15 Zlot Letni

 

Otargańce czyli okrążanie wroga z flanki… taki tytuł przyszedł mi do głowy po 3 dniach spędzonych w Tatrach Zachodnich na tegorocznym zlocie.

Prolog

Organizacja zlotu w tym roku idzie opornie. Skład się ciągle nie może ustabilizować, co rusz ktoś wypada, ustalony wcześniej termin też pada pod naporem ciosu w postaci odwołania mnie z urlopu. Ustalamy kolejny termin, zbieramy się pracowicie od nowa i wreszcie udaje się poskładać „stabilny skład” . Bardzo skromny, ale niezawodny 🙂

Niespodziewanie kilka dni przed wyjazdem dzwoni Baca, którego nie było już w na zlotach od 3 lat i pyta czy śpiwór będzie potrzebny… Od razu poprawiają się nam nastroje. Witaj Baco wśród starej braci!

Ruszam o dziesiątej i po 5 godzinach jazdy jestem w Tarnowie, gdzie mam przejąć Bacę. Miło go widzieć po dłuższej przerwie zlotowej 🙂 Baca zarządza kawę u jego rodziców. Rodzice Ryśka to temat na osobną opowieść – cieszę się, że mogłem ich wreszcie poznać. Oboje mają ponad 80 lat, ale wcale po nich tego nie widać. W sympatycznej rozmowie poznaję kilka rodzinnych historii, ale czas nagli, chcemy dotrzeć o w miarę przyzwoitej porze, a teraz czeka mnie jazda po wolniejszym odcinku całej trasy.

Ruszamy dalej w stronę Nowego Sącza. Tu przygarniamy Basię, z którą umówiliśmy się na odbiór kilka dni wcześniej. Rytro, Piwniczna i już Słowacja. Jedziemy sprawdzoną trasą przez Starą Lubovną i Spiską Belę. Zapada noc, jazda Cestą Svobody dłuży się, wreszcie jest nasz cel – Pribylina 🙂

Już w trasie zaskakuje nas informacja, że w Pribylinie nie ma knajpy, w której można by coś zjeść – jest tylko jedna z piwem 🙂 Przynajmniej  zaoszczędzimy parę euro i chociaż raz wrócimy bez przywiezionych ze sobą zapasów jedzenia 🙂

Bezbłędnie trafiamy na kwaterę, gdzie już czeka na nas Kasia z Koziołkiem i Elą, które wyjechały wcześnie rano z Warszawy i od kilku godzin poznają teren 🙂 My docieramy około 21. Integracja jest króciutka, bo każdy zmęczony. Po lampce wina szybko zaszywamy się w pokojach z postanowieniem wstania o siódmej.

Dzień pierwszy: Flanka lewa – Dolina Jamnicka

Sprawna pobudka, śniadanie i o 9 ruszamy na szlak. Opcja na dziś to „rozchodzenie doliną”. To określenie trochę zmieni tego dnia znaczenie, szczególnie jeśli chodzi o słowo „doliną” 🙂

Już na początek okazuje się, że jednak nie da się ruszyć na szlaki bezpośrednio z Pribyliny, tak jak planowaliśmy i najlepszym wariantem jest dojazd autem około 4 km w pobliże campingu, gdzie zaczyna się wejście do Doliny Wąskiej. Tak też będziemy czynić przez najbliższe 3 dni.

Ruszamy krótkim odcinkiem Doliny Wąskiej, odkrywając kolejne atrakcje: polany, płynący obok szlaku potok, tamę. Odkrycia najbardziej podobają się Koziołkowi, który upodobał sobie wrzucanie kamieni do potoku 🙂

DSC_0823  Po pół godzinie osiągamy rozstaj szlaków. My dziś wybieramy kierunek na lewo. Docieramy w okolice, gdzie odbywa się zwózka drewna, słychać piły, na drodze wielka ciężarówka z dźwigiem ładującym pnie ogromnych świerków. Obserwujemy chwilę załadunek, czekając na pozwolenie na przejście. Wreszcie jest machnięcie ręką i … wpadamy w błotnistą, rozjeżdżoną przez ciągniki drogę. Za nic nie przypomina to szlaku, nawet mamy chwilę zwątpienia czy na pewno jest tu jakiś przejście, ale znaki na drzewach  nas w tym upewniają, brniemy więc dalej. Skacząc po wykrotach – trochę lasem, trochę między koleinami – mijamy błotnisty odcinek, który kończy się kolejną ekipą ściągającą ze zboczy pnie świerków połamanych przez kalamitę.

Pracujący zatrzymują na chwilę maszyny, szybko przebiegamy parędziesiąt metrów i wreszcie droga się kończy, a zaczyna normalny górski szlak. Dolina przez długi czas jest płaska, ale w pewnym momencie droga zaczyna się wznosić. Mijamy leśną kolibę – w środku jest piecyk, prycze, przygotowany opał, obok wiatka do wypoczynku i schronienia się przed deszczem. Cena 5 euro „dla chętnych”, na kartce podany jest rachunek do wpłaty 🙂

DSC_0906  Plan rozwija nam się dynamicznie – dolina się kończy, a zaczyna wspinaczka leśnym zboczem moreny ją zamykającej. Mój urok i siła perswazji, że może „chociaż do rozstaju” przynoszą skutek w postaci zdobywania kolejnych metrów wysokości 🙂 W pewnym momencie idąc „za drzewko” natykam się na piękne borowiki i nawet mam chęć je tu zostawić, ale w ekipie jest silna frakcja grzybiarzy, którzy na ich widok szaleją ze szczęścia i za chwilą wszystkie sztuki lądują w reklamówce 😉

DSC_0918  Do naszego niebieskiego z boku dołącza zielony szlak i idziemy dłuższy czas ich wspólną częścią. Po raz kolejny ustalamy, że dotrzemy do następnego rozstaju szlaków, a potem się zobaczy 🙂 Ścieżka idzie ostro zygzakiem w górę, dzięki czemu dość szybko wychodzimy ponad las. Przekraczamy mostki, mijamy kilka polanek i już jesteśmy na rozejściu „pod Klinom„. Słupek informuje nas o czasach wyjść na okoliczne szczyty. Dziś chyba nie ma szans na ataki szczytowe. Tu podejmujemy decyzję o podziale grupy, bo kusi mnie „pleso” widoczne na mapie i jest w zasięgu zaplanowanej „czasoprzestrzeni” 🙂 Długo nie namawiam Bacy i Basi i zaraz ruszamy dalej, natomiast Kasia i Koziołkiem i Elą uznają, że plan wykonały i ruszają w dół na spotkanie Xymoxa i Dorotki, którzy mają dziś do nas dotrzeć. Zresztą nas czeka dalsze podejście, a Koziołek już trochę zmęczony, jest to więc jedyna słuszna decyzja.

DSC_0930 Panorama

DSC_1003 Idziemy więc dalej we trójkę górnym piętrem doliny, która przypomina nieco Kvetnicę. Z lewej strony króluje Baranec, łąka pełna kwiatów, szumią kaskady górskich potoków. Przekraczamy pola kosówki i wreszcie zza moreny wyłania się strzelisty Rohacz Ostry, a nieco niżej jest nasze „pleso„. Widać stąd końcowy fragment podejścia na Jamnickie Sedlo, ale dzieli nas od niego jeszcze godzina marszu. Zostaje więc cieszyć się ze zdobycia Jamnickiego Plesa, które mamy na wyłączność 🙂 Basia zachwyca się kijankami w stawie – każdy ma co lubi 😉 Do planowanej piętnastej mamy trochę czasu, wokół absolutna cisza i spokój, więc zakładamy dłuższy biwak. Rohacz pięknie odbija się w wodach jeziora, zza wielkiej piramidy Wołowca wyłania się na chwilę śmigłowiec TOPR, zatacza krąg i znika. Znowu sami. Robimy dziesiątki zdjęć, bo aura też sprzyja – pojawia się słońce. Chwilo, trwaj!

DSC_1008  Robimy sesje foto w ramce stojącej nad jeziorem, czas mija na pogaduchach i wspomnieniach. Jamnickie Sedlo kusi, ale jest trochę późno i postanawiamy twardo trzymać się planu, że „idziemy do piętnastej”. Ostatnie foto i w dół. Idzie nam to bardzo sprawnie, mijamy kolejne charakterystyczny punkty szlaku i już na dole po minięciu „błot” natykamy się na naszą ekipę i Wojtka z Dorotą, którzy dojechali z jednodniowym opóźnieniem. Jak zwykle radosne powitania i odwrót na kwatery.

Udajemy się do jedynego czynnego lokalu z piwem 🙂 Potem wracamy do naszego domku na wspólny wieczór przy gitarze. Tudzież tradycyjnych trunkach zlotowych z dodatkiem granatów 🙂 Soku z granatów dla ścisłości… Wspólne odśpiewanie kołysanki dla Koziołka kończy się „wylogowaniem” młodego wędrowca 🙂 Pośpiewaliśmy, zjedliśmy i do łóżek 🙂

Zrzut ekranu 2015-08-27 o 18.29.59

Zrzut ekranu 2015-08-25 o 16.55.43

Dzień drugi: Flanka prawa – Dolina Raczkowa

Część ekipy wyraźnie zmęczona „spacerem doliną” poprzedniego dnia, od rana kilkukrotnie upewniała się, że dziś to na pewno będzie dolina 🙂

Dajemy sobie trochę luzu i wstajemy około 7:30, śniadanko i znowu do aut. Sprawnie parkujemy w pobliżu campingu jak starzy bywalcy i za chwilę znowu pokonujemy 30 minutowy łącznik do szlaków przez Dolinę Wąską.

DSC_1048  Tym razem odbijamy na prawo, na żółty szlak, który wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi ma być płaski 🙂 Ten lekko się wznosi, ale do przyjęcia, jak orzekają zwolennicy dolin 🙂 Ponownie mijamy pracujących przez zwózce drewna, zbocza wokół pokryte są wiatrołomami po kalamicie, a ekipy wyposażone w piły i ciężki sprzęt pracowicie usuwają ten bałagan.

Machnięcie ręką, że droga wolna i szybko przebiegamy dalej. Dolina Raczkowa pomału pnie się w górę, ale na tyle łagodnie, że nikt nie narzeka. Wojtek dostaje gorączki szczytowej i uznaje, że skoro wczoraj nie było mu dane się rozchodzić, to popędzi do przodu, by zdobyć któryś ze szczytów na końcu doliny. Za nim dostojnym krokiem rusza Baca, ale do Wojtka nikt dziś nie ma startu. Idziemy więc ze śmiechem grupką, gdy nagle zza zakrętu wyłania się terenówka, a w niej sympatycznie wyglądający skrzacik z rudą brodą i w zielonym mundurku 🙂 Dziewczynom błyszczą oczy i szybko wystawiają na widok publiczny swoje wdzięki (nogi oczywiście). Terenówka staje z piskiem opon 🙂 Pasażer siedzący obok kierowcy zostaje wyrzucony na zewnątrz, na jego miejsce pakują się trzy niewiasty, bo tyle jest miejsc i tylko kurz opada za śmigającym dalej autem i pasażerem, który zasuwa za nim pędem. Grzeczny piesek 🙂

DSC_1075  No cóż, nie załapałem na podwózkę, to wypada ruszyć z kopyta. Za chwilę dopędzam Dorotkę, która upewnia się że nie miała omamów wzrokowych i dość szybko trafiamy na polankę, gdzie stoi auto, którym dopiero co pędziły ircowniczki. Jest tam też Baca, który drapie się w głowę, jak to się stało, że dziewczyny były za nim, a teraz widzi je daleko przed sobą na szlaku 🙂

No to w komplecie idziemy dalej. Kończy się bita droga, a zaczyna normalny górski szlak – wąska kamienista ścieżka, wspinająca się dalej w górę. Jak zwykle ustalamy, że „idziemy do rozstaju”, a tam ocenimy czas. Dostajemy od Wojtka sygnał, że czeka na nas fajna koliba. Wypatrujemy na zboczu coś, co przypomina typowy słowacki słupek na szlaku i wydaje się on dość odległy, ale na szczęście okazuje się, że koliba jest znacznie niżej. Donosi nam o tym szybsza część grupy 🙂 No na taki argument jest tylko jedna reakcja – pędzimy w górę. Trafiamy na potoczek, a na nim malowniczy mostek, gdzie odbywa się obowiązkowa sesja foto w różnych pozycjach 🙂 Jeszcze „kilka ruchów” i  rozkładamy klamoty przy kolibie.

DSC_1092_3_4_tonemapped

DSC_1137  Próbujemy zgadnąć jak daleko doszedł Wojtek. Ten jest lekki na wspomnienie i wkrótce odzywa się, podając trochę szczegółów, co jest dalej. Zachwala urok napotkanych „ples„, ale jednocześnie wspomina o „krótkich podejściach” 😉 Dziś jednak, pomni doświadczeń dnia wczorajszego, nie do końca mu wierzymy i decydujemy się na odwrót 🙂 Spokojnie schodzimy na parking, a zajmuje nam to ponad dwie godziny. Dolina Raczkowa to jednak długa dolina 🙂 Baca, który narzeka na ból kolana, zostaje cudownie wyleczony żelkami Kasi 🙂 Bardzo szybko po nas pojawia się też Wojtek, który zdążył „zaliczyć” dwa szczyty i zbiegł Doliną Jamnicką.

Wpadamy na kwaterę dość wcześnie, bo zaraz ma się zjawić Lenka. Długo nie czekamy – jest! Rzuca się na wszystkich z wielkiej radości. Wygląda, że trochę się za ircownikami stęskniła 🙂

DSC_1197  Wieczór rozpoczynamy w kuchni – najpierw dwudaniowy obiad zlotowy czyli makaron+makaron. Potem przenosimy się na grilla przed dom. Wojtek uprzedzony, że w okolicy nie ma żadnej knajpy, przywiózł „zestaw młodego działkowca”, czyli węgiel drzewny i podpałkę. Kiełbasę kupujemy w miejscowych „potravinach„. Robi się chłodno a my najedzeni wracamy do środka na wspominki i na ustalanie planu kolejnego dnia. A ten zapowiada się nieco trudniejszy. Dwa dni pięknej pogody utrwaliło w nas przekonanie, że trzeci nie może być gorszy. Lenka jak zwykle zaskakuje nas swoją polszczyzną, w której pojawia się określenie jednego z naszych dowcipów jako „perwersyjny inteligentnie” 🙂 Potem znowu gitara dla Koziołka i nieśmiertelny hit usypiający czyli , „było morze…” 🙂 Pobudkę zarządzamy przed siódmą.

Zrzut ekranu 2015-08-27 o 18.28.56

Zrzut ekranu 2015-08-25 o 16.56.35

Dzień trzeci – grań Otargańców czyli atak frontalny

W zasadzie to mógłbym tę wycieczkę nazwać inaczej – tatrzańska maskara piłą Otargańców 🙂

Ten dzień przejdzie do historii zlotów – ze względu na najdłuższą jak dotąd akcję górską. Ale po kolei. Postanowienie dnia poprzedniego weszło w życie z godziną 7, gdy wszyscy karnie poderwali się i bez zbędnego marudzenia siedli do wspólnego śniadania.

DSC_1216  Po ósmej zapakowani jechaliśmy po raz trzeci do ujścia Doliny Wąskiej. Jeszcze 30 minut znanego już na pamięć traktu i znowu stoimy u wylotu dwóch dolin. Koniec żartów, wbijamy się w środek w zielony szlak. Dodam, że mało chyba uczęszczany, do tego mocno sponiewierany przez kalamitę. Co chwila go gubimy, przecinamy, włazimy w jakieś skróty, stromizny, ale niewątpliwie szybko nabieramy wysokości. I wytapiamy litry potu. Na dystansie kilometra robimy około 300 metrów w górę. Dopiero po około godzinie w okolicy pracujących na stoku drwali ścieżka robi się klarowna i przede wszystkim łagodnieje. Tu straty w drzewostanie są największe, bo w zasadzie zostało zbocze pełne wykrotów. Podobno rok temu nie dało się tędy przejść.

DSC_1228 Panorama

DSC_1224  Zarządzamy odpoczynek i łączymy grupę, bo trochę się rozciągnęliśmy. Czekają nas kolejne setki metrów – Otargańce, na które zmierzamy, zaczynają się na wysokości ponad 1700 metrów. Ponownie ruszamy skacząc przez połamane drzewa i liny, którymi ściągają je ze stoku pracujący tu drwale. Wreszcie las, robi się trochę chłodniej. Idzie się coraz lepiej, szlak jest wyraźny i nie tak stromy jak początek – przekraczamy kolejne warstwy górskiego krajobrazu – las, kosówka i wreszcie docieramy na pierwszy tego dnia wierzchołek – Ostredok (1673m npm). Zaczynają się skały. Idziemy wąską ścieżką przylepioną do grani i dość szybko osiągamy Ostredok wierzchołek północny (1714 m). Miejsce jest osłonięte, więc możemy założyć dłuższy biwak w oczekiwaniu na resztę grupy. Są ze mną dwie kozice – czyli Kozica Właściwa – Kasia i Kozica Adeptka – Lenka. Obie zasuwają aż się kurzy. Jako trzecia tempa dotrzymuje nam nowicjuszka Basia – prawdziwa twardzielka, bo idzie po raz pierwszy przez taki dość trudny teren, a uśmiech ani na chwile nie znika z jej twarzy 🙂 Z racji wysokości jest dość chłodno, a poza tym lekko pochmurno i słonko nie przygrzewa, więc dziewczyny kończą lansik i zakładają długie spodnie, bluzy i kurtki. Dołącza Baca, który orzeka, że Wojtek z Dorotą idą wolno i czeka nas długie czekanie. Aby się nie przechłodzić, ustalamy, że Baca przejmie ekipę dolną, a my nacieramy na piramidę kolejnego szczytu – jest to Niżnia Magura (1920 m), która pręży się przed nami, budząc w dziewczynach lekki niepokój. Zdobycie góry idzie nam jednak sprawnie, bo pomimo wysokości i ekspozycji szlak jest poprowadzony zakosami i dość szybko można na nią wejść.

DSC_1275  Podział na dwie grupy – wolniejszą i szybszą stał się faktem. Łapiemy kontakt SMS i ustalamy, że my idziemy swoim tempem, oni swoim – tak będzie najlepiej i nie ma sensu czekać przez długie minuty na wolniejszych. Tym bardziej, że jest dość chłodno i o ile w trakcie marszu organizmy są rozgrzane, to parę minut siedzenia błyskawicznie je wychładza. Ubierać się na cebulkę tez nie ma sensu, bo intensywne podejście wytwarza dużo ciepła. A podejścia tego jest jeszcze sporo.

Teraz zaczyna się długi marsz od szczytu do szczytu. Dziewczyny świetnie sobie radzą, bo o ile Kasia niejedną perć przeszła, to pozostałe przeżywają swój „pierwszy raz” 😉 Czeka nas w sumie 6 szczytów, a każdy kolejny wyższy. Między szczytami tracimy z trudem zdobytą wysokość, na szczęście niedużo. Tendencja jest raczej taka, że każdy kolejny jest wyższy. Ostatni – Jakubina – będzie miał prawie 2200 m npm.

DSC_1289  Wkraczamy w świat powyżej 2000 m npm 🙂 Idąc wąskimi graniami, trawersując je czasem, wspinając się skalnymi kominami, klucząc między skałami – osiągamy kolejny szczyt. Jest to Pośrednia Magura (2050 m). Krótkie zejście na dół na Rysią Przełęcz (2000 m) i znowu do góry – coraz wyżej. Po obu stronach potężne ekspozycje, w dół lecą strome żleby mające 700 i więcej metrów przewyższenia, a grań ma czasem metr szerokości. Lubimy 🙂

Przypominają nam się z Kasią Trzy Kopy i aby je podnieść na duchu, zabawiamy pozostałe koleżanki opowieściami o trudnościach 😉 Tu jednak nie ma żadnych sztucznych ułatwień czy łańcuchów. Asekurujemy więc nowicjuszy i wspieramy dobrym słowem – i tak i mijamy kolejne szczyty.

DSC_1296  Zaczynam sobie uświadamiać, że idziemy dość wolno, albo czas na znakach jest źle oszacowany. Całość miała być na 4:30, my idziemy 5 godzin i jesteśmy w połowie grani. Niewesoło. Zaczynamy się wspólnie martwić o wolniejszą grupę, z którą tracimy kontakt wzrokowy zaraz za pierwszą kulminacja grani. Przez chwilę widzimy jeszcze Bacę, który zdecydował się dołączyć do drugiej grupy, ale on też wkrótce znika nam z oczu.

Kolejna jest Wyżnia Magura (2095 m). Tu idziemy po skalnym rumoszu, gdzie w zasadzie nie widać szlaku i skacze się po bezładnie rozrzuconych odłamkach skał, a kierunek wyznaczają widoczne od czasu do czasu znaki.

DSC_1338  Znowu krótkie zejście na Jakubińską Przełęcz (2069 m) i czas na finał. Jest to Raczkowa Czuba zwana po słowacku Jakubina (2194 m). Wejście wytapia z nas mnóstwo potu, bo z każdym metrem jest coraz bardziej stromo, a końcówka wiedzie już krótkimi zygzakami. Wreszcie sukces! Wyżej się już nie da 🙂 Na szczyt wchodzimy o 16:30 a za nami prawie 7 godzin marszu.

DSC_1325 Panorama

DSC_1338  Jest chłodno, wyciągam czapkę i rękawiczki. Cały dzień towarzyszy nam pochmurna ale stabilna pogoda. I całe szczęście. Spacer po mokrej skale nie należałby do przyjemnych. Nie siedzimy długo, trochę wody, kanapki i czas ruszyć w dół. Patrzę po raz kolejny z niepokojem na zegarek. Rozmawiamy ze spotkanymi na szczycie Polakami – też mają odczucie, że coś nie gra z oznaczeniami czasów, bo twierdzą, że szli szybko, a weszli w czasie zbliżonym do naszego. Krótka pogawędka, posiłek, foto i czas popatrzeć na drogę zejściową. Jej widok budzi trwogę 🙂 Do połowy całej trasy brakuje jeszcze sporo, a tu nie dość że późno, to druga grupa ma duże opóźnienie. Mamy dwie opcje: zejście Doliną Jamnicką albo Raczkową. Pierwszy wariant przeszedł wczoraj Wojtek i mimo że dystans jest krótszy – zdecydowania odradzał. Głównie za sprawą trudnego zejścia z Jarząbczego Wierchu. Zostaje wariant drugi. Lenka kombinuje, czy nie da się zjechać żlebem na worku 😉 Ma fantazje dziewczyna 😀 Skrótów niestety nie ma – musimy zejść najpierw na Jarząbczy Wierch.

DSC_1348  Zakładam czapeczkę i rękawiczki i śmigamy na wspomnianyJarząbczy Wierch (2137 m), który kończy grań Otargańców wbijającą się tu w główną grań Tatr. Grań jest trochę poszarpana, ale idzie się dość sprawnie i bez większych trudności pojawiamy się na Jarząbczym po około 30 minutach. Foto pamiątkowe i skręcamy w stronę Kończystego Wierchu. Odrobinę się rozciągamy, ale nie tracimy kontaktu wzrokowego. Kolejne 30 minut i pada ostatni dziś dwutysięcznik – Kończysty Wierch (2004 m). Poszło sprawnie, nadzieja wstępuję w serca, że zdążymy przed zmrokiem.

Tu pozwalamy sobie na kolejny odpoczynek, bo czasy w dół z grubsza znamy z wycieczki z dnia poprzedniego. Na grani od strony Starobociańskiego pozuje nam kozica. Ucinamy sobie też pogaduchy ze spotkanym polskim turystą, który częstuje nas swojską naleweczką 🙂 Wygląda na stałego bywalca tatrzańskich grani.

DSC_1367  Teraz już ostatnia prosta. 1000 metrów w dół i 8 km 😉 Zejście po trawiastym zboczu 500 metrów w dół, mimo iż nie sprawia trudności technicznych, jest męczące – szczególnie dla kolan. Kombinujemy z różnymi stylami pokonania stoku i jakoś udaje się zejść nad stawy bez strat w ludziach, a „kozice” (Kasia i Lenka) wręcz zbiegają 🙂 Bardzo szybko tracimy je z oczu. Nad stawami odbywa się koncert świstaków, jednak żadnego nie udaje nam się wypatrzeć.

DSC_1387  Teraz już tylko odliczamy kolejne znane punkty: koliba, „polanka leśniczego”, rozstaj przy Dolinie Wąskiej i wreszcie parking. Tempo marszu z każdym metrem rośnie, dla urozmaicenia wymyślamy wyzwania: 35 minut do polanki, 35 minut na rozstaj, wyprzedzenie widocznych przed nami turystów, potem kolejnych i tak…. z 3 godzinnego szlaku robimy 1.5 godziny 🙂 Idąc, śpiewamy piosenkę z pancernych „Przed nocą zdążymy” 🙂 Na finał ostatniego wyzwania mamy 20 sekund i wpadamy z językami na brodzie pod szlaban 🙂 Jest dwudziesta – 11,5 godziny w drodze. Ufff….

Pół godziny wcześniej dostaliśmy SMS że dwie wędrowniczki z naszej ekipy już są na kwaterze – jak one to zrobiły?? My wpadamy głodni do naszej chatki, potem rzucamy się w kolejkę do łazienki… a tu niespodzianka 🙂 Czeka nas zimny prysznic 🙂 I tak zostaję niechcący morsem. Kasia się krząta po kuchni a Lenka padła na łóżko jak nieżywa i stęka „Co wyście mi zrobili” 😉

Trzeci dzień pod rząd zjadam spóźniony obiad z dwóch dań: zupa makaronowa z torebki i na drugie paczka makaronu Knorra zalana wodą 🙂 Próbuję dotrzymać towarzystwa czuwającym, ale w końcu się poddaję i padam na łóżko. O 1 w nocy podrywam się jednak  i jadę pod szlaban po drugą ekipę, która szczęśliwie i w komplecie opuszcza szlak po 16 godzinach akcji górskiej.

Zrzut ekranu 2015-08-24 o 18.09.27

Zrzut ekranu 2015-08-25 o 16.56.50

Dzień rozstania

Ten dzień zawsze wygląda tak samo… od rana krzątamy się przy pakowaniu. Mimo wczorajszych przygód wszyscy uśmiechnięci i zadowoleni. Spotkaliśmy się, coś osiągnęliśmy, coś nowego zobaczyliśmy. Około 10 ruszamy w drogę powrotną… Tatry schowały się w chmurach, potem zaczyna się coraz bardzie płaski teren, a po 10 godzinach jestem w domu 🙂 Jeszcze tylko po drodze zaliczamy niechcący Air Show w Radomiu, stojąc w korku na wylotówce, a nad głowami podziwiamy akrobacje 🙂

Jest już plan na zlot zimowy 🙂