Landart Festiwal 2018

Na to wydarzenie czekałem niecierpliwie cały rok. Odkąd Latająca Ryba wylądowała nad Bugiem, wygląda na to, że nie ma ochoty fruwać dalej i założyła nadbużańskie gniazdo na dobre. 

Tradycyjnie jak co roku tuż przed wyjazdem pogoda się załamuje, przechodzi wielka ulewa i zastanawiam się czy się udać na ten wyczekiwany długi spacer wśród Dzieł. Nie poddaję się jednak, wrzucam aparat, coś na deszcz i ruszam w kierunku Janowa. 20 minut i jestem w Bublu. Zastaję tłum ludzi. Niekorzystna aura ani trochę nie zniechęciła chętnych do podziwiania plenerowej sztuki, wręcz przeciwnie – mam wrażenie że ludzi jest więcej jak rok wcześniej. Pelerynka na grzbiet i podchodzę w okolice dworku. Ulewy co prawda nie ma, ale lekko kropi. 

Jest już szef Imprezy Jarek Koziara. Ze stoickim spokojem obwieszcza, że deszcz był planowany i możemy zaczynać.

Las parasolek rusza w kierunku wsi. I niestety aura postanowiła pokrzyżować plan Jarka, bo z każdą chwilą przejaśnia się coraz bardziej, przestaje padać i w końcu wychodzi słońce. Dokładnie taki sam scenariusz rozegrał się rok wcześniej 🙂

Przy wejściu do wsi wysłuchujemy historii związanej ze stojącą przy drodze tablicą pomnikową, poświęconą nauczycielom szkoły podstawowej w Grannie, istniejącej w latach 1920-1975.

Przy ostatnich kroplach deszczu docieramy do przejścia dla pieszych. Sytuacja prawie jak na okładce The Beatles 🙂 Tylko że najpierw przez przejście przechodzą konie, z a za nimi stado gęsi 🙂

Kolejnym punktem wycieczki jest stół pełen ziół. Symboliczne, namalowane talerze odkrywają, co rośnie na tutejszych polach.

Docieramy do świetlicy. Z daleka widać już tajemniczą gwiazdę, którą artysta stworzył, by czuwała nad wsią. A naprzeciw świetlicy można podziwiać portrety fotograficzne mieszkańców Bubla. Wiszą sobie na płocie, pośród zieloności.

Ruszamy w stronę pieca. Dzień wcześniej podobno pięknie świecił, rozpalony do czerwoności, bo w środku wypalał się ceramiczny… no właśnie – tłum otacza piec, ciekawy co też wyłoni się z jego wnętrza. Autor dzieła pracowicie cegła po cegle demontuje jego górną część, aż w końcu ukazuje się zgromadzonym popiersie Józefa Piłsudskiego. Słychać okrzyki uznania 🙂

Tuż obok czeka na nas kolejne dzieło – dom dla pszczół. Tych, co to nie mają własnego – jak głosi przesłanie autora.

Zwiedzający ruszają teraz w pole, w kierunku wielkiej żwirowni. W pierwszym z dołów podziwiamy czarny krąg, który artystka z Białorusi pracowicie wypełnia naleśnikami 🙂 Dół jest dość głęboki, więc podziwianie jest mocno ułatwione. 

Kolejne dzieło, to praca dwójki przybyszów z Izraela. Wzdłuż ogromnego wykopu ciągnie się rozwieszony sznur białych ubrań, które w pewnym momencie zapadają się w dół, by po chwili kontynuować swą linię po drugiej stronie. Ciemne chmury rozświetlone słońcem, wiatr poruszający całością i rozmach inscenizacji robią wrażenie. 

Teraz czas na japoński akcent. Przybysz z dalekiego kraju opowiada w swoim języku o symbolice dzieła, jego kolega przekłada to na angielski, a ten z kolei jest przekładany na polski 🙂 Z oryginalnego przekazu zrozumiałem „polszka wodka moczna” 🙂

Autorzy zachęcają do wejścia w środek działa, z czego oczywiście korzystają chętni o zrobienia selfie 🙂

Przewodnik goni teraz swoje stadko w kierunku końca wykopu lecz zatrzymuje się na chwilę na kolejny „performens” – tajemniczą podróż metalowym wózkiem przy równie tajemniczej muzyce.

Czas na kolejne dzieło. Nie byle kogo, bo samego szefa imprezy, Jarka Koziary. Tym razem jest to choinka. Ostatnio był baobab, więc domyślam się, że klimaty drzewne są mu bliskie. Najważniejsze przesłanie, jak zrozumiałem, brzmi: jest po świętach… Lubię pokręcone przemówienia Jarka 🙂

A z tyłu czai się dinozaur… stara zepsuta koparka 🙂

Wracając mijamy rozpostarte w górze ramiona kolejnego dzieła.

Wracamy na początek wykopu.,Tu czeka na nas kolejny japoński twórca, który przedstawia nam swoją wizję poszukiwania przeszłości. Dociera do niej półnagi heros, kręcący kołowrotkiem. Słyszę wokół okrzyki zachwytu, gdy ziemia unosi się pod jego stopami i otwiera się czeluść. No dobra.. nie powiem co tam było – trzeba pojechać do Bubla i samemu zobaczyć 🙂

A dalej jest dom. Mała zielona oaza na piasku – tak to zobaczył kolejny twórca i zastawił stół. Stół pełen jabłek. Wchodzą goście i jabłka szybko znikają. Miałem ochotę na ostatnie, ale szybka kobieca ręka porwała je tuż przede mną.

Spacer zbliża się ku końcowi. Nad nami widać stalową konstrukcję, podobną do wielkiego trzepaka, z fantazyjnie zakończoną poprzeczką. Obok zaś Rakieta. To pokaz fotografii Bugu, gdzie silnikiem jest fotografia znajdująca się najniżej, przedstawiająca skaczących do Bugu artystów.

Trzy godziny minęły błyskawicznie. Zostało mnóstwo wrażeń i przeświadczenie, że warto było tu być. Udzieliła mi się radość ludzi tworzących festiwalowe dzieła a także wszystkich zwiedzających. Uśmiechy na twarzach, brak polityki, złości, podziałów – o to tu chodzi.

 

A może by tak wszystko rzucić i wyjechać… do Bubla? 🙂

 

Nieco dłuższy reportaż…

 

1 comment

  1. Bardzo lubię Twoje słowno-obrazkowe relacje, bo i zdjęcia ładne i język polski piękny 🙂 Pozdrawiam 🙂

Dodaj komentarz