Po raz kolejny. Zaprzyjaźniona ekipa forumowa odezwała się do mnie po raz kolejny, czy nie zajrzałbym na Roztocze. Pewnie, że bym zajrzał. Termin pasuje, pora roku pasuje – tylko pogoda znowu nie pasuje… Ja się pytam gdzie jest śnieg??

Przed wyjazdem pilnie obserwuję pogodę z nadzieją, że spadnie… Owszem, zapowiada się nawet mroźnie i słonecznie (ewidentna anomalia pogodowa w lutym), ale za nic nie chce spaść nawet odrobina puchu. Jacek z Lidką meldują, że w Bieszczadach śnieg jest, co nasuwa mi pomysł, by załadowali go trochę do plecaków i przywieźli ze sobą 🙂 Padają też głosy, że dziwnie będzie bez mgły 😉

Co ma być to będzie. W piątek po pracy ładuję spakowany wcześniej plecak i w drogę. Najpierw podziwiam krwisty zachód słońca, a potem nie widzę już nic poza drogą. Do Chełma drogę znam na pamięć, dalej czuwa nawigacja… która decyduje, że mam zwiedzić wszystkie wioski po drodze i do tego odnaleźć wszystkie nieremontowane od lat odcinki. Migają mi dziwne nazwy na tablicach, z których zapada mi w pamięć Odletajka. Potem droga zamienia się w szutrówkę i jestem u celu.

Wita mnie komplet towarzyszy roztoczańskich wędrówek. Trwa w najlepsze wieczorny koncert, bo oczywiście są trzy gitary, duża ilość różnych przeszkadzajek i oczywiście chór śpiewaków 🙂

Koncert kończy się w okolicach pierwszej w nocy. Za to od rana ekipa sprawnie stawia się do wymarszu już w okolicach dziewiątej rano. Zdajemy się na plan przygotowany przez Falco. Pierwszy cel to wieś Turkowice.

Idziemy klasycznie na przełaj 🙂 Ułatwia to zamarznięta ziemia, więc sprawnie pokonujemy kolejne zagony, miedze i rowy.

Jest dużo klimatów które lubię: samotne drzewa, rozległe przestrzenie i falujące pola. Odkrywam, że tu przedrożne krzyże mają przed sobą dłuższy żywot, bo są zrobione ze stalowych szyn.

Jesteśmy w świecie drewnianych chałupek, gdzie czas płynie wolniej.

Docieramy do wsi, gdzie celem staje się oczywiście sklepik i jego zawartość. Jest to w ogóle bardzo uniwersalne miejsce, bo oprócz sklepu w budynku mieści się poczta, przychodnia, apteka, sołtys i agroturystyka 🙂

A żeby nikt nie miał wątpliwści, to w adresie najważniejszy jest kot pocztowy.

Jest też lokalny specjał.

Kolejny krzyż według obowiązującego standardu.

Zarośnięty cmentarz wzbudza mój entuzjazm, bo można pochaszczować i sfotografować trochę staroci.

Gdy ja buszuję w krzakach, wycieczka mi ucieka 🙂

Niedaleko. Zbliżamy się do Prawosławnego Żeńskiego Monasteru w Turkowicach.

Monaster Opieki Matki Bożej – żeński klasztor prawosławny w Turkowicach powstał w 1903 jako jeden z monasterów niekontemplacyjnych założonych w zachodnich eparchiach Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego przy wsparciu cara Mikołaja II i jego żony Aleksandry Fiodorowny. Na miejsce budowy monasteru wybrano Turkowice z uwagi na istniejący wśród miejscowej ludności ukraińskiej kult Turkowickiej Ikony Matki Bożej. Mniszki zajmowały się głównie pracą społeczną: prowadziły szkoły, szpital, aptekę oraz sierociniec. Klasztor został powołany również w celu wzmacniania wpływów prawosławia oraz kultury rosyjskiej na ziemiach wcielonych do Imperium Rosyjskiego na mocy rozbiorów Polski. Był również ważnym celem pielgrzymkowym. Działał do wyjazdu zakonnic na bieżeństwo, z którego większość nie wróciła.

W dwudziestoleciu międzywojennym Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny bezskutecznie starał się o restytucję klasztoru. Kilka mniszek, które powróciły z Rosji, zamieszkały najpierw we wsi, a następnie w pobliskim Sahryniu. W budynkach monasteru działały natomiast instytucje dobroczynne prowadzone przez siostry służebniczki, zaś po ich likwidacji w PRL − szkoła rolnicza. Sobór monasterski został rozebrany w latach 20. XX wieku, zaś drugą klasztorną świątynię zaadaptowano na cele świeckie.

Wykupienie dawnego domu, w którym przyjmowano pielgrzymów, przez prawosławną diecezję lubelsko-chełmską pozwoliło na reaktywację klasztoru, dokonaną w 2008 dekretem arcybiskupa Abla. Pozostałe obiekty pomonasterskie od 2013 są nieużytkowane. Monaster jest ośrodkiem kultu Turkowickiej Ikony Matki Bożej oraz mniszki Paraskiewy, która żyła w nim w latach 1912–1915 [źródło: wikipedia.org].

Zaglądamy na chwilę do środka, gdzie możemy wysłuchać historii Monasteru opowiedzianej w śpiewnej wschodniej mowie.

Mijamy cały zespół pustych zabudowań, gdzie mieściła się wspomniana wyżej szkoła rolnicza. Wszystko stoi puste i zapomniane, zabudowania i teren pochłania przyroda. Mam skojarzenia z Czernobylem 🙂

Byłem przekonany, że dalej się nie da… a my ruszamy przez krzaki i iądujemy na bagiennej łące nad rzeką Huczwą. To o niej wspominała Falco, że będziemy szukać przeprawy.

Przeprawy niestety nie ma. Idziemy znowu przez chaszcze około kilometr. W oddali pojawia się wieża obserwacyjna.

Cóż, zostaje podziwiać drugi dzisiejszy cel wyprawy z drugiej strony rzeki. Chętnych na morsowanie nie ma 🙂

Co my tu mamy? Grody Czerwieńskie!

Grodzisko stanowi pozostałość historycznego Czerwienia, prawdopodobnie centralnego grodu (stolicy) tzw. Grodów Czerwieńskich. Szacuje się, że cały zespół osadniczy Czermna liczył ok. 40 ha powierzchni. W jego skład wchodził gród właściwy, podgrodzie bliższe i dalsze oraz otwarte osady przygrodowe i cmentarzyska.
Usytuowanie i opis
Grodzisko usytuowane jest na poł.-wsch. od zwartej zabudowy wsi Czermno, na łąkach, w widłach rzek Huczwy i Sieniochy. Nazwa lokalna to „Zamczysko”. Obok dawnego grodu rozciąga się obwarowane podgrodzie, zwane przez mieszkańców „Wały” lub „Mały zamek”, drugie, dalsze podgrodzie nazywane jest „Podzamczem”, teren dawnych osad otwartych „Mieścisko”. Pozostałością zespołu osadniczego historycznego Czerwienia jest grodzisko i podgrodzia obejmujące teren o powierzchni ok. 3,5 ha, z osadami otwartymi i cmentarzyskami ok. 40 ha, rozlokowany na podmokłych, niegdyś zabagnionych i trudno dostępnych terenach w dolinie rzek Huczwy i Sieniochy, obecnie zmeliorowanych i osuszonych. Obiekt należy do typu grodzisk nizinnych, usypanych na płaskim terenie. Grodzisko posiada kształt pierścieniowaty o wymiarach 155 X 119 m, dobrze zachowane wały, których wysokość ponad dno doliny dochodzi do ok. 6 m. W jego otoczeniu zachowały się ślady podgrodzi, osad otwartych, funkcjonujących w ich obrębie lub na obrzeżach cmentarzysk, oraz podłużny wał o długości ok. 1,5 km, wyznaczający granice kompleksu od pd. Czytelne relikty grobli oraz zachowane w ziemi ślady drewnianych pomostów świadczą, że cały zespół osadniczy miał doskonałą komunikację z grodem. Obecnie teren grodziska zajmuje nieużytek porośnięty trawą, podgrodzia i osad – pola uprawne i łąki [źródło: zabytek.pl].

Szczegółowa panorama po kliknięciu w poniższe zdjęcie!

Uwieczniamy całą ekipę 🙂

Ruszamy na przełaj w kierunku wsi. Znowu rude trawy zamiast śniegu. Globalne ocieplenie.

I kolejne ciekawe klimaty przedrożne.

Roztocze…

Wiosna? Hm… jest 8 luty…

Wychodzi słoneczko, ziemia odmarza… teraz już nie pójdziemy przez pola, bo robi się grząsko. Ale za to mamy stare widoki w barwach nisko wiszącego słońca.

Zmierzamy do końca trasy.

Za rok znowu „Zimowe Roztocze”. Może zaskoczy nas śniegiem? Na razie jest plan na „Letnie Podlasie” 🙂

Tradycją stało się już w NGP organizowanie niedzielnych spacerów fotograficznych. Tym razem hasło padło na podatny grunt, bo nagle stawiła się wyjątkowo silna i dobrze zorganizowana ekipa obwieszona aparatami jak choinka 🙂

Cel: park. Dużo się w nim ostatnio dzieje, tym bardziej że w związku z trwającą rewitalizacją stoi wiele zakazów, a to oznacza, że ciekawość musi być zaspokojona 🙂

Obchodzimy dla formalności odnowioną już część parku, by przekonać się że inwestycja ma sens.

Teraz jednak zmierzamy w kierunku części remontowanej.

Na pierwszy ogień idzie nowe wejście do parku wraz z mostem i bramą.

Najciekawszy jest jednak amfiteatr. Remontowany od niepamiętnych czasów – chyba w końcu doczeka się otwarcia.

Pogoda marna to i NGP trochę niewyraźna 🙂

Budowa trwa…

A na koniec podziwianie sztuki 🙂