Na naszych zlotach robi się całkiem rodzinnie 🙂 Adaś jeździ z Kasią od czasu, gdy jeszcze go na tym świecie nie było, a w tym roku dołączył do niego kolejny młody góral – Radosław Junior 🙂 Jedyny facet, który trzy dni rąbał czekanem co popadło 😉

Ale też nie jest to koniec składów rodzinnych. Po kwietniowej wycieczce na Grzesia do grona zarażonych zimową turystyką dołączyła moja córcia Karolina i pewien zacny kawaler Tomek 🙂 Grudniowe listy do Mikołaja zawierały w zasadzie jedna prośbę – raki 🙂 Toteż Mikołaj nie mógł odmówić.

Do niezawodnego składu dołączyła jak zawsze Grasia, Ela, Wojtek z Dorotką oraz Radek. Piotrek stwierdził tylko że on jedzie, nawet jeśli nie wie gdzie.

Ruszamy świtem i idzie nam całkiem sprawnie. Kolejne odcinki trzęsących odcinków drogi zamieniły się w gładkie jak stół asfaltowe dywaniki. Mijamy Radom i wpadamy na ekspresówkę. Ani się obejrzymy i jesteśmy pod Krakowem. Tu niestety brakuje jeszcze kilkudziesięciu kilometrów i tempo siada. Na szczęście w samym mieście korków nie ma, bo pora wczesna i zaraz jesteśmy na Zakopiance. Tu też widać postęp prac, wiadukty już na nas czekają i pewnie na kolejny zlot już nimi pomkniemy.

Dzięki uprzejmości taty Tomka parkujemy w pobliżu bazy lotniczej TOPR i ruszamy do pobliskiej karczmy na placka po zbójnicku. Ponieważ reszta ekipy dojechała wcześniej, uzgadniamy, że ruszają na Ornak sami a my dołączymy później. Dłuższa chwila schodzi nam na napełnianiu żołądków a potem na poszukiwaniu wiosny (a raczej Biedronki). Żabka też jest, ale jako ekipa apolityczna omijamy ją szerokim łukiem 🙂

I tak jakoś nam zeszło do zmierzchu. W tej sytuacji tata Tomka, który kończy dyżur, proponuje nam podwózkę do Kir, gdzie czeka już Wojtek z plecakiem na biedronkowe zakupy 😉 Co prawda ustalał z Piotrem, że ruszy w dół 45 minut przed naszym wyjazdem, ale coś się słabo dogadali i biedak teraz się tam trzęsie z zimna, bo ubrany na lekko zbiegł za wcześnie ze schroniska do wylotu Doliny Kościeliskiej.

Zaczyna padać śnieg, droga po całodziennej odwilży przymarzła i już za chwilę są skutki – trafiamy na wypadek. Kolejne opóźnienie.

Wreszcie Kiry. Szybko odnajdujemy Wojtka, następuje przepakowanie, sprzęt na plecy i jazda ku przygodzie. Wkrótce spotykamy jeszcze Kasię i Grasię, które wyruszyły ku nam na spotkanie.

Wypada wspomnieć, że Wojtek z Dorotką i Grasią rządzą już jeden dzień w Tatrach i zdążyli zdobyć wybitny szczyt czyli Nosal 🙂

Droga do schroniska mija mi zadziwiająco szybko – czyżby dolina się skróciła? Jest też okazja na pierwsze pogaduchy – może dlatego ani się obejrzałem i już było przysłowiowe „5 minut do schroniska”.

I oto mamy ekipę w komplecie.

Wieczorna integracja trochę się przeciąga.

Nie wróży to „wyjścia na wschód słońca” następnego dnia 🙂 Mamy do swojej dyspozycji nasz ulubiony kąt na piętrze schroniska, wspominamy pierwszy zlot, który odbył się dokładnie w tym samym miejscu. Tylko sopli lodu za oknem brak, co powoduje nieutulony żal „królowej lodu” Grasi 😉 Za to śnieg leci w dużych ilościach. W połączeniu z prognozą pogody i zapowiedzią silnych porywów wiatru powoduje to korektę planów na jutro.

Dzień 1: Przełęcz Iwaniacka

Przed świtem słyszę nierówną walkę ze snem w wykonaniu Karoliny i Tomka. Zgodnie z przewidywaniem walka zostanie przegrana, ale i tak gratuluje im samozaparcia i próby wyjścia na wschód słońca nad Smreczyński Staw.

Ekipa powoli budzi się do życia. Bardzo powoli 🙂 W efekcie dzielimy się na podgrupy – pierwsza ogarnia się minimalnie szybciej i aby nie zgrzać się w pełnym rynsztunku górskim, decyduje się na wyjście. Ruszamy w stronę Przełęczy Iwaniackiej. Pada gęsty śnieg, drzewa pokryły się grubym puchem. Jakkolwiek marzyła mi się słoneczna pogoda, to ośnieżone drzewa też mi pasują i idzie mi się świetnie i w doskonałym nastroju. Dzielnie podążają ze mną Karolina z Tomkiem, dla których jest to zimowy debiut. Idzie też Kasia z Koziołkiem i niezawodna Ela, którą dopinguję tradycyjnym „jeszcze tylko 100 metrów po płaskim” 😉

W trakcie postoju odbywam mały pościg. Karolinie ucieka kawałek foliowej torebki, a że panna zrobiła się bardzo ekologiczna, ruszam w pościg po zboczu 🙂 Sunąc w gęstym śniegu jak czołg, w końcu ją łapię 🙂 Powrót wcale nie jest łatwy, ale wracam dumny z efektu! Czego się nie robi dla córki 😉

W tak pięknych okolicznościach w półtorej godziny osiągamy przełęcz. Trochę wieje, więc chowamy się pod drzewami i zakładamy biwak. Są „orzełki”, zabawy na śniegu, fotografowanie. Jest też gorąca herbata i kanapki. Lekko się wychładzamy, ale oto nadciąga druga grupa.

Radek Junior oczywiście asekuruje się czekanem, którego nawet na chwilę nie wypuszcza z ręki, pomimo, że na podejściu sprawdzał czołem jego twardość 😉

Świętujemy sukces pieczarkami i naleweczkami.

Jakkolwiek kusiło mnie, by wychylić nos ponad przełęcz, to napotkany turysta łamaną polszczyzną ostudził nasz zapał, mówiąc, że „wieje wiatr ponad forest”. On sam bardzo szybko zawrócił, a mijał nas całkiem niedawno na podejściu.

Wobec powyższego robię debiutantom ekspresowy kurs wiązania raków i ruszamy w dół. Szybko się rozgrzewamy. Śnieg nadal pada, płatki wirują, jest pięknie.

Przy drodze stoi Buka, a Muminki pewnie śpią.

Schodzimy do schroniska, rozciągając się nieco. Po drodze kusi mnie ośnieżona i nietknięta ludzką nogą Hala Ornak, ale nikogo nie namówiłem na nocny spacer.

Siadam sobie w kącie świetlicy i … odpływam 🙂 Po godzinie rusza
akcja poszukiwawcza 🙂 Moi przyjaciele odnaleźli zaginionego turystę na ławce schroniskowej świetlicy 😉

Gromadzimy się w pokoju na wieczorne pogaduchy. Wojtek dostaje do ręki nóż, przed nim lądują słoiki ze smalczykiem i bochenek chleba. Z miejsca zostaje uznany przez Karolinę za „fabrykę kanapek” 🙂 Jest miło i sympatycznie, Radek klepie się z zadowoleniem po swoich nieco zaokrąglonych od czasu jak go ostatnio widzieliśmy kształtach i stwierdza, że „wygrał z anoreksją” 😉

Schodzimy na kolację, gdzie dosięga nas technologia, czyli jedyny mający zasięg telefon, dzięki czemu możemy obejrzeć kolekcję zdjęć, które niedawno udostępniłem w ramach przygotowań do zlotu. Jest przy tym dużo śmiechu, bo niektóre z nich mają prawie 20 lat.

Potem zaszywamy się w śpiworach, by kolejnego dnia sprawnie poderwać się o świcie i ruszyć na kolejna wyprawę.

Dzień 2: Wąwóz Kraków

Tego dnia organizujemy się dość sprawnie i zaraz po śniadaniu ruszamy w dół Doliny Kościeliskiej.

Szybko odnajdujemy ścieżkę do wąwozu i schodzimy z głównego traktu. Nie bardzo wiemy co nas czeka, bo nikt z nas tu nie był. A wąwóz jest rzeczywiście widokowy.

Zaraz na początku spotykamy ekipę, która twierdzi, że nie da się przejść… My nie damy rady? Nacieramy, podziwiając wysokie skalne ściany. Ścieżka jest kręta i przeciska się chwilami dość wąsko pomiędzy urwiskami.

Szybko docieramy do miejsca, gdzie na zboczu straszy drabinka. U góry widać przymarznięty łańcuch. To zapewne o tym miejscu wspominali spotkani wędrowcy. Dalej drogę przegradza znak zakazu wstępu, więc sprawdzamy na mapie i wychodzi na to, że szlak wiedzie w górę.

Wojtek z Piotrkiem nie czekając długo wskakują na drabinę, sprawnie pokonują oblodzone zbocze i zaraz są na górze. Młodzież też nabiera chęci na przygodę. Zakładają raki i ruszają za poprzednikami. Chwila walki i trudności pokonane. Za to na dole został cały bagaż zwycięskiej czwórki. Wojtek ocenia trudności na „znaczne”, więc nie chcąc ciągnąć naszych najmłodszych i Eli na ekstremalne przygody ustalamy, że on bierze na siebie tych co weszli i biegną dalej przez jaskinię, a ja sprowadzę pozostałych i bagaż na dół drogą podejścia. Okazuje się, że to co najlepsze, czyli imbirówkę zabrał ze sobą do Smoczej Jamy 😉

Obładowani jak wielbłądy w kwadrans jesteśmy na dole. Tam też wkrótce spotykamy pozostałych. Tomek z Karoliną z przejęciem opowiadają o swojej pierwszej poważnej górskiej trasie w rakach 🙂

Wycieczka była dość krótka, więc czujemy niedosyt. Pojawiamy się przy schronisku i od razu kroki kierujemy w stronę Smreczyńskiego Stawu.

Dojście zajmuje nam pół godziny, za to biwak, który zakładamy – potrwa ze dwie. Jest pozowanie przez Grasię do powtórki kultowego zdjęcia sprzed lat 😉 Są też pieczarki, jest naleweczka. Wszystko zgodnie z tradycją.

Nowicjuszom nakazujemy kopać jamę śnieżną. Najpierw dziwnie patrzą a za chwilę kopią zawzięcie 🙂 Wyszła całkiem zgrabna, choć nieduża. Sesję fotograficzną w jamie zaliczają wszyscy bez wyjątku 🙂 Łącznie z trzypokoleniową rodzinką≤ która z rozbawieniem przyglądała się naszym harcom.

Żeby młodzi się za bardzo nie nudzili, a przy okazji poczuli moc śniegu, dostają kolejną propozycję: zdobyć wzgórze obok stawu, a za chwilę jeszcze jedną – obejść staw dookoła.

Chyba złapali „fazę” bo kopią się w śniegu z dziką radością 🙂

Czas ucieka, towarzystwo robi się głodne, więc zarządzamy odwrót. Całe zejście zamienia się w niekończący się zjazd najmłodszej dwójki na „jabłuszku”. Sztafeta rozstawiona wzdłuż ścieżki ubezpiecza zjeżdżających małolatów i na kolejnym spadku rytuał się powtarza.

Docieramy do schroniska i oczywiście wszyscy rzucają się na jedzenie. Bardzo pojętny Radek Junior zapamiętał z naszej nauki, że „kto nie ma znaczka tan zasuwa na górę po Nestie”. Radek Senior nie może niestety odmówić racji Juniorowi, bo byłoby to niewychowawcze i odbywa dodatkowy spacerek na piętro 🙂

Próbuję poderwać towarzystwo do boju na nocny wypad, ale wyczuwam ciemną stronę mocy emanowaną przez napełnione brzuchy, więc ostatecznie podrywam tylko swoją młodzież. Tych nie trzeba namawiać dwa razy 🙂

Czołówki na głowę i pędzimy drugi dziś raz nad Smreczyński Staw. Wycieczka młodzieży się podoba, ale tym razem nie siedzimy długo. Kilka zdjęć i wracamy. Jest wreszcie okazja na szkolenie z dupozjazdów. Ciemno, droga pusta. Siadamy, kilka odepchnięć kijami i już pędzimy w dół. Tak się rozpędziłem, że mijam zdziwioną Karolinę. Wiatr we włosach 😉

Szkolenie nocne uznajemy za udane. Powrót zajął nam koło kwadransa i był błyskawiczny 🙂 Przed schroniskiem oczywiście szaleje dwójka małolatów. Do których za chwilę dołączają nieco starsi i zaczynają ryć kolejną wielką jamę w zaspie. Wciąga ich to na dłużej.

Wpadamy na górę, gdzie trwa wieczorna impreza pożegnalna. Zerkając, jak idzie kopanie jamy odkrywamy, że można ich skutecznie bombardować śnieżkami z balkonu schroniska. Wojna rozkręca się w najlepsze, ale balkonowej ekipie szybko kończy się amunicja. Przenosimy się więc na dół, gdzie śniegu jest pod dostatkiem. Walka kończy się rozejmem i wszyscy zgodnie wskakują do jamy na pamiątkowe foto.

Znosimy wszystko co da się zjeść, aby oszczędzić sobie noszenia. A potem do łóżek. Strasznie szybko nam minął ten czas.

A rano Tomek zaczyna czytać regulamin… i odkrywa, że w schronisku jest do wypożyczenia gitara. Kolejny zlot zaczniemy od studiowania regulaminu 🙂

Jeszcze pakowanie, śniadanie, plecaki na plecy i tym razem dolina jakoś się dłuży…. W górę idą tłumy, są stylówy, Dżesiki i Brajany, sanie pełne turystów (150 za kurs, widząc baciki w rękach fiakrów nie miałem odwagi zapytać o podatki 😉 ). Z Kir łapiemy busa, ale jazda trwa dość długo. Korki są okrutne. Na Krupówkach dziki tłum. Szybko uciekamy na parking. Wpadamy jeszcze na kilka słów do ratowników, Piotrek robi sobie zdjęcie z Sokołem i w drogę.

Byłoby całkiem fajnie, gdyby nie to, że trafiamy na szczyt w Krakowie. Coś za coś. Jak się chce pokontemplować w samotności góry, trzeba się przemęczyć w drodze…

Koniec.

Tegoroczna zima jakoś nie rozpieszczała do tej pory warunkami na zdjęcia, ale oto w końcu się doczekałem – jest śnieg i to w sporych ilościach, kolejna porcja właśnie leci z chmur, więc długo się nie zastanawiam, bo ile można czekać 🙂

Trochę ciepłych ciuchów, aparat na ramię i już pędzę do Derła.

O ile w mieście drogi są nieźle oczyszczone, to już pierwsze kilometry pokazują mi, że jest zima – jadę po grubej warstwie lodu, która na szczęście dobrze „trzyma” 🙂

Jeszcze tylko Janów Podlaski, kawałek nadbużanki i zaraz skręcam do wsi. Derło jest jak zwykle ciche, senne. Zajeżdżam pod ulubione lipy, parkuję obok zdziwionych pograniczników, którym nawet nosa nie chce się wychylić z ciepłego auta i ruszam ku przygodzie.

Już pierwsze metry pokazują, że będzie to „bieg na orientację”. Drogi przysypane grubą warstwą śniegu są praktycznie niewidoczne, ale jako stary bywalec tych kątów, znam tutejsze ścieżki na tyle dobrze, że raczej się nie zgubię 🙂

Trochę żałuję, że nie ma słońca i aura jest trochę ponura, ale z chwilą, gdy zaczyna prószyć śnieg, poprawia się od razu „klimat fotograficzny” 🙂 Przecieram ślad w głębokim śniegu, i docieram do łęgu. Tu teren się obniża i zastanawiam się, czy tutejszy dół zalała wysoka ostatnio woda i czy da się przejść. Wiosną miałem tu przeprawę z butami w ręku 🙂 Woda owszem -wysoka, ale zamarzło, potem opadło, więc przechodzę po leżących na ziemi taflach lodu na drugą stronę.

Teraz idę ponad samym Bugiem dość nową ścieżką, którą pracowicie ostatnio przygotowała Straż Graniczna. Z pomocą bobrów. Jakkolwiek kiedyś spotkania z nimi wydawały mi się atrakcyjne, teraz – widząc dzieło zniszczenia – skłonny jestem nazwać je największymi szkodnikami i chętnie zamieniłbym polowania na dziki na polowania na bobry.

Mijam lewitujące drzewo (też dzieło bobrów) i zmierzam w kierunku plaży. Trzy miesiące temu podziwiałem tu wspaniałe piaskowe łachy, zegar słoneczny pracowicie odmierzał czas, a teraz wszystko skryło się w białym puchu. Kręcę się chwilę, ale na główna plażę dojścia nie ma – jest tu jak pamiętam głęboki kanał – teraz pokryty lodem, ma który raczej nie zaryzykuję wejścia.

Ma tu miejsce ciekawe zjawisko – z racji ostrego zakrętu rzeki tworzy się tu prąd wsteczny. Jest on szczególnie teraz widoczny, gdyż Bug pokryty jest płynącym szybko śryżem. Dopiero w tych warunkach widać, jaki to żywioł. Jest tu podobno jedno z głębszych miejsc na Bugu.

Robię odwrót i zgodnie z planem ruszam do drugiej ścieżki, którą zwykle wracam. Chwila wahania na skrzyżowaniu i idę dalej – pierwotny plan zakładał dojście aż do Woroblina i wygląda na to że go zrealizuję. Mimo śniegu – idzie się świetnie 🙂

Słyszę jakiś szelest na pniu i za chwilę przygląda mi się ciekawski ryjek.

Lisie, a czemu ty nie śpisz?

No tak, głodny jest 😉 Robię pomału kilka kroków, by go nie spłoszyć. Schodzi na ścieżkę, cały czas mi się przyglądając. Chyba mam dobry kontakt ze zwierzętami: pogadałem sobie do niego, wysłuchał, postał, zapozował 🙂

Ruszam do Woroblina. Tylko gdzie są są ścieżki? No tak, pod śniegiem.

Trzymając się rzeki, wychodzę z małego zagajniczka i wreszcie na horyzoncie widzę odległe budynki. Wypadałoby teraz obejść rozległe rozlewisko, by wejść do wsi, ale chodzi mi po głowie, że może da się z drugiej strony, skracając przy okazji trochę drogę. Skręcam w coś, co przypomina leśną przecinkę. Wertepy straszne, dzikie chaszcze, doły, ale po około kilometrze wyłażę z labiryntu i już jestem tam, gdzie zaplanowałem. Latem zapewne tak łatwo by tędy nie poszło.

Zostaje dotrzeć spokojnie do Derła. Dzieli mnie od niego około trzech kilometrów polnymi drogami. Mijam znajomą szopę, odkrywam niewidoczne latem, małe wzgórze z krzyżem. Podobno to resztki nieistniejącej już wsi.

I już mam przed sobą Derło. Idąc przez wieś, z przyjemnością fotografuję drewniane domy. To już jedna z nielicznych nadbużańskich wsi z takim klimatem. Droga szybko mija i znowu jestem na wzgórzu przy lipach. Pogranicznicy zniknęli, moje auto stoi 🙂

Czas do domu na ciepłą kawę.

Jakkolwiek wszystko było przeciw, uparłem się, że dotrę znowu na Roztocze. Odpryski różnych sytuacji z zeszłego roku trochę ograniczyły moje plany, ale jednak się udało. Ruszam pół godziny po wyjściu z pracy z nadzieją, że prognoza się nie sprawdzi i zapowiadana odwilż jednak nie nastąpi. Mam względnie blisko, bo do Szczebrzeszyna jest 200 km i spodziewam się około 3 godzin spokojnej jazdy. Nawigacja wskazuje mi jednak skrót przed Zamościem, więc skuszony perspektywą oszczędności 20 km skręcam w Krzaki 🙂

Droga jest zaskakująco dobra, ale tylko do czasu. Nagle w środku niczego trafiam na czerwone światło 🙂 Droga jest w remoncie i tkwię dobre 10 minut w zupełnych ciemnościach, podziwiając gwiazdy. Potem jakieś zakręty, krzyżówki, przejazd kolejowy i z ulgą odkrywam, że jestem pod Szczebrzeszynem.

Wjazd do miejsca zlotu wiedzie niestety pod górę. Już od kilku kilometrów czułem, że samochód bardziej płynie niż jedzie, więc po kilku próbach rezygnuję z podjazdu i z przytupem ląduję w zaspie. Chwila beznadziejnej walki i oto nadciąga odsiecz! Znajome gębule szybko wypychają mnie z mokrego, zbitego śniegu, pokrytego śliską glazurą 🙂

Po mnie dojeżdża jeszcze catty, która powtórzyła mój manewr i tym razem ja organizuję odsiecz.

Okrągły stół pokrywa się dobrem wszelakim, co pozwala na długie biesiadowanie przy trzech gitarach, kanonie hitów polskiego rocka i mnóstwie śmiechu.

Niestrudzony Kulczyk ujawnia prawdziwą i jedyną słuszną wersję tekstu taty Kazika:  „Tę burzę włosów każdy zna, tak to Justyna, to Justyna…„ ciąg dalszy każdy zna 🙂

I tak nam zleciało do drugiej w nocy…

Poranek wita nas odwilżą. Już na początek trzej panowie (wcale nie smutni) odłączają się w niewiadomym kierunku, aby realizować swój tajemniczy plan. Pozostali dzielnie maszerują za paniami przewodniczkami. I tym sposobem już na początku wycieczki gubimy szlak 🙂

Dzielny creamcheese czuwa jednak nad ekipą, wyciąga swoje magiczne urządzenie do szukania zagubionych ścieżek i za chwilę przedzieramy się przez pola i chaszcze w kierunku, gdzie przypuszczalnie jest poszukiwany przez nas czarny szlak. 

Jest pierwszy wąwóz! To przecież ich tu poszukiwaliśmy 🙂 Za namową pani przewodnik trwa konsumpcja lessu, podziwiamy też dziwne kulki z szeleszczącą zawartością.

A potem w drogę. Kolega Creamcheese idzie coraz wolniej i w końcu awaria kolana zmusza go do odwrotu.

Po kilku kilometrach przedzierania się przez mokry śnieg pada propozycja pierwszego postoju. Wyciągamy kanapki, termosy – tylko siąść się nie da. Uczta trwa w najlepsze na stojąco, gdy nagle mój wzrok rejestruje latający kubek. Z herbatą 🙂 Już wiem – to Krutul uczy się nalewać herbatę z termosu po własnym palcu… 
Skutki są dwa – próba się nie udaje i herbata zostawia na śniegu żółty ślad… a wieczorem okaże się, że nie da się z takim palcem grać na gitarze… 

Pora ruszać. Wchodzimy w las i nagle w tej głuszy… słyszymy głosy! Dzików jak do tej pory nikt nie widział, więc mamy nadzieję, że to nie polowanie 🙂 Na wszelki wypadek niewiasty zaczynają głośno podśpiewywać. Wkrótce dostrzegamy dym, a potem… imprezującą przy ognisku miejscową ekipę.

Następuje powitanie tradycyjnym „macie coś?” Falco czujnie dopytuje się na wszelki wypadek, co dostaniemy w zamian 🙂 Nić przyjaźni na szlaku zostaje błyskawicznie nawiązana, a niewątpliwie sprzyja temu tradycyjna wymiana płynów turystycznych. Młodzi ludzie są bardzo sympatyczni i rozmowni.

Lidka stwierdza, że wróciła jej wiara w młodzież. Mogli siąść do swoich trunków gdzieś przy telewizorze w ciepłym domu, a jednak chciało im się przejść kilkanaście ładnych kilometrów przez lasy i wąwozy, by zasiąść przy ognisku w leśnej głuszy. Robimy wspólne foto i czas w drogę.

Chłopaki młode, to ostro ruszają w kopyta.

Dochodzimy do miejsca, gdzie w zasadzie chcieliśmy skręcić w leśną ścieżkę poza szlakiem, która miała nas wyprowadzić do wsi Topólcza. Wszystkie niewiasty z zadziwiającą zgodnością i bez słowa sprzeciwu decydują jednak „idziemy za młodymi chłopakami” 🙂
Wkrótce znowu się spotykamy… chłopaki wykryli dziurę w drzewie, a naturalna w tym wieku ciekawość świata zmusiła ich do rozpoczęcia ekspedycji po pniu, aby ocenić zawartość dzieła jakiegoś dzięcioła, tudzież głębokość rzeczonej dziury. Poszło im całkiem sprawnie, nie bez słów zachęty ze strony pań 😉


Chłopaki znowu wyrywają do przodu, ale kilkaset metrów dalej napotykają kolejne wyzwanie. Pod wielkim pniem świerka leży ogromny łańcuch. Próby wyciągnięcia go okazują się nieskuteczne. Falco rzuca od niechcenia „Wy nie dacie rady?” Po czym szybko się oddalamy 🙂 Sam jestem ciekawy czy się udało, bo już ich więcej nie widzieliśmy… 🙂
Rozstajemy się z przewodniczkami, które ruszają w stronę Kawęczynka, a my odbijamy skrótem w kierunku wsi Topólcza. Tak się nam przynajmniej wydawało 🙂
Gdzieś minęliśmy odejście, którym mieliśmy zejść do wsi. Nagle z wielkim zdziwieniem odkrywam, że znowu wkraczamy na niebieski szlak od Kawęczynka. Oznacza to tylko tyle, że czeka nas około 5 kilometrów asfaltu w drodze powrotnej. 
Zatrzymujemy się jeszcze na chwilę w okolicy szkoły w Topólczy, potem podziwiamy wylot wąwozu, którym mieliśmy zejść i zrypani jak koń po westernie z ulgą widzimy naszą kwaterę w Turzyńcu.

 

Rano wstaję skoro świt, dowiadując się przy okazji, że ominęła mnie nocna partia bilarda 🙂

Sprawnie opuszczamy lokal, część grupy udaje się w drogę powrotną do domów (jak to w  życiu – Ci co mieli najbliżej 🙂 ), pozostali ruszają jeszcze do Szczebrzeszyna na pamiątkową fotkę z chrząszczem. Czekają tam na nas panie przewodniczki z Lubelskich Parków Krajobrazowych, które umożliwiają nam wejście m.in. do synagogi i cerkwi, opowiadając przy okazji parę słów na temat odwiedzanych miejsc.

Za kurtyną dziewczyny szukają Tory 🙂

Wielki klucz do cerkwi wzbudza w Dakocie niekłamany zachwyt, porywa go z błyskiem w oku i kręci nim z pasją w świetle fleszy 🙂

W środku – lodówka. Na zewnątrz niestety roztopy, jest pewnie koło 7-8 stopni a my wkraczamy do chłodni. W cerkwi byłem kilka lat temu i w zasadzie nic się tu nie zmieniło. Diabełki hasają jak hasały, niebo nad nimi też się nie zmieniło. Cisza i spokój, chwila zadumy.

Ruszamy dalej, kilkaset metrów obok jest kirkut. Szczebrzeszyn to stare żydowskie miasteczko z bogatą historią. Widać ją właśnie na wzgórzu, do którego zmierzamy. Tuż za bramą wita nas ogromne i dziwne drzewo, które strzeże grobu cadyka. Kręcimy się po terenie kirkutu około pół godziny.

I tu niestety muszę odłączyć się od grupy i ruszyć w drogę powrotną.