Drohiczyn z drugiej strony Bugu

Dziś pierwszy dzień jesieni, więc ostatni letni wpis dla stęsknionych za letnimi upałami. Tegoroczne lato było wyjątkowo gorące, w efekcie czego korzystałem do woli z możliwości chodzenia suchym dnem Bugu. W jeden z sierpniowych poranków ruszyłem trochę dalej niż zwykle – pod Drohiczyn. Dla odmiany na drugi brzeg Bugu. Przyjemny chłód poranka, uzupełniony zapas wody i jazda. Mijam odwiedzany ostatnio Drażniew z rzeką Kałużą i wpadam do kolejnej wioski Góry. Fajnie tu 🙂 Drogi we wsi piaskowe, las, chodzą sobie krowy, kury, kaczki… jest siódma rano więc ludzie nieliczni. Szukam drogi prowadzącej nad Bug. Wieś się kończy i zaczynam przemierzać nadbużańskie łąki. Droga wygląda na „unijną” – gładka, wysypana szutrem. Utwierdzają mnie w tym wielkie tabliczki z symbolami dofinansowania. Wzbijam tumany kurzu i po około 3 kilometrach jest rzeka 🙂

Bug tworzy w tym miejscu wielkie zakole, którego wypukła część wbija się w słynną drohiczyńską skarpę. Pierwszy raz mam okazję podziwiać panoramę „zza Buga” 🙂

Odnajduję prom, do którego wiodła moja droga – nieczynny z powodu niskiego stanu wody. Wracam w okolicy góry zamkowej. Tu znowu spacer po dnie. Wbijam się daleko poza połowę koryta rzeki suchą stopą. Potem buty zostawiam na piasku i jeszcze kilkadziesiąt metrów w wodzie nie przekraczającej 30 cm.

DSC_0297 Panorama DSC_0310 Panorama DSC_0324 Panorama

Po godzinie mam sfotografgowane wszystko co się dało 🙂 Czas na odwrót. Trochę wcześnie na powrót do domu, więc dojeżdżam w kilkanaście minut do Drażniewa i skręcam do wsi. Tu czas się zatrzymał, pierwsi ludzie siedzą już na ławeczkach przed domami, garnki na płotach, życie płynie powoli. Mijam wieś i jadąc wzdłuż rzeczki dojeżdżam na kawałek łąki, gdzie chowam samochód w cieniu i postanawiam obadać kolejny odcinek Kałuży. Ten fragment jest bardziej dziki, zarośnięty, mnóstwo tu zwalonych drzew. Zaglądam co raz na nurt rzeki, uwieczniając kolejne fragmenty i co ciekawsze miejsca. Kilometry lecą, upał rośnie, wody pitnej ubywa. Docieram na odcinek, którym niedawno szedłem. Tu można znowu zacząć trekking rzeczny środkiem przyjemnego chłodnego traktu. I tak docieram nad Bug. Tu już teren znam, więc nawet za bardzo nie chce mi się wyjmować aparatu. Godzinkę wygrzewam się na piasku, ale że temperatura grubo przekroczyła 30 stopni, ruszam na przełaj przez łąki i pola do auta. Kolejne kilometry zrobione 🙂

Ruszam w drogę powrotną, a tu jeszcze rakieta w Sarnakach na mnie czeka 🙂 Oczywiście parkuję i biegnę uwiecznić jedyny taki pomnik.

Pomnik w Sarnakach upamiętnia jeden z niezwykle ciekawszych epizodów ostatniej wojny. Epizod, mniej krwawy, bez spektakularnych zmagań oddziałów, strzelaniny i brawurowych ataków żołnierzy. A przecież wpisany w historię walk wywiadów, określony później jaki kolosalny, mający znaczący wpływ na przebieg działań wojennych, sukces ! Mowa o wunderwaffe i wykradzeniu przez Polaków tajemnicy rakietowych pocisków. Jak powszechnie wiadomo Niemcy nową, piekielnie groźną a przy tym skuteczną broń rakietową testowali na poligonie zlokalizowanym na wyspie Uznam w rejonie obecnego Świnoujścia. Prace doświadczalne zostały odkryte przez Anglików i zespół hangarów i laboratoriów obróciły w perzynę skuteczne naloty. Ośrodek Peenemuende przestał istnieć w sierpniu 1943 roku. Niemcy nie przerwali jednak zaawansowanych prac i nowy ośrodek konstrukcyjny ulokowali tym razem w głębi Generalnej Gubernii, w okolicach Mielca, na poligonie artyleryjskim Blizne. Tam zrodził się pomysł wykorzystania do ostrzału wysp brytyjskich cygarowatej rakiety określonej kryptonimem V 2. Pocisk wystrzeliwano z wyrzutni w kierunku północnym. Pierwsze próby były więcej niż zadowalające. Rakieta unosiła się na zakładaną wysokość i swobodnie szybowała na dalekie odległości. Detonowany pocisk był odszukiwany w terenie przez specgrupy Luftwaffe, wszystkie odłamki zbierano skrupulatnie co do jednego. Pod koniec maja 1944 roku jedna z wystrzelonych z poligonu Blizne rakiet doleciała na odległość ponad 250 kilometrów i łagodnie osiadła w mokradłach nad Bugiem w okolicy Sarnak. Nie detonowała. Żołnierze z leśnej grupy Armii Krajowej błyskawicznie przejęli pocisk. Rakieta została przez polskich inżynierów rozebrana na części składowe. Żelastwo kilkoma samochodami przewieziono do Warszawy i radiową drogą o niezwykłym trofeum poinformowano Londyn. W lipcu 1944 na prowizoryczne, leśne lądowisko nad Dunajcem, w okolicy wsi Wał Ruda w rejonie Żabna przyleciał z Brindisi we Włoszech angielski samolot transportowy. Szczęśliwie wylądował i równie szczęśliwie wystartował zabierając na pokładzie zdemontowane części rakiety i polskich specjalistów pracujących nad rozpracowaniem pocisku [źródło: Pomnik w Sarnakach].

Stąd już tylko pół godziny jazdy i z ulga chowam się w chłodnych murach domu 🙂

Dodaj komentarz