Oj ciężko szła w tym roku organizacja letniego zlotu. Przyczyny są na tyle banalne że pominę je milczeniem. Co najważniejsze jednak – znalazła się silna grupa, która niemal kopniakiem zmusiła mnie, by ruszyć szanowne cztery litery 🙂 Tak więc letni zlot odbył się… we wrześniu 🙂 Najważniejsze, że przed dwudziestym trzecim – byle zdążyć przed jesienią.

Kasia szybko ogarnęła kwatery i zgodnie z planem atakujemy Tatry Bielskie.

Pakujemy się z Piotrem w auto trochę później niż zwykle i koło szesnastej ruszamy w drogę. Po  wakacyjnym wyjeździe oceniłem, że najszybszy i najbardziej komfortowy dojazd na Słowację wiedzie teraz przez Rzeszów, skąd autostradą A4 błyskawicznie przemieszczamy się do Krakowa. Na Zakopiance spokój, podziwiamy ogromne wiadukty, które rosną na budowie i którymi mamy nadzieję wkrótce jeździć, potem w Nowym Targu odbijamy w stronę Łysej Polany i przed północą jesteśmy w Żdiarze. To taka mała wieś około 15 kilometrów od granicy, gdzie umieściliśmy naszą bazę szturmową. Dzięki precyzyjnym informacjom od tych co przybyli wcześniej wbijamy się prosto… na patrol słowackiej policji 🙂 A wystarczyło skręcić 100 metrów wcześniej 😉 Piotrek zalicza badanie trzeźwości, na oczach zdziwionych policjantów robimy piękny nawrót i wjeżdżamy do wsi.  Tu już bez problemów trafiamy pod chatkę, gdzie czeka komitet powitalny.

Krótkie powitanie przeciąga się do czwartej rano 🙂 Wcale mnie to nie dziwi.

Ranek odkładamy do godziny dziesiątej 😉 Raz, że wieczór był długi, a dwa – pogoda jakaś taka dziwna 🙂 Grunt, ze w końcu się zbieramy. Pierwszy plan na rozruszanie to Dolina Bachledowa z jej największą atrakcją – nowo otwartą ścieżką ponad koronami drzew. W ramach rozchodzenia postanawiamy pójść piechotą.

Natura postanowiła nam jednak pokrzyżować plany i gdzieś w dali pojawiają się chmury i zaczyna coś mruczeć.

Bokiem przejdzie.

Ruszamy. Po dwóch kilometrach docieramy do głównej drogi. Słońce pomału chowa się za chmurami, nad Tatrami coś się kłębi. U nas spokojnie. Bokiem przejdzie 🙂

Kasia, która tu siedzi od poprzedniego dnia,  na wszelki wypadek informuje nas, że jeżdżą tu jakieś autobusy, więc jak coś to skokami od przystanku do przystanku i może coś złapiemy. I tak lecą kilometry. Burzę słychać całkiem dobrze, ale nadal twierdzę, że przejdzie bokiem 🙂 Dorotka patrzy na mnie z wyrzutem, bo nie wzięła kurtki „bo przecież mówiłem że bokiem przejdzie”. Przy jednym z przystanków Ela z Dorotką łapią stopa i za chwilę tylko kurz opada na drogę i tyle je widzieliśmy.

My zaś dobrym tempem docieramy do wylotu Doliny. Tu dopadają nas pierwsze krople. Jest jednak przystanek, gdzie można się schronić. Stoi też sympatyczna Słowaczka, która twierdzi, że zaraz będzie autobus i zawiezie nas na miejsce. Faktycznie – przyjeżdża po około piętnastu minutach i zawozi nas na samą górę.  Okazało się, że to jeszcze około trzech kilometrów. W tzw. „międzyczasie” zaczyna się regularna ulewa. Wypadamy z autobusu i chronimy się w drewnianej wiatce robiącej za przystanek. Chwilę gadamy na temat pogody, deszcz słabnie i stwierdzamy, że teraz to na pewno bokiem przejdzie 🙂

Ruszamy w górę w pogoni za dziewczynami, które zapewne już gdzieś pod szczytem na nas czekają. Znajdujemy początek ścieżki … zaczyna padać. Trochę. Na tyle jednak skutecznie, że szybko odczuwamy wilgoć 🙂 Do tego trwają tu prace budowlane przy stacji narciarskiej i zaczyna nas wciągać wszechobecne błoto. No i nic nie widać. Docieramy do lasu i stwierdzamy, że w tych warunkach to tylko odwrót. Wojtek rusza na górę ratować Dorotkę i Elę, reszta ociekając wodą ponownie przemierza błotniste parkingi.

Jest autobus. Wsiadamy do niego z ulgą. Tuż przed odjazdem docierają pozostali, których ściągnął z góry Wojtek. Dojeżdżamy do centrum Żdiaru, autobus zajeżdża na parking i … za chwilę dzielna negocjatorka Kasia każe nam się pakować z powrotem na pokład 🙂 Autobus rusza i wywozi nas prawie pod kwatery. Oczywiście jak to w takich przypadkach bywa – po dotarciu na miejsce wychodzi słońce i robi się całkiem miło. Przynajmniej nieco wyschliśmy.

Ogarniamy się chwilę i czas poszukać knajpy. Aura jest jaka jest – nie pada, chociaż chciałoby 😉 Nadal twierdzę że bokiem przejdzie 😉 Do knajpy na szczęście jest 100 metrów.

Dziwnym zbiegiem okoliczności wszyscy zamawiają „syr wyprażany”. Jadałem lepsze 😉 Ale Zlaty Bażant niezmiennie dobry. My do wyjścia, a tu – znowu leje.

Nie przeszło bokiem.

 

Biegiem docieramy do chatki i teraz to już może sobie padać. Liczymy na cud, że jutro będzie pięknie. Wieczór mija jak zwykle w pięknych okolicznościach wspomnień, śmiechów i tylko gitary brak.

Mocne postanowienie porannego wstawania skutecznie studzi odgłos lejącej się na dachowe okno nade mną wody. Nasze „podkrowi” czyli poddasze jest dość specyficzne i trochę przypomina trumnę 🙂 Jest długie, wąskie i chodzi się w nim będąc lekko pochylonym. Za to łóżka są wygodne i jest ciepło 🙂

Całość dopełnia centralnie umieszczone okienko w suficie.

Dziś nie ma szans, że przejdzie bokiem, więc zostaje czekanie. Zjadamy śniadanie, czas mija na pogaduchach, a tych nigdy dosyć. Około 11 przejaśnia się. Wstępuje w nas otucha. Pakujemy się do aut i jazda do Bachledowej. Musi się udać. Rzeczywiście – gdy docieramy, pogoda robi się znośna. Nawet coś widać, może trochę mokro, ale dziś uzbroiliśmy się jak na największą ulewę.

Dorotka się uśmiecha spod swojej deszczowej kurtki, za którą tak wczoraj tęskniła.

Przemarsz na górę zajmuje około godziny. Z każdą chwilę robi się ładniej, możemy nawet podziwiać Tatry. Robi się na tyle ciepło, że kurtki idą do plecaków i paradujemy w samych koszulkach. Ale tylko na chwilę. Dość szybko dostajemy od natury komunikat – jest wrzesień i opalania nie będzie 🙂

Widać już słynny chodnik nad drzewami. Wpadamy pod kasę a wraz z nami… czarna i gęsta chmura.

Przejdzie bokiem? Raczej nie… Bilety kupione. Całe dziewięć euro. Tylko Piotrek szczerzy ząbki – a ma powody. Został emerytem, bo jakimś cudem kupił bilet dla emerytów.

Wpadamy na pomost a wraz z nami chmura. Nie przeszła bokiem. Brrrr…. Robi się przeraźliwie zimno i mokro. Opatulamy się ciepło w kurtki, kaptury na głowę i ruszamy ku przygodzie.

Pomost ma około kilometra, chwilami osiąga wysokość 30 metrów nad gruntem i na pewno są z niego przepiękne widoki. Trochę dane nam będzie je podziwiać w drodze powrotnej. Teraz jednak idziemy w gęstej chmurze, z której za chwilę wyłania się kolejna atrakcja ścieżki.

Wieża. Wysoka na około 30 metrów. Wchodzi się na nią lekko nachylonym chodnikiem robiąc kilkanaście kółek. W środku wieży widać metalową rurę służącą do szybkiego zjechania w dół. Na razie zjeżdżalnia jest nieczynna.

Wreszcie po około 15 minutach wyłazimy na szczyt. Czeka tu na nas wisienka. Czyli trampolina. Szczyt wieży zamiast dachu ma siatkę, po której można chodzić. Krąg o średnicy 20 metrów budzi w pierwszej chwili lekki niepokój. Do czasu, póki się na niego nie wejdzie. Frajda niesamowita 🙂

Biegamy po trampolinie jak dzieci, tylko nasz emeryt ma opory 🙂 W asyście Kasi i Wojtka stawia jedną nogę na siatce i …. wycofuje się 🙂 Widok 30 metrów powietrza pod stopami nie każdemu służy 🙂

Aura pomału daje się we znaki. Zaczyna kropić, wiać, robi się zimno, więc szybko sięgamy po tradycyjne pieczarki, by uwiecznić ten wyjątkowy sukces wyprawy 😉

Schodzimy. W połowie wieży zaczynają się odsłaniać widoki. Chmura pomału odchodzi, a my wreszcie możemy podziwiać panoramy wokół. Jest na co popatrzeć. Z jednak strony Tatry Bielskie, z drugiej Pieniny. Widać nawet Trzy Korony. Aż żal schodzić.

Jeszcze raz przechodzimy cały pomost nad drzewami i docieramy do punktu startu. Tu tak naprawdę jest jeszcze wielki plac budowy – Słowacy szykują wielką stację narciarską, ale podziwiamy już teraz ich zmysł do interesów, bo pomost jest oblegany przez tłumy – mimo nie najlepszej pogody. 

Schodząc zahaczamy jeszcze o sąsiednią wieżę – już tradycyjną, a potem, nie spiesząc się schodzimy na dolny parking. 

Wracamy na kwaterę i postanawiamy rozejrzeć się za inną knajpą. Poszukiwania kończą się fiaskiem i ponownie lądujemy w Żdiarance. Dziś dajemy szansę plackowi po zbójnicku. Jadałem lepsze 😉

Wypogadza się…. 

Ostatni wieczór jak zwykle przeznaczony jest na spożycie tego, co przywieźliśmy, by przypadkiem za dużo nie wróciło z nami do domów 🙂

A rano… pozostawię to bez komentarza… aura jak z bajki. Wojtek z Dorotką ruszają jeszcze w góry, bo mają najbliżej do domu. Chatka Plesnivec miała być naszym celem dzień wcześniej. Dziś w imieniu wszystkich postawi tam stopę nasza dzielna grupa szturmowa.

A my ruszamy do Polski. Zakopianka w niedzielę jest trochę zapchana, ale reszta trasy mija nam spokojnie. O dwudziestej witam się z domem, gdzie czekają na mnie moje dziewczyny 🙂