Słupek numer zero

Pod tym dziwnym tytułem kryje się kolejna nadbużańska przygoda z cyklu Bug Trophy 🙂 Mamy koniec lipca i nareszcie pogodę przypominającą wakacje. Temperatura skoczyła dość gwałtownie w okolice 30 stopni, więc aby przeżyć, pozostaje wyjechać wcześnie rano. Zrywam się o szóstej, rower wędruje do bagażnika i w drogę. Chwila wahania, który odcinek wybrać – Janów Podlaski, czy znacznie odleglejszy zaczynający od Różanki. Wybieram szukanie Trójstyku.

Prawie godzina jazdy i jestem w Stawkach, w miejscu, gdzie zakończyła się moja zeszłoroczna wycieczka z Kuzawki. Parkuję przy znajomym płocie i tylko małe zdziwienie, bo google twierdziło, że w tym miejscu jest wieża widokowa, a po tej ani śladu.

Sprzęt rozłożony, plecak wrzucony i jazda. W dół, w dolinę Bugu. Poranek jest piękny, żadnych chmur, temperatura rośnie. Forma ostatnio niezła, więc i tempo jazdy dobre. Mijam Różankę, docierając do wiaty. Teraz skręcam w dół, podziwiając dwa efektowne zakręty Bugu, który w tym miejscu robi „znak Zorro” 😉 Widać stąd skarpę w Różance, gdzie ulokowała się wiatka turystyczna i przystań dla kajaków. Takich przystani minę dziś jeszcze kilka.

Mijam kolejnych kilka nadbużańskich plaż, które tak lubię. Woda w Bugu niska, więc łachy piasku są bardzo rozległe, Zostawiam na nich trochę śladów dla pograniczników, ale może się nie obrażą, bo zgłosiłem im jak zwykle, gdzie się plączę. Łapię kilka panoram do swojej kolekcji.

Potem droga się trochę wspina i jadę wysoką skarpą. Przez dłuższy czas wiedzie spokojnie ponad samą rzeką. Zbliżam się do jakichś zabudowań i przez chwilę towarzyszą mi dwa pieski, ale mnie nie zaczepiają, poza tym, że odprowadzają kilkadziesiąt metrów 🙂 

Ścieżka kończy się nagle stromym zjazdem w dół i rozległym krajobrazem przede mną. Jadę oczywiście w dół, w stronę rzeki. Mijam ogrodzony kanał, którym, jak potem sprawdziłem, spływa woda z miejscowej oczyszczalni ścieków. Prosto do Bugu.. Ufam, że oczyszczalnia spełnia swoja rolę.

Teraz robię mały skrócik i omijam wielkie zakole rzeki. Dojeżdżam w okolice „na Bugu we Włodawie” – czyli wodowskazu 🙂 Tu według planu miałem wjechać do miasta, aby ominąć dzikie krzaki ze zdjęć satelitarnych. Ale… tuż za cokołem mostu jest ścieżka w stronę rzeki 🙂 Wybór jest oczywisty. Po kilkuset metrach ścieżka kończy się, bo przegradza ją rzeczka Włodawka. Mostu nie widać, za to widać, że z drugiej strony ścieżka biegnie dalej. No to będzie przeprawa 🙂 Woda jest idealnie przezroczysta i w dodatku jest jej po kolana, więc wystarczy kilka minut i mogę kontynuować trasę 🙂 Bardzo efektownie wygląda styk obu rzek – Bug wygląda przy Włodawce jak mętne capuccino 😉

Ruszam dalej, mijając Orchówek. Tu jedzie się przez rozległe łąki, ładnymi polnymi dróżkami, ale to wkrótce się skończy. Zagłębiam się w lasy, walczę z piaszczystymi drogami. W dodatku okazuje się, że w większości jadę czerwonym szlakiem nadbużańskim. Bardzo efektownie został on tutaj poprowadzony niemal nad samą rzeką. 

Wpadam na małą polankę, gdzie rzuca mi się w oczy cokół starego mostu kolejowego. Dużo tych przepraw na Bugu po wojnie nie odbudowano… Zostały tylko pale w rzece.

Dobrze mi się jedzie, więc ruszam dalej na leśne ścieżki.  Po lewej stronie cały czas prześwituje między drzewami Bug. 

Wpadam na kolejną polankę. Stoi tu jakaś tajemnicza murowana rotunda i no wiatka dla turystów. W dole ułożony jest podjazd dla kajakrzy, których kilku akurat dopłynęło i robią sobie przerwę w spływie. Zawartość wiatki… lepiej omijać z daleka. Panuje w niej totalny bałagan spowodowany ilością nagromadzanego wszelkiego śmiecia. Bug rajem dla turysty 😉 Miejsce jest opisane jak Trójstyk, ale nie jest to ten właściwy punkt. Odnajduje go kilkaset metrów dalej, ruszając wąską leśną ścieżką ponad rzeką. 

Stoi tu tytułowy słupek numer zero. W przeciwieństwo do swoich plastikowych braci, ten jest marmurowy, ma grawerowany napis i godło, a teren wokół wyłożony jest kostką. Z drugiej strony widać odnowiony tzw. kanał Mościckiego, gdzie po jednej stronie znajduje się Białoruś, a z drugiej Ukraina. Widać sporo zasieków, płotów, pasy wyoranej ziemi.  A niedawno było to jedno państwo…

Został mi ostatnia prosta. Wkrótce wyjeżdżam z lasu i dalej już nie mogę jechać ponad rzeką, bo teren jest ogrodzony, w dodatku wiszą tabliczki, że płot jest pod napięciem… Przecinam łąkę, dojeżdżam do lasu, którym po około dwóch kilometrach docieram do drogi odwrotu. Po drodze mijam jeszcze sporo leśnych chatek i dacz. 

Teraz zostaje wrócić do auta. Dzieli mnie od niego około 20 kilometrów, które przemierzam w całkiem dobrym czasie i w pięknych okolicznościach przyrody 🙂

Jest moc 😉

Wracając odkrywam brakującą wieżę – stoi 500 metrów wcześniej przy remizie 🙂

Nie ufajcie mapom google 😉

Zrobiłem 43 kilometry w około 5 godzin 🙂 Trasa:

 

 

Dodaj komentarz