10 Zlot Zimowy

Oszukać przeznaczenie. Właśnie tak postanowiliśmy określić tegoroczny – dziesiąty już – zimowy zlot górski. Z różnych powodów, o których nie warto już pamiętać, nastąpiła korekta terminu, efektem czego trafiliśmy na wręcz idealne warunki do wędrówek – jedynka lawinowa, bezwietrznie, przepiękne błękitne niebo i biel szczytów wokół Murowańca. To kolejne nasze podejście do Hali Gąsiennicowej i zawsze trafialiśmy na jakieś „apokaliptyczne” warunki – albo huragany, albo rekordowe opady śniegu. Jak to mówią – do trzech razy sztuka.

Skład stabilizował się do ostatniej chwili, nawet w trakcie zlotu – mieliśmy od miesiąca zarezerwowane 8 miejsc, ale ku naszemu rozczarowaniu zabrakło w tym roku dwóch weteranów – Radka i naszego „głosu rozsądku” w osobie Bacy. Przed zlotem dostałem jednak od Bacy specjalne pełnomocnictwa do pełnienia tej zaszczytnej funkcji 🙂 Na zwolnione miejsca dołączyli za to sympatyczni znajomi Grasi, którzy – mam nadzieję – dobrze czuli się w naszym zwariowanym towarzystwie. W sprawdzonej już formule porannej zbiórki dotarliśmy wszyscy nocą z 28 lutego na 1 marca do Zakopanego, by pierwszy dzień poświęcić na spokojne dotarcie do schroniska, rozpakowanie się, rozpoznanie terenu i niekończące się rozmowy i wspomnienia.

dsc_3705  Bialska ekipa wyruszyła około 1:30 w nocy, by po 7 godzinach jazdy wylądować jak zwykle w ośrodku COŚ, gdzie parkujemy od lat. Tym razem trafiliśmy na specjalną promocję – było chwilowe bezkrólewie, jeśli chodzi o najemcę parkingu, więc auto stało 4 dni za przysłowiową „darmochę” 🙂 Grasia z drugą torunianką – Paulą, tupały do schroniska już od wczesnych godzin porannych i jak szybko ustaliliśmy kończyły  właśnie porachunki ze Skupniów Upłazem. Grupa tarnowska miała mały poślizg, więc dostaliśmy polecenie gonienia torunianek 🙂 Chwilę później byliśmy już w Kuźnicach, gdzie wpadliśmy do dyżurnego baru na posilenie się, bo plecaki tego dnia mocno ciążyły od zapasów na kilka schroniskowych dni 🙂 Generalnie w tym roku postawiłem na optymalizację wagi plecaka i chyba nawet trochę się udało, bo przy ostatnich zakupach zacząłem zwracać uwagę na ten istotny parametr. Co z tego, że ręcznik, czy ciuchy były leciutkie, jak dobiłem do tradycyjnych 18 kg sprzętem foto 🙂 Nawet statyw się załapał 🙂

dsc_3715  Pełni sił ruszyliśmy ostro w kierunku schroniska. Pierwsze pół godziny szlaku do Murowańca wytapia wszystkie poty, ale w miarę zbliżania się do Boczania robi się łagodniej, obowiązkowy punkt widokowy na Kalatówki, jeszcze kawałek lasem i wreszcie Skupniów Upłaz. Tu lekki niepokój wzbudziły chmury, które nagle pojawiły się z dołu i za chwilę zasłoniły Zakopane i widok na Kopieniec. Na chwilę tylko otworzyło się okienko z widokiem na Jaworzynkę, ale dalej szliśmy już w chmurach. Jak zwykle czujnie brzegiem Wielkiej Królowej Kopy, potem szybciutko, bo prawie płasko i plecaki już tak nie ciążą, zrzucamy je za chwilę w pokoju i witamy się z Grasią 🙂 Pół godziny później wyruszamy ze schroniska na powitanie tarnowian. W międzyczasie drzewa pokrywają się piękną bielą szronu, bo zamglone powietrze jest wilgotne i trzyma lekki przymrozek. Jak tu nie szaleć z aparatem 🙂 Paula doznaje pierwszych objawów niedotlenienia i zaczyna tańce na tyczkach wytyczających szlak 🙂

Synchronizacja w czasie nie zawiodła i po kilku minutach z mgły wyłaniają się tajemnicze postacie, które przybierają kształt Wojtka i Dorotki. „Nie kupujcie nigdy dużych” plecaków – tymi słowami wita nas Wojtek 🙂

dsc_3774  Powitanie, toast „Ludwiczkiem” i pół godziny później jesteśmy w komplecie w schronisku. Tego dnia integrujemy się długo i wytrwale, wciągając do imprezy współlokatora Łukasza, który okazuje się niezłym łojantem. Przed północą „ściana się kładzie” i można iść spać 😉

dsc_3815  Rano niepokój dnia wczorajszego mija po wyjrzeniu przez okno. Mimo chmur widoczność jest znakomita i miejscami przebija się błękitne niebo. No tak – klątwa Gąsiennicowej przełamana. Błyskawiczna pobudka, pełna mobilizacja i już około 8 kończymy wspólne śniadanie. Zaraz potem jesteśmy gotowi na pierwszą wycieczkę. Na Zawrat! W ciągu pół godziny docieramy nad Czarny Staw Gąsiennicowy, podziwiając szybko zmieniającą się scenerię – najpierw widok na Kasprowy i Świnicę, za chwilę Mały Kościelec i wkrótce fantastyczna piramida Kościelca. Nad stawem zaś króluje skalny amfiteatr Orlej Perci. Puszczamy przodem Konrada i Dorotkę, jako wybitnych znawców problemu przekraczania jezior suchą stopą 😉 Ożywają wspomnienia z Doliny Pięciu Stawów, kiedy to nasi specjaliści próbowali skrócić sobie drogę przez Wielki Staw Polski, po czym dokonali błyskawicznej teleportacji na brzeg 🙂 Tym razem jednak nic nam nie grozi – przez staw ciągnie łańcuszek postaci – pół schroniska wybrało się tu dziś, aby odbywać najróżniejsze kursy turystyki zimowej. Istne tłumy 🙂 Kilka ekip odbija na prawo na Karb, my jednak śmiało podążamy na drugi brzeg. Stromym żlebem wspinamy się do wyżej położonej dolinki Zmarzłego Stawu, gdzie na lodospadzie ćwiczy spora grupka wspinaczy. My podążamy dalej, wychodząc coraz wyżej i oto „ostatnia droga” przed nami – strome, 400 metrowe podejście na przełęcz. Gdzieś głęboko pod śniegiem kryją się łańcuchy, które latem ubezpieczają podejście, teraz jednak żleb jest zasypany i zostaje pracowicie stopień za stopniem wspinać się aż na sam szczyt. Śnieg jest twardy, zmrożony, więc idę ostrożnie, asekurując każdy krok kijami i w ten oto sposób jako pierwszy osiągam Zawrat, zaskakując siebie i całą ekipę. No chyba jednak nie jestem jeszcze taki dziadek 😉

dsc_3950  W międzyczasie ścieżka którą podchodziłem skryła się w chmurze, która nadciągnęła od dołu. Tym większe wrażeni robiła druga strona przełęczy – fantastyczna panorama na Dolinę Pięciu Stawów Polskich oświetloną słońcem aż po horyzont, z królującym na wprost Krywaniem. Od czasu do czasu przez Dolinę przelatywały chmury przysłaniające na chwilę szczyty , ale i tak widok był rewelacyjny. W ciągu pół godziny byliśmy na przełęczy w komplecie. Sukces uczciliśmy jak zwykle – pieczarkami 🙂 Ponieważ jednak na przełęczy był lekki „cug”, aby mocno nie przemarznąć, zarządziliśmy odwrót. Zejście odbyło się bez problemów, jedynie trochę zmodyfikowaliśmy drogę, aby uniknąć przecinania żlebu. Praktycznie bez przystanków, jednak z mocno domagającymi się jedzenia pustymi brzuchami dotarliśmy pod 2 godzinach do schroniska.

Obiad zniknął w czeluściach naszych żołądków ekspresowo 🙂 Zmęczeni wpadliśmy do pokoju na dłuższe pogaduchy. Konrad wykombinował gitarę, więc zrobiło się całkiem swojsko, „żubry i renifery” towarzyszyły naszym śpiewom. I cóż tu dodać, wieczór stał pod znakiem nowych technologii. Zasięg sieci komórkowych pozwolił na wspominki z poprzednich zlotów ze wspomaganiem pamięci materiałami z www, które pracowicie od lat tutaj gromadzę 🙂 A poszukiwania muzyczne ułatwiło nam wbicie się w YouTube 😉 Szczególnie zapadł w pamięć Żywiołak z piosenką „Czarodzielnica” 🙂 Wieczór zakończył się turniejem „Jaka to melodia” – Konrad wynalazł radio internetowe z pełnym repertuarem Starego Dobrego Małżeństwa, a my na wyścigi odgadywaliśmy tytuły piosenek 🙂 Okazało się, że wszyscy jesteśmy znawcami SDM i mamy repertuar w paluszku…

dsc_4074  Kolejny poranek i znowu niespodzianka, a nawet dwie. Pierwsza – na zewnątrz pełna lampa, ani jednej chmurki. Druga – znowu wszyscy o 8 rano są gotowi do wymarszu. No chyba ciężko byśmy zgrzeszyli, ociągając się z wyjściem w takich warunkach 🙂 Szybko ruszamy znowu w stronę Czarnego Stawu Gąsiennicowego. Pół godziny i jesteśmy nad brzegiem, ponownie przeprawa na drugą stronę i tu następuje podział na obóz pierwszy i atakujących 😉 Grasia z Dorotką rozbijają biwak, pozostali wyruszając w stronę Żółtej Przełęczy. Z dołu droga wygląda na zwykły spacerek, ale stopniowo ściana staje dęba, śnieg jest twardy i zmrożony, chwilami nawet zęby raków ciężko jest wbić w stok. Po przejściu 1/3 stoku zawraca Paula, którą trudności lekko przestraszyły, a zaraz za nią Piotr, którego dosięga niemoc ze względu na ból nogi.

dsc_4164  Zostaje nas atakująca czwórka – Wojtek toruje szlak swoimi pancernymi butami, za nim Konrad „pogłębia” stopnie swoją wagą, ja jako trzeci z czekanem w jednej ręce i aparatem w drugiej uwieczniam wysiłki, stawkę zamyka Piotr „młody”. Czujnie, w pobliżu skalnych ścian, zbliżamy się do przełęczy. Jest naprawdę stromo,  chwilami z 60 stopni. Raki jednak pewnie trzymają, walimy czekanami w zmrożony stok dla lepszej asekuracji, choć nie zawsze chcą dać się wbić dostatecznie głęboko. Coś, co wydawało się półgodzinnym spacerkiem, zajęło 2 godziny i oto po pokonaniu ostatnich trawek stoimy na przełęczy. Widok na drugą stronę jest rozległy, ale nie zbliżamy się zbyt blisko krawędzi ze względu na nawis. Za to widok na stronę, skąd przyszliśmy, powala na kolana. Po lewej pręży się Orla Perć z pionową ścianą drogi na Zawrat, na wprost piramida Kościelca, w dole biała tafla Stawu, a za nią długa dolina opadająca w stronę Zakopanego. Wszystko oświetlone marcowym słońcem. Lekko wieje, nie przeszkadza nam to w podziwianiu widoków. Wyciągamy zapasy, chwila dla fotoreporterów i zaczynamy odwrót. Teraz dopiero skacze adrenalina, bo drogę w dół mamy cały czas przed oczami. Nie było jednak tak źle. Raki dobrze trzymają się śniegu, krótkie kroki, lekkie zakosy i stopniowo nasz stok kładzie się, a my pomału tracimy wysokość. Słońce pali nas jak na patelni, w końcu jest marzec. Na stawie pojawia się niesamowity cień Kościelca, jest coraz dłuższy i kryje stopniowo całą dolinkę, gdy docieramy na dół. Jeszcze spacer przez Staw i znowu jesteśmy w komplecie, gdzie wita nas opalająca się ekipa bazowa 🙂 Podziwiamy „słoneczko” Pauli, którą słońce ładnie usmażyło na czerwony kolor z wyjątkiem czoła skrytego pod czapką 🙂 Muszę jeszcze dodać, że w schronisku furorę zrobiło czerwone poncho Pauli, czyli koc  z dziurą na głowę 🙂 Do tego opalony „krążek” na twarzy i nie było chłopa, który by się nie obejrzał 😉

Pół godziny później „banda głodnych” wpada do schroniskowej jadalni na zasłużony posiłek i „zupkę piwną regeneracyjną”.

dsc_4422  Mimo zmęczenia, postanawiamy jeszcze wyjść na nocne szkolenie lawinowe 😉 Odpowiednie miejsce znajdujemy 100 metrów od schroniska. Ci, którzy jeszcze tego nie robili, dostają polecenie wykonania wykonania jamy noclegowej, pozostali uprawiają w tym czasie dupozjazdy modyfikowane, tzw. free style 😉 Po kolejnym zjeździe doceniam twardość czołówki i wrócę do domu z podrapanym nosem 🙂 No cóż, wypadki w górach się zdarzają 😉 A zabawa na śniegu i tak nie ma sobie równych! Mocno dotlenieni powracamy do schroniskowego pokoju.

dsc_4427  I tak kończy się kolejny, niepowtarzalny zlot. Poranek wita nas ponownie idealnie błękitnym niebem – po prostu żal opuszczać to miejsce. Śniadanie, pakowanie i ruszamy w dół. Podziwiamy całą okolicę Hali Gąsiennicowej, potem z Upłazu Giewont, w oddali Babia Góra jak Fujiyama i zaraz jesteśmy w Kuźnicach. Oczywiście nie ma zlotu bez Kolibecki, tym razem zamawiam kotleciki cielęce – pyycha! O 13 w drogę i po 7h jazdy witam się z domownikami 🙂

I galeria eksperymentalna czyli HDR.

Post Scriptum

Nasz osobisty „Everest” został niestety przyćmiony wydarzeniami ostatnich dni – najpierw cieszyliśmy się sukcesem Polaków zdobywających Broad Peak, ostatnie dni pełni niepokoju oczekiwaliśmy na zejście do bazy dwóch zaginionych wspinaczy, by ostatecznie pogodzić się  z tym, że jednak nie wrócą 🙁

Naszą wycieczkę dedykuję ich pamięci [i].

Dodaj komentarz