Tatrzańskie wczasy 14-21 sierpnia 2013

Chyba mam niewyczerpany limit szczęścia do pogody – kolejny raz wyjeżdżamy rodzinnie na letni urlop w góry i trafiamy na wymarzone warunki do wędrówek 🙂 Z roku na rok nasze wycieczki wyruszają w coraz wyższe góry, więc zgodnie z trendem przyszła pora na Tatry. I oczywiście Słowacja, bo myśl o tłumach na polskich szlakach, otaczającej zewsząd tandecie, zachłannych góralach, brudzie napawa mnie obrzydzeniem. Pomału i na Słowacji robi się tłoczno, ale nadal jest sympatycznie i można w ciszy i spokoju wędrować i podziwiać krajobrazy. Rezerwuję miesiąc wcześniej kwaterę w zaprzyjaźnionym pensjonacie u Pavola i Mariana – dostajemy najlepszy pokój słusznie zwany „Łomnicą”, bo też widok z jego okna  kojarzy się z jednym 🙂 Pensjonat jest położony na końcu Novej Lesnej i nic nie przysłania widoku na Tatry – statyw zagościł na stałe w oknie i był używany od wczesnych godzin porannych do nocy przez cały pobyt 🙂

A efekty – poniżej 🙂

Pierwszy dzień jest raczej spokojny, odpoczywamy po podróży, rozpoznajemy teren 😉

Dzień drugi. Poranek wita nas pełną lampą! Tatry w całej okazałości, więc po śniadaniu parcie na wycieczkę jest takie, że błyskawicznie lądujemy na parkingu nad Strbskim Plesem. Obieramy kierunek na Solisko, a trasę urozmaicamy sobie, podchodząc kawałek Magistralą w kierunku Jamskiego Plesa i tam odbijamy szlakiem w stronę Bystrego Sedla. Po około godzinie marszu przechodzimy na krótki łącznik zboczem Soliska do Chaty pod Soliskom i tu organizujemy obóz szturmowy. Nasza młodsza panna stwierdza, że plan wykonała 🙂 Za to starsza… no ktoś się musiał wdać w ojca – mimo zmęczenia po 250 km zakończonej dzień wcześniej pielgrzymki rusza ze mną ostro w górę!  Szybko lądujemy na szczycie Predniego Soliska i cóż – muszę to przyznać, córa wbija mnie w glebę cytując nieświadomie moje słowa sprzed miesiąca – „ale tu fajnie, możemy nie schodzić?”. Mam więc gwarantowane towarzystwo na tatrzańskie wędrówki na najbliższe lata 🙂

Dzień trzeci – kolejny świt – na niebie lampa 🙂 Łomnica pomału zaczyna wypalać mi się na siatkówce 😉 Szybka mobilizacja i przemieszczamy się na parking w okolice Popradzkiego Plesa. Tu niestety zaskoczenie, parking tak zapchany, jak chyba nigdy jeszcze nie widziałem. Jakoś się jednak na nim ustawiamy i ruszamy nad jezioro. Pewne zaskoczenie to fakt, że mimo tylu samochodów ludzi mało 🙂 Gdzieś ich góry wchłonęły 🙂 Godzinny marsz kończy się w okolicy odejścia na Symboliczny Cmentarz Ofiar Gór. To nasz cel. Tu przeżywam jedną z większych niespodzianek – w okolicy kaplicy słyszymy śpiewy. Okazuje się, że przyjechał tu chór z krakowskiej parafii z przewodnikiem – księdzem i właśnie rozkładają ołtarz i zaczynają polową mszę. Z przyjemnością wysłuchujemy kazania, które właśnie tutaj ma swoją siłę, bo jest związane z mistyką gór i ludźmi, którzy w tym miejscu znaleźli swój kres.

Dzień czwarty – wita nas znowu bezchmurnym niebem. Dołączają do nas znajomi i podejmujemy decyzję, że pora na kolejny po Solisku dwutysięcznik. Jako że będzie to dla nich pierwsza tak poważna tatrzańska wycieczka, decyduję za wszystkich o wjeździe kolejką na Skalnate Pleso i krótki przemarsz Magistralą na Velką Świstovkę. Znakomita widoczność zapewnia wszystkim wiele wrażeń widokowych, a przemarsz pomiędzy ogromnymi głazami jest dla mojej wycieczki sporym przeżyciem. Mimo pozornej łatwości szlaku odporność na widok dużej ilości powietrza pod stopami przechodzi poważny test dla niektórych 🙂 Na szczycie stawiamy się w komplecie po około 1,5 godziny marszu. Jest cieplutko, sporo osób okupuje szczyt, ale i dla nas znajduje się trochę miejsca na zjedzenie kanapek.

Piękny wieczór zachęca mnie do kolorowych eksperymentów z filtrami Cokin.

Dzień piąty. Znowu bezchmurne niebo. To zaczyna być nudne 😉 Zmęczone wycieczką poprzedniego dnia moje towarzystwo trochę protestuje, kiedy proponuję kolejne 2000 metrów n.p.m 😉 Od czego jednak siła perswazji 🙂 Przekonuję, że znam piękną dolinę rodem z trylogii Tolkiena i warto tam wejść, a potem się zobaczy 🙂 I tak od schroniska do schroniska docieramy do końca Malej Studenej Doliny. Niestety widok Chaty Teryho wysoko w górze studzi dalszy zapał i nikogo nie udaje mi się przekonać, że to tylko godzinka 🙂 Powrót do Zamkovskiego na obowiązkową czesnakową i szklaneczkę Kofoli i nieśpiesznym krokiem wracamy na Hrebienok. Po drodze nasza najmłodsza uczestniczka wyprawy zażywa kąpieli w Studenym Potoku pod (mało) czujmym okiem swego taty 🙂

Dzień ostatni – wita nas jak zwykle słońcem, ale prognozy mówią, że chyba w końcu się zachmurzy. Bardzo chciałem ten dzień przeznaczyć na Rysy z córą, ale prognoza i rozsądek podpowiadały, że zmoczy nas solidnie, więc robimy rodzinny przejazd elektriczką wzdłuż całych Tatr do Strbskiego Plesa i z powrotem. Rysy będą jeszcze trochę stały, a potencjalna awaria kolan nie jest warta ryzyka. Nad jeziorem obowiązkowy spacer wokół jeziora. W drodze powrotnej zaczyna kropić, a potem zaczyna się burza. Uciekamy elektriczką do Nowej Lesnej.

A nad Łomnicą dzieją się piękne rzeczy. Cóż, nie da się chodzić, to można siedzieć w oknie z aparatem na statywie i zbierając szczękę z ziemi, próbować uchwycić klimat chwili…

A powrót… cały dzień w deszczu. Już chcę w Tatry 🙂

1 comment

Dodaj komentarz