Tatrzański tydzień

Przyszła w końcu pora na realizację śmiałego planu rodzinnego, który chodził za nami już od kilku lat. Wspólne wejście na Rysy.

W maju zawiązujemy wspólnie ze znajomymi silną grupę atakującą, stosowną rezerwację poczyniłem oczywiście u Palo i Mariana i odliczamy dni do urlopu.

Wreszcie jest – wyczekiwany. Pakowanie, planowanie, sprawdzanie pogody i jedziemy. Poszło wyjątkowo szybko.  Wyjazd zaplanowany na szóstą rano – praktycznie bez obsuwy. Nowa trasa przez Rzeszów sprawdziła się. Nowa obwodnica Lublina pozwała gładko ominąć miasto, pod Rzeszowem też jest kawałek ekspresówki, potem A4 i już jesteśmy pod Nowym Sączem. Tuu jak zwykle wolniej, bo droga kręta, ale ruch niewielki i zaraz jesteśmy na Słowacji. Tutaj czuję się już jak u siebie. Z przyjemności pokonuję kolejne zakręty znanej na pamięć drogi i około czternastej meldujemy się u naszego gospodarza. Niedługo po nas dojeżdża druga grupka.

Oczywiście zasiadamy do „rezanego”, potem jeszcze obiad i kolejne „rezane”. Ustalamy plan pierwszego dnia – trzeba się rozruszać, więc coś „lajcikowego” 😉

Wyprawa pierwsza

Wybór pada na Chatę Teryho. W tej grupie próbowaliśmy już kiedyś podejść, ale wybraliśmy się jak pamiętam zbyt późno i morale upadło 😉 Tym razem idzie bardzo sprawnie. Wjeżdżamy na Hrebienok i zaraz ruszamy na szlak w kierunku Chaty Zamkovskiego. Most na Białej Wodzie tydzień wcześniej odpłynął wraz z ulewnymi deszczami, które nawiedziły Tatry, ale już stoi nowy – jeszcze pachnący świeżym drewnem. Mijamy wodospad, gdzie obowiązkowo po raz nie wiem który zatrzymuję się, by zrobić zdjęcie. Wspinamy się łagodną ścieżką, podziwiając przy okazji rozległą panoramę Słowacji. Pogoda jest doskonała na wędrówkę: nie za gorąco, słonecznie, trochę obłoków.

Wreszcie przed nami Chata Zamkovskiego. Robimy obowiązkowy przystanek na czesnakową i kufel kofoli 🙂 Siedzi się całkiem miło, ale plan „rozchodzenia” czeka. Podrywamy ekipę i już maszerujemy w głąb Malej Studenej Doliny. Dolina jest jak z bajki – zieleń, kwiaty, środkiem płynie kaskadami potok a po obu stronach wysokie ściany skalne. Po prawej mam Łomnicę, na szczycie której błyszczy w słońcu stacja.

Pokazuję schronisko – nasz cel. Reakcja: ooo reety, taam mamy wejść?

Ano tam. Dochodzimy do końca Doliny. Teraz czeka nas 400 metrów podejścia w skale. Nagle okazuje się, że nie jest tak strasznie. Skaczemy po kamieniach jak kozice, przeskakujemy wodospad, jeszcze trochę zygzaków i jesteśmy w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich – ponad 2000 metrów nad poziomem morza. Krajobraz surowy ale piękny. Głodomory wciągają „buchty na pare”, które po kilku dniach zgodnie zostają okrzyknięte jako najlepsze w całych Tatrach. Potem jeszcze spacerek pośród jeziorek, drzemki na kamieniach, podziwianie krajobrazów i czas na odwrót.

Spokojnie schodzimy bez strat w ludziach i sprzęcie do Zamkovskiego, zahaczamy jeszcze o Rainerową Chatę, by wypić pyszny „bylinowy czaj” i pogapić się na lisa, który usiadł obok schroniska i czeka, co by tu skubnąć turystom 😉

Zdążamy na ostatnią kolejkę w dół i w parę minut jesteśmy znowu w Novej Lesnej.

 

Wyprawa druga

Poczuliśmy trochę rozruch poprzedniego dnia, więc kolejny plan zakłada, że nie szalejemy. Pogoda dalej trzyma wbrew prognozom a my ruszamy w głąb Doliny Mięguszowieckiej z zamiarem wejścia na Przełęcz pod Ostervą. Lub odwrót, gdyby duch w ekipie siadł.

Spokojnie docieramy w okolice szlaku na Cmentarz Ofiar Gór i mając nadmiar czasu skręcamy oczywiście w bok, bo nasza ostatnia wizyta tutaj odbyła się w mało sprzyjających warunkach pogodowych.

Przechodzimy w zadumie cała trasę, zaglądamy na polską ścianę chwały, gdzie możemy chwilę pobyć w towarzystwie m.in. Kukuczki, Morawskiego i Rutkiewicz.

Okrążamy Popradskie Pleso i zasiadamy w schronisku. „Buchty na pare” idą na pierwszy ogień. Ale gdzie im tam do tych z Chaty Teryho 🙂

Trwa debata na temat zdobycia ściany pod Ostervę. Jej widok budzi na przemian trwogę i zachwyt 🙂 Tłumaczę, że to tylko godzina, ale dziś jestem mało przekonujący i nie cisnę towarzystwa 🙂

Rodzi się na szybko plan B.  Wyruszamy Magistralą w kierunku Strbskiego Plesa. To bardzo widokowy odcinek i pomimo, że krótki i mało wymagający, warto nim przejść. Biegnie on zboczem Grani Baszt, ścieżka jest chwilami przylepiona do zbocza, a tuż obok można podziwiać „przepaścistości”.

Niecałe dwie godzinki i jesteśmy nad Strbskim Plesem. Zaglądamy na chwilę nad jezioro na pamiątkowe foto i kanapki. Zostaje nam jeszcze przejść na stację kolejki elektrycznej i w 10 minut jesteśmy przy autach zaparkowanych u wylotu Doliny Mięguszowieckiej, gdzie zaczynaliśmy naszą wycieczkę.

 

Wyprawa trzecia

To w zasadzie miał być główny punkt naszego tygodniowego pobytu w Tatrach. Dwa poprzednie dni były traktowane jako przygotowania kondycyjne do wyprawy na Rysy.

Śniadanie zjadamy o siódmej i sprawnie przemieszczamy się do Doliny Mięguszowieckiej, gdzie dzień wcześniej zakończyliśmy wycieczkę. Jeszcze przed ósmą jesteśmy na szlaku. Przed nami cztery kilometry asfaltu i znowu jesteśmy nad Popradskim Plesem.

Tym razem postój jest krótki i wchodzimy na właściwy szlak. Podążamy najpierw dnem Doliny, mijamy pierwszy mostek, potem odejście szlaku na Koprowy Szczyt i zmierzamy do widocznego już kolejnego piętra Doliny. Forma dopisuje i jestem mile zaskoczony tempem zdobywania wysokości.

Wspominam swoje ostanie wejście w upalny dzień, gdy co chwila stawałem złapać oddech i wypić łyk wody. Dziś jest lekko pochmurnie, od czasu do czasu przebija się słońce a my pracowicie zdobywamy kolejne zakosy i już jesteśmy nad Żabimi Plesami. Jeszcze kilka minut i stajemy przed „kluczowymi trudnościami”. Bardzo jestem ciekaw, jak wyglądają słynne „schody na Rysy”, które montowano tu w czasie mego ostatniego pobytu. Dramatu nie ma. Podesty są zaskakująco wąskie i małe i mam wrażenie, że chyba łatwiej wchodzi się po starych łańcuchach, które biegną równolegle. Przejście po nowych podestach wymaga sporego zmysłu równowagi 🙂 

Krytyczne miejsce przechodzimy szybko i sprawnie, a największą frajdę ma najmłodsza część ekipy. Teraz została tylko wspinaczka skalnym terenem w kierunku schroniska. Niestety – sprzyjająca dotychczas aura postanowiła zrobić nam dowcip. Nagle słyszę w oddali pomruk. I niestety – nie jest to niedźwiedź. Docieramy do schroniska w całkiem dobrym czasie, ale trochę się zaciąga. Zasiadamy chwilę na naradę. Pomruki, jakkolwiek bardzo odlegle, powtarzają się. Nie wróży to nic dobrego. Słowacka strona wygląda jeszcze całkiem dobrze, ale nie wiemy co jest po polskiej, dopóki nie wyjdziemy na przełęcz Waga.

Podrywam grupke do boju, informując jednocześnie, że tam podejmiemy decyzję. Wyjście na przełęcz jest błyskawiczne.

Widok jak zwykle zapiera dech w piersiach. W zasadzie wszyscy poza mną są pierwszy raz w takim terenie, nic więc dziwnego, że szczęki im opadają. Strome, kilkusetmetrowe zerwy, Galeria Gankowa, ogromna przestrzeń, w dole Morskie Oko i Czarny Staw i no i same Rysy gdzieś na głowami. Te giną co jakiś czas w chmurze. No i niestety jest gorzej niż myślałem.

Decyzja będzie tylko jedna – odwrót. Jest sporo ludzi, więc wejście też nie będzie błyskawiczne. Gorączka szczytowa już niektórych dopadła, ale bezwzględnie zawracam grupę. Pomruki są coraz wyraźniejsze. Schodzimy z Wagi, jeszcze tylko odwiedziny słynnego kibelka i pędem w dół. Aby do lasu. Łańcuchy pokonujemy dość sprawnie, mijamy Żabie Plesa i dochodzimy do zejścia w dolinę.

Tu nareszcie widać, co tak mruczy. Co więcej – dość szybko zmierza ku nam na spotkanie. Burza jest już w okolicach Ostervy, więc tempo zejścia rośnie. Na szczęście jeszcze przed głównym uderzeniem udaje nam się zejść w okolice rozstaju szlaków. Przy mostku walą w nas pierwsze krople wody. A potem to już jest potop 🙂 Nad głowami huczą grzmoty, ale my już jesteśmy w lesie i bezpiecznie docieramy w pół godziny do schroniska. Ulewa jest na tyle skuteczna, że wszyscy są przemoczeni. Ale cali, zdrowi i zadowoleni z wycieczki.

Przeczekujemy około pół godziny i gdy deszcz słabnie, ruszamy w dół na parking. Wkrótce przestaje padać, wychodzi słońce, które – nim dotrzemy na parking – dość skutecznie nas podsuszy. Młodsza część ekipy przeżywa, że było tak blisko…. Tłumaczę cierpliwie, że Rysy będą stały i zaczekają.

 

Wyprawa czwarta

Poważna wyprawa na Rysy nieco nadwątliła siły, więc radzimy co by tu lżejszego znaleźć. Rzucam hasło: Słowacki Raj. Zaledwie 30 kilometrów jazdy od nas. Pomysł się podoba. Każdy gdzieś już słyszał o tej atrakcji, a ja jako jedyny widziałem 🙂

Wybór pada na najpopularniejszą Suchą Belę. Zaraz po śniadaniu i porannej kawie zbieramy się sprawnie,  pół godziny jazdy i jesteśmy na miejscu. Parking Podlesok znacznie się zmienił od czasu jak tu ostatnio byłem – przybyło kawiarenek, straganów, pojawiła się też budka z biletami 🙂 

Dzień wcześniej wieczorem pokazałem kilka zdjęć z tego rejonu i teraz padło sakramentalne pytanie: kto się czuje na siłach – idzie wąwozem, kto nie – szlakiem zejściowym. Spotkamy się na górze.  Samotnego wejścia nieznanym terenem postanawia dokonać moja piękniejsza połowa. Za czyn ten zostanie okrzyknięta bohaterem dnia 🙂

Podejście Suchą Belą to dwugodzinne zmaganie z wodą, kładkami, drabinami, łańcuchami, wąskimi szczelinami i dzika przyrodą. Widzę, jak duże wrażenie zrobiło przejście na mojej ekipie. Sporo fotografuję, by uwiecznić walkę z żywiołem 🙂 W wąwozie panuje półmrok, do tego ogromna wilgotność powietrza  – wszystko to powoduje, że czujemy się jak w tropikalnej dżungli. Każda kolejna kładka, każda drabina budzi w ekipie emocje. Ludzi jest sporo, czasem trzeba chwilę odstać w oczekiwaniu na swoją kolej.

Dwie godziny mijają błyskawicznie. To była piękna przygoda. Dzieci są bardzo zadowolone, dorośli nie mniej.

Docieramy do końca szlaku i spotykamy się w komplecie, bo niemal równocześnie dociera mój samotny wędrowiec 🙂 Zbierając zasłużone brawa. Robimy mały biwak i ruszamy w dół, słuchając opowieści o trudnościach szlaku zejściowego. Jakich trudnościach? Trudności to my mieliśmy 🙂

Nic bardziej mylnego. Większość trasy pokrywa się ze szlakiem rowerowym – jest szeroko i łagodnie, ale w końcówce okazuje się, że szlak pieszy idzie skrótami – nie dość że jest stromo, to jeszcze mnóstwo kamieni i korzeni. Wyrażamy słowa uznania dla mego bohatera, który tędy wszedł!

Zmęczeni i zadowoleni rozsiadamy się jeszcze na kufel kofoli w jednej z parkingowych kafejek.

 

Wyprawa piąta

Co tu dużo pisać… Po trudach poprzednich wypraw osiedliśmy na laurach i siedzieliśmy cały dzień w parku wodnym w Popradzie. Po tej wyprawie zeszła mi skóra z pleców 😉 W nagrodę nasz gospodarz zrobił nam na obiad „wyprażany syr” 🙂

W gratisie widok sprzed pensjonatu.

 

 

 

Dodaj komentarz