13 Zlot Zimowy

„Gdzie jest mój telefon?” – to pytanie słyszeliśmy na tegorocznym zimowym zlocie najczęściej 🙂 Wróćmy jednak na początek historii..

Organizacja przebiegała jak zwykle, czyli standardowe maile zapowiadające moc atrakcji, ustalanie wspólnego terminu, docieranie składu i utworzenie wydarzenia w Facebook’u… i tu się zaczęło. Zakładając jak zwykle nocny dojazd wklepałem nieopatrznie 24 luty jako datę początkowa. Co zostało odebrane jak dodatkowy dzień zlotowy i znaleźli się tacy co byli gotowi jechać dzień wcześniej 🙂 Całe szczęście, że są telefony 🙂 Ufff… wyjaśniamy szybko nieporozumienie, wysłuchuję przy okazji kilka uwag jako organizator i przyjmuję je głęboko do siebie na przyszłość 🙂

25 luty – zlot czas zacząć

Ruszamy świtem z niedużym opóźnieniem, bo Piotr standardowo zbyt długo szuka grzebienia 🙂 Zgarniamy po drodze jeszcze jedną zlotowiczkę i jedziemy spokojnie na Zakopane. Pozostali uczestnicy zlotu w osobach Wojtka i Doroty docierają jako pierwsi, zaraz po nich dociera Grasia swoim bolidem i czekają już tylko na nas. Oczywiście w naszej ulubionej Kolibecce. Dołączamy do nich po około pół godzinie i już w komplecie zamawiamy wielkie michy strawy drwala. Które zresztą kończymy z wielkim trudem, bo czego jak czego – ale jadła w Kolibecce nie żałują 🙂 Niespodziewanie pojawia się pewien sympatyczny góral, ale o nim jeszcze będzie dalej 🙂

DSC_6712_D1  Czas przemieścić się na Siwą Polanę. Pierwotny plan przewidywał zlot w Pięciu Stawach, ale zbyt późno ustaliliśmy szczegóły, by udało się tam zarezerwować cokolwiek, więc korekta planu skończyła się decyzją o organizacji zlotu na Chochołowskiej. Dolina jaka jest każdy wie 🙂 Długa, nudna i trzeba ją jak najszybciej mieć za sobą 🙂 Wyruszamy po szesnastej, mijamy kolejne odchodzące w bok szlaki, lawin nie widać, za to śniegu coraz więcej, ośnieżone świerki prezentują się bardzo ładnie. Mija nas jakiś kulig, na jednych z sań rodzice tłumaczą swojemu dziecku „popatrz, tak wyglądają prawdziwi wędrowcy!”. Poczułem się jak eksponat w muzeum 😉

Zerkamy na Ścieżkę nad Reglami. Zamknięta, zawalona drzewami. Kolejne odnogi na Przełęcz Iwaniacką, na Trzydniowiański i wreszcie Polana Chochołowska. Zapadł zmrok, włączamy czołówki, spomiędzy drzew widać już światła schroniska. Ale trzeba jeszcze przejść Polanę, a po pokonaniu prawie dziewięciu kilometrów z ciężkim plecakiem to i strawa drwala zostaje skutecznie zamienia na energię.

Wreszcie jest! Taszczymy nasze ciężary na piętro do „czternastki”, a tu czeka na nas Lenka 🙂 Jest zmordowana, bo przyjechała dzień wcześniej i za radą Wojtka nocowała w schronisku na Ornaku, a w ciągu dnia miała przejść przez Przełęcz Iwaniacką do Doliny Chochołowskiej. Nie przewidzieliśmy jednego – na przełęczy spotkała jakąś grupkę, z którą zabrała się na Ornak. Nie dość że podejście jest tam wyjątkowo ciężkie, to jeszcze trafili na potężną ilość śniegu i do tego wiatr, który zwalał z nóg. Całość przeprawiona gęstą mgłą… Szczęśliwie udało im się zejść ze szczytu na przełęcz, ale siły zostały znacznie uszczuplone.

Oczywiście wielka radość ze spotkania, powitania i uściski i nareszcie jesteśmy w komplecie. Zgodnie z planem, Lenka ma wyjść z nami na jedną wycieczkę kolejnego dnia, bo sprawy rodzinne ciągną ją na weekend na Słowację.

„Duch puszczy” krąży na powitanie, po czym biegniemy na piwo do jadalni, by zdążyć przed zamknięciem o dwudziestej. Potem rozsiadamy się na łóżkach i nadrabiamy zaległości w pogaduchach. Basia jak zwykle jęczy bo wpadła w fachowe łapki Piotra 🙂 Lenka opowiada o swoich studiach, pracy, dodatkowych zajęciach, planach życiowych. Robi to jak zwykle swoją świetną polszczyzną, która czasem jednak rozbawia nas do łez 🙂 Rozmawiamy między innymi o bieliźnie termicznej a nasza słowacka koleżanka włącza się po swojemu do dyskusji i ze śmiertelną powagą mówi, że „teraz mam biust sportowy ale mam też biust normalny” 😀 Ubaw mamy po pachy.

Udaje nam się w końcu rozpakować, wyciągamy „małe co nieco” i zajmujemy schody, by pozwolić spać pozostałym mieszkańcom pokoju. I prowadzimy długie wieczorne rozmowy. Nasza obecność co rusz przyciąga barwnych przechodniów. Grasia najpierw prawie jak Lewandowski podkręca w locie stojącą na podłodze szklankę, ale potem jest już lepiej bo rzuca swój osobisty urok na właściciela szklanki – fotografa z Tychów. Na drugi dzień twierdzi, że nie wie o czym mówimy 😉

Integrujemy się prawie do północy. Tak to się zawsze kończy, jak się długo nie widzimy… Z wyjątkiem Grasi: wraca do pokoju o piątej rano 🙂

26 luty – Grześ

DSC_6715_d2  O ile wieczorem było pochmurno, to rano nastrój poprawia nam słoneczna pogoda! Zjadamy śniadanie, pakujemy niezbędny na dzisiejszą wyprawę ekwipunek, zapas jedzenia i w miarę sprawnie stawiamy się w komplecie przed schroniskiem. Lenka decyduje, że jednak nie wyjdzie… buty ma przemoczone po wczorajszej wyprawie i nadal odczuwa jej skutki. „Chyba przesadziłam” tłumaczy wszystko… Pozostanie jej zejść samotnie na Siwą Polanę, jednak nieoczekiwanie będzie miała towarzystwo.

Mamy problem z rakami Basi, a właściwie to ona ma… but za mały albo raki za duże 😉 Tak czy inaczej okazuje się, że posiadaczka stópki rozmiar 37 po zapięciu raków stwierdza, że but dalej ma spory luz. Próby dopasowania kończą się niepowodzeniem, skracamy maksymalnie mechanizm regulacji a i tak nic to nie daje. Niepocieszona i w sumie zła Basia podejmuje decyzję o pozostaniu w schronisku i odprowadzeniu Lenki na Siwą Polanę. Trochę też jestem zły na siebie, bo wiedziałem o zakupie raków od dawna i nie przyszło mi do głowy doradzić, żeby spróbowała je przymierzyć do butów. Teraz niestety jest za późno na kombinowanie. Część grupy już ruszyła, Piotr jeszcze chwilę walczy, ale w końcu tez rusza za pozostałymi. Basia tego dnia nie będzie wspominać dobrze, ale nie da się przewidzieć wszystkiego 🙁 Życie…

DSC_6735_d2  My tymczasem zdobywamy metry w kierunku przełęczy Bobrowieckiej. Pod przełęczą ustalamy, że zajrzymy na nią w drodze powrotnej, teraz napieramy dalej w górę. Pomiędzy drzewami odsłania się widok na Polanę Chochołowską, w oddali pręży się Kominiarski Wierch. Pogoda wyraźnie sprzyja, jest mróz, trochę wysokich chmur, doskonała widoczność. Jeszcze jeden zakręt, ostatnia prosta i wychodzę z lasu. Jak to zwykle po dłuższej przerwie – zgromadzona energia gdzieś musi ujść – więc biegnę pierwszy i szybko pojawiam się na zboczu Grzesia na małej przełączce tuż pod szczytem. Leciutki wiatr powoduje, że chowam się za kosówką i postanawiam poczekać na resztę. Cała piątka pojawia się dość szybko i już w komplecie wkraczamy na szczyt. Pierwszy szczyt zlotowy 🙂 Oczywiście pojawia się zaraz słoik pieczarek, które Piotr pracowicie wyławia, a pozostali metodą wessania lub łapania w palce konsumują 🙂

Panorama1

Oglądam nasze letnie zejście w kierunki Zverovki. To tędy rok wcześniej Lenka wróciła do domu. Marnie to wygląda – nieprzetarte, głęboki śnieg – bez wsparcia kolegów ciężko byłoby jej zejść. Chyba o tym wiedziała, decydując się na powrót „drogą normalną”, czyli przez Siwą Polanę.

Panorama2

DSC_6799_d2  Na szczycie jest parę osób – zamieniamy kilka słów na temat planów, robimy pamiątkowe zdjęcia i chwilę zastanawiamy się nad decyzją, czy iść na Wołowca. Ten właśnie schował się w chmurze – ogólnie warunki nieco  się pogorszyły, od słowackiej strony nadciągnęła chmura, trochę wieje. Przeważa argument, że jest już trochę późno, a w obecnych warunkach potrzeba sporo  godzin na dojście do celu, więc po półgodzinnej okupacji szczytu zarządzamy zejście do schroniska. Oczywiście z planem biwakowania na Przełęczy Bobrowieckiej. Jak to zwykle bywa – schodzi się bardzo szybko. Dochodzimy do lasu, wspominając widok Babiej Góry sprzed wielu lat – teraz jednak widoczność jest za słaba i powtórki nie będzie. Prosta w dół, zakręt i już jestem przy odejściu na przełęcz. Stąd już tylko 5 minut i meldujemy się naszą grupką na polanie. Pora na dłuższy biwak. Miejsce jest piękne, cisza i spokój. Plecaki na śnieg, wyciągamy herbatkę, czekoladę. Pora na ostatnia prostą. Do schroniska mamy pół godziny, jest jeszcze widno, więc pośpiechu nie ma. Wykorzystujemy okazję i gadamy z Wojtkiem o naszych planach, pracy, pasjach, pomysłach na przyszłość.

DSC_6884_d2  Zmęczeni i głodni wpadamy do schroniska. Pędem lecę na górę zrzucić z siebie cały ekwipunek i mijam po drodze Piotra, które mina wyraża wielkie zdziwienie i zaskoczenie, żeby nie powiedzieć że jest w szoku… Słyszę tylko, że ktoś czeka w jadalni… Tak, wiem że ktoś czeka, ale nie wszyscy o tym wiedzieli 🙂

Tu wypada zrobić dygresję o Bacy. Nasz stary zlotowy druh i towarzysz w tym roku miał niestety gorszy okres w życiu. Brak pracy, schorowani rodzice, gorsza kondycja złożyły się na to, że w tym stanie ducha i ciała nie nadawał się zlot. Na szczęście walka o powrót Bacy do zdrowia trwa!

Teraz jednak prawie jak w historii o Helenie Trojańskiej (w roli Heleny Baca), najlepsza przyjaciółka Bacy i powierniczka jego sekretów postanowiła sprawdzić, kogo też Baca na płocie zobaczył 🙂 Tak więc wchodząc do naszego pokoju wpadłem prosto na …. Amelię 🙂 Oczywiście z nieodłączną Donatą i obstawą, na widok której musiałem zadzierać głowę w górę 🙂 Nie byli to na szczęście goście z łańcuchami na szyi a dorodne córki Donaty – siatkarki, jak się okazało 🙂 W zasadzie to Amelia chciała spotkać Lenkę, ale się rozminęły, więc pozostało jej męczyć się z nami 😉 Na szczęście nie było tak źle. Amelia miała długą przerwę, jeśli chodzi o zloty i chyba po prostu zaczęło jej się „cknić” za ircownikami, stąd jej przybycie, a przy okazji też pojawiła się możliwość wyprostowania paru nieporozumień 😉

Jako że dziewczyny dopiero co przyszły do schroniska, a był jeszcze czas na spacer, wysyłam je prędko na Przełęcz Bobrowiecką. Będzie chwila spokoju 😉 Schodzimy na obiad i zasłużone piwko do jadalni. Zamawiam „wyprażany ser”, ale to jednak nie to co na Słowacji…

Dziewczyny wracają nadspodziewanie szybko, więc wracamy do pokoju pogadać.

Na dobry początek pojawił się „wątek łóżkowy”. W trakcie naszych pierwszych rozmów w pokoju pojawił się pan…. „Oooo Dżepetto – zakrzyknęła Amelia”. Dżepetto na to dziarskim rokiem maszeruje w kierunku łóżka Amelii i wygodnie się rozsiada.  No może niezupełnie tak było, ale pan, który zamieszkał z nami w pokoju już do końca zlotu został „Dżepettem” i łóżka swego nie opuścił 🙂 Problem jednak pozostał, bo okazało się, że nieświadomie Amelia zajęła panu łóżko pod jego nieobecność 🙂 Na szczęście po krótkich negocjacjach udało się go rozwiązać. Niekoniecznie po myśli Amelii, bo ostatecznie spała obok Dżepetta, ale rano twierdziła, że „było spokojnie i pan się nie ruszał” 🙂 Dodajmy – starszy pan 🙂 Rozmowny staruszek opowiedział nam swoja historię fascynacji górami: „aaa późno zacząłem, chodzę 5 lat, a zacząłem w wieku 61 lat”. Da się? Da się!

No to czas na kolejne piwko – wracamy do jadalni. Amelia przedstawia swoją wersję historii (patrz: Helena Trojańska z Bacą w roli Heleny), a potem zgodnie z moim przewidywaniem krew się polała 🙂 Trzeba uważać, jak się opowieść ilustruje rękami 😉

DSC_6908_d2  Leżące w pobliżu aparaty fotograficzne oczywiście inspirują cała ekipę i każdy odkrywa w sobie talent portrecisty. Niestety o dwudziestej miła pani z baru obwieszcza, że lokal zostaje zamknięty. Przemieszczamy się więc na korytarz. Za chwilę przyłącza się do nas para poszukująca kogoś z recepcji, bo przyszli przed chwilą i nie mają się gdzie podziać. Impreza się rozrasta. Nagle wpada z „zieloną torbą” nasz „góral z Kolibecki” – Mirek i obwieszcza, że jest solenizantem. W torbie ma pierniczki i „imieninowe wzmacniacze smaku pierników”. Krąg się poszerza, coraz więcej ludzi spontanicznie się przyłącza, coraz więcej schodów jest zajętych. Ogólne szaleństwo, tłumy w górę, tłumy w dół. Pojawiają się kluczowe trudności w przejściu klatką schodową, więc formujemy „skrzyżowanie szlaków” i kierujemy ruchem: na Rysy na lewo, na Mont Blanc na prawo 😉

Niestety, chyba jest zbyt głośno, o co nietrudno przy takiej liczbie ludzi i zostajemy przegonieni do salki piętro niżej. Szkoda, że drzwi pożarowe nie są jednocześnie dźwiękochłonne… Tu już nikomu nie przeszkadzamy, za to zaczynają znikać telefony. „Gdzie jest mój telefon?” Tak – właśnie o tym jest wstęp 🙂 Ciekawe zjawisko – rano odnajdują się w łóżkach właścicieli 🙂

Z czasem pojawiają się zajęcia w podgrupach: łojanci skalni, skiturowcy, fotografowie mają milion tematów do przedyskutowania 🙂 Pierniczki znikają, a po północy również my 🙂 Na takich imieninach jeszcze nie byłem 🙂

27 luty – Trzydniowiański

DSC_6943_d3  Ranek… jest cudny. Pogoda jak marzenie. Lekki mróz, brak wiatru, błękitne niebo, biel szczytów. Nic dziwnego, że ekspresem jesteśmy gotowi do wymarszu. Cel na dziś – Trzydniowiański. Do serii tradycyjnych pytań zlotowych dochodzi „Gdzie są moje kije?” 😉

Najpierw jednak żegnamy Amelię i Donatę, które dziś już wracają. Oczywiście z życzeniem zobaczenia się na zlocie letnim. Dorotka czuje się trochę zmęczone i decyduje się na samotny rajd Doliną Chochołowską po oscypki. Potem okaże się, że zagnało ją aż na Przełęcz Iwaniacką 🙂 Za co Wojtek pogroził jej paluszkiem 🙂 Dorotka broni się dzielnie: „Co to za zlot bez Iwaniackiej?”

DSC_6960_d3  Aby dodać otuchy Basi i zrehabilitować się ruszamy kolektywnie w trasę bez raków. Tylko Basia  w rakach Piotra 🙂 Początek to jak zwykle przejście przez Polanę w dół Doliny, aż do odejścia czerwonego szlaku. Tam najpierw około pół kilometra idziemy lasem, potem się zaczyna… ostatnie podejście tutaj kilka lat temu musieliśmy ze względu na ilość śniegu wykonać przez zbocze poza szlakiem, by nie wchodzić w schodzący w dół żleb. Tym razem przedeptane jest normalnie, co nie znaczy że będzie lżej. Na krótkim odcinku zdobywamy błyskawicznie wysokość, co okupione jest sporym wysiłkiem. Nachylenie stoku sięga miejscami 45-50 stopni, latem szlak idzie zygzakiem, teraz jednak jest pod śniegiem a wydeptany ślad prowadzi wprost pod górę. Mija dobra godzina, nim udaje nam się dotrzeć do pierwszego wypłaszczenia. Brak raków przy podejściu za bardzo nie przeszkadza, ale już na zejście będą obowiązkowe.

DSC_7001_d3  Las stopniowo rzednie, za to widoki coraz szersze. Tatry fantastycznie lśnią w słońcu na tle intensywnie niebieskiego nieba. Do tego brak wiatru – tak dobrych warunków już dawno nie mieliśmy. Przechodzimy długim grzbietem, zbliżając się do naszego celu – Trzydniowańskiego Wierchu. Ostatnie kilka czujnych metrów i już można świętować sukces! Jesteśmy w komplecie.

Panorama1

DSC_7028_d3  Widok jest oszałamiający. Umiejscowienie szczytu sprawia, że jesteśmy w „sercu Tatr”. Jest Kominiarski, Bobrowiec, w oddali Osobita, na horyzoncie pojawia się Babia Góra, dalej cała grań od Grzesia, przez Rakoń, Wołowiec, Łopatę po Jarząbczy. Za nimi widać Rohacze, kawałek Barańca. Z Jarząbczego grań ciągnie się dalej do Kończystego, na którego mamy chęć, bo znaki mówią że to tylko 55 minut. Z lewej mamy Ornak, dalej widać kawałek Czerwonych Wierchów, a jeszcze dalej Tatry Wysokie. Raj dla fotografów górskich panoram 🙂

Panorama2

DSC_7090_d3  Otwieramy kolejny słoik pieczarek 🙂 Herbatka, kanapki, jeszcze tylko zakładamy raki  i już gotowi do drogi. Ustalamy, że mamy czas a warunki są świetne – więc Kończysty powinien paść. Po dwudziestu minutach jesteśmy pod Czubikiem. Tu pojawia się mały problem. Jest pewnie około 1900 metrów npm, więc i zbocza, mimo małej ilości śniegu – wysmagane wiatrem i zlodowaciałe. Piotr ma ostre parcie w górę, ale że oddał swoje raki Basi, stanowczo perswadujemy mu pomysł dalszej wspinaczki. Idzie się tu dość czujnie, na zębach raków, więc żarty się skończyły. Kolejne ekipy też maja ten sam problem. Decydujemy się na odwrót. Było blisko… ale bezpieczeństwo ważniejsze. W okolicach Kończystego czuć było też lekki podmuch, a niebo pokryły smugi drobnych chmur, więc tym bardziej była to jedyna słuszna decyzja. Wracamy w okolice Trzydniowiańskiego i decydujemy się schodzić w drugą stronę – czerwonym szlakiem ostro w dół w stronę Doliny Jarząbczej. W warunkach większego opadu pewnie tędy nikt nie chodzi, ale teraz zbocze jest mocno przewiane i miejscami widać nawet trawę. Szybko tracimy wysokość, docieramy do kosówek. Szlak jest ładny, ale podchodzenie nim musi być mordercze. Dziś wszyscy tędy schodzą – mijamy po drodze kilka grup – albo oni nas 🙂

DSC_7147_d3  Docieramy do lasu. Piotr nie byłby sobą, gdyby nie skorzystał z okazji do dupozjazdu piękną śnieżną rynną pomiędzy drzewami. My niestety w rakach się tego nie podejmujemy 🙂 Nareszcie dno doliny. Nasz szlak łączy się teraz ze szlakiem papieskim. Rozciągamy się, każdy idzie własnym tempem. Idę sam – jest czas na kontemplowanie przyrody, rozmyślania. Po godzinie marszu jestem w Dolinie Chochołowskiej, skąd mam 5 minut do schroniska.

Zrzucam plecak i czas na zasłużone piwko. Na początek jednak zupka gulaszowa, po której stwierdzam, że tak się najadłem, że drugie danie mogę sobie odpuścić. Za to szarlotki z jagodami już nie 🙂

Dziś jest spokojnie, każdy zmęczony po wycieczce. Wracamy na górę z postanowieniem przejrzenia zapasów celem ich „wyzerowania” 😉 Odkrywam gdzieś na dnie torby smalec z mięsem i cebulą! To jest dopiero strzał! Słoik zostaje pochłonięty nie wiadomo kiedy. Tylko mój błyskawiczny refleks ratuje resztki dla Grasi, która akurat wybrała się pod prysznic 🙂

Wyciągamy z toreb wszystko, co nadaje się do zjedzenia, a nie mamy chęci tego znosić na dół. Uczta pożegnalna kończy się szerokim ziewaniem, po którym ładuję się w śpiwór i odpływam 🙂

28 luty – powrót

DSC_7166_D4  Już o siódmej zrywamy się z łóżek, bo spokojny wieczór i szybkie odpłynięcie w sen dało oczekiwany efekt – wszyscy są rześcy i z energią ruszają do pakowania. Mamy tez dodatkową motywację – jest ostatni dzień ferii i zakopianką ruszą wracający do domów turyści. Może być ciasno i wolno… Im szybciej się wyrwiemy, tym większe prawdopodobieństwo, że nie dopadnie nas słynny zakopiański korek…

Udaje się. Pożegnanie robimy przed schroniskiem i bialska część grupy rusza dość szybko w dół. Łapiemy wreszcie zasięg, można skontaktować się z rodziną, przejrzeć pocztę 🙂 Ech, te zdobycze cywilizacji…

O 11 już jedziemy, przed nami ponad pięćset kilometrów. Po ośmiu godzinach znajome drzwi 🙂

Zlot w wersji graficznej:

D1
D2
D3
D4

I w liczbach:

25
26
27
28

Epilog

Baca podjął walkę o bycie uczestnikiem zlotu letniego. Wielka jest tu zasługa Kasi i Michała, a także Amelii i wszystkich, którzy postanowili walczyć o naszego weterana 🙂