roweru. Wybór pada na dość odległy odcinek rzeki, zaczynający się w Tonkielach. Trasa narysowana, wrzucam ślad do telefonu i w drogę. Szukam skrótów, aby jak najszybciej dojechać do celu, w efekcie zwiedzam jakieś tajemnicze i zapomniane zakątki. Odkrywam przy okazji kilka znajomo wyglądających miejsc, które oglądałem w Google Street View, planując tegoroczne wyprawy.

Wreszcie po około 70 kilometrach jazdy widzę znajomy most. Zjeżdżam szybko na dół, auto zostawiam w cieniu i przesiadam się na rower.

Witaj przygodo. Ruszam przez most, a tuż za nim skręcam w drogę wiodącą wzdłuż rzeki. Bardzo szybko przekonuję się, że tu się jeździ zupełnie inaczej niż na granicznym odcinku. Mijam kolejne wsie, kilometry lecą, a do Bugu nie zbliżam się nawet na chwilę. Najpierw mijam mały przysiółek, przejeżdżam przez nieduży lasek i wkrótce droga wpada do wsi Chutkowice, gdzie zaczyna się znowu asfalt.

Jadę więc dalej. Przede mną kolejna wieś Putkowice, a rzeki nie widać. Znowu skręcam w jakąś polną dróżkę, ale ta również za chwilę wraca na asfaltowy trakt. No nic, ciągniemy dalej. Teraz będzie długa prosta, a na niej kilka podjazdów. Sprawdzam dystans – już 18 kilometrów. Dziwnie dużo, ale nie ma czasu się zastanawiać. Mijam kolejną wieś Arbasy.

Natrafiam na kolejny zjazd, ale okazuje się, że kończy się on na rozlewisku, za którym pracują na polu traktory. Z map wynikałoło, że mam małe szanse przebić się dalej, więc odpuszczam przeprawę i ruszam dalej asfaltem w kierunku kolejnej wsi Osnówka.

Nareszcie na chwilę ukazuje mi się Bug – ale tylko na chwilę.

Za Osnówką natrafiam na znajome miejsce – Granne. Tu dwa lata temu fotografowałem przeprawę, która odsłoniła się w wyniku dramatycznie niskiego stanu wody w Bugu. Teraz wszystko jest pod wodą. Jadę dalej.

W kolejnej wsi Kruzy odkrywam oznaczenia jakiegoś szlaku rowerowego. Skręcam więc ochoczo z asfaltu w szeroką polną drogę. Okazuje się, że jest tu ukrytych w lesie mnóstwo letnich rezydencji. Całkiem fajna okolica. Tylko droga robi się mocno piaszczysta i jedzie się ciężko. W kolejnej wsi Leśniki jest jeszcze gorzej. Od czasu do czasu napotykam jakieś pojedyncze zabudowania. Istny koniec świata. A Bugu nie widać 🙂  Kilometrów coraz więcej… do planowanego nawrotu w Nurze jeszcze daleko i coraz bardziej zaczynam się zastanawiać co poszło nie tak. Jednak nie odpuszczam i przebijam się przez kolejne lasy i zagajniki. Wyjeżdżam na szutrówkę, która wyprowadza mnie do wsi Kobyle. Tu znowu zagłębiam się w polne drogi. Wyjeżdżam w kolejnej wsi Wojtkowice. Nareszcie widzę Bug 🙂 Ale tylko na chwilę. Podziwiam rzekę z wysokiej skarpy i jadę dalej.

Znowu czekają mnie leśne, piaszczyste drogi. Kolejna wioska. Wojtkowice-Dady. A w zasadzie kilka domów. Na końcu wsi kościółek. Kilka zdjęć, rzut oka na mapę i czas na poszukiwania brodu.

Kilka razy oglądałem Google Maps i ze zdjęć wynikało, że gdzieś tu można przeprawić się przez Nur. Bo mostów w okolicy nie ma. Pierwsza próba jest niestety nieudana. Dróżka dojazdowa kończy się ogrodzoną łąką, w dali widać tylko nadrzeczne zarośla. Wracam na asfalt i dojeżdżam do kolejnej wsi – Wojtkowice Stare. Na końcu wsi odkrywam szeroką polną drogę w kierunku rzeki. Mijam nieduży lasek, potem droga opada i po kiluset metrach jazdy przez łąkę jestem nad Nurem 🙂 Jest bród! Droga wpada prosto do rzeki, woda ledwo po kolana.

Robię zasłużony biwak i wyciągam nawigację. 32 kilometry. Do nawrotu nadal daleko. A przecież cała trasa miała mieć 50 kilometrów. Czas też dziwnie się skurczył. Chwilę wpatruję się w ślad i odkrywam – cała trasa ma 92 kilometry! I olśnienie – narysowałem swoją trasę w milach 😀

W takiej sytuacji zostaje zrobić pamiątkową sesję nad Nurem i podejmuję decyzję o odwrocie. Rzeka jest piękna, czysta i przyjemnie chłodzi stopy po tylu kilometrach 🙂

Mały posiłek, trochę wody i teraz już cały czas asfaltową drogą docieram do mostu w Tonkielach.

Po drodze jeszcze kościół w Grannem.

I przydrożne klimaty.

Cała trasa to 64 kilometry. Nie powiem – poczułem 🙂 Ale kawałek świata, który zobaczyłem, był tego wart 🙂