Jesienne Warsztaty Fotograficzne w Janowie Podlaskim – 2017

Coroczne Warsztaty przypadły w tym roku na 2 weekend listopada. Jesienna ponura aura ciągnęła się już od dłuższego czasu i bardzo liczyliśmy chociaż na jeden dzień przejaśnienia. Słońce wyszło  – ale tylko na chwilę, bo generalnie aura nie sprzyjała fotografowaniu. 

Piątkowy wieczór rozpoczęliśmy od otwarcia wystawy powarsztatowej z roku 2016. Taka tradycja. Niestety, Stara Plebania w Janowie Podlaskim, gdzie zawsze prezentowaliśmy nasze prace, spłonęła jakiś czas temu, więc pozostała nam Galeria w Bialskim Centrum Kultury, skąd po wernisażu jedziemy do Janowa. Musimy się trochę śpieszyć, bo tam czeka nas dobra, albo raczej dziwna zmiana. W Stadninie pojawiła się brama, w dodatku zamknięta po godzinie osiemnastej. Nie dość, że zniszczono dwustuletnią reputację miejsca, to jeszcze odgrodzono je od świata. Dziwnie, nieodgadnione.

Na szczęście zdążyliśmy. Brama się za nami zatrzasnęła i pozostało nam tylko integrować się. Jak zwykle długo, jak zwykle wesoło i jak zwykle najlepsi dotrwali do rana 🙂

Poranek nie dał szans na fotografowanie wschodu słońca. Ciemno, mokro. Orkan Marcin szalał nad Polską, co mieliśmy za chwilę odczuć. Po śniadaniu tradycyjnie dzielimy się na mniejsze grupki i realizujemy swoje plany związane luźno z tematem Warsztatów – „Ludzie”.  Przysiadam się jak zwykle do terenówki Mirka, bo jest plan przejechać moją ulubioną trasą nadbużańskimi łąkami w stronę Woroblina. Dosiada się do nas Krzysztof, przedstawiciel Sony Alfa Team – gość specjalny Warsztatów. Krzysztof miał dzień wcześniej krótki pokaz związany z nowościami sprzętowymi Sony w dziedzinie fotografii, a dziś chce zobaczyć trochę nadbużańskich pejzaży. Zabieramy jeszcze dwie niewiasty, którym dostarczymy dziś sporo emocji 🙂

Zapakowani, ruszamy w drogę. Wyjazd z drugiej strony Stadniny na szczęście nie jest zamknięty żadnymi bramami 🙂 Jest pochmurno, mnóstwo kałuż, droga na początku ułożona jest aż do Łęgu Dębowego z betonowych płytek, więc nic nie zapowiada atrakcji. Te zaczynają się w momencie skrętu w stronę rzeki, gdzie zamierzamy na początek odwiedzić tzw. Pralnię.

Zaczyna się niezła jazda, błoto fruwa wyżej od samochodu, woda tryska na wszystkie strony, auto jednak dzielnie daje radę na czterokołowym napędzie z zablokowanym mechanizmem różnicowym. Mirek zna się na rzeczy 🙂 Docieramy nad rzekę. Wysiadamy, a Mirek drapiąc się po głowie z rozrzewnieniem wspomina dziewięć złotych wydanych dzień wcześniej na umycie samochodu 🙂 Zaczyna kropić. No dobra, tyle jesteśmy w stanie przetrwać. Wpadam na cypelek na panoramę i się zaczyna. Kropienie przechodzi w regularną i lodowatą ulewę. Istny szkwał. Uciekamy do samochodu. Za chwilę w dach bębni grad. Ślizgając się na pochyłej drodze, docieramy do małego przysiółka. Tu droga wygląda jeszcze gorzej. Jakoś się jednak przebijamy. Takich warunków to ja jeszcze tutaj nie widziałem. Zastanawiam się, co będzie dalej, bo pamiętam, że były tu gorsze miejsca.

Mirek objeżdża lasek i dociera w obniżenie wiodące na łąki w stronę rzeki. Wygląda to… fatalnie. Uśmiechamy się z Mirkiem, bo widzimy przerażenie w oczach pozostałej ekipy 🙂

Do tego te opowieści Mirka, ile razy i skąd był wyciągany 😉 Klucząc między dołami i ryjąc jak dzik w rozmiękłym błocie docieramy jednak szczęśliwie nad rzekę. Uff… najgorsze za nami. Tak mi się przynajmniej zdawało….

Teraz w miarę spokojnie zmierzamy w kierunku Woroblina i docieramy nad rozlewisko, gdzie rok temu podziwialiśmy rozległy krajobraz przyprószony śniegiem i świecący w jesiennym słońcu. Dziś znowu zaświeciło. Właśnie na moment przestało lać i i zabłysło niebieskim kawałkiem nieba. Rzucamy się z aparatami na łowy, by maksymalnie wykorzystać chwilę.

Koniec przerwy. Mirek coś tam mruczy pod nosem, że może być problem. Już za chwilę wiem o czym mówił. Droga… jest pod wodą. Do przejechania mamy rozległe obniżenie, które teraz skrywa 20 metrowa tafla wody. Pod nią jest droga, ale jej stan to niewiadoma. Mirek rzuca jakieś zaklęcie, po czym wciska gaz i za chwilę wpadamy w sam środek bajora. Do połowy idzie nieźle, potem zauważam, że woda przelewa się przez maskę i zalewa szybę 🙂 Auto jednak pędzi i po chwili jesteśmy na drugim brzegu. Dziś nie będą nas wyciągać 🙂

I tylko jest jeden problem… Na drugim brzegu zostały nasze dzielne koleżanki, które zajęły się wędkarzem, zamiast miejscem w aucie 🙂 W ferworze walki zapomnieliśmy o nich i teraz trzeba obmyśleć plan przeprawy.

Na szczęście Mirek, jak McGyver, dłubie chwilę w bagażniku i za chwilę z triumfem wyciąga  gumowce, które jednak trzeba jakoś dostarczyć na drugi brzeg. Na szczęście z odsieczą biegnie wędkarz, który nie dość że zna miejsce, gdzie można przejść i nie nabrać w nie wody, to jeszcze dwukrotnie przenosi je naszym rozbitkom 🙂

Już w komplecie, ruszamy dalej. Mirek rzuca hasło, że pokaże nam jeszcze „kibel”. Skręca więc ponownie w stronę rzeki. Tą drogę też znam i też spodziewałem się, że lekko nie będzie. Nie myliłem się… W pewnym momencie lewa strona auta łapie koleinę z boku drogi i w mocnym przechyle walczymy przez kilkaset metrów, by nie zatrzymać się w środku bajora i rozpaczliwie wzywać pomocy 🙂 Błoto fruwa kilka metrów w górę i przykrywa grubą warstwą każde wolny kawałek samochodu 🙂

Po raz kolejny kunszt mistrza kierownicy ratuje nam skórę i już jesteśmy nad rzeką. Pogoda znowu się zmieniła i tym razem mało sprzyja fotografowaniu. Uwieczniam „kibel” i wracamy. Tą samą drogą. Tym razem uważamy, by nie złapać znowu rowu i już bez większych przygód docieramy do Woroblina.

U Mirka robimy chwilę przerwy, bo goście są zainteresowani czatownią do fotografowania zwierząt i ptaków. Stąd już asfaltową drogą („oo, pierwszy dziś asfalt”) ruszamy jeszcze nadbużanką, by pokazać naszym gościom kilka miejscowych atrakcji.

Zaczynamy od Derła, gdzie dostajemy prezent w postaci okienka pogodowego. Na horyzoncie kłębi się orkan, a nad nami błękitne niebo i iskrzące się w słońcu kropelki wody na mokrych drzewach.

Zaglądamy jeszcze do Pratulina i do Nepli, ale że czas nas już goni, szybko wracamy do Janowa ma obiad.

Po południu odbywa się autorski wykład gościa Warsztatów, Andrzeja Zygmuntowicza.

Andrzej Zygmuntowicz – fotograf, członek Związku Polskich Artystów Fotografików, wykładowca fotografii w Zakładzie Fotografii Prasowej, Reklamowej i Wydawniczej UW oraz w Collegium Civitas, Studium Fotografii ZPAF i Studio Sztuki a także na warsztatach i innych, krótkich formach edukacyjnych, popularyzator fotografii i organizator działań fotograficznych, przewodniczący Rady Artystycznej ZPAF, wcześniej prezes Warszawskiego Towarzystwa Fotograficznego, Związku Polskich Artystów Fotografików i Fundacji Konkurs Polskiej Fotografii Prasowej.

Wystawia swoje prace od 1973 roku na wystawach indywidualnych, grupowych i zbiorowych. Równolegle publikuje zdjęcia komercyjne w prasie, książkach i wydawnictwach reklamowych. Wiele jego wystaw to zapisy dokumentalne (Plaża, Miejsca, Krajobrazy, Nowe krajobrazy, Miasteczko, Teraz Polska), ale chętnie sięga po kreację, z ciałem jako motywem przewodnim (Zwyczajna nagość, Piękne odpoczywające, Piękne ukrzywdzone, Ciało, Smakując) i pamięcią wizualizowaną w plastyczny sposób (Szumy, zlepy, ciągi, Podróże, Kwiat paproci) [źródło: DigitalCamera].

Wieczorem zaś, jak zwykle, pokazy. Każdy może się zaprezentować, poopowiadać, co robi, jakie ma pomysły. 

Moje wystąpienie związane jest z dwoma projektami. Mam okazję pokazać zbierane przez dwa lata zdjęcia Bugu, a drugi pokaz wyszedł trochę przy okazji, bo przez dwa kolejne lata byłem na tym samym bieszczadzkim szlaku, który pokazał dwa różne oblicza, które zestawiłem dla kontrastu.

Ostatni dzień Warsztatów to autorska prezentacji Jolanty Rycerskiej.

Jolanta Rycerska – urodzona w Lublinie, z wykształcenia filozof (Filozofia Teoretyczna na KUL) i fotograf (Studium Fotografii ZPAF, Europejska Akademia Fotografii, otwarty przewód doktorski na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie). Od kilkunastu lat aktywnie fotografuje – jest autorką kilkudziesięciu wystaw indywidualnych i zbiorowych oraz kuratorką kilkudziesięciu wystaw i projektów. Członek ZPAF od 2005 roku. Od 2009 roku pełni funkcję prezesa Okręgu Warszawskiego ZPAF, od 2011 roku – także Zarządu Głównego ZPAF.  W 2013 roku otrzymała Nagrodę Specjalną Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego za osiągnięcia twórcze i zasługi w popularyzacji fotografii. Od kilku lat jest wykładowcą Studium Fotografii ZPAF, jurorką licznych konkursów fotograficznych, dyrektorem trzech edycji festiwalu Warsaw Photo Days oraz Warszawskiego Festiwalu Fotografii Artystycznej 2015. W roku 2016 została stypendystką MKIDN  oraz członkinią Rady Kuratorów Galerii Kordegarda. Mieszka i pracuje w Warszawie [źródło: ck.art.pl].

Jeszcze tylko pyszny obiad i czekamy rok na kolejne Warsztaty.

 

Dodaj komentarz