O Czarnym Lesie usłyszałem już jakiś czas temu. O Czarnolesie też słyszałem, ale tym razem nie chodziło o podążanie tropem Kochanowskiego 🙂

Jest to rezerwat z ulubionymi przeze mnie klepkami, z których ułożono ścieżkę przeznaczoną  do zwiedzania. 

Wiosna w tym roku zbliża się bardzo opornie i w kolejne weekendowe poranki wita mnie przymrozkami. W tej sytuacji nie ma na co czekać.

Wbijam w nawigację „Czarny Las” i dojeżdżam bezbłędnie do rezerwatu. Inna sprawa, że oprócz tabliczek z nazwą nie ma tu śladu ścieżek, parkingu, oznaczeń – czegokolwiek. Las się kończy, dojeżdżam do wsi i robię nawrót.

I oto znowu stoję w środku lasu, więc uruchamiam przeglądarkę z nadzieją, że złapię jakiś zasięg. Jest! O ile rezerwat znajduje się przy samej drodze i nie jest przeznaczony do zwiedzania, to wyszukanie ścieżki wskazuje, że znajduje się ona kilometr dalej w głębi lasu. A tu drogę przegradza szlaban. Kolejny nawrót i wracam do wsi Kostry, którą chwilę wcześniej odwiedziłem, potem skręcam do oddalonego o kilometr Milanowa i stąd już bezbłędnie ląduję z drugiej strony rezerwatu, gdzie wita mnie drewniana brama i tablica informacyjne, że jestem u celu. 

Aparat na szyję i ruszam wzdłuż tablic, które niewątpliwie wskazuję kierunek marszu. Jak to w rezerwacie, wita mnie… dźwięk pił spalinowych 😉

Przechodzę wzdłuż kolejnych wyrębów i wreszcie zagłębiam się w las. Ten kończy się wkrótce i oto jest moja „zagubiona autostrada”. 

Chodzenie po bagnach „wciąga” 🙂 Trasa ścieżki ułożona jest w niezwykłym miejscu – przecina ona w poprzek ogromne bagno. Najpierw jest długa prosta, potem kilka zygzaków i wreszcie wieża obserwacyjna. Czekam z niecierpliwością, aż się przyroda zazieleni, by wrócić tu na kolejny spacer. Na razie krajobraz jest zdominowany przez wyschnięte po zimie trawy. Robię trochę zdjęć i aż szkoda opuszczać tak „gościnne” miejsce 🙂

Bagno się kończy i wychodzę z drugiej strony lasu. Wita mnie mała wiatka z przygotowanym na ognisko stosem drewna, potem zagłębiam się w stary, piękny las. Widać pierwsze zawilce, kwitną też fioletowe przylaszczki. Między drzewami wypatruję wielki, pomnikowy dąb. Oczywiście nie odmawiam sobie przyjemności obejrzenia go z bliska i przedzieram się przez krzaki. Jest całkiem spory 🙂

Ruszam dalej. Oznakowania ścieżki się kończą, więc próbuję na azymut określić swoje położenie i trasę powrotną. Wspomagam się na chwilę niezawodna aplikacją do nawigacji i po długiej prostej wychodzę na leśne skrzyżowanie, gdzie skręcam w kierunku głównej drogi. Tu niestety mijam ogromne wyręby. Widać co prawda ślady gospodarki leśnej, ale ja pewnie tego lasu już nie zobaczę.

Końcówkę trasy postanawiam nieco skrócić i wchodzę w leśną odnogę, która niestety kończy się podmokłym zagłębieniem. Zostaje klasyczne haszczowanie, które po kilkuset metrach kończy się na asfaltówce do wsi Zieleniec. Gdzieś tam między drzewami kicaja spłoszone sarny.

Stąd mam już tylko 10 minut do swego parkingu.