Odkrywanie świata nieodległego

Tym razem odkrywanie odbyło się w towarzystwie Bialskiej Grupy Rowerowej. Obserwuję ich wyczyny od dawna, ale widząc dystanse, jakie przejeżdżają na swoich wycieczkach – mój zapał do przyłączenia się jest skutecznie studzony 😉

Tym razem cel był jasno określony – nad Bug i z powrotem. To niedużo i postanawiam spróbować sił.

Spotykamy się na centralnym placu miasta, gdzie rządzi niepodzielnie koleżanka Halszka – kobieta która chyba śpi z rowerem 😉 Krótka narada nad trasą i przebijamy się poza miasto. Chwilę uczę się zasad jazdy w grupie 🙂 Do tej pory jeździłem wyłącznie solo…

Grupa jest bardziej szosowa niż terenowa, więc tempo jest niezłe. Na szczęcie wybór roweru z kołami 29 cali był dobry i tempo jazdy nie stanowi problemu dla mego „górala”.

Pierwszy przystanek robimy w pobliżu ODR w Grabanowie. Wycieczka na chwilę zsiada ze swoich rumaków i podziwia pałacyk. To ten sam, który fotografowałem przy okazji pleneru fotograficznego.

Dalej ruszamy przez wieś Wilczyn w kierunku Rokitna. Dojeżdżamy w okolice leśniczówki, gdzie decydujemy się skręcić w leśną żużlówkę. Droga jest dobrej jakości i nie sprawia problemów „szosowcom”.

Długa prosta kończy się w pobliżu leśnego cmentarza z pierwszej wojny światowej.

Tu robimy kolejny przystanek.

Kierujemy się dalej leśnym duktem w kierunku kolejnej wsi – Hołodnicy. Teraz ja robię za przewodnika, bo znam te okolice ze swoich rowerowych wypadów. Leśna droga kończy się na asfaltowym łączniku Rokitna z drogą do Janowa Podlaskiego. My jednak przecinamy ją i po około kilometrze jesteśmy w Hołodnicy.

Asfalt się kończy… i zaczynają się piaski. Tu niestety moi towarzysze grzęzną… i zaczynają chwilami prowadzić swoje rowery. Tylko mój „góral” sunie jak czołg 🙂 Ponieważ jednak jesteśmy grupą, dostosowuję się z tempem jazdy do idących.

Mijamy lokalne ciekawostki: tajemnicze muzeum przypominająće wysypisko śmieci, przydrożne krzyże i aleję z mirabelek. Kwaśne strasznie były 🙂

Po kilku kilometrach walka się kończy i wyjeżdżamy za Janowem Podlaskim na asfalt 🙂

Zmierzymy do centrum, gdzie Halszka zarządza kolejną przerwę – na lody 🙂 Upał daje się we znaki – więc chłodzenie odbywa się w samą porę!

Teraz ruszamy w kierunku celu wyprawy – na landartowe łąki.

Wcześniej jednak postanawiamy obejrzeć część ekspozycji wokół Pałacu Biskupiego.

Tam ulokowała się część tegorocznej ekipy Landartu i tych prac do tej pory nie miałem okazji obejrzeć. Zajeżdżamy na tyły Pałacu i oto są.

Z drzewa obserwuje mnie wielka krewetka. Brrrr…

A nieco dalej przyglądają mi się mieszkańcy tutejszej łąki. Na szczęście się uśmiechają 🙂

Szukałem tej flagi nad Bugiem a ona tu się schowała 🙂

Kręcimy się chwilę po starym parku, szukając Groty Naruszewica. Na szczęście jest tabliczka. Grota wygląda trochę jak bunkier. Na płotku wisi wielka kłódka, więc nie ma szans na penetrację wnętrza.

Ruszamy w kierunku Buczyc. Mijamy wieś, docieramy nad bagnistą rzeczkę i oto już widać znajomych wojowników. Nadal walczą 🙂 Do walki przyłącza się Halszka.

Objeżdżamy wszystkie prace. Dla mnie to kolejna już wizyta fotograficzna i trudno mi odnaleźć jakieś nowe punkty widzenia, więc ograniczam się do kilku zdjęć.

Japoński namiot:

Płonące drzewo:

Wrota czasu:

Szukanie przeprawy:

Tu była:

Pole golfowe:

Po obejrzeniu Landartu chwilę trwa narada. Ja zdecydowany jestem wracać, natomiast moi towarzysze jak to oni – czują niedosyt kilometrów 😉 Sugeruję, by gnali dalej, jednak godzina 14 jest dla nich argumentem, by też zawrócić.

Powrót na szczęście nie jest skomplikowany – czeka nas 20 kilometrów asfaltu 🙂 Z krótkim przystankiem na poszukiwania zaginionego w krzakach pomnika.

Do zobaczenia na następnej wycieczce, zacna grupo rowerowa.

Dodaj komentarz