Jesienne Bieszczady

W tym roku postanowiłem wreszcie spełnić jedno ze swoich marzeń i zobaczyć jesienne Bieszczady. Przygotowania rozpocząłem miesiąc wcześniej, dzwoniąc do zaprzyjaźnionej Leśniczówki z prośbą o „pilnowanie drzew” 🙂 Krótko mówiąc, czekałem na telefon z informacją, że robi się kolorowo. W ramach przygotowań do wycieczki kilka dni wcześniej zacząłem śledzić serwisy pogodowe i obrazy z kilku odnalezionych w internecie kamer skierowanych m.in. na Połoninę Wetlińską i Ustrzyki. Wyjazd w założeniu był weekendowy, więc plan był skromny i obejmował dwie trasy: worek bieszczadzki i przemarsz przez Połoninę Wetlińską i Smerek.

Ponieważ już od jakiegoś czasu zacząłem się bawić w GPS, przed wyjazdem poczytałem nieco o aplikacji TrekBuddy, której do tej pory używałem trochę po omacku. Nieoceniony okazał się polski serwis poświęcony temu programowi. Szybko odnalazłem i wgrałem na kartę atlasy gór, przy pomocy rewelacyjnego serwisu wandermap.net stworzyłem trasy wycieczek i wgrałem je do TrekBuddy. Przygotowania były zakończone.

Dołączyła do mnie niezawodna grupa, z którą wędrowaliśmy niedawno po Beskidzie Śląskim. Wyjazd o 16 po południu, 400km jazdy i ok 23 meldujemy się na miejscu.  Zarządziłem pobudkę o 7:15 ale entuzjazmu nie było 😉 Ostatecznie po negocjacjach umówiliśmy się na 8:30 na śniadanie. Pogoda od rana była cudowna, taka zresztą jak obiecywały serwisy pogodowe. Pierwsza decyzja tego dnia – idziemy na worek bieszczadzki. Poganiając ekipę udało nam się sprawnie ruszyć w drogę i po około godzinie dojechać do Wołosatego. Zniknął legendarny dziurawy trakt, asfalt gładki jak pupa niemowlęcia aż do parkingu 🙂

dsc_9844  Chwila przygotowań i w górę! Pierwszy cel – Tarnica, w drodze cały czas towarzyszy nam hałaśliwa wycieczka gimnazjalistów. Podsłuchujemy panią przewodnik, która bardzo ciekawie mówi o zarażaniu młodzieży górami i wędrówkami, ale takiej młodzieży chyba w tej grupie nie ma 😉 Pocieszam się, że wejdą i wrócą do Wołosatego. Wejście na przełęcz między Tarnicą i Tarniczką poszło książkowo – spokojnym tempem, „w pięknych okolicznościach przyrody” po dwóch godzinach stawiamy się w komplecie pod szczytem. Trochę niepokoi mnie późne wyjście i jestem przekonany, że godzina urwana rano zemści się nocnym zejściem, więc „optymalizujemy” wycieczkę – najmłodsi pod opieką mam ruszają na czerwony szlak w stronę Halicza, trójka szczytowa atakuje Tarnicę. Wbiegamy na szczyt w pełnym słońcu, podziwiając fantastyczną panoramę na cztery strony świata. Widoczność jest znakomita, góry mienią się kolorami jesieni, jest ciepło i przyjemnie, choć temperatura powietrza dość niska, a po ciemnej stronie Tarnicy leżą płaty śniegu. Na szczycie tłum, w tym spotkana wcześniej wycieczka. Robimy 10 minut przerwy na podziwianie widoków, za chwilę wycieczka znika i jest błogi spokój. Tak czy inaczej tłumy na szlaku tego dnia są spore – rewelacyjna pogoda wygnała z domów chyba wszystkich spragnionych jesiennych Bieszczad.

dsc_9988  Ruszamy dalej, na przełęcz i wreszcie wchodzimy na pusty szlak w stronę Przełęczy Goprowskiej. Strome zejście pośród rudych traw kończy się małym źródełkiem, potem odejście szlaku na Krzemień i zaczynamy pomalutki nabierać wysokości trawersując długi grzbiet, by ostatecznie znaleźć się na jego szczycie. Tu doganiamy naszą młodszą cześć ekipy i zarządzamy chwilę przerwy. Obok jakiś pan prowadzi warsztaty fotograficzne i objaśnia swoim podopiecznych niuanse fotografowania gór. Inna wycieczka również przystanęła w tym miejscu. Nasz najmłodszy uczestnik budzi podziw u „wujka Ryśka” i dostaje w nagrodę za wysiłek czekoladę. Niniejszym pozdrawiamy „wujka Ryśka”.

dsc_0049  Stąd widać już nasz kolejny cel – Halicz. Teraz idziemy już cały czas grzbietem, mając panoramy na obie strony świata – polską i ukraińską. Widoczność jest doskonała, na horyzoncie wypatruję Tatry. Pomalutku kończy się krótki jesienny dzień, światło robi się coraz cieplejsze, cienie dłuższe. Docieramy na Halicz, 5 minut odpoczynku i podrywam wszystkich do dalszego marszu. Dość szybko docieramy na Rozsypaniec i nie zatrzymując się biegniemy w dół na Przełęcz Bukowską. Tu czeka nas bita droga, ale najpierw chwila odpoczynku we wiacie. Wreszcie ruszamy na ostatni dziś odcinek szlaku – długa droga w dół. Chwilę nadziei daje niektórym tabliczka z napisem Wołosate, ale szybko wyprowadzam ich z błędu, że nie „2km” tylko „2h” 🙂 Nie jest lekko, po około 2km słoneczko chowa się za horyzont i robi się coraz ciemniej. Nic to, wyciągamy czołówki i dalej w dół. Zmrok ogarnia świat tuż po wyjściu z lasu. Jeszcze pół godziny i równo o 19 meldujemy się na parkingu zamykając tym samym 20 kilometrową pętlę 🙂

Godzina jazdy i wracamy na zasłużony (spóźniony) obiad.

Jako ciekawostki profil trasy z GPS i Bieszczady inaczej czyli zabawa w panoramy i HDR.

Kolejnego dnia pogoda już nas nie rozpieszczała. Po krótkiej naradzie do akcji wkroczył gospodarz Leśniczówki – Artur i ustalił nam gotową trasę objazdową (chwała mu za to!). Niebo zasnute chmurami, chwilami drobna mżawka, więc był to jedyny rozsądny wariant dnia. Szybkie przemieszczenie do Soliny, podziwiamy chwilę tamę i zwijające się wraz z końcem sezonu stragany. Teraz kolej na atrakcje, których jeszcze nie widziałem. Jako pierwszy naszym łupem pada nieczynny kamieniołom w Bóbrce. Pół godziny wspinaczki i jesteśmy na szczycie, na punkcie widokowym. Buty przy okazji oblepiają się legendarnym bieszczadzkim błotem 🙂 Widok z góry całkiem rozległy, widać oba zalewy – w oddali Soliński, pod nami tama na Sanie, która tworzy bliższy – Myczkowski. Kamieniołom jest chyba ulubionym miejscem amatorów off-road, rozjeżdżone drogi są pełne kolein i śladów pojazdów terenowych. Stąd chwila jazdy, mijamy Myczkowce i kolejny punkt widokowy. Metalowy podest pozwala na podziwianie z góry meandrów Sanu.

Kilometr dalej kolejny warty zobaczenia punkt – ośrodek Caritasu. Wycieczkę zaczynamy od ogrodu biblijnego, który pomału szykuje się do zimowego snu, ale i tak robi wrażenie.

Jednak tym, co przykuło moją uwagę na długo był skansen miniatur cerkwi występujących na terenie pogórza beskidzkiego. Odtworzono tu z wielką dbałością o szczegóły przepiękne budowle, od których nie mogłem oderwać wzroku. Pozostała część wycieczki pobiegła dalej podziwiać zwierzaki w mini-zoo a ja wciąż krążyłem jak zaczarowany alejkami pomiędzy miniaturkami budynków.

Stąd blisko już było do Leska, gdzie wpadliśmy jak stado wygłodniałych wilków do znanej nam wcześniej cukierni, by zapakować na wieczór kilka toreb smakołyków 🙂 Z Leska już tylko kilka kilometrów i zamknęliśmy naszą malutką bieszczadzką pętlę wokół jezior bieszczadzkich. Wieczorem gospodarz przygotował nam ognisko, przy, którym mogliśmy podzielić się wrażeniami z dwóch dni. Rano śniadanie i do domu 🙁

Bardzo polecam Leśniczówkę, przede wszystkim ze względu na osobę gospodarza, ale również wyśmienite jedzenie, atmosferę miejsca, ciszę i spokój -chyba, że traficie na jakąś integrująca się grupę 😉 Byłem tu po raz kolejny i nie zawiodłem się – trzymają standard.

Poniżej prezentuję kilka fotek otoczenia Leśniczówki 🙂

Dodaj komentarz