Świt nad Bugiem czyli jesienny plener NGP

Wrześniowe niedzielne poranki nie sprzyjały podjęciu działalności fotograficznej, więc jak tylko pogodynka zapowiedziała „żyletę o poranku”, silna grupa NGP zadała sakramentalne pytanie: co robimy? Jakiś czas temu padł pomysł na odwiedzenie mostu we Fronołowie. Nadszedł więc czas na realizację 🙂

Wyjeżdżamy wcześnie rano, bo chcemy zdążyć na wschód słońca. Od mostu dzieli nas około 50km. Docieramy punktualnie 🙂 Jeszcze tylko krótki spacer ponad torami i z mgły wyłania się wielka stalowa konstrukcja. Jest rześko, żeby nie powiedzieć – zimno 🙂 Obowiązkowe czapki, ciepłe polary i zaczynamy łowy. Najpierw na pana z rowerem, który przemierza most, potem już z mostu na wychodzące z wody słońce. Lekkie mgiełki, jakieś ptaszyska i wszechobecna pomarańczowa poświata stwarza niepowtarzalny nastrój 🙂

DSC_2017_8_9_tonemapped

DSC_2029 Panorama_1

Most składa się właściwie z dwóch mostów obok siebie, my wybieramy ten po prawej, bo drewniane klepki, po których idziemy, budzą jednak większe zaufanie 🙂

Szczegółowa historia mostu jest do przeczytania na stronie www Fronołowa.

Słoneczko podnosi się coraz wyżej i zaczyna przyjemnie grzać. Warunki zdjęciowe są idealne. Szybko jesteśmy z drugiej strony Bugu i schodzimy pod most. Stąd można zrobić efektowne zdjęcia konstrukcji, która w tym momencie jest w całości oświetlona ciepłym porannym słońcem. Każdy buszuje za swoimi tematami, tylko Jarek gdzieś się zapodział – potem okaże się że efektownie upolował pociąg jadący przez most. Patrząc z dołu, był to pojedynczy wagonik 🙂

DSC_2043_4_5_tonemapped

Na chwilę dołącza do nas pan ze spinningiem… na chwilę. Po pierwszym rzucie kotwica utknęła w czymś na dnie, jedno szarpnięcie i została sama żyłka… Pan rzuca wiązkę, której nawet nie jestem w stanie zapamiętać i znika… Nie będzie rybki na obiad 🙁

Wracamy na górę i przebiegamy most w druga stronę. Znowu słychać odgłos syreny z lokomotywy. Zastanawiamy się, czy zdążymy przebiec na drugą stronę przed pociągiem, ale jakoś brak chętnych na podjęcie wyzwania 🙂 Z mgły wyłania się potężny towarowy skład, ale niestety nie złoty, tylko cementowy 🙂

DSC_2070 Panorama DSC_2081_2_3_tonemapped

Teraz czas na zdjęcie pamiątkowe NGP. Proponujemy ustawić czas na samowyzwalaczu na 2 sekundy, ale Piotr szacuje, że przy biegu po torach zabraknie mu pół sekundy 😉 Potem jeszcze chwilę eksperymentujemy, realizując jakieś tajemnicze wizje artystyczne. Praca twórcza trwa w najlepsze 🙂 Słońce tymczasem wspina się wysoko, więc nasze fotograficzne światło szybko się kończy.

Jest ósma, szkoda wracać. Po krótkie naradzie ruszamy do Drohiczyna, który według zgodnej opinii ma „największy potencjał”. Do Drohiczyna jest około 20km, droga mija błyskawicznie. Umilamy sobie jazdę wyszukując na polach bunkry z linii Mołotowa. Trochę ich tu zostało…

Parkujemy w centrum i obieramy kierunek na Górę Zamkową. Na wprost parkingu kusi reklama świderków amerykańskich 😉 Oczywiście foto pamiątkowe obowiązkowo! Za chwilę na centralnym placu Drohiczyna Piotr przeprowadza test praktyczny „po co zakładamy osłonę obiektywu”. Osłona nie wytrzymała – aparat przeżył 🙂 Robi się … gorąco – nie tylko z powodu upadku aparatu. Pogoda nas zaskoczyła – świtem było koło 4 stopni, teraz prawie 20. Zrzucamy kurtki, polary – robi się letnio 🙂

Przy drodze spotykamy kota… ale niestety nikt z nas nie ma Canona 🙂 Żart taki – dla wtajemniczonych 😉

W drogę – najpierw jednak chcemy zrobić trochę zdjęć skarpy z dołu. Omijamy górę i wychodzimy na łąkę w okolicy plaży. Woda jest znacznie wyższa od tej, którą tu widziałem w sierpniu. Piaszczyste łachy skrył nurt rzeki. Słynna drohiczyńska skarpa jest teraz w całości oświetlona porannym słońcem, w którym mienią się kolory jesieni. Przed nami klasyczna widokówka. No dobra, mamy to 😉

DSC_2191_2_3_tonemapped DSC_2198 Panorama

 

Czas na górę. Zdobywamy ją w stylu alpejskim – w jednym podejściu i korzystając z unijnych udogodnień w postaci alejki wysypanej grysem i drewnianych poręczy 🙂 Gdzie te czasy, jak właziło się na nią na czworaka po gliniastym zboczu… Nawet bunkier został zgwałcony przez rurki ze stali, który błyszczą w słońcu, jak przysłowiowe „psu jajka” 😉

DSC_2224_5_6_tonemapped DSC_2227 Panorama

Na górze chwila relaksu, potem jeszcze każdy „robi swoje”, czyli fotografuje w indywidualnych klimatach. Schodzimy na dół w poszukiwaniu knajpy. Po mieście krążą pierwsze poranne wycieczki, bo aura sprzyja. Drohiczyn słynie przede wszystkim ze swoich kościołów, a dziś wyglądają one szczególnie efektownie – swoją bielą kontrastują z intensywnie niebieskim niebem. Mam wrażenie, że Drohiczyn zdecydowanie zyskał na wizerunku. Ostatnio jak go widziałem, wydawał mi się takim zapomnianym i zaniedbanym miasteczkiem. Zdecydowanie się to zmieniło. Odnajdujemy restaurację Zamkową. Towarzystwo rozsiada się pod parasolką i każdy zamawia coś dla siebie. Po przejściu około 100 metrów, Piotr stwierdza że czas na poranny jogging. No tak… w knajpie został jego portfel to i motywacja jest większa 🙂

Dziś limit czasu wyznaczają „imieniny u cioci”. Nie siedzimy więc długo i ruszamy dalej w kierunku zaproponowanym przez Jarka. Docieramy na peryferia miasta. Urzeka mnie Kościół zakonu Benedyktynek. Stoi wysoko na wzgórzu, wokół pusto, klasyczna fasada, biel i intensywny błękit nieba. Scena przywraca mi pamięć 🙂 Byłem tu… jako kolonista z wycieczką, mając pewnie z 10 lat 🙂

DSC_2260

Czas ucieka, więc pora na odwrót. Ale lekko nie ma. Wystarczy jedno lustro na skrzyżowaniu, by w głowach od razu urodziło się tysiąc pomysłów 🙂 Tacy z nas artyści 😉

DSC_2264

Wracamy na parking. Naszą uwagę zwraca sklepik z szyldem „50 lat tradycji”. No takich miejsc szukamy! Wpadamy do środka na lody. Bardzo szybko dogadujemy się, że to te same lody, które jedliśmy w sierpniu w Perlejewie (vel Zamek Krzyżacki) 🙂 Pozdrawiamy „dziewczynę od lodów” i jazda do domu 🙂

Zaczepiamy jeszcze po drodze Rezerwat Trojan, ale to już nie pora na zdjęcia… Piotr zdążył na imieniny 🙂

Dodaj komentarz