12 Zlot Letni

Tegoroczny letni zlot pierwotnie planowaliśmy w sierpniu, ale że trzeba było zgrać plany urlopowe i możliwości wyjazdowe, ostatecznie przesunęliśmy go na lipiec. Szybka akcja informacyjna, kilka telefonów i skład się szybko ustabilizował: niezawodna ekipa tarnowska w osobach Bacy, Wojtka, Dorotki i Igi, Radek nadciągający na swoim stalowym rumaku z krainy pyrów, wschodnia kamanda czyli Piotr, Wiesio i Ela, a z Mazowsza Amelia i Kozica. I oczywiście najważniejsza persona zlotu czyli Czternasty, który z powodu trudności w samodzielnym chodzeniu spędził zlot w nosidełku na brzuchu swojej mamy 🙂

Dojazd wymagał pewnych niestandardowych rozwiązań logistycznych, ale ostatecznie wszystko zagrało jak w zegarku i w „skończonym przedziale czasowym” wszyscy mogliśmy się wyściskać w progach naszej kwatery w Novej Lesnej. Tu należą się wielkie ukłony dla Piotra, który uznał, że optymalna trasa z Białej w Tatry wiedzie przez Warszawę i Skierniewice 🙂 Moja nieoptymalna była o 200km krótsza…. Piotr – szacun!

Głównym celem tego zlotu były porachunki z Jagnięcym Szczytem, który odparł już nasze dwa ataki gwałtowną burzą z piorunami. Iga, która chodzi jak kot własnymi ścieżkami, zniknęła nam już o 4 rano. Pozostali zebrali się w nienajgorszej kondycji około 8 rano na śniadaniu, na którym ustaliliśmy plan działania. Zdecydowaliśmy, że skoro nie poderwaliśmy się dostatecznie wcześnie, trzeba „przewieźć dupcie” i wjechać na Skalnate Pleso, oszczędzając w ten sposób około dwie godziny żmudnego podejścia i wyruszyć Magistralą w kierunku Rakuskiego Przechodu, zwanego po słowacku „Sedlo pod  Świstovką” a następnie zejść nad Zelene Pleso, skąd ruszy atak szczytowy. Wariant Doliną Kieżmarską szliśmy rok wcześniej i poza trzema godzinami marszu, nie oferował on żadnych atrakcji.

dsc_5539  Pierwsza niespodzianka czekała na nas przy dolnej stacji kolejki na Skalnate Pleso. Stał tam całkiem spory tłumek, bo jak się później okazało, kolejka miała dłuższą przerwę i dopiero przed chwilą ruszyła. Na staniu w dwóch kolejkach – do kasy i do wagoników – uciekła nam kolejna godzina 🙁 Słowacy wymyślili w tym roku zamiast biletów „cipy” czyli karty zbliżeniowe, za które pobierają kaucję i aby je oddać, należy odstać w kolejnej kolejce na górze… W połowie trasy na pośredniej stacji niespodziankę zrobił nam Baca, który nagle ukazał nam się wędrujący wraz z załogą bacowego wagonika… obok wagonika. Szybki refleks pozostałych uratował chłopaków przed podejściem połowy trasy, bo równie szybko jak opuścili wagonik tak się w nim z powrotem znaleźli 🙂 To się nazywa autorytet Bacy… owieczki idą za nim w ciemno 😉 Po 20 minutach jazdy byliśmy wreszcie na górnej stacji. Tam po krótkiej naradzie rozdzieliliśmy się na dwie grupy – Koziołkową i szturmową. Kasia podjęła słuszną decyzję, że nie będzie ryzykować trudnego zejścia z półrocznym Koziołkiem przed sobą do schroniska przy Zelenym Plese i ruszy Magistralą w kierunku Zamkovskiego, a stamtąd na Hrebienok i na dół kolejką. Do niej dołączyły dwie nianie w osobach Bacy i Amelii 🙂

dsc_5629  Pozostali ruszyli dokładnie w przeciwną stronę – ponieważ szlak trawersuje zbocze, tempo marszu było niezłe i dość szybko osiągnęliśmy pierwszy cel, czyli przełęcz pod Velką Świstovką. Z przełęczy do szczytu jest tylko 10 minut, więc błyskawicznie się na nim znaleźliśmy. A tu – to co ircownicy lubią najbardziej – cisza, spokój, tylko my i pieczarki 😉 Znakomita widoczność sprzyjała podziwianiu i fotografowaniu panoram Słowacji, z drugiej strony wznosiły się tatrzańskie olbrzymy. Po prawie godzinnym leniuchowaniu nastąpił odwrót. Ze względu na spory już poślizg wyprawa na Jagnięcy stawała się coraz mniej realna – tym bardziej, że chodzimy różnym tempem. W tej sytuacji narodził się plan B – trójka szturmowa pobiegnie w dół do schroniska i zaatakuje szczyt, pozostali spokojnie zejdą, założą obóz w schronisku a potem pomału zaczną schodzić, pozwalając się dogonić biegnącym ze szczytu.

dsc_5785  Radek, Wojtek i Piotr ruszyli ekspresowo w 500 metrową podróż w dół, a pozostali już znacznie wolniej za nimi. Zejście do Zelenego Plesa jest bardzo strome i ścieżka schodzi w dół długim zygzakiem – błyskawicznie traci się wysokość, a widoki rekompensują trud zarówno zejścia jak i podejścia. Po dwóch godzinach byliśmy w schronisku. Tu wkrótce dołączył do nas Radek, który ze względu na awarię kolana zawrócił. Tradycja to tradycja – za chwilę zaczęło się chmurzyć i miała się po raz trzeci powtórzyć historia … ruszyliśmy w dół do parkingu i już po pół godzinie pierwsze pomruki obwieściły burzę. Potem już tylko woda lejąca się strumieniami aż na sam dół – całe 3 godziny. Tym razem buty mi nie przemokły 🙂 W międzyczasie dotarły pomyślne wieści – atak szczytowy zakończył się sukcesem. Tu szczególne słowa uznania dla Piotra – szczura nizinnego, który wedle opowieści Wojtka biegł po grani szczytowej jak kozica. Sukces został niestety okupiony kompletnym przemoknięciem chłopaków, ale gębusie i tak mieli uchachane 🙂 Ekipę pozbieraliśmy dzięki zaznajomieniu się ze słowackimi busami – udało się w ten sposób sprawnie przechwycić auto z Tatrzańskiej Łomnicy i zgarnąć zmokłe kury podziwiające tęczę na całe niebo. Powracając podziwialiśmy gwałtowną nawałnicę rozświetlaną potężnymi wyładowaniami. Na miejscu ciuchy natychmiast poszły do kotłowni a my… oddaliśmy się wymianie wrażeń, co Wojtek podsumował „dziś jest ten wieczór”. Oznaczało to jedno – jutro będzie dzień restowy 😉

Tak jak przypuszczaliśmy, pobudka i zbieranie grupy potrwały do 10 rano. Nie zachęcała też prognoza pogody, która na szczęście tego dnia się nie sprawdziła. Ponieważ już nieoficjalnie ochrzciliśmy zlot mianem „szlakiem ples”, padła propozycja odwiedzenia Popradzkiego Plesa, a przy okazji Symbolicznego Cmentarza Ofiar Gór. Byłem tam po raz pierwszy i miejsce zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Szczególnie skała „polskich sław” – z najnowszą tabliczką – Piotra Morawskiego. W takim miejscu człowiek sobie uświadamia, że góry to nie tylko podziwianie ich ogromu, ale również danina, którą każą sobie płacić za tą przyjemność.

Potem już tylko spacer brzegami Popradzkiego Plesa, wspomnienia z podejścia na Ostervę i wizyta w schronisku. Pomny zeszłorocznych doświadczeń z czesnakową – tym razem nic nie zamówiłem poza herbatką 🙂 Po południu znów zaczęło się chmurzyć, ale tym razem skończyło się na kilku kroplach – spokojnie zeszliśmy na parking, potem krótka podróż do Nowej Lesnej i kontynuacja integracji 😉

Kolejny, trzeci dzień rozpoczął się od złych wieści – angielska pogoda. Głównym jednak wydarzeniem, które zdominowało dyskusje tego dnia było tajemnicze zniknięcie portfela Igi, który po upadku setek hipotez kryminalnych odnalazł się wieczorem… w łóżku Igi 🙂

dsc_6237  Góry od rana zniknęły we mgle, wobec czego dłuższy czas trwały narady, co w takich warunkach można robić i narodził się plan awaryjny – Strbskie Pleso i dotarcie na Solisko trasą nieco inną niż rok wcześniej. Przemieszczenie nad jezioro poszło gładko, ale już na miejscu okazało się, że przyjdzie nam podziwiać co najwyżej czubki własnych butów. Niespecjalnie nas to zniechęciło i grupa raźnie ruszyła Magistralą w kierunku Jamskiego Plesa. Kasia z Koziołkiem zdecydowali się w tych warunkach na odwrót, pozostali zaś ruszyli w górę szlakiem na Bystre Sedlo. Podejście lasem a potem kosówką pogrążonymi w gęstej mgle było bardzo klimatyczne – szczególnie doceniłem walory fotograficzne takich widoków. Ostatni odcinek wiódł po moim ulubionym typie górskich ścieżek – po głazach stanowiących zbocza Soliska. Skacząc jak kozica w około 20 minut znalazłem się w schronisku i dołączyłem do grupy zadowolonych konsumentów zupy gulaszowej 🙂 Po mnie dotarli jeszcze Wojtek z Dorotką opowiadając wrażenie z próby zjechania przez Dorotkę na butach 😉

Dłuższy popas trwał około godziny – w międzyczasie podziwialiśmy… gęstniejącą mgłę 🙂 Wysuszeni i zadowoleni z życia opuściliśmy gościnne schronisko nastawiając się na ulewę – a tu niespodzianka – sucho i nawet chwilami pojawiały się fragmenty zbocza. W tej sytuacji upadła koncepcja zjechania wyciągiem (z małymi wyjątkami) i ekspresowo zeszliśmy na dół. Stąd po skompletowaniu załogi powrót na kwatery i wycieczka w poszukiwaniu „Pięknego Maryjana” z Gazdovskiego Domu. Maryjan okazał się Pawlem, a może a odwrót 🙂

Tak czy inaczej zyskaliśmy nowe miejsce noclegowe na kolejne zloty 🙂

Ponieważ Gazdovski Dom tym razem nas nie ugościł, wpadliśmy na pomysł „wspólnego stołu” –  bardzo zresztą skuteczny, bo wszystko, co się na nim pojawiało, znikało natychmiast 🙂 Że nie wspomnę o zapasach piwa… no po prostu studnia bez dna. Dzięki temu epokowemu wynalazkowi chyba po raz pierwszy nikt nie wiózł zapasów paszy z powrotem 🙂

A rano… znów pożegnania i radość z przeżytych wspólnie chwil. Jakoś do zimowego przetrzymamy 🙂 Mamy wyjście? 😉

Jedna myśl nt. „12 Zlot Letni

  1. Mistrzu! Gdy widzę siebie na zdjęciach zrobionych przez Ciebie, to nie przeszkadza mi widoczny upływ lat i przypływ BMI ;-)))

Dodaj komentarz