Jakkolwiek wszystko było przeciw, uparłem się, że dotrę znowu na Roztocze. Odpryski różnych sytuacji z zeszłego roku trochę ograniczyły moje plany, ale jednak się udało. Ruszam pół godziny po wyjściu z pracy z nadzieją, że prognoza się nie sprawdzi i zapowiadana odwilż jednak nie nastąpi. Mam względnie blisko, bo do Szczebrzeszyna jest 200 km i spodziewam się około 3 godzin spokojnej jazdy. Nawigacja wskazuje mi jednak skrót przed Zamościem, więc skuszony perspektywą oszczędności 20 km skręcam w Krzaki 🙂

Droga jest zaskakująco dobra, ale tylko do czasu. Nagle w środku niczego trafiam na czerwone światło 🙂 Droga jest w remoncie i tkwię dobre 10 minut w zupełnych ciemnościach, podziwiając gwiazdy. Potem jakieś zakręty, krzyżówki, przejazd kolejowy i z ulgą odkrywam, że jestem pod Szczebrzeszynem.

Wjazd do miejsca zlotu wiedzie niestety pod górę. Już od kilku kilometrów czułem, że samochód bardziej płynie niż jedzie, więc po kilku próbach rezygnuję z podjazdu i z przytupem ląduję w zaspie. Chwila beznadziejnej walki i oto nadciąga odsiecz! Znajome gębule szybko wypychają mnie z mokrego, zbitego śniegu, pokrytego śliską glazurą 🙂

Po mnie dojeżdża jeszcze catty, która powtórzyła mój manewr i tym razem ja organizuję odsiecz.

Okrągły stół pokrywa się dobrem wszelakim, co pozwala na długie biesiadowanie przy trzech gitarach, kanonie hitów polskiego rocka i mnóstwie śmiechu.

Niestrudzony Kulczyk ujawnia prawdziwą i jedyną słuszną wersję tekstu taty Kazika:  „Tę burzę włosów każdy zna, tak to Justyna, to Justyna…„ ciąg dalszy każdy zna 🙂

I tak nam zleciało do drugiej w nocy…

Poranek wita nas odwilżą. Już na początek trzej panowie (wcale nie smutni) odłączają się w niewiadomym kierunku, aby realizować swój tajemniczy plan. Pozostali dzielnie maszerują za paniami przewodniczkami. I tym sposobem już na początku wycieczki gubimy szlak 🙂

Dzielny creamcheese czuwa jednak nad ekipą, wyciąga swoje magiczne urządzenie do szukania zagubionych ścieżek i za chwilę przedzieramy się przez pola i chaszcze w kierunku, gdzie przypuszczalnie jest poszukiwany przez nas czarny szlak. 

Jest pierwszy wąwóz! To przecież ich tu poszukiwaliśmy 🙂 Za namową pani przewodnik trwa konsumpcja lessu, podziwiamy też dziwne kulki z szeleszczącą zawartością.

A potem w drogę. Kolega Creamcheese idzie coraz wolniej i w końcu awaria kolana zmusza go do odwrotu.

Po kilku kilometrach przedzierania się przez mokry śnieg pada propozycja pierwszego postoju. Wyciągamy kanapki, termosy – tylko siąść się nie da. Uczta trwa w najlepsze na stojąco, gdy nagle mój wzrok rejestruje latający kubek. Z herbatą 🙂 Już wiem – to Krutul uczy się nalewać herbatę z termosu po własnym palcu… 
Skutki są dwa – próba się nie udaje i herbata zostawia na śniegu żółty ślad… a wieczorem okaże się, że nie da się z takim palcem grać na gitarze… 

Pora ruszać. Wchodzimy w las i nagle w tej głuszy… słyszymy głosy! Dzików jak do tej pory nikt nie widział, więc mamy nadzieję, że to nie polowanie 🙂 Na wszelki wypadek niewiasty zaczynają głośno podśpiewywać. Wkrótce dostrzegamy dym, a potem… imprezującą przy ognisku miejscową ekipę.

Następuje powitanie tradycyjnym „macie coś?” Falco czujnie dopytuje się na wszelki wypadek, co dostaniemy w zamian 🙂 Nić przyjaźni na szlaku zostaje błyskawicznie nawiązana, a niewątpliwie sprzyja temu tradycyjna wymiana płynów turystycznych. Młodzi ludzie są bardzo sympatyczni i rozmowni.

Lidka stwierdza, że wróciła jej wiara w młodzież. Mogli siąść do swoich trunków gdzieś przy telewizorze w ciepłym domu, a jednak chciało im się przejść kilkanaście ładnych kilometrów przez lasy i wąwozy, by zasiąść przy ognisku w leśnej głuszy. Robimy wspólne foto i czas w drogę.

Chłopaki młode, to ostro ruszają w kopyta.

Dochodzimy do miejsca, gdzie w zasadzie chcieliśmy skręcić w leśną ścieżkę poza szlakiem, która miała nas wyprowadzić do wsi Topólcza. Wszystkie niewiasty z zadziwiającą zgodnością i bez słowa sprzeciwu decydują jednak „idziemy za młodymi chłopakami” 🙂
Wkrótce znowu się spotykamy… chłopaki wykryli dziurę w drzewie, a naturalna w tym wieku ciekawość świata zmusiła ich do rozpoczęcia ekspedycji po pniu, aby ocenić zawartość dzieła jakiegoś dzięcioła, tudzież głębokość rzeczonej dziury. Poszło im całkiem sprawnie, nie bez słów zachęty ze strony pań 😉


Chłopaki znowu wyrywają do przodu, ale kilkaset metrów dalej napotykają kolejne wyzwanie. Pod wielkim pniem świerka leży ogromny łańcuch. Próby wyciągnięcia go okazują się nieskuteczne. Falco rzuca od niechcenia „Wy nie dacie rady?” Po czym szybko się oddalamy 🙂 Sam jestem ciekawy czy się udało, bo już ich więcej nie widzieliśmy… 🙂
Rozstajemy się z przewodniczkami, które ruszają w stronę Kawęczynka, a my odbijamy skrótem w kierunku wsi Topólcza. Tak się nam przynajmniej wydawało 🙂
Gdzieś minęliśmy odejście, którym mieliśmy zejść do wsi. Nagle z wielkim zdziwieniem odkrywam, że znowu wkraczamy na niebieski szlak od Kawęczynka. Oznacza to tylko tyle, że czeka nas około 5 kilometrów asfaltu w drodze powrotnej. 
Zatrzymujemy się jeszcze na chwilę w okolicy szkoły w Topólczy, potem podziwiamy wylot wąwozu, którym mieliśmy zejść i zrypani jak koń po westernie z ulgą widzimy naszą kwaterę w Turzyńcu.

 

Rano wstaję skoro świt, dowiadując się przy okazji, że ominęła mnie nocna partia bilarda 🙂

Sprawnie opuszczamy lokal, część grupy udaje się w drogę powrotną do domów (jak to w  życiu – Ci co mieli najbliżej 🙂 ), pozostali ruszają jeszcze do Szczebrzeszyna na pamiątkową fotkę z chrząszczem. Czekają tam na nas panie przewodniczki z Lubelskich Parków Krajobrazowych, które umożliwiają nam wejście m.in. do synagogi i cerkwi, opowiadając przy okazji parę słów na temat odwiedzanych miejsc.

Za kurtyną dziewczyny szukają Tory 🙂

Wielki klucz do cerkwi wzbudza w Dakocie niekłamany zachwyt, porywa go z błyskiem w oku i kręci nim z pasją w świetle fleszy 🙂

W środku – lodówka. Na zewnątrz niestety roztopy, jest pewnie koło 7-8 stopni a my wkraczamy do chłodni. W cerkwi byłem kilka lat temu i w zasadzie nic się tu nie zmieniło. Diabełki hasają jak hasały, niebo nad nimi też się nie zmieniło. Cisza i spokój, chwila zadumy.

Ruszamy dalej, kilkaset metrów obok jest kirkut. Szczebrzeszyn to stare żydowskie miasteczko z bogatą historią. Widać ją właśnie na wzgórzu, do którego zmierzamy. Tuż za bramą wita nas ogromne i dziwne drzewo, które strzeże grobu cadyka. Kręcimy się po terenie kirkutu około pół godziny.

I tu niestety muszę odłączyć się od grupy i ruszyć w drogę powrotną.