13 Zlot Letni

…czyli Oszukać Przeznaczenie 2.

Skąd taki tytuł? Ano stąd, że po raz kolejny korygujemy w ostatniej chwili termin zlotu i dzięki temu trafiamy w idealne okienko pogodowe 🙂 Kompletowanie składu szło w tym roku dość opornie, ale się uparłem że zlot dojdzie do skutku. W wyniku długiego „docierania” termin wysłania rezerwacji się obsunął i upatrzona wcześniej kwatera w Terchovej okazała się zajęta. Trzeba więc było szybko działać i tego samego wieczoru znalazłem zacną chałupkę u pani Olgi – jedyny warunek był taki, że wyniesiemy się w sobotę, a nie w niedzielę, jak planowaliśmy. Zlot został więc po szybkich konsultacjach przeniesiony o jeden dzień wcześniej, rezerwacja poczyniona i zostało tylko pilnować by nikt się nie rozmyślił 🙂 W międzyczasie wydarzyły się inne dziwne historie, ale od czego mój dar przekonywania – stawili się wszyscy z ustalonego na początku składu, a nawet więcej 🙂

Tym razem skład wschodni był skromny, tylko ja i Piotr – ruszyliśmy około 13 kierując się na Chyżne i praktycznie bez zatrzymywania znaleźliśmy się w pobliżu granicy. Tu zrobiliśmy krótki postój w celu zrobienia drobnego zaopatrzenia – trafiliśmy na Biedronkę. Piotr zaszalał i zjedliśmy po lodzie z Biedronki 🙂 Zaczęło się ściemniać i na Słowację wjechaliśmy w ostatnich promieniach słońca. Jechaliśmy pierwszy raz tą trasą, kierując się obrazkami z Google Street View i dość sprawnie znaleźliśmy się około 22 w Terchovej. W przeciągu godziny dotarły pozostałe ekipy – synchronizacja zegarków nie zawiodła 🙂 Wojtek mimo obiektywnych trudności dotarł z całą rodziną, Koziołki w komplecie z dodatkowym pasażerem Ryśkiem i niezawodny Radziu na swoim stalowym rumaku 🙂

Wstępna integracja przeciągnęła się do 1 w nocy, bo jak zwykle zatęskniliśmy za widokiem naszych ryjków 🙂

Rano nasz nowy zlotowicz Rysiek zaskoczył wszystkich, bo nim się zebraliśmy, zdążył zaliczyć dwa trzykilometrowe biegi do sklepu. Wreszcie około 10 zaczynamy to co lubimy  – ruszamy na szlak. Każdy z nas jest w Małej Fatrze pierwszy raz, więc improwizujemy. Po lekturze opisów wycieczek z różnych forów mam wstępnie przygotowane jakieś trasy i miejsca do odwiedzenia, ale wkrótce okaże się, że mocno przesadziłem z planami 🙂

dsc_8144 Ruszamy z naszej kwatery, która szczęśliwym trafem znajduje się około 300 metrów od wejścia na szlak wiodący przez Diery w kierunku Rozsutców. Dolne Diery przebiegamy dość szybko, kilka drabin, wodospad i niespodzianka – chata Podżiar 🙂 Z ulgą wypijamy po kufelku Bażanta, bo jest to pierwszy z trzech fantastycznych słonecznych dni. Woda niesiona w plecakach będzie na tym zlocie znikać w obłędnym tempie. Pada hasło „podrywamy dupcie” i ruszamy na Horne Diery. Tu jest znacznie ciekawiej – drabiny ciągną się jedna za drugą, czasem nad wodospadami, czasem wzdłuż, co chwila wspinaczka, łańcuchy, mokre skały, woda pryska, potok szumi, pot się leje. Szczególnie z silnej ekipy niosącej w nosidełku Koziołka, który to komplet waży prawie 20 kg 🙂 Nagle potok cichnie i słychać tylko ptaki, jeszcze trochę i wpadamy wszyscy z ulgą na Sedlo Medzirozsutce.

dsc_8447 Miejsce jest przepiękne, rozległa łąka przypominająca trochę połoniny, nad którą góruje Maly Rozsutec, wyglądający jak wieża z pionowymi ścianami. Velky Rozsutec skryty jest za niedużym wzniesieniem, na które za chwilę ruszamy. Ekipa z Koziołkiem postanawia wrócić w dół, pozostali ruszają do ataku. Pierwsze 20 minut wytapia mnóstwo potu, pomimo że lasem, to stromo, do tego gorąco. Wreszcie jest – wyłania się po przejściu małego skalnego garbu i od tej pory idziemy przepiękną granią, chwilami wąską, z małymi przełączkami. Sam Velky Rozsutec to szereg kulminacji, jeszcze jakieś łańcuchy i ostatnia ścieżka wiedzie na szczyt zwieńczony krzyżem. Dawno nie szedłem tak pięknym szlakiem, do tego rozległe widoki aż po horyzont. Leciutka mgiełka buduje szereg planów, niestety skrywa Tatry, których lekki zarys nieśmiało rysuje się gdzieś w oddali. Późna pora powoduje, że rezygnujemy z wariantu zejścia na drugą stronę, którą tylko podziwiamy, a Wojtek kwituje słowami „wygląda jak ferrata”. Rzeczywiście, ścieżka kończy się urwiskiem, z którego zwisa smętnie łańcuch sugerujący niezłe huśtanie się z dużą ilością powietrza pod nogami 🙂 Pieczareczki szybko znikają, pamiątkowe foto i zbiegamy w dół na przełęcz.

dsc_8478 Zaczynamy odczuwać trudy wycieczki, która miała być tylko rozgrzewką, a tu jeszcze wg mapy 2 godziny zejścia w dół. Chwila odpoczynku … i zamiast w dół, szlak zejściowy ciągnie w górę, prosto pod Maly Rozsutec. Z daleka już widzimy „łańcuszek szczęścia” wiszący na ścianie 🙂 To schodzi jakaś wycieczka, a wygląda to jak mrówki zbiegające z drzewa, tyle że po pionowej ścianie. Nic to, nie ma odwrotu. Wbijamy się w ścianę i w kilka minut zdobywamy szczyt. Warto było – jest przepięknie, widok w drugą stronę warty był tej chwili wysiłku. Spodziewałem się łagodnego zejścia po drugiej stronie, ale nic z tego. Zejście jest koszmarne, ubezpieczeń mało, w większości ześlizgujemy się po stromych płytach posypanych drobno pokruszoną skałą, łapiąc się ścian wąskich żlebów, które na szczęście są dobrze urzeźbione i dobrze trzymają. Wreszcie przebijamy się do lasu i zostaje mozolne zejście w dół, bo różnica poziomów jest  spora – schodzimy z około 1300 metrów na 500. Chłopaki zbiegają przede mną, ja jak zwykle pstrykam i wlokę się noga za nogą, bo podkusiło mnie zostawić kije na kwaterze. Wreszcie docieramy w komplecie do punktu startowego. „Mały ale waryjot” – oceniamy zgodnie zejście 🙂 Zastanawiamy się, jak udało się zejść pozostałym, ale na szczęście instynkt i doświadczenie Kasi wzięło górę i nie wpakowali się w nasz szlak, tylko zeszli w dół innym wariantem , skąd złapali stopa i dotarli do kwatery. Biegniemy głodni do Koliby na jedzonko, ale okazuje się że czynne tylko do 21. Mimo to zostajemy obsłużeni, panie proponuję nam grilla, którego szybko mogą przygotować, z czego skwapliwie korzystamy 🙂

Dzięki wam bracia Słowacy za uratowanie naszych żołądków 🙂

Próbujemy walczyć z opadającymi powiekami na kolejnym wieczorze integracyjnym, z czego korzysta Michał, robiąc różne „performensy” i fotografując wkręconych delikwentów 🙂 Integracja siada około 2 w nocy w skutek odlotu większości uczestników…

Kolejny ranek zaczyna się o dziesiątej 🙂 Po „rozgrzewce” z poprzedniego dnia rzut oka na mapę i natychmiast korygujemy plany. Jedziemy do Stefanovej. Na miejscu zastanawiamy się nad zagadką zaginionego szlaku, którym poprzedniego dnia zeszła Kasia, która twierdziła, że niby zeszła tutaj, ale widzi to miejsce pierwszy raz w życiu 🙂 Ostatecznie z mapą w ręku  odkrywamy, że poszła dokładnie w przeciwną stronę 🙂

dsc_8497 Ze Stefanovej wolnym krokiem człapiemy na Gruń i tam urządzamy całodniowy popas. Chata na Gruni jest nieźle zaopatrzona, więc rządzimy na całego. Strumieniami leje się Kofola, przepijana złocistym Bażantem i Keltem 🙂 Podziwiamy Poludnowy Gruń i chodzących dalej po grani ludzi, ale dziś w palącym słońcu taka wycieczka jest poza naszym zasięgiem. Tym bardziej, że Wojtkowy Bartek przyjechał z bolącą nogą i wejście tutaj jest dla niego nie lada wyczynem.

dsc_8569 Rozstawione leżanki zostały szybko zajęte przez rozleniwione towarzystwo, co nieśmiało sugerowało, że mamy do czynienia z pierwszym zlotem geriatryków 😉 Radek swoim zwyczajem natychmiast zasypia na kawałku deski 🙂 Dzieci wyciągnęły karty i grają, a starzy nogi i śpią. Chrapanie Radka zmusza Wojtka do zmiany deski, ale zupełnie nie przeszkadza Koziołkowi, który odkrywa otaczający go fascynujący świat. Dochodzi szesnasta i zarządzamy odwrót. Trwa to trochę dłużej, bo Bartek jednak odczuwa trudy wejścia i z pomocą Wojtka i dwóch kul turla się na dół witany entuzjastycznie na parkingu. Za ten wyczyn zostaje obwołany „twardzielem zlotu”. Wracając, zatrzymujemy się w Kolibie i zarządzamy ucztę z baraniną (pycha) i Bażantem 🙂

Zaczyna się „ten wieczór”. Nareszcie wyciągamy wiezioną 500 km gitarę. Rozkładamy śpiewniki i przepłukując co jakiś czas zdarte gardła, śpiewamy prawie do 3 rano. Okazuje się niestety, że chyba za rzadko śpiewamy i gramy, bo teksty z głowy gdzieś uleciały i powstają wersje skrócone, mocno improwizowane 🙂 Na szczęście mam „żelazny zestaw młodego śpiewaka” w postaci pracowicie przez lata osobiście spisywanych moich ulubionych tekstów. Zerkając w nie co jakiś czas, udaje nam się odtworzyć całą historię polskiego rocka, piosenki turystycznej, poezji śpiewanej, bluesa a nawet własną wersję „Schodów do nieba” 🙂

dsc_8670 Ranek ponownie wita nas słońcem i widokiem Malego Rozsutca na tle błękitnego nieba. Wyciągam kolejną ze swoich kartek z planem wycieczki, ale nauczeni już doświadczeniem, skracamy pętelkę, którą pracowicie wyrysowałem. I tak okaże się długa i wyczerpująca. Podjeżdżamy wczorajszą trasą, ale tym razem jedziemy prosto do Vratnej, pozostawiając Stefanovą z boku. Szybko lokujemy się na parkingu (bez opłat!) i podchodzimy pod dolną stację kolejki. Z mapy wynika że przyjdzie podejść około 750 metrów w górę. Zapada więc decyzja, że Koziołki sobie wjadą lanovką (a nie jest to tani wjazd, bo kosztuje 10E), pozostali ruszają dziarsko w górę na dwugodzinne podejście. Ścieżka pnie się zakosami, bo początek jest bardzo stromy i szybko nabieramy wysokości. Wkrótce kończy się las i teraz już od słupa do słupa w pełnym słońcu pniemy się w górę, robiąc co parę minut przystanek na kilka łyków wody, której zapasy znikają błyskawicznie. Wreszcie około 12 stajemy przy górnej stacji, gdzie z ulgą rzucamy się na ławki, leżanki i oczywiście Kofolę oraz Bażanta 🙂 Rysiek zaczyna przypominać czerwonoskórego indianina, bo postanowił zaszaleć i nie dość że nie użył kremu, to jeszcze wszedł bez czapki. Delektujemy się dłuższy czas widokami, odnajdujemy punkty z poprzednich wycieczek. Podziwiamy oba Rozsutce, widać świetnie miejsce naszego wczorajszego popasu, okazuje się też, że to co braliśmy za Poludnowy Gruń, to dopiero garb przed właściwym szczytem. Po lewej stronie widać Chleb, a w dole Chatę pod Chlebom, ale nasz cel jest po prawej i mamy do niego około 50 minut i 200 metrów podejścia. Velky Krivań. Najwyższy szczyt pasma, z tej perspektywy przypomina niezbyt stromy wzgórek. Podejście jest łagodne, więc droga na szczyt mija błyskawicznie. Mijamy schodzącą większą grupę i na szczycie jesteśmy praktycznie sami. Pełna sielanka – cisza, lekki wiatr, słońce, obłoczki – czy tak wygląda raj? Na pewno byliśmy w tym momencie bliżej wielkiego błękitu 🙂

Tym razem siedzimy na szczycie dużo dłużej niż na Rozsutcu. Jest czas na pieczarki, drzemkę, sesje foto, podziwianie panoram we wszystkie strony, pamiątkowy wpis do zeszytu. Chodzi mi po głowie myśl – nie schodzę, zostaję tu. Po prostu magiczna chwila.

dsc_8828 Po ponad godzinnym odpoczynku ruszamy w dół. Tuż pod szczytem ruszamy piękną trawiastą granią, z której chwilami wystają jakieś zęby skałek, kwitną miliony kwiatów i pachnie rozgrzana słońcem roślinność. Grań zwęża się chwilami mocno, a zbocza opadają prawie pionowo łanami ukwieconej łąki. Zdobywamy ostatni w tym dniu szczyt – Pekelnik. Stąd już krótkimi łącznikami zaczynamy schodzić w dół. Najpierw Sedlo Bublen, Chrapaky z małym źródełkiem, kolory szlaków zmieniają się co chwila: czerwony, żółty, niebieski. Idziemy zielonym tunelem wśród wysokich traw, jodełek, jagód. Trwa „złota godzina”, słońce zeszło nisko i oświetla krajobraz ciepłym światłem. Wreszcie docieramy na Sedlo za Kraviarskym, skąd zielonym szlakiem błyskawicznie zbiegamy w dół do parkingu. Zamiast planowej godziny udaje się nam ta sztuka w 53 minuty 🙂

Powtarza się rytuał: kąpiel, Koliba. Jeszcze w trakcie zejścia odbieramy telefon od Amelii, że jedzie nas odwiedzić 🙂 Przed zlotem namawiałem ją na takie spotkanie, bo przyznała się że będą rodzinnie w pobliskim Liptovskim Mikulaszu. Jak tu nie wykorzystać okazji 🙂

dsc_8978 W komplecie rozsiadamy się najpierw w knajpie, potem przenosimy się do nas, bo chłopaki Amelii chcą obejrzeć motor Radka. Pamiątkowe foto, wspominki i już po ciemku rozstajemy się. Wieczorem siadamy po raz ostatni na tym zlocie w jednym pokoju, wspominając poprzednie spotkania i wrażenia z tegorocznych wycieczek.

dsc_9000 Rankiem odbywa się szybkie pakowanie, bo właścicielka chce przygotować pokoje na kolejną ekipę, która ma za chwilę przybyć. Postanawiamy urządzić pożegnanie w jedynym, słusznym miejscu – czyli pod pomnikiem Janosika w Terchovej. Pakujemy bagaże, żegnamy się z panią Olgą i przenosimy się całą ekipą na parking do Terchovej. Tam jak przykazał Baca, wyłazimy na niedużą górkę, skąd spogląda na swoje miasto rzeczony zbój i i robimy pamiątkowe foto. Przygrywa nam kapela ludowa, bo akurat trwają dni Janosika 🙂 Dorotka degustuje miody pitne, po czym zakupuje stosowny zapas na długie zimowe wieczory. My ruszamy na podbój marketu, aby zakupić zgrzewkę Kofoli, potem uściski i pożegnania i każdy rusza w swoją stronę…

Zlot przechodzi do historii a w naszej pamięci pozostaje mnóstwo nowych, niepowtarzalnych wspomnień 🙂

W drodze powrotnej odwożę Piotra na czterdziestkę jego siostry, gdzie przyjęty bardzo mile chwilę jeszcze siedzę, a dwie godziny później jestem w domu. Wchodzę do domu obwieszony girlandami z kwiatów 🙂

Dodaj komentarz