17 Zimowy Zlot Ircowników

Zaczynamy!

Zaczęło się od liczenia zimowych zlotów. Dopiero jak wyjąłem zeszłoroczny znaczek, nabrałem pewności, że ten będzie 17 🙂
Zamówienie na nowe znaczki zrobione u niezawodnego Radka i zaczynamy odliczanie. Miejsca w Morskim Oku czekają już od listopada (dzięki Grasia!)

Tegoroczny skład ku mej wielkiej radości wyszedł całkiem liczny, jakkolwiek tuż przed finiszem zabrakło w nim Bacy i Lenki. Nowością tegorocznego zimowego zlotu było przedłużenie go do trzech dni akcji górskiej i był to strzał w dziesiątkę. Nareszcie można było się nacieszyć górami i nachodzić aż nogi wrastały w przysłowiową część ciała 😉

Mamy oczywiście zimę stulecia – jest koniec lutego, a w mojej rodzinnej miejscowości śnieg nie leżał nawet przez jeden dzień. Klątwa zimowych opon? W tym sezonie postanowiłem kupić nowe…

Ruszamy nietypowo, bo w niedzielę. Jazda idzie bardzo sprawnie, odcinek od Radomia aż pod Kraków to już w całości ekspresówka, zakopiankę też pokonujemy w dobrym tempie i po 7 godzinach meldujemy się na parkingu w Palenicy.

W połowie drogi odbieramy telefon od Radka, który zaskakuje nas wiadomością, że przejechał właśnie 300 kilometrów i sobie przypomniał że zapomniał o butach górskich… ma chłop fantazję 🙂

Ma za to to wypasione buty firmy Lasocki kupione w CCC i będziemy się nimi doktoryzować przez cały zlot 🙂

W trakcie jazdy ustalamy strategię dotarcia do schroniska, bo część ekipy dojechała już pociągami i busami do Zakopanego. Ponieważ tradycyjnie chcemy się zatrzymać w schronisku na Głodówce na posiłek, pozostali ruszają w górę nie czekając na nas.

Jesteśmy w Palenicy. Próbuję coś wytargować u parkingowego, ale tu zasady są twarde – „płacz i płać”. Samochód będzie stał cztery doby, ale zapłacić trzeba za pięć. Ot góralska logika.

Przepakowujemy się w górski strój, plecaki wędrują tam, gdzie ich miejsce, czyli na plecy 🙂

Za 15 minut dociera Radek, parkuje obok nas, chwilę szykuje siebie i Juniora do wymarszu i już jesteśmy gotowi do startu. Lasocki zadaje szyku.

Zaczyna się nasza droga przez mękę. W każdych innych warunkach bym tak nie powiedział, ale w sytuacji, gdy w lutym zaczyna padać deszcz i z każdą chwilą przybiera na sile, robi się po prostu mało komfortowo. A droga nie należy do najkrótszych. Do schroniska mamy ponad dziewięć kilometrów.

Początek do Wodogrzmotów jeszcze dajemy radę, potem zaczynają się podmuchy wiatru, które fundują nam bicze wodne. Mimo to dzielnie idziemy. Ściemnia się. Morale zaczyna siadać. Nasi poprzednicy w tym miejscu byli na granicy wezwania bryczek z dołu 😉

Decydujemy się pójść skrótami, ale te są bardzo śliskie. Trochę walki i się udaje. W okolicach Włosienicy mamy nadzieję że powinno być już blisko – a tu się okazuje, że ponad godzinę. Morale spada do zera. Dołącza do nas chłopak, który wyjął czołówkę, więc mamy trochę światła. Idzie szybko, ale ciągniemy za nim jak za promykiem nadziei 😉

I tym sposobem docieramy do celu. Ufff….

Chwila poszukiwania Gazdówki i można się wreszcie wypakować. Większość ma wszystko przemoczone, łącznie z rzeczami w plecaku. Mój miał pokrowiec i przetrzymał. Pokoje zamieniają się w wielkie suszarnie. Nadzieja, że coś tu zdziałamy przez kolejne kilka dni, odeszła w niebyt.

Około 21 dociera ostatni Ircownik czyli Olaf.

Przebrani w suche resztki tego co ocalało, siadamy do krótkiej wieczornej integracji. Z ciekawostek – Piotrek wpada na korytarzu na ziomka z pracy 🙂 Świat to jednak mały jest… Ziomek jest z ekipą łojantów, którzy przewiną się jeszcze w tej opowieści nie raz 🙂

W nocy wieje. I to mocno. Rano w recepcji dowiem się, że obsługa na szybko uprzątała wokół schroniska wszystko, co mogło fruwać.

Dzień 1

A rano… okazuje się że Olaf zniknął. No tak, on już na szlaku. Zerkam przez okno i ulgą stwierdzam, że deszcz nie pada. Upadłe morale zaczyna łapać oddech 😉

Zbieramy się niezbyt szybko – bo też nie ma gdzie się śpieszyć. Aura powoli nabiera zimowej postaci – lekko prószy, jest chyba nawet przymrozek. Jest dobrze.

Panorama 3D (kliknij 🙂 )

Kliknij mnie!

Zaczynamy od śniadania w schronisku.

Ubrania i buty przeschły, więc wyłazimy przed schronisko gotowi do wymarszu dobrze po dziesiątej. Widok gór poprawia od razu humory a świeżo spadły śnieg ułatwia nam zejście nad jezioro.

Dorotka jak zwykle lekko protestuje, gdy decydujemy, że idziemy przez środek Morskiego Oka. Radek zadaje szyku w swoich Lasockich.

Dość szybko jesteśmy przy drugim brzegu. A tu niespodzianka – pod lodową skorupą zebrała się woda z nocnej ulewy 🙂 Przeprawa zamienia się w naukę skakania pomiędzy dołkami pozostałymi po tych, którzy się zapadli 🙂 Waga ma znaczenie! Zaliczam tylko jedno chlupnięcie 😉 Lasocki też daje radę.

Pogoda co chwilę się zmienia: albo prószy lekki śnieżek, albo nagle widoczność siada, a za chwilę wszystko znowu się odsłania. Jest pięknie. Gęba sama zaczyna się śmiać 🙂

Widać pierwsze kawałki błękitnego nieba. Oczywiście natychmiast wyciągam filtr polaryzacyjny. Zdjęcia od razu nabierają „himalajskiego” charakteru 🙂

Idzie nam się tak dobrze, że natychmiast decydujemy się na atak na Czarny Staw. Część grupy dopada gorączka szczytowa 😉

Mijamy ćwiczący kurs lawinowy i dość sprawnie zdobywamy cel wyprawy. Po świeżym i lekko rozmiękłym śniegu idzie się dość dobrze, mimo sporej stromizny.

Nad Czarnym Stawem łapiemy nasze okienko pogodowe. Chwilo trwaj! Tylko szkoda, że jest tu wystawa północna i słoneczko schowane za granią rzuca głębokie cienie. Cieszę się okrutnie widokami i jednocześnie cierpię jako fotograf 😉

Panorama 3D (kliknij 🙂 )

Kliknij mnie!

Kończymy celebrację sukcesu. Zarządzam zakładanie raków i schodzenie w dół. Tomek chce zejść bez raków, ale wraca po minucie. Wystarczyło, że spojrzał na drogę zejściową…

Szybko się chłopak uczy 🙂 Jeszcze nie wie co go czeka następnego dnia!

Po zejściu na dół dzielimy się na grupki. Jedna podąża na skróty przez jezioro, a ja zabieram swoją młodzież na wycieczkę brzegiem Morskiego Oka. Ścieżka jest przedeptana, widoki przednie – nie ma się gdzie śpieszyć.

Przed nami po śladach Olafa poszli tą drogą Wojtek z Radkiem, mając pod opieką najmłodszych Ircowników.

Docieramy do schroniska, a tu oczywiście rewia mody ceperskiej 🙂 Fascynujące zjawisko.

Na szczęście koło szesnastej tłumek znika i można udać się do prawie pustego schroniska na zasłużony obiad. Obok przysiedli przy piwie poznani dzień wcześniej łojanci. Teraz łoją jakieś trunki z czerwonej gaśnicy i nawet wykazują inicjatywę postawienia kolejki piwa, ale dziwnie szybko okazuje się, że nie mają przy sobie portfeli 😉

Po obiedzie chwila drzemki i zarządzamy kolejny wieczór integracyjny. Tym razem w dużo lepszych humorach. Szukam chętnych na nocny spacer na zdjęcia. Towarzystwo podrywa się partiami 😉

Pierwsza podejmuje wyzwanie Kasia. Zaliczamy ekstremalne zejście w dół po wyślizganych schodach i obserwujemy szaleństwa innych ekip na tafli Morskiego Oka. Nocne fotki zrobione, czas w górę. Pojawia się jednak Piotrek i Karolina. Znowu czeka nas karkołomne zejście. Właściwie to zjazd 🙂 Trzymamy się grubego sznura, a każdy upadek kończy się jazdą na zadku po kamieniach na sam dół. Chwila na podziwienie gór i schroniska i znowu do góry. Na horyzoncie pojawia się Radek… Będzie kolejny zjazd. Trzeci. Czy tak już będzie do rana? 🙂

Robimy artystyczny performance na lodzie. Niestety, nie chciał się uwiecznić, bo Piotrka telefon nie zdążył nic zarejestrować. Będzie kiedyś do powtórki 🙂

Wracamy na imprezkę. Zdecydowanie morale wróciło i jest wesoło. A jutro ma być jeszcze weselej, bo Tomek wykrył możliwość wypożyczenia gitary.

Dzień 2

Kolejny ranek jest podobny do poprzedniego. Przymrozek, chmury, lekko prószy.

Teoretycznie dziś mamy „danie główne”, czyli Szpiglasową Przełęcz. Olaf od wczoraj nakręcał Tomka na Rysy, ostatecznie jednak po telefonie do TOPR zapał Tomka ostygł, co nie znaczy, że zrezygnował z czegoś ambitniejszego 🙂 Nim więc się zbierzemy, obaj znikają na szlaku i pędzą w kierunku Szpiglasowej. Idzie z nimi kolejna dwójka – Grasia i Wojtek, a trzecia dwójka to ja i Karolina. Pozostali mają ruszyć za nami, jednak długo się nie pojawiają. Obstawiam, że przeoczyli wejście na szlak…

Oczywiście, że przeoczyli 🙂 Zbiegli z 500 metrów w dół nim się zorientowali. Z drugiej strony żeby zobaczyć znak, trzeba się odwrócić…

Po przetrawersowaniu zbocza robimy z Karoliną ostry skręt i wreszcie widzimy dwójkę przed nami. Ostro napierają w górę. To oczywiście Wojtek z Grasią. Gdzieś w dali przed nimi mignie nam przez chwilę Olaf z Tomkiem, którzy ostro wyrwali do przodu.

Mijają nas łojanci, bardzo uradowani, że ktoś im szlak przeciera.

Panorama 3D (kliknij 🙂 )

Kliknij mnie!

Tu szlak letni idzie zakosami, jednak zimowy wariant to jak zawsze marsz na azymut 🙂

Pogoda trzyma…. do czasu. Wychodzimy w okolice rozstaju szlaków na Wrota Chałubińskiego i zasłona opada. Nagle nie ma nieba ani ziemi i jesteśmy otoczeni bielą z każdej strony. Jeszcze przed chwilą widziałem obie dwójki przed nami, teraz jednak sytuacja zmienia się radykalnie. Stoimy na stromym zboczu, wiatr błyskawicznie zawiewa nasze ślady, czekanów nie mamy. Nie ma innej opcji – odwrót. Po drodze mijaliśmy mocno zmrożone odcinki, więc najpierw zakładamy raki. Po zejściu kilkadziesiąt metrów w dół wraca widoczność. Jesteśmy uratowani 🙂

Teraz można pomału schodzić, co wykorzystuję fotograficznie, co chwila przystając. Karolina ucieka do przodu, więc idę samotnie w cieniu Mnicha, aby jak najdłużej móc cieszyć się niesamowitą panoramą.

I oczywiście najsłynniejszy okoliczny szczyt w całej okazałości.

Na trawersie, już w lesie, natykam się na zagubioną ekipę 🙂 W końcu odnaleźli szlak i założyli obóz niedaleko schroniska. Świetnie się bawią: zbudowali śnieżną jamę, młodzież cieszy się śniegiem i zjeżdża co chwilę po zboczu. Starszyzna sączy piwko. Te szybko się kończy, ale niezawodny Piotrek robi szybki kurs do schroniska po kolejne. W międzyczasie powstaje incjatywa upamiętnienia tego wyczynu poprzez ulepienie śnieżnego pomnika Piotra. Fantazja nas trochę ponosi, więc pomnik jest jedyny i niepowtarzalny…

Atakującej czołówki nie widać, a nas trochę głód przyciska, więc schodzimy na kwatery, obserwując przy okazji lot śmigłowca TOPR. Krąży chwilę nad Czarnym Stawem, ale chyba nie może wylądować, bo wraca w okolice schroniska, gdzie desantuje ekipę ratunkową. Ta szybko biegnie przez Morskie Oko na miejsce wypadku.

Dociera do nas informacja o powracających z wyprawy, więc podrywamy się, by wyjść bohaterom na spotkanie 🙂

Przechwytujemy ich na końcu trawersu, przy Mnichu. Oczywiście są gratulacje i opowieści o trudnościach. Okazuje się, że wyszli… ale niezupełnie na przełęcz, tylko wbili się gdzieś obok w grań Miedzianego. Z szybkiej opowieści wynika, że Olaf skakał po grani jak kozica, Tomek przeszedł praktyczny kurs hamowania czekanem, a poza tym cel został osiągnięty i cieszą się okrutnie 🙂 Dla Tomka jest te pierwsza tak ambitna wyrypa i opowiada z przejęciem, jak dostał w cztery litery 😉

Tuż przed schroniskiem dopada nas okazja obejrzenia Sokoła całkiem z bliska – przechodzimy akurat obok lądowiska, gdy ten wypada z nad lasu i siada 10 metrów od nas, desantując kolejną ekipę. Podmuch mało nas nie przewraca, ale foty mamy!

Ratownicy biegną do poprzedniej grupy w okolicy Czarnego Stawu, a my w jedynym słusznym kierunku – czyli na obiad. Wpada nam w oko wiszące nad nami zdjęcie – na co reagujemy spontanicznie, że motyw jest przedni i musimy go powtórzyć! Dzięki Grasia za pomysł.

Rozsiadamy się na płocie przed schroniskiem i po kilku ujęciach stwierdzamy – mamy to 🙂

Jeszcze pamiątkowe 🙂

Siedzimy jeszcze chwilę obserwując najpierw gromadę bosych Chińczyków a potem działania TOPR, który właśnie przyniósł do schroniska swoją podopieczną i przekazuje ją przybyłej karetce.

Czas na „Sanatorium Morskie Oko”. Tym razem przenosimy integrację do pokoju Kasi. Na stół wędrują kolejno: Nałęczowianka, Żywiec Zdrój i Tymbark.

To epokowy wynalazek. Od razu czujemy jak zdrowie wraca 🙂 Przelane do butelek po wodzie mineralnej nalewki powodują, że waga plecaka dramatycznie spada 🙂 Tradycyjnie też szperamy po pokojach i na stół wędrują różne specjały, które mają zostać spożyte na miejscu, a nie zniesione z powrotem na dół. Jest też gitara, którą z recepcji pożyczył Tomek. Atmosfera jak w najlepszych schroniskowych czasach 🙂 Tylko z repertuarem słabo, bo pamięć zawodzi. Siła technologii ratuje nam skórę, bo na szczęście jest zasięg i można odnaleźć teksty w internecie za pomocą smartfonów 🙂 Solennie obiecujemy sobie jednak, że na kolejny zlot robimy prawdziwy turystyczny śpiewnik zlotowy.

Naszą rozbawioną ekipę namierzają oczywiście łojanci. Wpadają jak zwykle z pustymi rękami 😉 Mają za to dla nas milion opowieści, gdzie to oni nie byli i czego nie dokonali… Dyskretnie wychodzimy „w odstępach pięciomintowych”, że niby późna pora. Za chwilę sanatorium przenosi się do pokoju Wojtka i Radka 🙂 No i Grasi, Dorotki i Juniora 😉 I tak od zdroju do zdroju zastaje nas północ 🙂

Dzień 3

Rankiem tradycyjnie pierwszy znika Olaf. Poleciał samotnie na Rysy, co już nikogo nie dziwi. Pozostali zbierają się na kolejna wyprawę, która ponownie się rozdzieli na podgrupy.

Na początek następuje próba mocowania raków do Lasockiego. Oczywiście trzymają się rewelacyjnie. Zaczynam się zastanawiać, po co wydawać majątek na górskie buty, skoro wystarczy pójść do CCC z minimalnym budżetem 😉 Radkowi proponujemy, by zaczął pobierać opłatę za testy zmęczeniowe obuwia firmy Lasocki 🙂

Jedna grupa postanawia po raz kolejny przejść środkiem Morskiego Oka, zakładając, że wszystko przymarzło. W grupie tej jest Dorotka, dla której będzie to trzecia próba chodzenia po górskich jeziorach. Jest szansa, że jak przejdzie, będzie nieśmiertelna 🙂

Panorama 3D (kliknij 🙂 )

Kliknij mnie!

Druga grupa decyduje się przejścia prawą stroną Morskiego Oka, co okaże się wcale niełatwym zadaniem. Przeciwna strona, nie dość że krótsza, to jest prawie płaska i dobrze przedeptana. My wbijamy się w świeży śnieg po ledwo widocznych śladach Olafa, która dwa dni temu bohatersko przedzierał się tędy świtem, co skwitował później, że więcej bluzgów poleciało, niż na sławetnym niedzielnym podejściu w deszczu. My nie odpuszczamy i napieramy do przodu, od czasu do czasu zapadając się mocno aż do kosówki. Robi się całkiem ciepło 🙂 Od wysiłku. Jest kilka podejść, trochę trawersów i wreszcie widać ławeczkę na końcu obejścia.

Ekipa biegnąca przez środek Morskiego Oka już dawno widoczna jest w okolicach Czarnego Stawu. My za to mamy niezły ubaw, bo okazuje się, że tam gdzie ostatnio stała woda, wcale nie przymarzło. Idący środkiem ludzie uprawiają dziwne tańce, skacząc z miejsca na miejsce i próbując nie zapaść się w śniegu. Na naszych oczach rozgrywa się kilka dramatów 😉 Jeden z nich szczególnie utkwił nam w pamięci, gdy chłopak puszcza przodem dziewczynę na zbadanie terenu, co kończy się filmową kłótnią 🙂

Ubaw mamy po pachy, ale czas nagli i trzeba gonić dalej, bo na górze marznie nam pozostała część grupy. Podejście idzie nam sprawnie i szybko. Musimy jedynie uważać na dziewczę, które pomyka na czworaka w górę bez raków, mając nadzieję, że za chwilę nie zwali nam się na głowę.

No i jesteśmy po raz kolejny nad Czarnym Stawem.

Tym razem niemal w komplecie. Czyżby Dorotka dalej krążyła po jeziorze? 😉

Pogoda… zmienną jest. Tuż po wejściu wszystko znika w śnieżycy. Na długo się nie rozsiadamy. Trochę zdjęć, herbatka, zapasy z plecaka i czas na dół. Zejście odbywa się całkiem sprawnie, Piotr skutecznie asekuruje naszą seniorkę Elę, która mogłaby przyprawić swoją postawą o ból głowy niejednego małolata. Gdy przychodzi do dupozjazdów, z jej ust pada tylko jedno pytanie: ale założycie mi znowu na dole raki?

Jak zwykle przy zabawach na śniegu jest wesoło,  mnóstwo śmiechu i oczywiście zagadnień poważnych – dla chętnych jest nauka hamowania czekanem na stoku.

Przed Morskim Okiem jeszcze raz się rozdzielamy – mam dziś plan obejścia go w koło. Próbujemy jeszcze namówić pana w białych trampkach na przejście szlakiem, ale ten twardziel jest i wraca ze swoją ekipą przez Morskie Oko. Kilka razy obserwujemy efektowne chlup 😉

Przed nami  łatwiejszy odcinek, którym już szedłem dwa dni wcześniej. Za mną oczywiście podążają niezawodni Tomek z Karoliną. Pytanie, kto się o kogo bardziej troszczy – ojciec o córkę czy na odwrót 😉 Najważniejsze jednak, że pasja górskich wędrówek została skutecznie przekazana i można szukać fotela bujanego i zacząć robić skarpety na drutach 😉 No… może jeszcze nie teraz 🙂

Jako ostatni docieramy do schroniska. Szybkie przebranie się i jazda do schroniska na obiad. Jest już Olaf, który znowu przeszedł samego siebie, bo wbiegł i zbiegł z Rysów tak, jakby to była wyprawa do kiosku po gazetę.

Na wieczór ponownie wypożyczamy gitarę, ale tym razem drzwi zostają zamknięte. Impreza zamknięta. Łojanci się nie pojawiają 🙂

Trwa czyszczenie resztek zapasów, łącznie z tym co przynieśliśmy do sanatorium w butelkach po mineralnej 😉 

Powrót do rzeczywistości

I cóż… czas minął tak błyskawicznie, że ani się obejrzeliśmy i pora pakować plecaki. O 9 ruszamy sprzed schroniska w dół. Sympatyczna pani opowiada, że chodzi po Tatrach 60 lat, a pierwszy raz ją wnieśli, bo jeszcze nie chodziła.

Może i my damy radę tyle lat 🙂

Zejście jest błyskawiczne, co mnie nieco zaskakuje, bo wydawało się że to taki długi dystans.

Rozchodziliśmy się na tyle, że 9 kilometrów do parkingu w ogóle nie robi na nas wrażenia, Ostatnie fotki, ostatnie uściski.

Okazuje się jednak, że busy z Palenicy jeżdżą dziwnie rzadko i Wojtek z Dorotką i Grasią, którzy zeszli jako pierwsi, maja około 1.5 godziny czekania na odjazd. W tej sytuacji fundujemy sobie drugą kolejkę uścisków i zmotoryzowani ruszają jako pierwsi.

Znowu zakopianka, a na niej dziwne zjawiska pogodowe. Kilka razy wpadamy w chmury śnieżne i tak aż do Krakowa. Potem jeszcze ekspresówka do Radomia i… już jesteśmy u siebie 🙂

Znowu wiosna, ciepło… tuż przed finiszem w ciemności pędzi przed nami samotna solarka i posypuje piaskiem drogę 🙂

Składam wielkie podziękowania dla wszystkich za towarzystwo, ale przede wszystkim dla Grasi, która ten zlot ogarnęła logistycznie.

Mapki:

Dodaj komentarz