Sezon rowerowy w tym roku rozpoczął się dla mnie późno… Zimno, wietrznie, ale przede wszystkim ograniczenia epidemiologiczne jakoś nie mobilizowały mnie do wyjazdów.

Ale oto w maju łaskawa władza zezwoliła na wyjazdy do lasu, nadeszła więc pora sprawdzić, jak się miewają moje dwa kółka. Wiosenny serwis zakończył się tydzień wcześniej i czekałem już tylko na pierwszą okazję. Wracam z pracy, zerkam za okno a tam ciepłe majowe popołudnie wzywa.

Kierunek jest oczywisty. Kilka dni wcześniej dochodziły niepokojące wieści, że pali się las wokół świętych dębów. To stała trasa i postanawiam sprawdzić, czy straty są duże.

Ruszam jak zwykle w kierunku Roskoszy. Aparat oczywiście jedzie ze mną 🙂

Na pierwszy ogień idzie dworek w Roskoszy.

A potem… przestrzeń.

Lubię tą trasę, z dala od głównych dróg. Teraz pola wokół zdominował kolor żółty. Rzepak 🙂

Dojeżdżam do lasu. Na początek wita mnie sarna z młodą. Stoję chwilę, by spokojnie sobie przeszły. Im dalej w las, tym… mniej drzew! Co tu się wydarzyło??? Nie mogę trafić w leśną ścieżkę prowadzącą do dębów, bo ta zniknęła. Zamiast niej jest…

Czy leśnicy do reszty oszaleli? Teraz już wiem skąd pożar… sam raczej nie powstał. Ech cywilizacjo…

Przebijam się przez pobojowisko i odnajduję dęby. Tym razem ocalały,

Ruszam w drogę powrotną i mijam kolejne spustoszone obszary lasu.

Znowu pola… i śpiewające nutki 🙂

I rzepakowe przestrzenie.

Ostatnia prosta i pierwsze 25 kilometrów w tym roku za mną.