Nadbużańskie pejzaże – odsłona wrześniowa

Wakacje minęły nie wiadomo kiedy. Tegoroczne stały pod znakiem oczekiwania na w miarę pogodne weekendy, bo planów było całkiem sporo. Z realizacją niestety trochę gorzej. Narzekać jednak nie będę. Cierpliwie czekałem i oto nadeszła moja wrześniowa słoneczna sobota. Od rana pogoda jak marzenie – cieplutko, bezchmurnie, więc robię szybkie przygotowania: zakupy, pakowanie roweru i w drogę. 

Jeszcze tylko chwila wahania, czy pojechać na zaległą trasę koło Janowa, czy na kolejny odległy odcinek za Włodawą. Oczywiście wybieram Zbereże. Tam właśnie skończyłem swoją ostatnią trasę, więc w naturalny sposób wypadało ją kontynuować. Trochę ponad godzina jazdy i już jestem za Włodawą. Teraz zagłębiam się w lasy sobiborskie. Przy drogach mnóstwo samochodów – jest wysyp grzybów, więc kto żyw, jedzie do lasu. Mijam znajome już charakterystyczne punkty i miejscowości i w końcu docieram do Zbereża. Parkuję auto tuż za punktem dla rowerzystów, rozpakowuję i się w drogę 🙂 

Droga tysiąca zakrętów – tak chyba będzie nazywał się ten odcinek. Bug wyjątkowo mocno tutaj meandruje, sama droga natomiast jest w miarę oczywista i przejezdna.

Zaczynam od miejsca, gdzie w wakacje przez tydzień był most pontonowy dla turystów. Teraz cicho tu i spokojnie. Ruszam wzdłuż rzeki i dość szybko dojeżdżam do pierwszej dziś atrakcji – pięknej nadbużańskiej skarpy w Zbereżu.

Jak to Bug – zakręca w tym miejscu o 180 stopni, odbijając się od wysokiego, piaszczystego zbocza. Naprzeciw oczywiście jest plaża. Stoję chwilę, by nacieszyć się widokiem.

Ruszam dalej w dół. Stromy zjazd szybko się kończy i od tej chwili będę już jechał dolinami.

Przy kolejnym zakolu próbuję odnaleźć ścieżkę wiodąca na cypelek. Z mapy wynikało, że na końcu będzie plaża. Przebijam się przez krzaki ledwo widocznym śladem, by na końcu stwierdzić, że plaża zarosła i widoków nie będzie…

Wracam na główną drogę i ruszam dalej wzdłuż rzeki.

Jedzie się dobrze – do momentu, gdy droga schodzi w dół nad rzekę i przekracza niewielkie obniżenie. Właściwie to już nie droga, a ścieżka. Zsiadam z roweru i ciągnę go parędziesiąt metrów wąską ścieżką tuż nad wodą. Jest coraz gorzej, gęsta trawa, zarośla i wreszcie ślad całkiem znika w gąszczu. Nie ma rady – będzie odwrót. Zaglądam do przygotowanej wcześniej mapy – no tak – tu miałem mieć objazd 🙂 Trzeba było zajrzeć przed wbiciem się w krzaki 🙂 Wracam tą samą drogą, przy okazji trochę podrapany…

Na kolejne zakole nie prowadzi żadna ścieżka, więc pozostaje pojechać na wprost widoczną drogą. Pojęcie „droga” jest tu zresztą umowne – czasem jest to ślad po jakiejś terenówce pograniczników lub quadzie. Zawsze jest szansa, że gdzieś prowadzi 🙂

Dalej jednak jedzie się już znośnie. Droga raz gorsza, raz lepsza – ale jest. Pogoda dopisuje, widoki też. Ciągłe zakręty powodują, że rzekę mam oświetloną z wszystkich możliwych stron i te same fragmenty mogę fotografować w ciągle zmieniającym się świetle.

Jest kolejne zakole i wyraźna dróżka na jego koniec. Ruszam więc jak zwykle ku przygodzie. Najpierw znajduję jakieś stare rozpadające się ule. Zastanawiam się, czy są zamieszkałe i czy zaraz nie wkurzę ich mieszkańców niezapowiedzianą wizytą 😉

Dalej droga skręca i znika w gąszczu. Jakoś nie mam ochoty walczyć z krzakami i zawracam.

Teraz jedzie się bardzo przyjemnie odkrytym terenem, ponad samą rzeką. Pojawia się jakaś odnoga Bugu, która wygląda na lekko ucywilizowaną. Oddziela ją od rzeki wał ziemny. Wyczuwam w tym rękę Straży Granicznej 🙂

Kilkaset metrów dalej stoi… wychodek. W kolorach maskujących. Tajemnica jego nagłego pojawienia wyjaśni się po kilku dniach, gdy rozpozna go na zdjęciu jego właściciel z Bagien u Mańka 😉

Po około kilometrze docieram do tablicy informacyjnej szlaku kajakowego. Tuż za nią drogę przegradza mi głęboki rów. Bardzo głęboki i bardzo stromy. Przeprawa przez niego to dwie ułożone około metr od siebie rury. Nie widzę szans przejścia z rowerem – ani górą, ani dołem. Będzie kolejny odwrót. Tym razem zaglądam do mapy, co utwierdza mnie w przekonaniu, że dalej wpakowałbym się w teren nie nadający się do jazdy.

Przedzieram się przez łąkę, mając nadzieję, że skoro ktoś kosił tu trawę, to jakoś musiał dojechać 🙂 Na szczęście dokładnie tak było, wiec klucząc chwilę pomiędzy rozlewiskami trafiam na… wał przeciwpowodziowy. Chyba 🙂 Nie widzę innego powodu, by podwyższona, idealnie równa dróżka się tu znalazła. Jadąc nią, omijam gęste zarośla, wśród których czasem mignie jakieś oczko wodne. Dzicz taka, że palca nie wetkniesz 🙂 Po około kilometrze docieram do lasku, a mijając go, znajduję zjazd na łąkę w stronę rzeki. Oczywiście skręcam 🙂

Niestety, ominąłem przy okazji kolejne dwa zakola, ale chyba nie było szansy, by tam zajrzeć, będąc na rowerze.

Droga obniża się mocno, jest pełna kolein wypełnionych wodą, mijam sporo małych jeziorek i starych odnóg Bugu, by wreszcie znowu znaleźć się na rzeką.

Na kolejne zakola też nie ma dojazdu, więc „ścinam” je, trzymając się ledwo widocznych ścieżek. 

Na jednym z zakrętów, próbując różnych wariantów dojazdu do rzeki, stwierdzam, że jadę w przeciwna stronę niż zamierzałem 🙂 Ciągłe zmiany kierunku Bugu powodują małe zamieszanie w orientacji przestrzennej. Na chwilę 🙂

Znowu muszę oddalić się od rzeki, bo drogę przegradza mi odnoga rzeki. Jadąc wzdłuż niej, trafiam na umocniony nasyp, który pełni rolę przeprawy, ale też tamy, bo woda z prawej strony jest mocno spiętrzona. Z mapy wynika, że jest to tzw. Pompka w Woli Uhruskiej.

Przejeżdżam oczywiście na drugą stronę, by być bliżej rzeki. Tu zastaję … zawody wędkarskie. Chyba nawet całkiem spore, bo mijam dziesiątki aut i tłumy wędkarzy. Trochę zdziwieni są, że komuś chce się przeciskać przez tutejsze wertepy rowerem. Mijam stolik sędziowski z pucharami i docieram do końca twardej drogi.

Znowu zjazd w dół i po kilkuset metrach droga się kończy. Wracam więc w okolice słupka i zaczynam oddalać się od rzeki. Na szczęście niedaleko kolejna ścieżka ciągnie znowu nad Bug. Tu ponownie nagły zwrot rzeki powoduje, że jadę pod prąd.

Zawracam i po ujechaniu kilkuset metrów muszę definitywnie pożegnać się z rzeką. Dalej falują podmokłe łąki.

Ostatnia prosta ciągnie się długo i jest trochę męcząca – droga jest pełna poprzecznych garbów głęboko odciśniętych w gliniastej ziemi przez traktory. Trzęsie niemożliwie, ale jako jakoś się przebijam. Jeszcze zakręt, kilkaset metrów walki i wreszcie bita droga. Wyjeżdżam na asfalt w okolicy cerkwi w Uhrusku. 

Za wsią spotykam jeszcze samotnego konia na wzgórzu. 

W Woli Uhruskiej w towarzystwie pana „piwnego” na MOR dla rowerzystów wyciągam z plecaka małe co nieco. Bo oczywiście wracam Green Velo.

A potem już tylko godzinka spokojnej jazdy do Zbereża. Tym razem, mając cały chłodniejszy niż zwykle dzień dla siebie, mogłem sobie pozwolić na spokojną jazdę. Wyszło około 41 kilometrów, czas 6 godzin i jak zwykle sporo przystanków na fotografowanie 🙂

Plan vs trasa (niebieska):

Dodaj komentarz