Plener fotograficzny – Pratulin 2015

Kolejny plener Fotoklubu zaplanowany został na początek maja. Po chłodnym kwietniu mieliśmy nadzieję na cieplejszy nieco maj no i chyba nasze modły zostały wysłuchane, bo trafił nam się fantastyczny ciepły weekend. W ramach objazdu kolejnych gmin przyszła kolej na Rokitno. Bazę zarezerwowaliśmy w najlepszym dla mnie możliwym miejscu –  w Pratulinie nad samym Bugiem. Mamy szczęście do ludzi – wybraliśmy Agroturystykę pana Józefa Pliszki i to był strzał w dziesiątkę. Gospodarz okazał się człowiekiem przesympatycznym, otwartym, doskonale czującym, na czym polega prowadzenie takiej instytucji. No i fantastyczne położenie – szczególnie dla amatorów wędkarstwa. Ale jak się okazało – nie tylko. Dla amatorów bobrów i pliszek również 🙂

Zjechaliśmy się około 18 na uroczystą kolację, po której zaczęły się łowy właściwe – na bobra 🙂 Zgodnie z opowieściami gospodarza, bobry miały wyleźć na chwilę, pozować i się schować 😉 Wieczór minął więc w oczekiwaniu na zapowiedzianą wizytę…

No i posiadacze swoich wielkich szkieł doczekali się… wylazły na chwilę i zaraz zniknęły 🙂

Ja zaś odbyłem krótki wieczorny spacer nad Bug obejrzeć ścieżki, którymi nazajutrz miałem zamiar wędrować. Potem było już jak zwykle – ognisko, pieczenie kiełbasek i niekończące się rozmowy.

Sobotni poranek zaczął się rewelacyjną pogodą. Niestety z jakichś bliżej nieokreślonych powodów  nie zdołałem wstać o 4 rano na spacer z aparatem. Byli jednak tacy, co przemoczyli spodnie do kolan, byle tylko złapać „poranne mgiełki”. Obiecałem sobie jednak solennie, że następnego ranka nie odpuszczę. Póki co jednak, wychyliłem nosa na zewnątrz dopiero przed siódmą. Piękna pogoda i 2 godziny do śniadania zachęciły mnie do zrobienia pierwszych tego dnia kilometrów. Zapuściłem się w łęg, przeskakując przez liczne rowy i doły i ruszyłem wzdłuż Bugu pod prąd rzeki. Przeszedłem w ten sposób około kilometra, ale mając ograniczony limit czasu, postanowiłem wrócić trochę na przełaj, ale inną drogą. Pojawiły się jednak drobne trudności 😉 Droga powrotna poprzecina była licznymi jeziorkami, rozlewiskami i rowami wypełnionymi wodą. Jak przypuszczam – zimną wodą 🙂 Jakoś nie miałem chęci do przeprawiania się, w efekcie musiałem obejść wszystkie jeziorka i dorzucić kilka kilometrów ekstra 🙂

Na śniadanie na szczęście zdążyłem 🙂

DSC_6750_1_2_tonemapped DSC_6796 Panorama

Po śniadaniu gospodarz zaskoczył nas propozycją rejsu 🙂 Poważnego rejsu – szlakiem granicznym! Szybko zebrała się grupa chętnych i za chwilę płynęliśmy w górę rzeki. Pierwszy raz miałem okazję podziwiać swoją ulubioną rzekę z innej perspektywy. Plan zakładał że dopłyniemy do ujścia rzeki Leśnej po białoruskiej stronie. Menadry Bugu powodują, że oddaliliśmy się ledwo na kilka kilometrów od kwatery, chociaż rzeczywisty dystans dochodził do 12 km. Po drodze mijamy niezwykłe miejsce – pale po starym przedwojennym moście ma Bugu, o którym już kiedyś pisałem. Był on częścią drogi zwanej „carską”, stanowiącej fragment historycznego traktu łączącego Mazowsze z Litwą. Drogą tą biegła najkrótsza trasa z Warszawy do Brześcia. Po wybudowaniu w 1823 roku nowej bitej drogi do Brześcia przez Białą Podlaską i Terespol, stara droga straciła znaczenie i była wykorzystywana tylko do komunikacji lokalnej. W czasie wojny most został zniszczony, a po wytyczeniu po wojnie granicy na Bugu już go nie odbudowano.

Po drodze mijamy patrol Straży Granicznej. Widząc łódkę najeżoną aparatami jak pancernik działami, strażnicy pytają czy my ornitolodzy? Jacek odpowiada przytomnie: Greepeace 🙂 Z drugiej strony zapada pełne zrozumienia milczenie i patrol odpływa 🙂

Płyniemy jeszcze trochę i dopływamy do ujścia Leśnej. Mocne słonko szybko przypala nam twarze. Robimy zwrot i teraz – niesieni szybkim prądem rzeki  – błyskawicznie wracamy do Pratulina.

DSC_6924_5_6_tonemapped DSC_6927_8_9_tonemapped

Chwila narady i każdy rusza w swoją stronę. Ja szykuję się na swoje kolejne kilometry łąkami w stronę Derła. Postanawiam przejść całą drogę krzyżową aż do cmentarza unitów. Mijam murowany kościół, nowo powstającą na potrzeby różnych spotkań odbywających się w Pratulinie scenę. Droga idzie zakosami pośród zielonych pól, dochodzi do lasu. W połowie drogi znajduje się usypana z kamieni góra, na której umieszczono stację z ukrzyżowanym Chrystusem. Jeszcze paręset metrów i jestem w miejscu, gdzie znajduje się tablica pamiątkowa, kamienny krzyż i cmentarz unitów.

W Pratulinie od XVII wieku istniała parafia Unicka. W 1874 roku miało tutaj miejsce Wydarzenie Pratulińskie, czyli męczeństwo Wincentego Lewoniuka i 12 towarzyszy, broniących swojej wiary przy obronie miejscowej cerkiewki. Na początki stycznia doszło tu do otwartej i publicznej konfrontacji z carskim naczelnikiem powiatu konstantynowskiego, który zażądał, aby unici przekazali swoją świątynię nowemu proboszczowi. Lud nie godził się na rządowego proboszcza. Naczelnik dał kilka dni do namysłu. Wrócił do Pratulina 24 stycznia 1874 r. z sotnią kozaków pod dowództwem pułkownika Steina. Przy cerkiewce zebrała się prawie cała parafia. Naczelnik zażądał kluczy. „Panie naczelniku — powiedział Daniel Karmasz, dziś błogosławiony męczennik — gdyście zabierali nam organy zaręczałeś nam, że rząd nie ma zamiaru narzucać nam prawosławia. … Dzisiaj wolimy stać i umrzeć bezbronni, przy świętym progu naszej cerkwi”.

Żołnierzom nie udało się rozgonić wiernych bagnetami. Odpowiedzią na brutalność kozaków były rzucone kamienie i bojowo podniesione, znalezione w pobliżu, kołki. Pułkownik Stein wycofał nieco poturbowanych żołnierzy. Rozkazał zatrąbić „do ataku”. Daniel Karmasz, który trzymał duży krzyż zawołał do współobrońców świątyni: „Odrzućcie wszystko, kołki i kamienie, pod kościół. To nie bitwa o kościół. To walka za wiarę i za Chrystusa!” Ktoś zaintonował pieśń: Kto się w opiekę… Padła komenda: ognia!

Upadł zabity Wincenty Lewoniuk. Śmiertelnie został postrzelony Daniel Karmasz, upadł na krzyż, który jeszcze przed chwilą trzymał wysoko nad głowami. Krzyż podniósł Ignacy Frańczuk z Derła. I tak ginęli pozostali. Żołnierze zabili 13 a ranili ok. 180 osób. Ciała zabitych pogrzebano, bezładnie wrzucając do wspólnej mogiły, na Unickim Cmentarzu.[źródło: Muzea].

DSC_6960 Panorama

Tu droga się kończy i dalej idę zupełnie na przełaj, przez rozległe łąki, na których co jakich czas pojawiają się piaszczyste wydmy, uschnięte drzewa a także świeże, zielone, młode sosny. I tak mijają kilometry 🙂

W ten sposób udaje mi się dojść do miejsca, gdzie mijane po drodze stare rozlewiska łączą się z Bugiem. Mam chęć iść dalej po przeprawieniu się przez most ułożony z pni, ale zniechęca mnie widok cywilizacji… po drugiej stronie przeprawy na wysokiej skarpie zasadził się jakiś wędkarz z rodziną, która mocno hałasuje i burzy spokój tego miejsca. Zawracam z żalem. Słońce przypieka, więc skwapliwie z niego korzystam 🙂 Gdzieś tam po Bugu znowu przepływa patrol Straży Granicznej, potem przelatuje ze świstem łabędź, którego wziąłem za czaplę 😉

 

Mija godzinka i jestem znowu w Pratulinie. Moi towarzysze w oczekiwaniu na obiadokolację robią właśnie kolejny tysiąc zdjęć pliszki 🙂 Wreszcie siadamy do stołu. Nasi gospodarze dbają o nasze żołądki. Jedzenie jest pyszne i szybko znika. Zbiera się druga ekipa na „rejs na zachód słońca”. Część grupy, która pływała rano, teraz zapewnia serwis fotograficzny z brzegu. Łódka rusza w kierunku przeciwnym – tam gdzie chodziłem po południu. Bug płynie tu szeroko i oświetla go zachodzące słońce. Wychodzimy na wysoką skarpę i czekamy. Wracają dość szybko, bo o ile rano było miło i przyjemnie, teraz ciągnie chłodem od wody. Robimy serie zdjęć płynących na kolorowym tle wody oświetlonej ostatnimi promieniami słońca i szybko zbieramy się na ostatni tego wieczoru punkt – pokazy fotograficzne.

Potem już tylko do śpiwora z mocnym postanowieniem sfotografowania wschodu słońca.

Wewnętrzny zegar zadziałał 🙂 Budzę się przed czwartą, wyglądam przez okno w nadziei, że mało co widać i nie będę musiał wyłazić. Złośliwa natura zaskakuje mnie jednak takim widokiem, że tylko parę minut wiercę się i zaraz ubieram i biegnę nad rozlewiska 🙂

Jest jeszcze dość ciemno, rozstawiam statyw i łapię kilka mgiełek. Sam wschód… to kilka minut. Jak się przegapi ten moment, jest pozamiatane. Trzeba działać zdecydowanie i nie ma czasu na czajenie się 🙂 To się nie powtórzy 🙂

Słońce wyskakuje błyskawicznie znad horyzontu, zalewa ziemię swoim blaskiem. Próbuję ujęć z różnych punktów, strącając poranną rosę. Potem uciekam znowu do śpiwora, mijając swoich amigos z pokoju, którzy postanowili nie być gorsi 🙂

Odsypiam poranny spacer, a po śniadaniu ruszam jeszcze na spacer po Pratulinie. Odwiedzam miejsca odwiedzane i fotografowane wielokrotnie, więc nawet nie staram się wyjmować aparatu. Chcę się napatrzeć na majową zieleń, bo pojawię się tu pewnie dopiero za jakiś dłuższy czas.

Mapki rejonów „działań wojennych” 🙂

laki rejs

 

1 comment

  1. Hmmm Cztery ostatnie zdjęcia to moja ojcowizna, piękne miejsce pełne uroku i prostoty. Jeszcze nie naznaczone ręką cywilizacji, po raz kolejny zazdroszczę cudnych zdjęć i żałuję że nie wiedziałam że wybieracie się do Pratulina 🙂

Dodaj komentarz