W stronę źródeł Bugu

Może nie aż tak odległych, ale jednak – korzystając z okazji zapowiadanej od dłuższego czasu Bitwy nad Bugiem, zaproponowałem niestrudzonym Galernikom dwudniowy wyjazd w okolice Hrubieszowa. Idea została szybko podchwycona, plan wycieczki ustalony, a niezawodny Jarek dograł szczegóły związane z noclegami i przewodnikami.

Spotykamy się jak zwykle o szóstej rano pod Galerią, gdzie za chwilę podjeżdża elegancki, wielki bus. Miejsca jest tym razem aż nadto 🙂 Rozsiadamy się wygodnie i trochę przysypiając przemierzamy kilometry nadbużańskimi drogami w kierunku pierwszego dziś punktu naszej trasy. Będzie to wyszperany przeze mnie na mapach „najdalej wysunięty na wschód punkt Polski”. Znajduje się on w pobliżu przejścia granicznego Zosin i wymaga porzucenia wygodnych foteli i przejścia około 1,5 kilometra. Zatrzymujemy się w pobliżu polnej drogi i ruszamy błotnistym traktem.

Docieramy do rzeki. Jest dzika, wąska – to zupełnie inny Bug od tego jaki znam. Po drugiej stronie widać jakąś drogę, po której spacerują obywatele Ukrainy i machają do nas rękami 🙂 Na granicy białoruskiej nie do pomyślenia.

Docieramy do słupka granicznego i oceniamy, że to tu. Robimy pamiątkowe foto. Dalej na wschód się nie da.

Wracamy do busa i ruszamy do Hrubieszowa. Tu mamy umówione spotkanie z „batiuszką”, który udostępnia nam do zwiedzenia cerkiew, opowiadają przy tym ciekawie o historii miejsca i faktach z nim związanymi. Cerkiew słynie ze swoich trzynastu kopuł no i w środku też robi wrażenie swoją wielkością i wystrojem.

Dzisiejsza Cerkiew prawosławna P.W Zaśnięcia N.M.P. w Hrubieszowie zastała wyświęcona w 1875 roku (o tym świadczy napis wewnątrz świątyni na ścianie przy miejscu gdzie sprzedaje się świece cerkiewne). Pan Stanisław Jadczak w Roczniku Hrubieszowskim 2/2002 pisze że kamień węgielny został wmurowany 11 maja 1873 r. a po 3 latach dokładnie 13 maja 1876 roku, arcybiskup chełmsko – warszawski Leontij poświęcił nowobudowana cerkiew, murowana z cegły w stylu bizantyjskim, o 13 kopułach, z przylegająca do niej dzwonnicą. Ikonostas wykonano z masywnego drzewa dębowego, z pozłoconymi rzeźbami. Wszystkie ikony w ikonostasie i na cerkwi pisał (nie mówi się namalowana ikona a napisana ) artysta z Petersburga Siłajew [źródło:http://www.cerkiew.hrubieszow.info].

Krótka przerwa na kawę i ruszamy zgodnie z planem do Kryłowa. Tu czekają na nas ruiny zamku w zakolu Bugu oraz dwójka sympatycznych przewodników. Zaglądamy na chwilę do kościoła, który -jak się okazuje, ma poważną przypadłość. Podziemne wody doliny Bugu spowodowały, że główna wieża zaczęła się oddzielać od reszty budowli. W środku widać jakieś prace mające na celu ratowanie budowli, natomiast na zewnątrz robi to znacznie większe wrażenie, bo rysa jest całkiem pokaźna.

Ruszamy na trasę naszej wycieczki. Najpierw zaglądamy w miejsce, gdzie stał dwór. Teraz pozostała po nim tylko brama wjazdowa.

W roku 1781 Kryłów nabyła Józefa Chrzanowska. Jej syn Józef w miejsce drewnianego dworku wzniósł w 1820 roku dwór murowany klasycystyczny z wątkami barokowymi, zakładając także rozległy park. Była to wówczas jedna z bardziej znaczących budowli województwa lubelskiego. Kolejną spadkobierczynią dworu została Józefa Aniela Gabriela Chrzanowska, która wyszła w 1878 roku za mąż za Antoniego Horodyskiego z Mołodiatycz (jednego z najbogatszych ziemian w ziemi hrubieszowskiej). Dwór znacznie rozbudowano, podwyższono o jedno piętro, dostawiono z frontu wysoką więżę, całości nadano cechy neogotyku, przez co dwór stał się magnackim pałacem z prawdziwego zdarzenia. W czasie I wojny światowej pałac został znacznie uszkodzony, po czym tylko częściowo go odrestaurowano. W roku 1938 pałac został wykreślony z ewidencji zabytków. We wrześniu 1939 roku został zdewastowany przez Armię Czerwoną. Zerwano dach, stolarkę okienną, drzwi, rozkradziono wyposażenie. W czasie wojny pałac używany był przez Niemców do celów magazynowych. W lipcu 1944 roku wojska niemieckie cofające się od strony Włodzimierza Wołyńskiego ostrzelały pałac, powodując pożar. Po zniszczeniach wojennych obiekti nie został odbudowany. Ostatnim właścicielem był Mieczysław Ustaszewski, który w latach 60-tych zrzekł się majątku na rzecz Skarbu Państwa. Po roku 1960 rozebrano zachowane resztki ścian, portyku i południowego ryzalitu. Dziś po dworku pozostała neogotycka brama wjazdowa i domek odźwiernego przy parku (jak i sam park) oraz pałacowa studnia. Dawniej istniała nieopodal drewniana cerkiew pounicka, wystawiona na miejscu poprzedniej (sprzed 1667 roku), rozebrana w roku 1938 [źródlo: krylow.info].

Przedzieramy się chwilę przez gąszcz, po czym wiszącym mostem nad starym korytem Bugu wkraczamy na zamek. Właściwie to trudno powiedzieć, że to zamek – niewiele z niego zostało.

Dziś po zamku, który przed wiekami świadczył o potędze Kryłowa pozostały tylko same ruiny, które z roku na rok coraz bardziej zapadają się pod ziemię. Sam zamek został ufundowany przed 1585 rokiem przez Jana Ostroroga. Budowla ta została zniszczona przez liczne najazdy Kozaków, Tatarów i Szwedów. Zamek był potężną twierdzą (świadczą o tym resztki bastionu i lochy pod nim imponujące swoją wielkością oraz pozostałości pozostałych bastionów i zarysy rozległych murów kurtynowych), położoną na wysepce oblanej Bugiem, posiadającą mury grube na cztery łokcie, obszerne podziemia (które według opowieści starszych ludzi prowadziły także pod Bugiem aż do miasteczka, klasztoru czy nawet Włodzimierza), murowane bastiony, wały i przekopy.
Pierwszy zamek powstał tu najprawdopodobniej jeszcze w końcu X wieku. Była to konstrukcja drewniana, będąca jedną z warowni Grodów Czerwieńskich będących pod władaniem Mieszka I. Po zagarnięciu Grodów Czerwieńskich przez kaiążąt ruskich Kryłów przez prawie trzy stulecia nie leżał w granicach państwa polskiego. Zmieniło się to w 1387 roku, jednak właścicielami ziem pozostali ruscy feudałowie. Kryłów należał wtedy prawdopodobnie do księcia kobryńskiego Romana Lubartowicza a potem do jego potomków. W 1458 roku włość kryłowska za zasługi w wojnie trzynastoletniej z Zakonem Krzyżackim i w rządach w Królestwie nadana została przez króla Kazimierza Jagiellończyka Janowi Tęczyńskiemu, pierwszemu dygnitarzowi w Królestwie. Jan zmarł w 1470 roku a ziemię odziedziczył jego syn Mikołaj, który w 1497 roku otrzymawszy nominację na wojewodę i starostę ruskiego podniósł Kryłów do rangi mista i w miejsce dotychczasowego zamku drewnianego rozpoczą budowę zamku murowanego. W tym samym roku Mikołaj zginą w wyprawie bukowińskiej. W 1523 roku majątek po Mikołaju podzielono. Kryłów przypadł miecznikowi krakowskiemu Janowi Tęczyńskiemu, który to dokończył budowę zamku. Jan zmarł w 1541 roku a Kryłów w spadku w 1544 roku otrzymała jego córka Zofia. Została ona porwana przez Stanisława Ostroroga (kasztelana międzyrzeckiego), który zakochał się w niej bez pamięci. Stanisław uprowadził Zofię do Wielkopolski, gdzie została jego żoną. Jednak opiekunowie i krewni Zofii tego małżeństwa nie uznali, gdyż Ostroróg był aktywnym kalwinem a Tęczyńscy gorliwymi katolikami. Dopiero do dwuletnich pertraktacjach w 1546 roku małżeństwo zostało uznane a Zofia i Stanisław Ostrorogowie otrzymali Kryłów wraz z trzynastoma wsiami. Osiedlili się tu dopiero w 1560 roku a Stanisław założył zbór kalwiński, prowadząc ożywioną działalność polityczną i religijną. W 1561 roku podejmował tu Curiona, agena księcia pruskiego, w 1566 A. Vereria, dworzanina księcia wirtemberskiego. Stąd pisał też listy i posłania do Księcia Albtechta. Stanisław Ostroróg zmarł w 1568 roku, po czym Kryłowem rządziła jego żona. Po jej śmierci w 1588 roku włość przejął ich najmłodszy syn, Mikołaj, który w 1593 roku założył tu słynne gimnazjum kalwińskie, będącą jedyną poza Akademią Zamojską szkołą o wyższym poziomie w tym regionie. Wykładali tu znakomici nauczyciele i zarządzali znani ministrowie. Nie przeszkodziło to jednak w 1601 roku synodowi lubelskiemu w rzuceniu klatwy na ministra Serpentina z Kryłowa. W 1612 roku po smierci Mikołaja kwestia majątku nie została rozstrzygnięta. Spory dotyczące spadku trwały kilkanaście lat. Ostatecznie właścicielem zadłużonego majątku za 700 tysięcy ówczesnych polskich złotych został starosta kamionkowski Jarzy Wiśniowiecki wraz z żoną Eufrozyną Eulalią z Tarnowskich. Po śmierci Jerzego Eufrozyna wyszła drugi raz za mąż za podkanclerzego koronnego Hieronima Radziejowskiego. W 1651 roku zamek kryłowski został spalony przez Rosjan i Kozaków cofających się spod Lublina. Zniszczono wtedy mosta zamkowy, bramę, drewniane budynki stojace w tyle zamku, młyn o dwóch kołach, statki szkutnicze, namioty, zbroje. Zasoby bibloteczne zatopiono w rzece Bug, część murów zamkowych została zburzona. W tym czasie Hieronima nie było w kraju, ze względu na ciążące na nim wyroki za liczne przewinienia. Jednak w końcu po burzliwym zyciu i darowaniu kar wrócił do Polski i odbudował zamek w Kryłowie. W 1656 roku w zamku kryłowskim przez dwa dni gościł król Jan Kazimierz, będąc w drodze pod Beresteczko. Hieronim uzyskał łaski króla i jako jego poseł wyjechał do Turcji, gdzie zmarł w 1667 roku. Kryłów objął jego syn Michał Stefan Augustyn Radziejowski biskup warmiński, następnie arcybiskup gnieźnieński i prymas, a w końcu kardynał. Był hrabią na Kryłowie i Radziejowicach. W Kryłowie 1687 roku wysłannik papieski A. Cuzani wręczył Radziejowskiemu kapelusz kardynalski. Kardynał przyjaźnił sią z wojewodziną łęczycką Konstancją Towiańską z Niszczyckich. Jej zapisał część swych dóbr a Kryłów w 1694 roku przekazał kasztelanowi łęczyckiemu Krzysztofowi Towiańskiemu, synowi Konstancji. W 1705 roku włość przejęła siostra kardynała Anna (żona Wojciecha Remigina Prażmowskiego). Późniejszmi właścicielami byli Hieronim Kaziemierz a po nim Michał Prażmowski. Włością zarządzali administratorzy zwani gubernatorami lub dzierżawcy (dbający o własne interesy), gdyż właściciele nie mieszkali w Kryłowie. Majątk popadł w długi, czego konsekwencją były liczne i długotrwałe procesy sądowe. Przez kilka lat władał tu Jerzy Lubomirski. W 1710 Kryłów został spalony przez Szwedów a w 1718 roku dalszych zniszczeń dokonali konfederaci. Zamek stał się ruiną. W 1753 roku dobra przejął Józef Jeżewski, stolnika płockiego regimentu konnego buławy polnej koronnej Jego Królewskiej Mośli i Rzeczypospolitej oberszteleytmana (cokolwiek miałoby to znaczyć). Ruiny zamku w tym czasie nie były jeszcze w beznadziejnym stanie, oba bastiony były częściowo naruszone i popękane ze względu na niestałość fundamentu. Mury pałaców zamkowych były w podobnym stanie, oba pałace nie posiadały dachów a sklepienia były całkowicie zawalone. Z czasem zamek popadł w całkowitą ruinę a jego cegły wybierano do budowy pieców i kominów [źródlo: krylow.info].

Zwiedzamy chwilę jedyną pozostałość zamku – podziemną cześć jednego z narożnych bastionów.

Jak zwykle ciągnę gdzieś z tyłu wycieczki, bo przecież muszę wszystko sfotografować 🙂 Pogoda dopisuje, gdzieś na horyzoncie mruczy burza, ale nas omija. Krążę po wyspie, podziwiając naturalny ogród kwiatowy. Wszystko pachnie, wokół mnie wije się Bug. Wąski i dziki. Na cypelku stoi wielki sum – symbol rzeki.

W tym miejscu stawiany jest most pontonowy z okazji Dni Dobrosąsiedztwa. Podobnie jak w Zbereżu, można tu przez kilka dni odwiedzać bezwizowo sąsiadującą z Polską Ukrainę. Przewodnik proponuje jeszcze, byśmy odwiedzili Świętego Mikołaja. Jest to podobno obowiązkowy punkt wszystkich wycieczek tutaj, więc nie możemy odmówić. Wpadamy z odwiedzinami do świętego, który spogląda na nas z niewysokiego wzgórza, otoczony dębami. Krótki postój, zaczerpnęliśmy wody z uzdrawiającego źrodła, posililiśmy się i w drogę.

Zerkamy na zegarki i okazuje się, że czas pozwoli nam na realizację jeszcze jednego  punktu. Jest to miejsce, gdzie Bug wpływa z Ukrainy do Polski i staje się rzeką graniczną.  Całkiem blisko, bo około 5 kilometrów za Kryłowem jest miejscowość Gołębie. Docieramy tam sprawnie. Droga jest nieco błotnista, ale trudy wynagradzają rosnące przy niej dzikie wiśnie, na które z ochotą rzuca się nieco już wygłodniała wycieczka. Spacer zajmuje około 20 minut i tu niestety spotyka nas niespodzianka. Gdy oglądałem zdjęcia satelitarne, dalsza droga biegła wzdłuż pasa granicznego, okazuje się jednak, że ta jest nie obok, a biegnie po pasie. Jest spore ryzyko że Straż Graniczna aresztują nam całą wycieczkę, gdy ruszymy do odległego około 500 metrów Bugu, więc uznajemy, że „tu byliśmy” i nie ryzykujemy marszu po zaoranej ziemi. Powrót wiśniową aleją i zostaje nam dotrzeć na naszą kwaterę.

Ta została wybrana w miejscowości Ślipcze, gdzie Galernicy już mieszkali i przywieźli same dobre wspomnienia. Docieramy tam sprawnie, gospodarze witają nas serdecznie i po krótkim zamieszaniu związanym z dobieraniem składów do pokojów ruszamy na spóźniony nieco obiad. Jedzenie jest wyśmienite, przyrządzone wyłącznie z produktów pochodzących od naszych gospodarzy. Jest nawet przysłowiowe „mleko prosto od krowy”.

Najedzeni „pod korek”, chwilę odpoczywamy, jednak jest tu jeszcze jedna atrakcja, o której słyszałem i która nie daje mi spokoju. Gospodarstwo leży około 200 metrów od Bugu, który tutaj mocno meandruje. Musi być widokowo. Próbuję poderwać ekipę na wieczorny spacer i dość szybko udaje się zwerbować dużą grupkę. Schodzimy w stronę rzeki, a potem zaczynamy się wspinać łąką, by znaleźć się nagle… nad urwiskiem. Widok przeszedł moje oczekiwania. Bug płynie głębokim wąwozem, wyżłobionym wodami rzeki w rozległym płaskowyżu. Największe jednak wrażenie robią skarpy. Niemal pionowe, 30 metrowe urwiska budzą lekki niepokój, gdy się podchodzi do ich krawędzi. A już myślałem, że ta rzeka niczym mnie nie zaskoczy. Jest już trochę mało światła, więc postanawiam pojawić się tutaj skoro świt. Na razie jednak przechodzimy wzdłuż dwóch ogromnych zakoli rzeki, by ostatecznie dotrzeć do bitej drogi i powrócić na naszą kwaterę. 

Zmęczenie daje znać o sobie i dość szybko odpływam, jednak niezmordowani Galernicy prowadzą dość długie dyskusje do świtu, co oczywiście mi nie przeszkadza, bo sen mam kamienny – jak zawsze 🙂

 

 

Dodaj komentarz